#10 O pierwszej prawdziwej redakcji

Kiedy wpadłam na pomysł tego tekstu, przyszła mi jednocześnie do głowy myśl, że w końcu będę mogła Wam opowiedzieć o czymś, co w naszym projekcie sprawia mi największą przyjemność. Tak naprawdę gdyby nie moje pierwsze kulawe próby poprawiania tekstów pana Forge’a, moje życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Jestem jednak tu i teraz, co bardzo, ale to bardzo, mnie cieszy.

Zastanawiając się jeszcze nad samą koncepcją bloga, wydawało mi się, że to właśnie takie artykuły będą wzbudzać Wasze największe zainteresowanie. Będzie to bowiem tekst o tym, jak przebiegały prace nad pierwszą po ukończeniu przeze mnie kursu redakcją… i o tym, co zrobiliśmy dalej.

Moje prace nad „Cmentarzyskiem” zaczęły się w sierpniu 2016 roku (podany czas jest mocno szacunkowy, bo do tej pory nie wiem, jak to się w ogóle stało, że dostałam do ręki ten maszynopis, a tym bardziej nie potrafię wskazać konkretnej daty związanej z tym wydarzeniem). Trudno to w zasadzie nazwać pracami, bo moja wiedza — w porównaniu z tą, jaką w ciągu tego czasu nabyłam — wydaje się żadna. Nie przesadzam. Wprawdzie zawsze byłam „dobra” w tego typu rzeczach, ale nigdy nie wiązałam z nimi swojej przyszłości. Nawet by mi przez myśl nie przeszło, że będę kiedyś pracować bezpośrednio z autorem na etapie tworzenia jego powieści. Życie jednak stale nas zaskakuje i tak oto jestem ;).

Myślę, że do momentu, w którym skończyłam kurs redakcji merytorycznej, mogłam przeczytać (i za każdym razem poprawić) „Cmentarzysko” jakieś sześć razy. Kiedy jednak po raz pierwszy po kursie usiadłam z kubkiem kawy i zaczęłam czytać, byłam…załamana. Nie wynikało to z tego, że książka nagle wydała mi się beznadziejna. Chodziło bardziej o to, że przecież spędziłam już nad nią tyle czasu i wydawało się po prostu niemożliwe, żeby nadal było do poprawienia tyle rzeczy. To tak, jakbym w ogóle nie widziała części błędów tak straszliwych, że aż wstyd się przyznać. No ale co ja tam wiedziałam.

Zajęcia w Warszawie pomogły mi wyćwiczyć w sobie wiele umiejętności, ale zdecydowanie najważniejszą z nich jest zdolność korektorskiego czytania. Nagle zaczęłam zauważać rzeczy, na jakie wcześniej zupełnie nie zwracałam uwagi. Przywiązywałam teraz dużo większą wagę do czytania zdań słowo po słowie, litera po literze. Łatwiej przychodziła mi też szybsza eliminacja znalezionych błędów.

Najbardziej intensywne działania w poprawianiu książki przeprowadziłam w drugiej połowie grudnia. Mam ogromne tendencje do prokrastynacji i jeszcze nie do końca nauczyłam się dawać sobie z tym radę, dlatego oczywiście zostawiłam sobie najwięcej pracy na ostatnią chwilę. Gonił nas bowiem deadline ustalony z naszą ilustratorką dotyczący tego, że otrzyma od nas maszynopis powieści z zaznaczonymi do narysowania fragmentami na początku stycznia.

Na szczęście złożyło się tak, że nie byłam w owym czasie mocno ograniczona przez moją pracę zarobkową, ponadto czymś należało sobie zająć ten świąteczny okres, którego chyba nie jestem zbyt wielką fanką. Plan, jaki opracowaliśmy z Pawłem opierał się na tym, że ja szukałam wszelkich błędów i starałam się je poprawiać, a następnie wspólnie wprowadzaliśmy modyfikacje do pliku. To znaczy ja siedziałam z tymi swoimi pokreślonymi na czerwono karteczkami, mówiłam Pawłowi, co, jak, w którym miejscu (oraz dlaczego tak, a nie inaczej) powinien poprawić, a on zgadzał się… na 99% moich propozycji. Uznaliśmy, że to dobry sposób na to, żeby również on uczył się pisać w bardziej poprawny sposób.

Jakkolwiek spędziliśmy nad pierwszą redakcją „Cmentarzyska” naprawdę długie godziny, tak w żadnym razie nie uważam, żeby wykonana praca była na tym etapie wystarczająca. Podejrzewam, że czeka mnie jeszcze kilka takich redakcji, zanim w ogóle pozwolę na to, żeby przesłać tekst do złamania. No ale czego się nie robi, aby osiągnąć doskonałość? 😉

PS Wiecie, co zrobiliśmy z Pawłem dzień po skończeniu wprowadzania poprawek do tekstu?

Wybraliśmy jedenaście najbardziej interesujących według nas fragmentów tekstu (łatwo nie było, bo w kilku przypadkach naprawdę trudno było nam zdecydować, które fragmenty są najodpowiedniejsze; jeszcze trudniej było nam się przy tym nie pokłócić, ale na szczęście jakoś daliśmy radę ;)) i przesłaliśmy calutką książkę do naszej niezastąpionej Martyny. Już nie możemy się doczekać tych ilustracji! 🙂

Martyna

Zmieniacz

Z dziennika Ponurych”

Rodziny najbardziej utalentowanych handlarzy magicznymi przedmiotami, jacy kiedykolwiek chodzili po tym świecie.

 

Skryba: Pan A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira

 

I

Ja i pan Ponury leżeliśmy na zdezelowanych, odrobinę zardzewiałych i lekko podziurawionych leżakach w ogrodzie otoczonym ze wszystkich stron niewiarygodnie wysokim żywopłotem. Zażywaliśmy letniego słońca. To był pierwszy wolny dzień od czterech miesięcy i z radością…

No, po prawdzie to ja zażywałem słońca z radością, a pan Ponury raczej z tą samą emocją, jaka towarzyszyła mu codziennie od niepamiętnych czasów. Znudzona obojętność – tak chyba można nazwać uczucie, które jest najbliższym odpowiednikiem szczęścia w tej rodzinie.

chłonąłem swoją skórą każdy ciepły promień. Mój pracodawca leżał obok mnie w swoim kraciastym garniturze, standardowych przykrótkich spodniach i pantoflach wypastowanych na wysoki połysk. Strój codzienny pana Ponurego był identyczny jak ten biznesowy. Właściwie posiadał on tylko jeden zestaw odzienia i zakładał go na każdą okazję. Lekki, ciepły letni wietrzyk rozwiewał mu, i tak stojące we wszystkie strony, włosy.

Odpoczywaliśmy.

Należało nam się — zwłaszcza po wydarzeniach ostatnich kilku tygodni. To chyba najdłuższa wyprawa, jaką odbyłem z moim aktualnym pracodawcą. Trzy tygodnie. Ciągle w drodze. Praktycznie bez dostępu do bieżącej wody, ciepłego jedzenia i… toalety. Tego ostatniego nie będę rozwijał ze względu na miażdżące poczucie wstydu i przedłużające się uporczywe pieczenie pomiędzy pośladkami.

Nigdy nie podcierajcie się pokrzywami hodowanymi na magicznym nawozie!

Oboje złapaliśmy głębokie wdechy i wtedy pan Ponury powiedział coś, czego w żadnym wypadku nie powinien mówić. To chyba najgorsze z zaklęć, jakie kiedykolwiek wymyślono.

Dzisiaj już nic nam nie popsuje odpoczynku.

Dokładnie w tym samym momencie pojawiła się jego żona — pulchna kobieta z najmilszą twarzą, jaką człowiek mógłby sobie wyobrazić (pomimo niewiarygodnie smutnych niebieskich oczu) i burzą poskręcanych we wszystkie strony loków. Już w chwili, gdy przekroczyła próg drzwi, było wiadomo, że stało się coś, co wymaga naszego zaangażowania.

Właśnie dostałam wiadomość — oznajmiła bez ogródek.

Znam ten wyraz twarzy, pomyślałem niechętnie. Znowu będziemy mieli kłopoty.

Zawsze dostawało się nam obu — pomimo że ja prawie nigdy nic złego nie robiłem. Mogłem siedzieć cały dzień w swojej sypialni, a gdy wieczorem schodziłem na dół – pierwsze, co mnie spotykało, to opiernicz za coś, co zrobił mój pracodawca. W takich momentach prawdziwego winowajcy jakoś nigdy nie było w zasięgu wzroku. Pocieszało mnie jednak to, że przynajmniej teraz to on pójdzie na pierwszy ogień.

Dobrze mu tak, pomyślałem jeszcze.

Jaką wiadomość? — zapytał ostrożnie pan Ponury, poprawiając swoje okrągłe okulary.

Już ty dobrze wiesz jaką! — warknęła. — Od kiedy to jesteśmy przedszkolem, co?!

Powiem Wam szczerze, że teraz to nawet ja nie wiedziałem, o co mogło jej chodzić. Ta baba czasami krzyczała na nas z powodu tego, że wiatr rozwiał jej włosy.

Kochanie, obawiam się, że nie rozumiem — odparł mój pracodawca przymilnym tonem.

Dzwonił Remigiusz Grumnicki i powiedział, że wisisz mu przysługę i dzisiaj jest idealny dzień, żebyś się z niej wywiązał — huknęła na niego.

Pan Ponury otworzył szeroko oczy i zesztywniał na swoim leżaku, a we mnie zamarło na chwilę serce. Kilka lat temu mój pracodawca wykonywał zlecenie zlokalizowania pewnego więzienia.

Ale o tym opowiem Wam dokładniej kiedy indziej.

W każdym razie strasznie nas wtedy pogonili, a Remigiusz Grumnicki był pierwszą osobą, którą spotkaliśmy na swojej drodze podczas ucieczki. Nie mieliśmy wyboru i musieliśmy poprosić go o azyl. Istniał tylko jeden problem związany z tym człowiekiem.

To chodzące, dwumetrowe, napakowane kłopoty były.

II

Tak oto dwie godziny później staliśmy z panem Ponurym naprzeciwko tego czegoś, co przyniósł Remigiusz i zastanawialiśmy się, w czym, do diabła, tkwił haczyk. Mój pracodawca zwichrzył sobie rozczochrane już włosy i odchrząknął kilkukrotnie.

Dostaliśmy mało szczegółowe…

Moim zdaniem wypowiedziane nader chamskim tonem w najbardziej prymitywny sposób.

instrukcje na temat tego, jak ma wyglądać pokój dla naszego gościa. Nie mieliśmy na przygotowania zbyt wiele czasu, lecz wyniesienie wszystkiego z sypialni…

Zgadnijcie, kto musiał to zrobić, do diabła?!

nie stanowiło zbyt wielkiego wyzwania. Jakby tego było mało, nakazane zostało mi umycie najzwyklejszym szarym mydłem ścian, podłogi i sufitu, oraz zakrycie jedynego w pomieszczeniu okna. Zakazano nam też karmienia nowego podopiecznego i zabawy z nim. Mieliśmy się po prostu udawać, że go nie zauważamy.

Patrzyliśmy więc na to, co Grumnicki do nas przyprowadził, i ani ja, ani pan Ponury nie rozumieliśmy, o co w tym wszystkim chodziło. Staliśmy w progu pustego, ciemnego pokoju i żaden z nas nie chciał go przekroczyć. Mój pracodawca dźgnął mnie parę razy łokciem, lecz ja uparcie udawałem, że nic nie poczułem.

Przed nami radośnie skakała i przewracała się z boku na bok, bawiąc się gumowym kurczakiem, fretka; wesoła, z czarnym pyskiem i pręgą tego samego koloru wzdłuż kręgosłupa; boki miała jasne. Wąsy drgały jej nieznacznie przy najmniejszym nawet ruchu. Nie widziała świata poza tym swoim gumowym kurakiem i w ogóle nie zwracała na nas uwagi.

Dlaczego miałem złe przeczucia?

Po pierwsze: Remigiusz wpadł tutaj w niezwykłym pośpiechu, posiniaczony, z worami pod oczami — jakby nie spał z tydzień. Po drugie: bełkotał do nas i cały czas, znerwicowany, rozglądał się na wszystkie strony. Po trzecie: wcisnął nam tę fretkę, powołał się na zobowiązanie, które był mu winien pan Ponury, po czym prostu wybiegł z domu. Albo narobił sobie kłopotów, albo coś narobiło kłopotów jemu.

Poza tym gdyby to była zwyczajna fretka, to nie wykorzystywałby na nią swojej przysługi. W magicznym świecie niespłacanie długów przynosi prawdziwego Pecha. Serio, Pech wstaje z łóżka i zaczyna Was gnębić, dopóki nie będziecie mieli dosyć. Dlaczego więc marnować coś tak wartościowego jak przysługa na… zwierzaka?

To nie jest zwykła fretka, panie Forge — oznajmił mój pracodawca, wpatrując się uważnie w drapieżnika. — Wie pan o tym, prawda?

Kiwnąłem tylko głową.

Kłopoty stały właśnie pod naszymi drzwiami. Ciekawiło mnie tylko, kiedy zdecydują się do nich zapukać.

III

Siedzieliśmy we troje przy kuchennym stole i dostawaliśmy burę. A konkretnie to ja i pan Ponury dostawaliśmy burę od jego żony.

Według mnie mój pracodawca zrobił błąd, że powiedział jej o niezwykłości stworzenia mieszkającego teraz na górze. Gdyby myślała, że to zwyczajna fretka, bębenki by nam właśnie nie pękały od jej wrzasków. Ja od zawsze uważałem, że im mniej wie ta kobieta, tym lepiej dla otoczenia.

Pan Ponury tkwił posłusznie na krześle za stołem i wpatrywał się w dal, słuchając ze stoickim spokojem tego wszystkiego, co małżonka miała mu do przekazania.

Założę się, że myślami uciekł już gdzieś daleko i nie docierało do niego ani jedno słowo. Ja z kolei wzdrygałem się za każdym razem, gdy piskliwy charkot wzbijał się o oktawę wyżej.

Chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, co on nam tutaj podrzucił?! — wrzeszczała na całe gardło pani Ponura, a jej twarz już od ładnych kilku minut utrzymywała barwę purpury. — Mamy dzieci pod naszym dachem, a ty sprowadzasz nam coś, co jest potencjalnie niebezpieczne?! Czy tobie do reszty odbiło, stary, durny sklepikarzu?!

Ja niczego nie sprowadziłem — zaprotestował mój pracodawca niezbyt mocnym głosem. — To Remigiusz to tutaj przyniósł. Ja o niczym nie wiedziałem, dopóki mi nie powiedziałaś.

Po jaką cholerę wyświadczał ci przysługę?! — ryknęła donośnie.

Gdybyśmy się u niego nie schowali, to prawdopodobnie teraz nie miałabyś się na kogo drzeć! — wrzasnął pan Ponury, a okulary na nosie nieznacznie mu się przekrzywiły.

Ty i te twoje wyprawy! Zawsze wpakujesz się w jakieś bagno, powsinogo jedna!

Jednym szybkim ruchem zebrała naczynia ze stołu i rzuciła nimi do zlewu mieszczącego się dwa metry dalej. Trafiła do celu zaledwie połową z nich, dlatego teraz posadzka upiększona została kawałkami szkła i porcelany. Pan Ponury nastroszył się na swoim krześle, lecz nie wypowiedział na ten temat ani jednego słowa. Nie sprzeciwił się również, gdy zrzuciła wszystkie patelnie wiszące na ceglanej ścianie i rozwaliła po podłodze drwa do kominka, jeszcze przed chwilą leżące w kącie i ułożone w schludny stos. Po tym wszystkim po prostu wyszła z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi.

W sumie, jak na nią, to nie przyjęła tego tak źle — stwierdził lekko zawstydzony pan Ponury.

Chrząknąłem nieznacznie, lecz niczego nie skomentowałem. Smutne było to, że miał rację.

IV

Pamiętacie, jak napisałem wcześniej, że ciekawi mnie, kiedy kłopoty zapukają do naszych drzwi? Otóż zapukały już następnego wieczora, przybierając postać małego, bladego chłopca o niezwykle ciekawskim usposobieniu.

Na imię dano mu Aleksander i był on najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Włosy miał rozczochrane identycznie jak ojciec, lecz ich kolor odziedziczył po matce, podobnie jak oczy. Ubierał się, jak to dziewięcioletnie dzieci, w co popadnie i co akurat leżało na podłodze. To on nieustannie chował się po domu i łaził wszędzie za swoim ojcem. Miał szczęście, że pan Ponury zawsze był na tyle pochłonięty kolejnymi badaniami i odkryciami, że go nie dostrzegał. Ja nigdy się nie wtrącałem, lecz cały czas miałem na niego oko.

Nie mógł zobaczyć zbyt wiele.

Wracając… Aleksander robił swój cowieczorny obchód po domu i później powiedział, że nie mógł się powstrzymać, gdy tylko usłyszał drapanie w drzwi po ich drugiej stronie. Gdy wbiegliśmy na górę, wszystko co złe już się wydarzyło.

Przyznam szczerze, że to mogła być wina moja i mojego pracodawcy. Istnieje możliwość, że obaj zapomnieliśmy zamknąć drzwi na klucz.

Synu, co się dzieje? — zapytał pan Ponury, szarpiąc za ramię Aleksandra.

Chłopiec tkwił w miejscu, patrząc tępo w przestrzeń. Oczy miał wielkie i zamglone. Mój pracodawca pstryknął szybko palcami przy jego uszach i po kilku chwilach dzieciak się ocknął.

Co… co się stało? — spytał Aleksander nieprzytomnym tonem, rozcierając oczy.

Synu, gdzie jest fretka, która tutaj była? — zapytał pan Ponury, potrząsając lekko chłopcem. — To bardzo ważne. Gdzie uciekła?!

Chłopiec wpatrywał się w twarz swojego ojca, a następnie wolno przeniósł spojrzenie na odsłonięte i otwarte okno. Mój pracodawca powiódł za nim wzrokiem, głośno przełykając ślinę.

Podszedłem szybko do okna i wyjrzałem na ulicę. Większość rodzin wróciła już do swoich domów, a w niektórych z nich pogasły nawet światła. Noc zapowiadała się pogodnie – na niebie nie było ani jednej chmurki.

Dobrze, pomyślałem. Nienawidzę poszukiwań w deszczu.

Tylko… tatusiu? — dobiegł głos Aleksandra zza moich pleców. — W pokoju nie było żadnej fretki.

Ja i pan Ponury odwróciliśmy się błyskawicznie, patrząc na chłopca. Dzieciak zaczynał się denerwować i pewnie zastanawiał się, jaką dostanie karę za swoje wścibstwo. Tymczasem ojciec, który wcześniej szukał jakichkolwiek śladów zwierzaka w pomieszczeniu, uklęknął przed synem i w uspakajającym geście położył mu dłonie na ramionach.

Możesz mi powiedzieć, co było w środku, gdy tutaj wszedłeś? — zapytał łagodnie. — Nie bój się, nie dostaniesz kary.

Aleksander przez moment przyglądał się podejrzliwie swojemu tacie, po czym odpowiedział:

Po pokoju latał mały nietoperz. Był fajny i chyba bardzo chciał wyjść.

Serca w nas zamarły.

Ten parszywy, zapchlony gnojek podrzucił nam Zmieniacza, pomyślałem, zaciskając szczęki. Już widzę, jak miał zamiar w ogóle się tu pojawić, żeby zabrać go z powrotem.

Pan Ponury tymczasem próbował zachować spokój. Złapał głęboki oddech i rozczochrał synowi włosy.

Nic się nie stało, mały — powiedział lekko drżącym głosem. — Idź teraz do swojego pokoju.

Ale pod łóżkiem jest potwór, który nie daje mi zasnąć! — zaprotestował gwałtownie chłopiec.

Idź już, synu! — ponaglił dziecko mój pracodawca, jednocześnie wypychając go na korytarz. — Nie dałem ci dzisiaj kary, ale nie możesz nic na ten temat powiedzieć mamie, dobrze?

Aleksander pokiwał tylko głową i zniknął za rogiem. Pan Ponury wstał, a kolana strzeliły mu głośno. Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.

Mamy poważny problem, panie Forge.

V

Zanim przejdziemy dalej, musicie coś wiedzieć. Mieszkam wraz z Ponurymi w starym, niczym niewyróżniającym się, dużym domu zbudowanym na nudnym, chyba najbardziej zwyczajnym osiedlu, jakie istnieje. Oznacza to, że otaczający nas ludzie nigdy nie zetknęli się z magią ani magicznymi stworzeniami w sposób inny niż w telewizji lub w grach komputerowych.

Dla mojego pracodawcy anonimowość od zawsze była bardzo ważna… zwłaszcza, że nawet jego dzieci nie wiedziały, czym się zajmował i nie miały póki co pojęcia o „tej drugiej stronie”. Uczęszczały do normalnych szkół, miały zwyczajnych kolegów, a Aleksander jakoś pogodził się z faktem, że pod jego łóżkiem coś mieszkało. Nawet nikomu o tym nie wspominał, przekonany, że pozostałości po poprzednich mieszkańcach domów to rzecz naturalna i całkiem logiczna.

Pan Ponury miał wszystko, co posiadały pozostałe rodziny na osiedlu, lecz żadnej z tych rzeczy nigdy nie używał. Nie potrafił prowadzić samochodu, który stał w garażu, nie używał kosiarki do trawy schowanej z tyłu w ogrodzie i gromadzącej na sobie rdzę, komplet narzędzi w garażu miał dla niego chwilowe zagadkowe przeznaczenie, a później przeszedł do lamusa jego umysłu. Pani Ponura zamawiała Tesco on-line jak jej sąsiedzi i uczyła się narzekać na polityków, żeby mieć o czym z nimi rozmawiać.

A mnie wszyscy znali jako lokaja… super.

W każdym razie ucieczka Zmieniacza z naszego domu była totalną katastrofą, ponieważ największy przysmak tego potwora to sny zwykłych, niemagicznych ludzi. Nic więc dziwnego, że Grumnicki nie zostawił nam dla niego nic do jedzenia. Teraz musieliśmy z moim pracodawcą złapać stwora w taki sposób, żeby nikomu nie stała się krzywda i — co ważniejsze — żeby pani Ponura o niczym się nie dowiedziała.

Bułka z masłem, prawda?

Wyszliśmy więc ukradkiem z domu, przeskoczyliśmy przez płot (ja spadłem na twarz) i rozpoczęliśmy poszukiwania. Pan Ponury znalazł coś, bez czego prawdopodobnie w ogóle nie dalibyśmy rady – sierść fretki. Kilka lat temu nabył kompas do poszukiwania magicznych stworzeń. Wystarczyło położyć na iglicy coś, co należało do zagubionego zwierzaka, a następnie trzeba było iść tam, gdzie wskazywało urządzenie. Problem jednak nie tkwił w samym odnalezieniu Zmieniacza, lecz w jego schwytaniu. Nie wiedzieliśmy, jaką postać przybierze. Mogliśmy zakraść się do sypialni jednego z naszych sąsiadów i znaleźć w nogach jego łóżka zarówno dwumetrowego, agresywnego aligatora, jak i smacznie śpiącego, śliniącego się na kołdrę kangura.

Jak już miałem zostać zjedzony, to wolałem, żeby pożarło mnie coś fajnego. Jakiś smok albo cuś…. Jeśli miał mnie zadziobać jakiś bocian z wścieklizną, to lepiej, żeby nikt po mojej śmierci tego nie wspominał.

Dopiero w trzecim domu, który sprawdzaliśmy, udało nam się znaleźć naszą zgubę. Wcześniej Zmieniacz musiał przemieszczać się z dużą szybkością z jednej sypialni do drugiej. Zapewne szukał najbardziej apetycznych snów.

Wybredna, mała poczwara, pomyślałem ze złością.

Igła w kompasie pana Ponurego zaczęła się szybko obracać, a to oznaczało, że trafiliśmy w dobre miejsce. Staliśmy pomiędzy huśtawkami w ogrodzie, na starannie przystrzyżonym trawniku, gapiąc się w okno sypialni na piętrze. Nie mieliśmy przy sobie nic, co pomogłoby nam wspiąć się po ścianie i dostać się do środka.

Przygotowani jak zawsze, przemknęła mi przez głowę kwaśna myśl, lecz nie wypowiedziałem jej na głos.

Mój pracodawca podrapał się po głowie, a następnie zdecydowanym krokiem ruszył w prawo i — na swoje nieszczęście — wszedł na plastikowy wóz strażacki na kółkach. Jedna noga pojechała mu do przodu, a druga została w miejscu. Zamachał dziko rękami, próbując utrzymać równowagę. Usłyszałem tylko głośny trzask i jęk bólu, gdy pan Ponury został zaskoczony szpagatem, do którego nigdy wcześniej się nie przygotowywał.

Przyznam szczerze, że powstrzymanie wtedy wybuchu śmiechu było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Serio. Całe szczęście, że ta stara pokraka zwijała się z bólu i nie mogła dostrzec wyrazu mojej twarzy.

Panie Forge — pisnął mój pracodawca, próbując wymacać niezgrabnie moją rękę. — Musisz mi pan pomóc.

Parsknąłem cicho, nie będąc już dłużej w stanie utrzymać tego w sobie. Posłusznie jednak pochyliłem się i pomogłem mu wstać. To, co mi powiedział, gdy mógł już normalnie złapać oddech, odebrało mi te nędzne resztki dobrego humoru, które jeszcze zachowałem.

Musisz pan złapać Zmieniacza beze mnie — powiedział nienaturalnie cienkim głosem. — Tutaj masz pan wytrychy. — Wepchnął mi w ręce skórzany pokrowiec. — Złap go pan i przyprowadź do domu. Ja muszę się położyć.

Z tymi słowami odwrócił się ode mnie i pokuśtykał z przesadnie szeroko rozstawionymi nogami w stronę furtki.

Zawsze na mnie trafi, pomyślałem załamany, opuszczając głowę.

VI

No, ale co Waszym zdaniem powinienem był zrobić? Nie mogłem nie posłuchać pana Ponurego, a fakt, że nigdy wcześniej Zmieniacza nie spotkałem, wcale nie poprawiał mi nastroju.

Gdy tylko mój pracodawca zniknął za płotem, wypuściłem powietrze i jeszcze raz zerknąłem w stronę sypialni na piętrze. Tylko że tym razem coś patrzyło również na mnie. Miało lśniący, wielki gadzi pysk i zniknęło mi z oczu dokładnie w momencie, w którym zorientowało się, że zostało zauważone.

Widziałem w swoim życiu wiele węży i żaden, ale to żaden, nigdy mi się nie spodobał. To pewnie dlatego, że za każdym razem przedstawiciel tego gatunku próbował mnie albo zabić, albo pożreć. Zapowiadało się, że i ta sytuacja nie będzie odstępstwem od normy.

Westchnąłem ciężko i ruszyłem w kierunku drzwi. Nie radziłem sobie zbyt dobrze z wytrychami, więc po pięciu minutach bezowocnych prób i przeklinania otworzyłem je magią.

Dom pogrążony był w głębokim śnie. Niewyróżniające się niczym, modne umeblowanie teraz ukazywało się moim oczom jedynie w odcieniach czerni i szarości. Przeszedłem pewnym krokiem przez korytarz, minąłem kuchnię z salonem i skierowałem się prosto do pokoju na piętrze. Nie chciałem marnować czasu na zastanawianie się, ponieważ gdybym zaczął to robić, na pewno obleciałby mnie strach i pognałbym w drugą stronę ile sił w nogach.

Nie czekając, aż moje myśli nadążą za krokami, nacisnąłem klamkę i wszedłem do sypialni. Wąż właśnie otwierał wielki pysk tuż nad głową małej dziewczynki i coś błękitnego, przypominającego błyszczącą mgłę, sączyło się z jej uszu prosto do gardła potwora.

Rys. Martyna Nejman

Więc tak wyglądają sny, zdążyłem jeszcze pomyśleć.

W następnej chwili leżałem już na podłodze, mocując się z wielkim, umięśnionym cielskiem węża-giganta. Oczywiście przegrałem ten etap walki i po jakiejś minucie poczułem ból towarzyszący pierwszemu ściskowi. Tuż przy mojej twarzy nagle zmaterializowała się otwarta paszcza. Coś zaszumiało mi w głowie i próbowało wyżąć mój mózg jak gąbkę. Sapnąłem głośno, powstrzymując krzyk.

Tacy jak ja nie mają snów, idioto, pomyślałem z ponurą satysfakcją. Nie masz się czego nażreć!

Wtem gad zaczął charczeć i krztusić się, a żelazny uścisk został zwolniony na tyle, że zdołałem się wymknąć. Wąż rzucał się po pokoju i robił harmider będący w stanie obudzić umarłego. Usłyszałem trzaskanie drzwi na dole i ciężkie kroki na schodach.

To tyle jeśli chodzi o załatwienie tego po cichu. Nawet nie chcę myśleć, jak dostanie mi się za to w domu.

Machnąłem ręką i zablokowałem wejście do sypialni za pomocą magii. Kilka sekund później do ogólnego rozgardiaszu dołączył również huk, gdy ktoś całym ciężarem ciała wpadł na drzwi, które nie chciały ustąpić.

Kto tam jest?! — Dobiegł mnie przytłumiony męski głos. — Otwieraj! Policja już jedzie!

Jeszcze tego mi brakowało!

Wściekły na to, że wszystko idzie zupełnie odwrotnie, niż sobie założyłem, rzuciłem się na szamoczącego się i parskającego śliną gada. Chciałem przygnieść go do ziemi. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wylądowałem na twardej posadzce i złamałem sobie nos. Wielki wąż zniknął, a po mojej głowie przebiegła jaszczurka, drapiąc mnie boleśnie po policzku. Uciekła pod łóżko.

Jeśli w tamtej chwili ktoś wpadłby do sypialni i zobaczył starego skrybę, samego w pokoju małej dziewczynki, to by dopiero było.

W pogoni za gadem dałem nura pod łóżko, ale szanse złapania tak zwinnego małego zwierzęcia wynosiły praktycznie zero. Przy okazji walnąłem się potężnie w głowę. Przekląłem i już po kilku sekundach poczułem rosnący na moim czole wielki guz. Jaszczurka wywinęła się spomiędzy moich palców i popędziła w kierunku drzwi.

Po moim trupie, pomyślałem, rzucając się za nią. Zaraz cię złapię!

VII

No cóż… nie udało mi się złapać jej wtedy, poniosłem również porażkę w kilku kolejnych domach.

W tym pierwszym – drobna niewinna jaszczurka zmieniła się w wielkiego orła, a ja chwyciłem jeden z jego olbrzymich szponów; oboje wylecieliśmy z hukiem przez zamknięte okno, szybując w noc. Zwisałem uczepiony pazura, machając dziko nogami.

Musiałem wyglądać bardzo dostojnie.

W następnym domu zdemolowaliśmy salon. Później właściciele skarżyli się na to, że ich pokój gościnny wyglądał, jakby przebiegło przez niego stado słoni.

Powiem wam, że stado to to nie było, ale jeden egzemplarz też zrobił robotę.

Trzeci dom nawiedził niedźwiedź z cierpliwością kreskówkowego diabła tasmańskiego.

Problem ze schwytaniem Zmieniacza tkwił w tym, że musiałem się skoncentrować przede wszystkim na odcięciu mieszkańców domów od centrum wydarzeń. Gdyby się wydało, że na ich ulicy mieszkają ludzie maczający paluchy w magii… Nawet nie chciałem myśleć o konsekwencjach. Do tego wszystkiego pani Ponura zorientowałaby się, że nie zdołaliśmy upilnować bawiącej się…

Szlag by to, pomyślałem, waląc się pokrwawioną i opuchniętą ręką w czoło. Warto spróbować!

Miałem to nieszczęście, że w kolejnym mieszkaniu wszędzie na ścianach wisiały plakaty wilków i wilkołaków.

Wybierz wilka, wybierz wilka, błagałem w myślach.

Niestety – podły Zmieniacz zamienił się w potężnego wilkołaka z ogromnymi szponami, rodem z jakiejś piekielnej gry komputerowej. Patrzył na mnie, dysząc ciężko, a z pyska kapały mu wielkie, gęste krople śliny.

Kątem oka dostrzegłem pokaźny szklany słoik na ciastka. Leżał na podłodze z otwartym wieczkiem, które trzymało się na metalowym zawiasie.

Idealny!

Nie wiedziałem, jakim cudem się nie stłukł, ale postanowiłem to wykorzystać.

Przypomniałem sobie, dlaczego fretka w naszym domu była taka spokojna – miała się czym bawić i nawet zapominała wtedy o głodzie.

Wyczekałem więc moment, w którym wilkołak zaorał pazurami o podłogę i rzucił się na mnie. W tej samej chwili zanurkowałem pod nim, chwytając małą gumową piłkę. Nacisnąłem ją przez przypadek, co poskutkowało tym, że wydała z siebie głośny pisk. Reakcja była natychmiastowa. Wilkołak zesztywniał i zatrzymał się w miejscu, po czym usiadł jak posłuszny pies, merdając ogonem. Nie chcąc dłużej prowokować losu, cisnąłem zabawką w otwarty słoik.

Oczywiście nie trafiłem.

Piłka odbiła się od podłogi jakieś pół metra dalej i wypadła na korytarz. Potwór pogonił za nią, zapominając o bożym świecie i tratując dosłownie wszystko na swojej drodze. Gdy szukałem na klęczkach w tym całym burdelu kolejnej rzeczy, jaką mógłbym mu rzucić, poczułem na swojej szyi ciepły oddech. Zamarłem, lecz zanim zadałem sobie pytanie, czy jestem gotowy na śmierć, zobaczyłem wolno sunącą w stronę mojej dłoni piłkę. Była o połowę mniejsza…

Nie chciałem nawet wiedzieć, gdzie znajdowała się druga część.

… i obrzydliwie obśliniona.

Bez kitu, nauczyłem wilkołaka aportować, pomyślałem i wyszczerzyłem do siebie zęby.

Złapałem resztkę zabawki i wycelowałem ponownie.

Hmmm… może przejdę do momentu, w którym mi się to udało. To była próba numer dziesięć i gdy kawałek piłki wpadł do środka, wilkołak się skurczył i, tak jak planowałem, wpadł za nią do słoika. Błyskawicznie zamknąłem wieko, a następnie rzuciłem na pojemnik zaklęcie, które miało zapobiec jego stłuczeniu. Zrobiłem to wszystko praktycznie w ostatniej chwili, ponieważ gdy Zmieniacz zdał sobie sprawę, że jest uwięziony, próbował na powrót zmienić się w coś wielkiego. Słoik nie pękł, ale jego waga wzrosła pięćdziesięciokrotnie. Nie mam pojęcia, jakim cudem wytaszczyłem go z domu. W chwili, w której policja wpadła do środka, ja zdążyłem już zniknąć. Leżałem tylko z ugiętymi nogami w pobliskich krzakach, zalewając się potem.

VIII

Podsumowanie szkód:

Ja i Zmieniacz zdemolowaliśmy połowę ulicy. Zaalarmowaliśmy wszystkich mieszkańców, którzy przerażeni uciekali ze swoich domów. Kilkoro dzieci straciło swoje sny i na tydzień zapadło w tajemniczą śpiączkę. Byłem cały poobijany i brudny. Ubranie miałem w strzępach, a godność już chyba nigdy do mnie nie powróci. Do tego wszystkiego chyba dostałem przepukliny od dźwigania nienaturalnie ciężkiego słoika.

Najgorsze wydarzyło się jednak dopiero wtedy, kiedy wykończony wszedłem do korytarza domu Ponurych. Starałem się iść najciszej, jak tylko się dało, lecz nie zdążyłem nawet dojść do schodów, gdy za moimi plecami ktoś głośno odkaszlnął. Odwróciłem się powoli. W progu kuchni stała ze skrzyżowanymi ramionami pani Ponura. Jej twarz była czerwona ze złości, a usta zacisnęła tak mocno, że przypominały teraz cienką kreskę.

Zawsze na mnie trafi, pomyślałem zrezygnowany.

#9 O marzeniach i ewoluujących planach

Zanim zaczniecie realizować jakiekolwiek ze swoich marzeń, musicie wziąć pod uwagę fakt, że gdy już się za to zabierzecie, nic nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Mowa oczywiście o prawdziwych marzeniach – takich najważniejszych w życiu. Takich, których realizacja może na nowo zdefiniować wszystkie Wasze cele i codziennie stawiać przed Wami coraz to nowe wyzwania.

Zabawne jest to, że dopóki nie poznałam Pawła, nie wiedziałam nawet, że mam takie marzenia. Tymczasem proces zakładania wydawnictwa, poznawanie tajników self-publishingu i blog działający zaledwie od paru miesięcy, przewróciły całe moje życie do góry nogami. To była najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam.

Ale dosyć ckliwości.

To będzie wpis o tym, jak z planu obejmującego wydanie książki przeszliśmy do założenia bloga. I otym, jak od tamtej chwili podjęliśmy szereg decyzji, z których każda po trosze sprawiła, że jesteśmy teraz w miejscu takim, a nie innym.

Bardzo chciałabym Wam powiedzieć, kiedy zadecydowaliśmy o tym, że zakładamy wydawnictwo. Co więcej – sama bardzo chciałabym to wiedzieć. Cały proces rozgrywał się na przestrzeni kilku miesięcy i trudno określić dokładny moment, w którym przeszliśmy od abstrakcyjnych marzeń do ich realizacji. Pytałam o to Pawła, ale z jego strony też nie spłynęło na mnie żadne olśnienie.

Lakoniczne podsumowanie naszych niespełna półrocznych działań w porządku chronologicznym przedstawia się następująco:

  • decyzja o wydaniu „Cmenatrzyska” metodą self-publishingu oraz pomysł na blog mający promować twórczość pana Forge’a;

  • zaangażowanie w pracę nad ilustracjami do naszych tekstów pani Martyny Nejman;

  • przygotowanie szczegółowego konceptu oraz uruchomienie rzeczonego bloga, wraz z kanałami jego promocji w mediach społecznościowych;

  • nie tylko rozpoczęcie, ale nawet ukończenie przeze mnie kursu redakcji merytorycznej;

  • samodzielnie przygotowywanie tłumaczeń na język angielski publikowanych na blogu tekstów wraz z założeniem kłobookowego profilu na platformie Wattpad;

  • przerobienie kilku kursów internetowych mających ułatwić nam pracę nad prowadzeniem naszego projektu;

  • podjęcie pierwszych kroków w temacie content marketingu – póki co czysto teoretycznie.

A ponadto, w tak zwanym międzyczasie:

  • odkrywaliśmy tajniki działania mediów społecznościowych wraz z promocjami, hasztagami i innymi narzędziami, pozwalającymi zwiększyć zasięg postów;

  • udzieliliśmy kilku wywiadów, z czym czujemy się ultra-dziwnie, ale nie powiem, że nieprzyjemnie :D;

  • wzięliśmy udział w profesjonalnej sesji zdjęciowej, dzięki której nasz wizerunek będzie jeszcze bardziej naturalny i przystępny dla Was; bo to dla Was jesteśmy.

Jakkolwiek kilka z powyższych podpunktów można traktować z przymrużeniem oka, tak w rzeczywistości chciałam się z Wami podzielić tym, że cały czas się uczymy. Każdego dnia testujemy nowe rozwiązania, mierzymy się z nowymi pomysłami (na które miesiąc wcześniej byśmy nie wpadli) i stawiamy czoła nowym wyzwaniom, jakie wynikają ze wspomnianych wcześniej nowych pomysłów. Nie spodziewaliśmy się, że wszystko potoczy się w takim tempie i obierze tak wiele kierunków jednocześnie, ale nie da się nawet określić, jak dużą stanowi to dla nas motywację.

To niesamowite, jak z jednego małego pomysłu (chociaż w sumie może nie był on znowu taki mały) wydania książki przeszliśmy przez wszystkie wymienione wyżej etapy. Właśnie to miałam na myśli, pisząc na początku posta, że z marzeniami trzeba ostrożnie – może się okazać, że jedno pociągnie za sobą kolejne i zanim się obejrzycie, będziecie musieli kupić tablicę korkową, żeby wieczorem, przed snem, ogarnąć wszystkie rzeczy, które macie do zrobienia nazajutrz. My, co prawda, do tej pory nie kupiliśmy tej tablicy, ale karteczki samoprzylepne na lodówce też zdają egzamin ;).

Martyna

#8 O zdobyciu certyfikatu

Pamiętacie moją relację z kursu redakcji merytorycznej, na który wysłał mnie Paweł? Wspominałam wtedy o tym, jak intensywny był to okres, z jakim ogromem wiedzy się zderzyłam oraz w jaki sposób musiałam zorganizować sobie czas, żeby się w tym wszystkim nie pogubić.

Nie wiem dokładnie, kiedy i w jaki sposób się to stało, ale pewnego grudniowego poranka zorientowałam się, że nazajutrz miał się rozpocząć ostatni etap tej podróży. To będzie więc bardzo krótki wpis o tym, jak wyglądały moje przygotowania do trwającego jakieś siedem minut egzaminu, mającego mi zapewnić certyfikat redaktora.

Zaliczenie wyżej wspomnianego kursu miało postać dwojaką — po pierwsze mieliśmy za zadanie dokonać redakcji i korekty wybranego przez jednego z prowadzących tekstu. Mogłoby się wydawać: „bułka z masłem”. Drugą częścią (i jednocześnie oficjalnym egzaminem) była krytyczna rozmowa na temat dowolnie wybranej przez nas książki. Trzeba więc było wziąć pod uwagę nie tylko samą jej zawartość merytoryczną (w tym moją ukochaną już poprawność językową), ale też sposób jej wydania, zgodność z normami oraz inne elementy techniczne.

O ile podczas pierwszej części zaliczenia nie wydarzyło się nic godnego uwagi (wyłapanie błędów i ich eliminacja jest procesem raczej mało inspirującym do tworzenia barwnych i ciekawych opowieści), o tyle część druga wiąże się już z pewną anegdotą. Ale może zacznę od początku.

Jak to często ze mną bywa — wybranie odpowiedniej książki, którą miałam zabrać ze sobą na egzamin zostawiłam sobie, dosłownie, na ostatnią chwilę. W piątkowy wieczór zerknęłam więc na regał i zaczęłam przeszukiwać wzrokiem półkę po półce. Wiedziałam, że nie może to być po prostu moja ulubiona pozycja (a jeśli miałabym takową wybrać, to dopiero wtedy miałabym problem ;)), ponieważ chodziło też o to, aby budowa takiej książki była trochę bardziej złożona niż klasyczne teksty, jakie czytam zazwyczaj (fanka fantastyki, przypominam). Mój wybór padł więc na jedną z prac Antoniego Kępińskiego na temat leczenia pacjentów psychiatrycznych (absolwentka psychologii, przypominam). Było w niej kilka elementów, o jakich wiedziałam, że będę mogła chwilę dłużej opowiedzieć pod kątem edytorskim. Jednocześnie była na tyle bliska mojemu sercu, że bez oporów postanowiłam ją zabrać ze sobą do Warszawy. Porównałam sobie jej budowę z normami, zastanowiłam się, co jest w porządku, a co jeszcze można byłoby poprawić pod względem estetycznym (merytorycznie nawet nie śmiałabym wchodzić w kompetencje mistrza) i stwierdziłam, że w sumie czuję się z tym całkiem nieźle. Nawet zbyt mocno się nie denerwowałam.

Wiecie, co się stało na samym końcu? Kiedy dotarłam w niedzielny poranek do budynku, gdzie odbywał się kurs, miałam w plecaku jeszcze jedną powieść, którą w tamtym czasie czytałam dla czystego relaksu. Była to „Muzyka duszy” Pratchetta. Na pięć (no, może dziesięć) minut przed moim wejściem do sali egzaminacyjnej dokonałam więc szybkiego rozrachunku z samą sobą i uznałam, że TO jest jednak książka, dzięki której chcę uzyskać mój wymarzony certyfikat.

Chyba nie muszę Wam mówić, że udało mi się to bez najmniejszych problemów, prawda? 😉

 

Martyna

Siedząc na parapecie

Jestem w tym domu gościem od lat. Pamiętam, jak go stawiano i pamiętam też człowieka, który narysował plany i nadzorował budowę. Przynajmniej wtedy jeszcze myślałem, że jest człowiekiem, chociaż od samego początku czułem, że jest w nim coś dziwnego. Dziwna też była ta budowa. Nie chodziło o maszyny ani o robotników – to wszystko było normalne. W normalny sposób kopano doły, wylewano fundamenty i stawiano kolejne ściany. Niecodzienne natomiast było to, że pracowano tylko w nocy. Wszędzie było pełno lamp o najmocniejszych żarówkach, jakie kiedykolwiek widziałem, a ich światło nadawało robotnikom upiorny wręcz wygląd. Prace, o dziwo, szły w zastraszająco szybkim tempie i po niecałym roku dom był przygotowany do tego, żeby w nim zamieszkać.

No więc zaraz po skończeniu budowy wpadłem z małą wizytą i… trochę się zasiedziałem. Nawet ja nie przypuszczałem, że spędzę tutaj tyle czasu. Zaciekawiła mnie jednak rodzina, dla której postawiono dom.

Pierwszego wieczoru, tuż po zachodzie słońca, na podjeździe pojawił się samochód. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot, zwyczajne auto zapakowane po dach pudłami. Wysiadł z niego mały chłopiec. Miał pewnie ze dwanaście, może trzynaście lat i wyglądał na chorego. Miał bladą, prawie białą twarz, podkrążone oczy, a poza tym zauważyłem, że nie trzymał się pewnie na nogach.

Nie tak powinien wyglądać dwunastoletni chłopiec.

Starszy jegomość doskoczył zaraz do niego, podniósł go, po czym obydwaj zniknęli we wnętrzu domu. Drzwi samochodu zostały otwarte, a światła włączone. Kilkanaście minut później mężczyzna wypadł z budynku i pospiesznie skierował się do bramy. W ręku niósł duży worek, w którym – jak się okazało chwilę później – była ziemia. Miałem stuprocentową pewność co do zawartości torby, bo mam dobry wzrok. Jestem na tym świecie wystarczająco długo i od razu poznałem, że tej ziemi nie powinno tutaj być. To zła ziemia. Doskonale też wiedziałem, do czego służy. Ktoś, kto chodzi dookoła swojego domu, rozsypując taką ziemię i mrucząc przy tym słowa, których nikt mruczeć nie powinien, nie chciał zostać odnaleziony.

Postanowiłem, że posiedzę tutaj jeszcze jakiś czas.

*

Nie powiedziałem Wam kilku ważnych rzeczy. Ojciec chłopca był niezwykle wysoki i chudy niczym patyk. Nie miał na głowie ani jednego włosa, a jego uszy nie były ludzkie; wielkie, szpiczaste, przylegające do łysej czaszki, na której miarowo pulsowały żyły – były aż nader widoczne. Mężczyzna zawsze chodził ubrany w elegancki czarny garnitur oraz takiego samego koloru koszulę i buty. Lekko przykrótkie nogawki spodni odsłaniały mu kostki, uwydatniając, i tak już niewiarygodnie duże, stopy. Oczy miał wielkie, okrągłe i całkowicie czarne. Nie było w nich białek ani powiek, więc, co z tym związane, nie mrugał. Pomimo tego żaden z robotników nigdy nie zwrócił na to uwagi, nie wypowiedział na ten temat chociażby jednego słówka.

Dom był dwupiętrowy, zbudowany z czerwonej cegły, z jedną wieżyczką po lewej stronie (gdy stało się twarzą do drzwi frontowych). Wszystkie dachówki trzymały się mocno, a w każdym z licznych okien paliło się światło, lecz zasłony były zaciągnięte zarówno w dzień, jak i w nocy. Okna, o których mówię, były wysokie, lekko rozszerzone u góry, a szyby podzielone na cztery części. Nigdy  nie zostały otwarte mimo iż lato w tej okolicy każdemu dawało w kość. Co do okien z tyłu, to… w ogóle ich tam nie było. Pozostały za to okienne ramy, lecz wbudowane zostały one w ceglane ściany.

Jeśli zaś chodzi o chorego chłopca, którego widziałem pierwszego wieczoru, to wyglądał całkowicie normalnie (pomijając to, że bez wątpienia podupadał na zdrowiu), nigdy jednak nie wypuszczano go na dwór. Czasami tylko – przeważnie w nocy – widziałem jego sylwetkę na tle zaciągniętych zasłon.

Byłem oficjalnie zainteresowany.

*

Dni zamieniały się w miesiące, a miesiące w lata. Właściciel domu otworzył na parterze zakład pogrzebowy, którego usługi cieszyły się dużym powodzeniem wśród mieszkańców miasta. Nie wiem, czy chodziło o niskie ceny czy o jakość wykonywanych usług, ale dwa karawany kilka razy w tygodniu przywoziły jegomościowi „świeży towar”. Człowiek prowadzący firmę musiał być też bardzo miły i kulturalny, ponieważ członkowie rodzin zmarłego (bądź zmarłej) zawsze serdecznie ściskali jego dłoń na pożegnanie, a na ich twarzach za każdym razem dostrzegałem ulgę. Zupełnie jakby mężczyzna dbał również o wewnętrzny spokój swoich klientów (zarówno tych żywych, jak i tych, którymi zajmował się po godzinach).

Pewnego razu zostałem dostrzeżony. Nie ukrywałem się jakoś szczególnie, więc w zasadzie nie powinienem się dziwić. Obserwowałem małżeństwo żegnające się z właścicielem zakładu pogrzebowego. Ich twarze były blade, oczy mokre od łez, ale dało się zauważyć, że jest im znacznie lżej. Wysoki mężczyzna pozostał w progu, odprowadzając ich wzrokiem (przeważnie od razu znikał we wnętrzu swojego domu) i wtedy mnie dostrzegł. Zatrzymał na mnie spojrzenie i od razu mnie rozpoznał. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie jest człowiekiem. Może kiedyś nim był, ale to musiało się zmienić bardzo, bardzo dawno temu. Nie zrobił nic, żeby mnie przepędzić. Czułem też, że się mnie nie boi – pomimo tego, że nie jestem posłańcem dobrych wieści. Kiwnął mi tylko głową i pośpiesznie zniknął w mroku swojej posiadłości.

*

Któregoś wieczoru znów widziałem sylwetkę jego syna. Pojawiała się w oknie coraz rzadziej. Zastanawiałem się, czy chłopak może być aż tak wyczerpany chorobą, by nie mieć siły wstać z łóżka. Obserwowałem dwie postaci rozmawiające ze sobą na tle zaciągniętych zasłon. Tej nocy powiew wiatru uchylił jedną z nich nieznacznie, w wyniku czego powstała szczelina dostatecznie szeroka, bym mógł widzieć, co dzieje się wewnątrz. Nikt nie zasłonił jej przez cały następny dzień. Kolejni klienci odwiedzali właściciela domu, a ten rzucał mi długie spojrzenia, gdy odprowadzał ich do wyjścia.

O co tutaj chodziło?

Tego samego dnia usiadłem na parapecie i po raz pierwszy zajrzałem do środka. Pomieszczenie, które mi pokazano, było bez wątpienia pokojem chłopca. Na półkach stały figurki różnych bohaterów komiksów, lecz warstwa kurzu wskazywała na to, że od dawna nikt ich nie używał. Pomiędzy zabawkami leżały, tu i ówdzie, książki o potworach, baśnie braci Grimm oraz podręczniki o anatomii człowieka. Dość dziwny zestaw dla chłopca, pomyślałem wtedy, ale nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Zerknąłem na jedno jedyne zdjęcie stojące na nocnej szafce. Przedstawiało chłopca, którym zainteresowałem się od chwili, gdy wysiadł z samochodu ojca. Na fotografii obydwaj stali w towarzystwie jakiejś małej dziewczynki. Była prawdopodobnie w tym samym wieku, a zdjęcie zostało wykonane na tle kaplicy cmentarnej. Co ta dziewczynka robiła na cmentarzu i czemu sfotografowano ich właśnie tam? Coraz więcej pytań pojawiało się w mojej głowie i postanowiłem znaleźć odpowiedź na nie wszystkie. Oglądałem dalej, po czym stwierdziłem, że pokój jest bardzo czysty, jak na dziecięce standardy. Co prawda część ubrań wyskoczyła z szafy na wielki, puchaty, ciemnobrązowy dywan, ale to jeszcze nie tragedia. Do ścian przyczepione zostały lampy naftowe, lecz wiedziałem, że w środku są żarówki. Abażury nadawały pomieszczeniu charakteru oraz oświetlały wiszące na ścianach obrazy i postery z filmów. Chłopak bardzo lubił „Frankenweenie”, pomyślałem. Nie dziwię się, to dobra bajka. Biurko było zawalone zeszytami, stały na nim talerze z prawie nietkniętym jedzeniem i laptop, którego ekran jasno świecił w półmroku. Poza zwyczajnymi meblami, zabawkami i plakatami, w pomieszczeniu nie było zbyt wiele rzeczy.

Rozglądając się dookoła, spostrzegłem, że chory chłopiec patrzy na mnie. Trudno powiedzieć, kiedy się obudził, ale w tamtym momencie utkwił we mnie spojrzenie podkrążonych i zmęczonych oczu. Wpatrywaliśmy się w siebie przez kilka sekund, a chwilę później chłopak wyciągnął rękę spod kołdry i pomachał do mnie. Nawet tak niewymagający gest sprawiał mu wiele trudu. Wiedziałem, że tego wieczoru nie zobaczyłbym w oknie jego sylwetki.

*

Przez następnych parę miesięcy w każdym z okien zrobiono dla mnie szczelinę. Byłem już prawowitym mieszkańcem posiadłości i przesiadywałem wszędzie, gdzie tylko mi się zachciało. Czasami tylko opuszczałem mój dom, żeby coś zjeść. Na terenie posesji nie rosła nawet trawa, a nieliczne drzewa, jakie tutaj były, straciły wszystkie liście niemal od razu, gdy tajemniczy jegomość postawił stopę na swoim podwórku; już nigdy ich nie odzyskały.

Bywały dni, kiedy chłopak czuł się naprawdę dobrze. Od czasu do czasu szwendał się od rana do wieczora po domu, sprawdzając różne rzeczy, siedząc w Internecie lub jedząc posiłki, które przynosił mu ojciec. Niestety przez większość tygodni leżał pod kołdrą blady jak ściana i nie był w stanie powiedzieć nawet słowa.

W bocznym oknie zobaczyłem kiedyś, jak jego ojciec rozkładał na stole karty tarota. Pytał je o los swojego syna i chciał wiedzieć, jak może mu pomóc. Popijał przy tym z wysokiego kielicha gęsty czerwony sok. Karty zawsze dawały mu odpowiedź, a czasem same przesuwały się po blacie, pokazując mu najbliższą przyszłość. Najwidoczniej nie jawiła się ona w radosnych barwach, ponieważ za każdym razem wysoki jegomość zrywał się z krzesła i wściekły opuszczał pokój pełen ksiąg w wielkich czarnych oprawach, zwierząt w klatkach, kryształowych kul i narzędzi o ostrych krawędziach. To rozdanie nie było wyjątkiem. Podleciałem do sąsiedniego pomieszczenia i dostrzegłem, że mężczyzna ma towarzystwo. Chodził po pokoju ze świeżo napełnionym kieliszkiem, w ogóle nie zwracając uwagi na grubego mężczyznę rozwalonego na fotelu. Przypatrzyłem się nieznajomemu lepiej i dostrzegłem trupią bladość na jego twarzy, brodę opartą na klatce piersiowej oraz dłoń bezwładnie zwisającą z oparcia. Facet musiał spać naprawdę głęboko.

Otaczającą ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Drgnąłem lekko, bo od wpatrywania się w śpiącego całkowicie straciłem poczucie rzeczywistości. Właściciel domu rzucił pośpieszne spojrzenie na swojego gościa, odstawił kieliszek na stolik i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Musiałem zobaczyć, kto przyszedł. Zerwałem się z miejsca i momentalnie wylądowałem na werandzie tylko po to, by poczuć ukłucie rozczarowania – to byli tylko następni klienci. Wróciłem na parapet na piętrze. Śpiący nawet nie drgnął, a do mnie zaczynało powoli docierać to, co mogło dziać się w tej posiadłości.

Wydawało mi się, że nawet najgłośniejszy z dzwonków do drzwi nie dałby rady obudzić naszego gościa.

*

Mieszkaliśmy w domu od pięciu lat i niewiele się zmieniło. Ojciec chłopca zaczął od czasu do czasu zamykać zakład na dzień lub dwa, aby udać się w podróż. Do tej pory nie wiem, gdzie bywał, ale na pewno nie były to zwyczajne wycieczki. Bo kto normalny podróżuje z miejsca na miejsce, używając portalu otwartego za pomocą czarnej magii? Tak właśnie było! Dowiedziałem się wreszcie, co to za książki leżą na półce w pokoju, w którym mężczyzna rozstawiał tarota. Gdy obserwowałem, jak odprawia rytuał nad swoim synem, wyjaśniła się też przydatność zwierzaków w klatkach. Poczułem się osobiście urażony, lecz nie powiedziałem ani słowa.

Czar musiał nie poskutkować, ponieważ chłopiec został odtransportowany do swojego pokoju w takim samym stanie, w jakim został z niego przyniesiony (jeśli nie w gorszym).

W czasie jednej ze wspomnianych wycieczek udało mi się wreszcie nawiązać kontakt z chłopcem. Było to pewnej letniej nocy. Siedziałem na parapecie i doglądałem małego podczas nieobecności jego ojca. Nie chciało mi się spać i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem obserwowany. Chłopak wpatrywał się we mnie wielkimi czarnymi oczami bez białek (mógłbym przysiąc, że gdy się tutaj wprowadzał, wyglądały one normalnie), a ja nieznacznie uniosłem skrzydło w geście powitania. Nie spodziewałem się tego, co miało nastąpić chwilę później.

Mały wyślizgnął się spod kołdry i chwiejnym krokiem podszedł do parapetu. Czekałem. Z niemałym trudem wdrapał się na biurko i po chwili mocowania z klamką okno stanęło przede mną otworem. Nie ruszyłem się z miejsca – tylko wpatrywałem się w tę bladą, chudą twarz i oczy, które teraz wyglądały dokładnie tak, jak oczy jego ojca.

Cześć – powitał mnie słabym głosem. – Jestem Daniel. Długo już z nami mieszkasz.

Nie odpowiedziałem, ale też nie uciekłem gdzie pieprz rośnie. W sumie to byłem w szoku. Nikt nigdy nie próbował ze mną rozmawiać. Nie mówię tylko o sytuacji w tym domu, ale we wszystkich, w jakich bywałem przez te kilka stuleci.

Wiem, że mnie rozumiesz. – Daniel uśmiechnął się zachęcająco. – Mój tato powiedział mi, że kruki potrafią z nami rozmawiać, ale nikt nigdy nie chce z się do was odezwać, bo zawsze jesteście zwiastunami złych wieści. To prawda?

Nie zawsze – odparłem po chwili wahania. – Czasem po prostu siedzimy i obserwujemy.

A jak jest tym razem?

Nie odpowiedziałem. To był bystry chłopak – faktycznie przyleciałem tutaj, żeby obserwować, jak umiera i zabrać go ze sobą, lecz na przestrzeni tych kilku lat widmo śmierci zbliżało się i oddalało zarazem. Nigdy dotąd nie spotkałem się z czymś takim.

Ile masz lat? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Siedemnaście – odparł. – Niedługo są moje osiemnaste urodziny. Przyjdziesz?

Nie wolno mi wchodzić do środka.

Daniel zamyślił się. Mina trochę mu zrzedła, przygryzł wargi i wyjaśnił:

Nie mogę zrobić przyjęcia na dworze. Mój tato nie może przebywać na słońcu, bo pali mu się skóra. Widziałem raz, jak to się stało… kilka lat temu, gdy musieliśmy uciekać.

Zamilkł i odwrócił pośpiesznie wzrok, zdając sobie sprawę z tego, że powiedział zbyt wiele. Do mnie jednak wreszcie dotarło, co się tutaj dzieje. Wszystkie te dziwne rzeczy, które widziałem na przestrzeni pięciu lat – począwszy od rozsypywania złej ziemi, a skończywszy na trupio bladym kompanie w fotelu — wskoczyły na swoje miejsce i ułożyły się w logiczną całość. Całość wywołującą ciarki na moim grzebiecie. Nie powinno mnie tutaj być. Nikogo nie powinno być w okolicy tego domu!

No co chorujesz? – spytałem, choć przeczuwałem odpowiedź.

Nie mogę o tym nikomu powiedzieć – odparł Daniel. – Tata mi zabronił.

Siedzisz w tym domu tak całkiem sam. Nikt cię nigdy nie odwiedza. Nie jest ci smutno?

Miałem kiedyś przyjaciółkę – odpowiedział, odwracając się, a ja wiedziałem, że patrzy na zdjęcie przy łóżku. – Byliśmy nierozłączni, w bezpiecznym miejscu dla takich jak my, ale wszystko się skończyło, kiedy zachorowałem. Mój tata pokłócił się ze wszystkimi, zabrał mnie tutaj i cały czas próbuje znaleźć dla mnie lekarstwo. To dlatego podróżuje, a ja siedzę sam. Nie mam siły wyjść na zewnątrz i nikogo poznać.

Było mi żal chłopaka, ale jeśli to, co wpadło mi do głowy, miało okazać się prawdą, to w zasadzie niewiele mogłem zrobić… nikt nie mógł. Jakaś myśl zakiełkowała mi jednak z tyłu głowy i już miałem pocieszyć dzieciaka, gdy zobaczyłem, że ktoś stoi w progu pokoju. To mogła być tylko jedna osoba, a z nią nie chciałem mieć do czynienia.

Czmychnąłem czym prędzej i usłyszałem tylko okno zatrzaskujące się za mną z głośnym hukiem. Przysiadłem na gałęzi bezlistnego drzewa i patrzyłem na dwie postacie wymachujące rękami na tle zasłoniętego okna.

*

Następnego dnia jednak nikt nie zaciągnął ani jednej zasłony. Sprawdziłem dwukrotnie. Nadal byłem mile widziany! Mało tego! Stało się coś znacznie gorszego. Siedziałem sobie tego popołudnia na ziemi, czyszcząc pióra, gdy usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Od niechcenia spojrzałem w tamtą stronę, ale nie spodziewałem się dojrzeć niczego, czego nie widziałbym tutaj wcześniej. Opuściłem więc łeb i zająłem się sprawami naprawdę ważnymi, nasłuchując tylko trzaśnięcia zamykanych drzwi. Zamiast tego minęli mnie klienci zakładu pogrzebowego i nastała cisza. Ostrożnie opuściłem skrzydło i zerknąłem, niby od niechcenia, w stronę werandy. Ojciec Daniela stał w progu ukryty w cieniu. Wyciągnął dłoń o długich palcach (i jeszcze dłuższych pazurach), po czym gestem zaprosił mnie do środka.

Przełknąłem głośno ślinę i (po naprawdę długiej chwili wahania i rozważań) podreptałem na swoich krótkich nogach w stronę domu. Wskoczyłem po kilku schodkach i znalazłem się tuż przed właścicielem domu. Z dołu wyglądał na jeszcze większego, a teraz gdy już wiedziałem, kim jest zdawał mi się milion razy groźniejszy. Jeszcze te jego oczy! Patrzył nimi na mnie, a ja wiedziałem, czego w nich brakuje.

Słyszałem, że poznałeś mojego syna – odezwał się ojciec Daniela. – Wejdź, proszę, do środka.

Przestąpiłem niepewnie z nogi na nogę, ale zamiast iść do przodu, cofnąłem się, dopóki nie poczułem na grzbiecie ciepłych promieni słońca. Zadarłem łeb do góry i czekałem.

A więc wiesz, kim jestem. – Mężczyzna cmoknął zadowolony, lecz nie przestąpił progu.

Wiem też, na co choruje twój syn – podjąłem rozmowę. – Bardzo wam współczuję. Nie sądzę, by można było trafić gorzej.

Jegomość skrzyżował ręce na piersi i podrapał się w policzek swoim długim paznokciem. Nie odrywał przy tym ode mnie spojrzenia. Nie wyglądało to zachęcająco, przyznaję.

Sprawa nie jest jeszcze przesądzona – powiedział. – Może w końcu znajdę lekarstwo. Na razie udało mi się spowolnić proces.

Czego ode mnie chcesz?

Mam do ciebie prośbę. Wiem, dla kogo pracujesz – to potężna istota. On może mi pomóc. Próbowałem go przywołać i raz prawie mi się udało, lecz nie skończyło się to dobrze.

Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. To dlatego pozwalał mi zostać tutaj tak długo. Wiedział, kim jestem – tego domyśliłem się w miarę szybko. Ale nie przyszło mi do głowy, że będzie próbował dotrzeć przeze mnie do mojego szefa.

Nie rób tego – powiedziałem pośpiesznie. – Wiesz, że on nigdy nikomu nie pomógł i tym razem też nie będzie wyjątku. Jedyne, co może zrobić twojemu synowi – to krzywdę! Odpuść.

Nie mogę! To moje dziecko i nie pozwolę, żeby skończył jak…

Przerwał, łapiąc oddech i usuwając się bardziej w cień. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że prawie wyszedł na zewnątrz. Ja za to poczułem – wstyd się przyznać – smakowity zapach smażonego mięsa.

Nie polecę z taką prośbą do mojego szefa, możesz być pewien. Już bym stamtąd nie wrócił.

Ojciec Daniela zamyślił się i widać było, że próbuje mnie podejść z różnych stron. Czekałem… no, bo w sumie co miałem do roboty?

Słyszałem, że Daniel ma niedługo osiemnaste urodziny – podjąłem ostrożnie, bo coś mi wpadło do głowy.

Tak, za dwa dni.

Czy mogę przynieść mu prezent?

Wysoki mężczyzna tylko spojrzał na mnie podejrzliwie.

*

Podróż nie zajęła mi dużo czasu i wróciłem w noc poprzedzającą urodziny Daniela. Jego ojciec już na mnie czekał. Wyciągnął przed siebie rękę, a ja posłusznie wylądowałem na jego przedramieniu. Wyjął z mojego dzioba gałązkę z jagodami.

Rys. Martyna Nejman

To są jagody z ogrodu mojego szefa – wyjaśniłem, gdy złapałem już oddech. – Nie wie, że je wziąłem, więc jakbyśmy zatrzymali tę sprawę między sobą…

Oczywiście – odpowiedział mężczyzna. – Ale to nie wyleczy mojego dziecka.

Nic nie wyleczy twojego dziecka – sprostowałem. – Da mu to jednak pełnię sił na jeden dzień.

Cóż mi po tym?! – warknął.

Możesz wypuścić Daniela na zewnątrz – wyjaśniłem cierpliwie. – Chłopak nie ma nikogo, siedzi cały dzień sam…

Ludzie zrobią mu krzywdę! – zaoponował.

Część ludzi jest dobra – odpowiedziałem, patrząc mu w oczy. – Daj mu w prezencie możliwość posiadania przyjaciela.

*

Mimo tego, że chciałem być dobry, sprawy potoczyły się w nieco inny sposób, niż przewidywałem. We własnych myślach zostałem bohaterem i wszyscy – szczególnie Daniel – byli mi wdzięczni do końca życia. Część mojej wizji się sprawdziła. Daniel zjadł tort i wyszedł na dwór. Spodziewałem się, że wróci z chociaż jednym przyjacielem. Możecie sobie wyobrazić moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem go drepczącego samotnie po chodniku. Pomachał do mnie ręką i zadowolony wskoczył do domu.

No i te wszystkie jagody psu… – westchnąłem. – Szef mi pióra powyrywa.

*

Następnego ranka zbudziły mnie kroki. Na wpół sklejonymi oczami zobaczyłem trójkę ludzi – dwie dziewczyny i starszego mężczyznę, idących w stronę domu. Nie przejąłbym się tym, gdyby nie fakt, że zamiast zapukać do drzwi wejściowych odbili w bok i zeszli do piwnicy. Było w nich wszystkich coś dziwnego.

Obleciałem kilkukrotnie cały dom, ale nigdzie nie znalazłem Daniela. Nie leżał w łóżku, nie siedział też z ojcem w pokoju tarota. Zasiadłem na parapecie jego sypialni i zdenerwowany czekałem, aż wróci na górę.

Drzwi otworzyły się dopiero późnym wieczorem. Na zewnątrz szalała burza z piorunami i myślałem, że zaraz mnie zwieje. Trwałem jednak na stanowisku (i dobrze, że to zrobiłem, bo gdy zdałem sobie sprawę, co chłopak nabroił, opadł mi dziób). Znalazł sobie przyjaciela, a jak! Wprowadził do pokoju dziewczynkę o blond włosach, wielkich jak spodki świecących oczach, nieproporcjonalnie dużych ustach i długich, sięgających prawie do kolan rękach. Wszystko byłoby ładnie, gdyby nie ślady szycia i szwy w miejscach tych wszystkich nieproporcjonalnych części, które jakoś nie pasowały mi do… hmmm… jednego ciała.

Daniel podbiegł do okna i otworzył je. Był przeszczęśliwy.

Cześć, kruku – powiedział do mnie. – Zobacz, mam przyjaciela! Ma same dobre części!

Nie czekając na moją odpowiedź, pognał do dziewczynki, która usiadła na łóżku… tuż pod plakatem filmu „Frankenweenie”.

Co ja narobiłem – westchnąłem, zakrywając oczy skrzydłem.

Miałem rację od samego początku. To nie był zwyczajny dom.

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z „Cmentarzyska”

#7 O potrzebie cierpliwości więcej

Wiecie, co najbardziej lubię w mojej relacji z Pawłem? Że w zasadzie nie ma takiej chwili, której nie moglibyśmy przekształcić w dwugodzinną rozmowę na temat pomysłów i planów dotyczących naszego wydawnictwa. To nie jest tak, że traktujemy te rozmowy jak zło konieczne — my to naprawdę lubimy. I tak od słów: „trzeba wyjść z psem na spacer” przechodzimy do czasami niekończących się dyskusji odnośnie do tego, który z naszych pomysłów (a najczęściej JEGO, nie będę ukrywać) warto zacząć realizować już teraz, a z którym należałoby jeszcze trochę poczekać. Niekiedy nie zdążymy przez to wyprowadzić psa i musimy sprzątać po jego chwilowym sprzeniewierzeniu się przeciwko nam. Wychodzi na to, że podobnie jak my — chłopak ma ograniczone zasoby cierpliwości  

Dużo takich wyżej opisanych rozmów przeprowadzaliśmy w momentach oczekiwania na realizację zadań związanych z naszym projektem, które powierzyliśmy osobom trzecim. Pani Martyna zrobiła cudowną pracę, projektując nasz blogowy szablon — sami musicie to przyznać. Zajęło jej to lekko ponad miesiąc, ale jeżeli mielibyśmy czekać tyle znowu, nie wahalibyśmy się ani sekundy. Już wtedy czuliśmy, że warto się uzbroić w cierpliwość i nie zawiedliśmy się. Czas poświęcony na wszelkie informacje zwrotne z naszej strony czy poprawki ze strony pani Martyny możemy zdecydowanie określić jako bardzo dobrze wykorzystany.

Staraliśmy sobie zorganizować ten okres w jakiś pożyteczny sposób. Nawet ja na tamtym etapie miałam już potrzebę działania i coraz rzadziej można było ode mnie usłyszeć słowa: „Ziom, chill. Jest na to jeszcze dużo czasu”. Paweł podjął więc rozmowy ze znajomym informatykiem, który miał zająć się zaprojektowaniem naszego bloga na Wordpressie i umieszczeniem na nim gotowego autorskiego szablonu. Od początku chcieliśmy się wyróżniać, a wiedzieliśmy, że sami jesteśmy w tym obszarze jak dzieci we mgle. Postawiliśmy więc na pomoc z zewnątrz.

Kiedy już dostaliśmy gotowy szablon od naszej ilustratorki, zaczęła się cała zabawa, w której główną rolę odgrywał Marcin. W związku z faktem, że robił to po godzinach i nieodpłatnie, nie czuliśmy, że mamy prawo go w jakikolwiek sposób popędzać. Owszem, mogliśmy zapłacić komuś, żeby to zrobił dużo szybciej, ale wydając książkę metodą self-publishingu bierzecie pod uwagę wszelkie koszta, jakie można sobie w jakikolwiek sposób ograniczyć. Jeżeli jest szansa na to, żeby zrobił coś dla Was ktoś znajomy – skorzystajcie (oczywiście jeśli ma do tego wystarczające umiejętności). My stwierdziliśmy, że to jest jeden z takich właśnie elementów.

Początkowo mieliśmy czekać około dwóch tygodni na to, aż nasza strona będzie gotowa. Byliśmy jednak przygotowani na — kolokwialnie rzecz ujmując — „obsuwy”. W żaden sposób nie pomogło nam się to mniej niecierpliwić, był to jednak poślizg, z którym jakoś się pogodziliśmy. Nie mieliśmy wyjścia.

To oczekiwanie zamieniliśmy na szkolenie się w zakresie obsługiwania WordPressa. Zainwestowaliśmy śmieszne pieniądze w internetowy kurs, który miał nas — absolutnych laików — przekształcić w osoby, które będą potrafiły w dużo bardziej profesjonalny sposób obsługiwać własną stronę internetową. Chyba nie idzie nam tak źle .

Proces samodzielnego przygotowywania książki do wejścia na rynek — bez względu na to, ile frajdy sprawia takim zapaleńcom jak my — wymaga więc dosyć pokaźnych zasobów cierpliwości. Zwłaszcza jeśli nie jesteście w stanie zająć się wszystkim na własną rękę. Wsparcie osób, które znają się dobrze na tym, co robią, a co będzie Wam potrzebne w procesie self-publishingu jest trudne do przecenienia. Ja i Paweł już szykujemy się na kolejne takie etapy, jak choćby skład i łamanie czy sam druk powieści. Paradoksalnie — trochę nie możemy się doczekać .

Martyna

#6 O potrzebie cierpliwości

Jeżeli chcielibyście kiedyś zrobić rzecz podobną do tego, co aktualnie robimy z Pawłem (czyt. wydać własną książkę, tudzież otworzyć wydawnictwo, tudzież połączyć jedno z drugim) i myślicie, że można to zrobić na łapu capu i raz dwa, to będzie idealny tekst dla Was. Najbliższe dwa wpisy będą o tym, jak bardzo potrzebujemy innych osób, żeby wszystko co robimy, odznaczało się najwyższą jakością. Opowiem Wam więc, jak dużych pokładów cierpliwości potrzeba, aby nie dać się zwariować w tym całym procesie self-publishingowym.

Uważając się za ludzi niegłupich (a nawet całkiem mądrych), od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że w pewnych obszarach pracy nad książką po prostu nie poradzimy sobie bez pomocy osób trzecich. Nie jesteśmy ani alfą, ani omegą — wiemy więc, że są takie sytuacje, w których oddelegowanie zadań na rzecz osób od nas bardziej doświadczonych (a więc i w określonych kwestiach mądrzejszych), będzie najlepszą decyzją, jaką można podjąć. Owszem — wzięliśmy już na siebie obowiązki korektorsko-redaktorskie, ale co do całej reszty czuliśmy się — delikatnie mówiąc — mało kompetentni.

I tak w naszym przypadku pierwszą ze spraw, nad którymi chcieliśmy oddać kontrolę komuś innemu, były wszelkie działania marketingowe, słowem — popularne „managerowanie”. Chyba trochę przerażała nas wizja podejmowania decyzji na temat strategii promocyjnych i typowo formalnych. Jednocześnie nie chcieliśmy oddawać tej części w ręce osoby „z ulicy”, która wniosłaby do naszego projektu niewiele więcej poza pytaniem: „A ile na tym można zarobić?”. Z tego względu nasz pierwszy wybór padł na moją serdeczną koleżankę i najbardziej konkretną osobę, jaką znam — Magdę. Niestety nie mogliśmy gorzej trafić z momentem owej propozycji. Magda intensywnie przygotowywała się owego czasu do swojej ceremonii zaślubin, w związku z czym poprosiła nas o czas do namysłu, ponieważ nie chciała wtedy podejmować tak poważnej decyzji.

Po niemal trzech miesiącach oczekiwania usłyszeliśmy słowa, na które tak bardzo czekaliśmy — mieliśmy managera! Nasza radość nie trwała jednak długo — po upływie kolejnego miesiąca Magda stwierdziła, że w jej obecnej sytuacji życiowej nie może się podjąć tego zadania. Czuła, że nie będzie mogła się zaangażować w nasz projekt tak, jakby chciała i tak, jakbyśmy na to zasługiwali. Nasza drużyna straciła więc jednego z członków — ponownie zostaliśmy tylko ja i Paweł (pan Forge unikał wszystkiego, co nie było pisaniem, i to pisaniem wymagającym najgłębszego skupienia i izolacji od świata). Cierpliwość, jaką się wykazaliśmy, okazała się więc bezcelowa.

Minęło trochę czasu, w trakcie którego doszliśmy do wniosku, że skoro Magda postanowiła z nas zrezygnować, będziemy musieli sobie poradzić sami. Tak jak pisałam wcześniej — nie chcieliśmy randomowego managera, który nie zaangażuje się emocjonalnie w najmniejszym nawet stopniu w proces wydania książki pana Forge’a. To od samego początku był dla nas projekt bardzo osobisty i w taki sposób chcieliśmy go też poprowadzić od początku do końca. Zaczęliśmy więc samodzielne, baaaaardzo powolne wdrażanie działań marketingowych. Założyliśmy profil na Instagramie oraz stworzyliśmy pierwszy zarys fanpage’a na Facebooku. Nie wykazywaliśmy na nich póki co żadnej aktywności — po prostu chcieliśmy, żeby wszystko było gotowe w momencie, w którym nasza ilustratorka — pani Martyna Nejman — skończy nasz blogowy szablon, a Marcin — nasz informatyk — postawi nam stronę internetową opartą o Wordpressa.

Przed nami rozciągały się kolejne miesiące czekania i zużywania wszelkich zasobów cierpliwości, jakie mieliśmy. Ale o tym w kolejnym poście.

Martyna

Tajemnicza choroba pana Forge’a

Z dziennika Ponurych”

Rodziny najbardziej utalentowanych handlarzy magicznymi przedmiotami, jacy kiedykolwiek chodzili po tym świecie.

 

Skryba: Pan A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira

 

I

Nazywam się Atticus Forge i należę do klanu najlepszych skrybów magicznego świata. Nie każdy może pracować dla Urzędu do Spraw Błahych, Zawodów Przestarzałych i Nikomu Niepotrzebnych. Jesteśmy elitarną jednostką, której członkowie sprostali w swoim bardzo długim życiu chyba każdemu możliwemu wyzwaniu, jakie tylko Los przed nimi postawił. Przeżyliśmy wszystko i jesteśmy niezniszczalni!

A psiiiikkk!

O czym to ja pisałem? Aaa tak! Nazywam się Atticus Forge i jestem strasznie, ale to strasznie, chory. Możliwe, że to moje ostatnie chwile na tym padole łez, dlatego postanowiłem zapisać je tutaj. To lekkie nagięcie zasad, bo w końcu to dziennik przygód mojego pracodawcy (tylko przeze mnie spisywany), ale zanim pan Ponury i jego rodzina wrócą, będę zapewne martwy, więc co mi tam.

II

Obudziłem się wczorajszego ranka i od razu poczułem, że coś jest nie tak. Wszystkie kości paliły mnie żywym ogniem, nos miałem tak zawalony, że oddychanie przez niego stało się niemożliwe, a w gardle wyrosła mi wielka, twarda gula. Do tego wszystkiego moim biednym ciałem wstrząsały dreszcze tak gwałtowne, że zanim nauczyłem się chodzić w ich towarzystwie, dwa razy upadłem, co skończyło się bolesnym zdarciem kolan.

Gdy wreszcie udało mi się wytoczyć z sypialni, zacząłem szukać któregokolwiek z domowników. Potrzebowałem porady, lekarstwa, dobrego słowa… czegokolwiek, co mogłoby ukoić moje cierpienie. Nie zastałem nikogo i dopiero po godzinie łażenia w te i nazad przypomniałem sobie, że dostałem kilka dni wolnego z powodu wyjazdu Ponurych do wujostwa.

Byłem więc sam… sam w tym wielkim, zakurzonym domu, gdzie wszystko skrzypiało i nie wiadomo było, o którą poręcz można się bezpiecznie oprzeć, schodząc po schodach. Do tego te przeciągi. Odkąd tylko wylazłem spod kołdry, wiało mi po krzyżu lodowatymi podmuchami powietrza. Jakbym stał na jakiejś przełęczy, czy coś.

Dobrze, że jestem mężczyzną i nie mam w zwyczaju narzekać na swój los.

III

Kiedy obudziłem się drugiego dnia mojej choroby pierwszą rzeczą, jaką poczułem, było to, że na pewno ze mną gorzej. Moje oczy piekły i miałem wrażenie, że zaraz wyskoczą mi z orbit. Nawet gdyby chciało mi się odzywać, to nie mógłbym tego zrobić, a od oddychania przez usta popękały mi całe wargi.

Po trzech próbach udało mi się wreszcie stanąć na nogi. Narzuciłem na siebie gruby, wełniany szlafrok (szczelnie go zawiązałem), włożyłem swoje ulubione kapcie i wyszedłem z pokoju.

Moją misją na ten dzień było zrobienie sobie kubka gorącej herbaty.

Zszedłem do kuchni i postawiłem czajnik z wodą na ogromnym piecu kaflowym. Wrzuciłem do wielkiego kubka dwa woreczki herbaty kupionej w pobliskim supermarkecie i czekałem, stojąc na trzęsących się nogach. Nagle poczułem, że coś minęło mnie za plecami. Odwróciłem się najszybciej, jak mogłem (czyli pewnie bardzo, bardzo wolno), lecz ani w drzwiach kuchni, ani w samym pomieszczeniu nikogo i niczego nie dostrzegłem. Wrażenie jednak pozostało.

Ja rzadko kiedy mylę się w takich sprawach.

Nie czułem się na siłach, żeby ganiać dzisiaj za czymś nadprzyrodzonym. Zalałem sobie herbatę gorącą wodą, wsypałem siedem łyżeczek cukru, owinąłem się szczelniej szlafrokiem i ruszyłem w stronę schodów w korytarzu. Cokolwiek przeszło przez nasz dom albo było tylko przejazdem, albo po prostu będzie musiało poczekać, aż lepiej się poczuję. Siorbiąc i kaszląc, sunąłem po zakurzonym dywanie — zgarbiony i na granicy śmierci. Gdy wchodziłem po schodach, usłyszałem za moimi plecami cichy szum, jakby ktoś coś przesuwał po podłodze, ale miałem to szczerze gdzieś. Do tego jeden z pająków mieszkających na suficie (albo w którejś z lamp) postanowił popełnić samobójstwo i utopić się w kubku mojego naparu. Szkoda, że mu nie wyszło. Zatrzymałem się w pół kroku i czekałem, aż łaskawie wyjdzie. Zastanawiałem się nawet, czy nie narzucić swojemu wykończonemu organizmowi wysiłku odwrócenia się w celu identyfikacji wcześniejszego zagadkowego dźwięku, lecz postanowiłem to sobie darować.

Jutro, pomyślałem, a moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Cokolwiek to jest, może poczekać do jutra.

Jak się okazało — to, co wsunięto pod drzwi, nie powinno było czekać nawet sekundy.

IV

Położyłem się w łóżku z laptopem. Młody Aleksander ostatnio zalał moje zeszyty butelką jakiegoś klejącego słodkiego napoju, więc uznałem, że warto iść z duchem czasu i wrzucać wszystko w chmurę w formie cyfrowej. Ponadto ostatnio rzadko miałem czas na uzupełnienie moich pobocznych opowieści.

To kwestia, którą chyba powinienem wyjaśnić.

Chodzi o to, że czasami dostaję zamówienia od innych istot bądź ludzi. Ich życzeniem jest, by niektóre z wydarzeń, w jakich brali udział, zostały zapisane przeze mnie i zapamiętane na wieczność. Biorę te zlecenia, kiedy mam wolną chwilę i tworzę z nich historie wrzucane później właśnie do folderu pobocznych opowieści na blogu prowadzonym przez dwóch gówniarzy.

W tamtym momencie miałem zamiar zabrać się do przelewania na ekran komputera historii o Niewidomcu, który zgubił drogę, ale… zasnąłem. Obudziło mnie coś zimnego i mokrego. Była to herbata, którą miałem w kubku. Usnąłem tak niespodziewanie, że nawet nie zdążyłem jej odłożyć na nocną szafkę. Teraz miałem wszystko na kołdrze.

Przeklinając swój los i ostatnie dni życia, zrzuciłem mokrą pościel na podłogę, doczłapałem się do szafy i wyciągnąłem wszystkie koce, jakie tylko miałem. Zawinąłem się w kokon i natychmiast poczułem, że odpływam. Ostatnim dźwiękiem docierającym do moich zatkanych uszu było głośne pukanie do drzwi wejściowych. Po szybkiej konsultacji z samym sobą stwierdziłem, że mam do głęboko w… no, w każdym razie nie zamierzam się tym interesować.

Zasnąłem twardo, a z moich ust przez cały czas ciekła ślina.

V

Obudziłem się, lecz nie otworzyłem od razu oczu. Coś było w moim pokoju. To samo uczucie, które miałem wcześniej w kuchni, nawiedziło mnie znowu — tym razem nawet silniejsze. Byłem pewny, że cokolwiek stało przede mną (lub obok mnie), nie było z tego świata. Nie potrafiłem stwierdzić, czy temperatura w moim pokoju się obniżyła, bo od dwóch dni miałem dreszcze i gorączkę. A szkoda, bo wiele by mi to powiedziało.

Po kilku minutach czekania stało się dla mnie jasne, że cokolwiek tam siedziało, nie zamierzało sobie pójść, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko stawić czoła nieznanemu. Otworzyłem piekące mnie oczy.

Nade mną unosiła się zjawa wyjąca. Odziana w łachmany, potargana, mizerna i wiecznie nieszczęśliwa. Łańcuchy zwisające jej z szyi, kostek i nadgarstków zatopione były do połowy w kłębowisku moich koców. Przezroczystą twarz miała pooraną bruzdami i bliznami. Podkrążone oczy świeciły w otaczającym mnie półmroku.

Tylko nie zjawa wyjąca, pomyślałem i poczułem, jak ogarnia mnie rozpacz. Dlaczego akurat dzisiaj i czemu właśnie w tym momencie pan Ponury musiał zrobić sobie… wakacje?

Zerwałem się z łóżka tak szybko, jak pozwalało mi na to moje obolałe ciało. Przeleciałem przez ducha, który leniwie obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i zaczął głośno zawodzić.

Wiedziałem już, kto pukał wcześniej do drzwi, domyślałem się również, co zostało pod nimi wsunięte. Zjawy wyjące były asystentami poborców podatkowych magicznego świata, a ja miałem przerąbane. Urzędnicy ci nigdy, ale to nigdy, nie pojawiają się bez wcześniejszej zapowiedzi; fatygują się osobiście dopiero wtedy, kiedy ktoś odmawia złożenia corocznego zeznania podatkowego. Jeśli już poborca podatkowy stoi na progu czyichś drzwi, to znaczy, że nakryli go na jakimś przekręcie. Jeśli mimo wszystko odmawia się spotkania z nimi (a ja niestety byłem zbyt leniwy, żeby otworzyć im drzwi), nasyłają na takiego domownika zjawę wyjącą, która doprowadza go do szaleństwa swoim zawodzeniem, aż w końcu sam potulnie do nich przychodzi i spowiada się ze wszystkiego, co zrobił.

Oznaczało to, że pan Ponury dostał wezwanie do stawienia się przed komisją i olał je. Zignorował też następne, a gdy dostał wiadomość o wizycie poborcy, po prostu spakował całą swoją rodzinę i uciekł, a mnie zostawił w domu na pastwę losu.

Jeszcze do tego wszystkiego byłem chory!

Do diabła, zawsze na mnie trafi, pomyślałem, zatykając sobie uszy.

VI

Czy pan Ponury miał coś do ukrycia? Zdziwiłbym się, gdyby nie miał, jeśli mam być szczery. Towarzyszyłem mu od lat i jestem naprawdę zdziwiony tym, że nikt go jeszcze nie przymknął.

To kłamliwa szuja jest i kanciarz! Możecie mi wierzyć!

Byłem wściekły, bo dopiero teraz z pełną mocą do mnie dotarło, że zostawił mnie tutaj specjalnie. Błyskawicznie (czyli w obecnym stanie pewnie w ślimaczym tempie) zapieczętowałem za pomocą magii wszystkie drzwi i okna w domu. Zatkałem nawet komin i zabezpieczyłem się przed podkopem w piwnicy. Wlokłem się po domu, trzymając kubek z resztkami zimnej herbaty, siorbiąc, wykasłując płuca i przeklinając co chwila. Zjawa wyjąca lewitowała za mną, unosząc się parę centymetrów nad ziemią.

Darła tę swoją, i tak już krzywą, gębę tak, że człowiek myśli nie mógł zebrać, mówię wam.

Za każdym razem, gdy wpadałem na jakiś zarys pomysłu, który pozwoliłby mi się jakoś z tego wygrzebać, głos ducha wdzierał się do mojej głowy, niszcząc każdą myśl. Gdy tylko przestał wyć, z dołu słychać było głośne pukanie do drzwi.

Nie miałem najmniejszego zamiaru schodzić i ich otwierać. Gdybym to zrobił, banda urzędników wdarłaby mi się do domu i zaczęła przekopywać wszystkie papiery, jakie tylko udałoby im się znaleźć. Jednym z moich obowiązków była ochrona mojego pracodawcy przed innymi — za wszelką cenę. Tak właśnie robiłem od lat.

Wróciłem do swojej sypialni i zatrzasnąłem mojej nowej koleżance drzwi przed nosem. Dało to tyle co nic, bo po prostu przez nie przepłynęła, ale ta odrobina satysfakcji z podłego zachowania była moja i nikt mi jej nigdy nie odbierze. Usiadłem do mojego laptopa i połączyłem się z Internetem. W skrzynce pocztowej nie miałem żadnej wiadomości. Wysłałem więc do mojego pracodawcy informację o tym, co się wydarzyło, lecz nie spodziewałem się jakiejkolwiek odpowiedzi. Próbowałem też skupić się na pisaniu i na swojej chorobie, ale to ciągłe wycie nad uchem doprowadzało mnie do szaleństwa.

W końcu straciłem cierpliwość, złapałem kawałek kredy i wyrysowałem na podłodze podstawową pułapkę na ducha. Skoro łaził ciągle za mną, to najpierw ja przeszedłem przez pieczęć, a później on w niej utknął. Zdziwienie na jego twarzy, gdy dotarło do niego, że nie może się ruszyć, podziałało na mnie wręcz uzdrawiająco. Pokazałem mu jeszcze środkowy palec, wsadziłem laptopa pod pachę i wyszedłem z sypialni.

Pan Ponury nie lubił, kiedy w jego domu praktykowano magię, ale miałem to w nosie. Im bardziej oddalałem się od swojej sypialni, tym wycie stawało się cichsze, a ja miałem lepszy humor. Wpadłem do pokoju małego Aleksandra, uwaliłem się na materacu i obwiązałem się szczelniej szlafrokiem. Współlokator spod łóżka mruknął z wyraźną niechęcią, ale nie raczyłem odpowiedzieć. Zająłem się pisaniem i nawet nie wiedziałem, kiedy zapadł zmierzch.

Pan Ponury nie odpowiedział… tak, jak podejrzewałem.

VII

Obudziłem się w środku nocy. Gorączka i dreszcze uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Okropnie zaschło mi w gardle, a mój pęcherz był na granicy wytrzymałości. Było mi tak zimno, że przez moment poważnie zastanawiałem się nad tym, czy nie wysikać się na podłogę. Wszystko — byleby tylko uniknąć wyjścia na lodowate zewnątrz. W końcu to nie był mój pokój, nikt by mnie nie podejrzewał, a po powrocie Ponurych mógłbym zwalić całą winę na naszych nieproszonych gości.

Czemu mieliby zesikać się na podłogę w pokoju mojego syna?”

Nie wiem, może dlatego, że jesteś pan oszustem i zostawiłeś mnie pan na pastwę wyjących zjaw i poborców podatkowych sterczących pod drzwiami i łaknących mojej krwi? Brzmi jak dobry powód?!”

Tak na serio — to w końcu poszedłem do tej łazienki. Lubiłem Aleksandra i akurat jemu nie chciałem sikać na podłogę. Gdy stałem na zimnych płytkach w łazience, dokonując niezbędnych czynności pozwalających mi wrócić i dokończyć sen, pomyślałem, że mogłem wybrać pokój jego brata.

Wtedy nawet bym się nie wahał. A te bliźniaczki? Najchętniej to wziąłbym i…

No, w każdym razie nieważne. Gdy skończyłem sikać, usłyszałem dziwny odgłos dobiegający z piętra wyżej. Jakby ktoś ciągnął coś po podłodze. W normalnych okolicznościach, gdyby wszyscy byli w domu, takie dźwięki nie byłyby niczym nadzwyczajnym. Znacznie poważniejszą sprawą było to, że dobiegały one z gabinetu pana Ponurego.

A tam był sejf!

Wyszedłem niemrawo z sypialni, próbując zlikwidować plamę śliny, która powstawała systematycznie przez ostatnie kilka godzin i teraz zajmowała niewiarygodnie dużą przestrzeń na mojej koszulce. Nie śpieszyło mi się za bardzo. Sejf pana Ponurego był nie do ruszenia i biada temu, kto będzie próbował się do niego włamać.

Wszedłem po schodach, krzywiąc się przy każdym napięciu któregokolwiek z mięśni.

Mój czas powoli dobiega końca, pomyślałem z rezygnacją. Do kogo mógłbym wysłać oficjalne listy pożegnalne? Komu przekazać mój spadek? Nie wiecie nawet, ile rzeczy ma na głowie konający człowiek!

W połowie kondygnacji schodów musiałem przystanąć i złapać oddech. Z gabinetu na górze docierały — już teraz niczym nieskrępowane — odgłosy uderzania czymś ciężkim o coś jeszcze bardziej masywnego.

Widzę, że urząd stać tylko na wyjątkowo subtelnych włamywaczy, pomyślałem ironicznie, ale nawet nie miałem siły parsknąć śmiechem.

Kichając i kaszląc, pokonałem schody i podkradłem się do drzwi. Były nieznacznie uchylone, ale i tak nie mogłem niczego zobaczyć. Wstrzymałem oddech i popchnąłem je lekko. To, co udało mi się dostrzec, wcale nie poprawiło mi nastroju.

Trolle.

Konkretnie trzy olbrzymie, umięśnione, śmierdzące i niesamowicie owłosione w miejscach, gdzie żaden facet włosów mieć nie powinien. Stały po trzech stronach sejfu (z lewej, z prawej i pośrodku), a każdy z nich trzymał wielką maczugę. Na przemian uderzały nimi z całych sił w ogromną, metalową skrzynię stojącą pod ścianą. Rzuciłem szybkie spojrzenie na zdemolowany gabinet. Wszędzie były papiery; meble i biurko zostały połamane, a w ścianie — gdzie jeszcze niedawno było zablokowane przeze mnie okno — ziała wielka dziura.

Rys. Martyna Nejman

To na nic — warknął jeden z trolli. — Naparzamy i nic.

Magia, mówię wam! — wtrącił drugi i splunął na sejf zieloną flegmą.

Przełknąłem ślinę i zamknąłem na chwilę oczy. Od tego, co przed chwilą zobaczyłem, zawirowało mi w żołądku.

Nienawidzę tej roboty — narzekał trzeci, oparłszy maczugę na owłosionym barku. — Naparzanie i naparzanie.

Wszyscy przytaknęli mu gorliwie. Nie mogłem dostrzec ich twarzy, bo cała trójka stała do mnie plecami. Widziałem jedynie ich grube skóry poznaczone strupami, plamami brudu i Bóg jeden wie, czym jeszcze. Po ich prawie łysych głowach łaziły robaki (niektóre pospadały na podłogę i odpełzły w cień), a wielkie mięśnie prężyły się groźnie pod skórą.

A tu jest kto w domu? — zapytał nagle jeden z nich, drapiąc się po łysej czaszce.

Jakiś pismak, czy cuś — odrzekł ten w środku, łapiąc robaka z głowy swojego kompana i wsadzając go sobie łapczywie do ust.

Możemy z niego zrobić miazgę — zaproponował trzeci, a pozostała dwójka ryknęła radośnie.

Wytrzeszczyłem oczy i zacząłem wycofywać się ostrożnie. Teraz to już nie wyglądało najlepiej. W domu byli intruzi, moja magia została złamana, a w dodatku sfrustrowane trolle chciały mnie zabić.

Panie Ponury, jak będzie mi dane dorwać pana w moje łapy…

Nagle, gdy stałem jeszcze przy drzwiach, zachciało mi się kasłać. Uczucie swędzenia w gardle zaatakowało w mgnieniu oka. Zatkałem sobie usta dłońmi i z całej siły próbowałem się powstrzymać. Moim ciałem szarpnęły skurcze, lecz po kilku chwilach udało mi się uspokoić. Trolle stały w tym samym miejscu co przed chwilą, a ja zrobiłem kilka ostrożnych kroków w tył, gdy…

Ciszę rozdarło przeciągłe, żałosne zawodzenie. Rozległo się niespodziewanie tuż nad moim uchem, w efekcie czego wrzasnąłem krótko.

Serio? Kolejna? Tyle właśnie zdążyłem pomyśleć, zanim rozpętał się młyn.

Trolle wyrwały drzwi z zawiasów wraz z kawałkiem ściany, ponieważ każdy z nich chciał opuścić gabinet pana Ponurego w tym samym momencie. Również w tej samej chwili rzucili się na mnie — biednego, chorego, skulonego ze strachu skrybę, odzianego tylko w piżamę, obślinioną koszulkę i puchaty szlafrok.

Raczej nie miałem szans wygrać tej potyczki.

VIII

Zniewolono mnie i związano jak barana na rożen. Leżałem przy poręczy schodów w korytarzu, z wykręconymi do tyłu rękami, które przywiązano mi do kostek. Zjawa wyjąca siedziała wiernie przy moim boku, wyraźnie znudzona swoją pracą i wyła tym samym tonem, co wcześniej, w takim samym rytmie.

Uciszcie tego ducha, do ciężkiej… — Jeden z trolli upuścił swoją maczugę na schody i zatkał sobie uszy.

Mi się wydaje, że to jakaś zjawa jest czy coś — przerwał mu drugi, kiwając mądrze głową.

Może to być też jakiś ekspertyment medyczny — wtrącił trzeci tonem akademickiego profesora.

Nie obchodzi mnie, co to jest! — krzyknął pierwszy. — Ma się zamknąć i tyle!

Lecz zjawa zawodziła bezustannie, mając w nosie wyzwiska i oskarżenia moich nowych lokatorów. Nie przejmowała się tym, że próbowali ją uciszyć swoimi maczugami. Jej postać na chwilę rozwiewała się w powietrzu po to tylko , by zaraz powrócić do poprzedniej formy i podjąć przerwane zajęcie.

Ja leżałem zasmarkany, drżąc z zimna. Trawiła mnie gorączka, trolle chciały zrobić ze mnie galaretę, a urząd podatkowy pewnie myślał, że zabarykadowałem się w domu, bo jestem oszustem i nie chciałem zapłacić. Z tego wszystkiego zacząłem kasłać, a jeden z trolli nagle odwrócił się w moją stronę i ostrzegawczo uniósł maczugę.

Co to było, to, co właśnie zrobiłeś?!

Nie wiedziałem, o co mu może chodzić. Ja tylko leżałem.

Spójrzcie, jak on wygląda — rzekł drugi. — Coś mu cieknie z nosa. Jakieś przezroczyste, jak ten duch, czy co to tam siedzi.

Ej, ty, pismaku! — rzucił ostrzegawczo ten, który trzymał maczugę w górze. — Duchy ciekną ci z nosa?! Przyznaj się!

Mówię wam, gdy jesteście o krok od śmierci, to naprawdę nie chce wam się reagować na takie bzdury. Miałem w tamtym momencie szczerze gdzieś, czy walnie mi w łeb tą swoją maczugą, czy po prostu połamie mi nogi.

Nie odpowiada, to chyba znaczy, że tak — rzekł mądrze trzeci. — Myślicie, że to jakaś tajemnicza choroba nie z tego świata?

Wszyscy trzej cofnęli się w pośpiechu o kilka kroków. Zbili się ciasno w kupę i naradzali po cichu, co chwila rzucając mi ukradkowe spojrzenia. Moja zjawa wyjąca obserwowała ich wzrokiem pełnym politowania, robiąc jednocześnie to, po co ją tu przysłano.

Zerknąłem na sejf w gabinecie pana Ponurego. Stał jakby nietknięty, a stalowa powłoka lśniła w półmroku.

Nie wiem, jakim cudem nie uruchomili systemu alarmowego, ale ważne, że wszystkie ważne dokumenty są bezpieczne w środku, a dom jeszcze nie wyleciał w powietrze, pomyślałem, mocno pociągając nosem.

Dźwięk, który z siebie przy tym wydałem, zaalarmował przestraszone trolle. Największy i najbrzydszy podszedł do mnie na odległość wyciągniętej maczugi i powiedział:

Pismak! Naradzilimy się tutaj i masz natychmiast wysmarkać wszystkie duchy! Spuścić je w kiblu, wrócić tu i dać się znowu związać!

Właśnie, nikt nie chce być nawiedzony, a wszyscy wiedzą, że jak już duch wyjdzie, to będzie chciał kogoś opętać! Każdy film tak mówi!

Zjawa wyjąca strzeliła sobie dłonią w czoło i popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. Nawet już wyć przestała.

A jak to bardziej tajemnicza choroba niż wyciek duchów? — zapytał trzeci, oddalając się ode mnie jeszcze bardziej.

Znowu zbili się w gromadę i zaczęli naradę. Nie podobało mi się to, bo wiedziałem, jak trolle załatwiają wszystkie sprawy, które je przerastały.

Tym razem burza mózgów nie trwała długo. Znów największy z nich wyszedł przed szereg i uniósł do góry swoją nabijaną gwoździami maczugę.

Nie możemy ryzykować! — powiedział do mnie agresywnym tonem, robiąc groźną minę. — Musimy zmiażdżyć ci głowę, zanim duchy wylecą. Sorry…

Stanął nade mną, wielki i śmierdzący, i wziął największy zamach, na jaki go było stać.

Przynajmniej moja agonia się skończy, zdążyłem jeszcze pomyśleć i żeby podkręcić dramat owej sytuacji, zamknąłem teatralnie oczy po raz ostatni.

Panowie, panowie! — Usłyszałem głos dobiegający z dołu. — Nie ma potrzeby krzywdzić pana Forge’a!

Otworzyłem oczy. Troll cały czas stał nade mną, niezdecydowany i niepewny tego, czy ma opuścić maczugę i odejść, czy jednak dokonać dzieła. Na piętro sprężystym, energicznym krokiem wszedł pan Ponury. Poza tym, że ubrany był tak jak zawsze, miał na głowie przeciwsłoneczne okulary, a na nosie trochę olejku do opalania. Zaimitował promienny uśmiech i uścisnął ręce trollom, a zjawę powitał skinieniem głowy.

Wszystko już załatwiłem z waszym szefem — rzekł dziarsko, rozkładając szeroko ręce. — Czeka na was na dole. Lepiej się pośpieszcie. Z tego co słyszałem, to macie kolejną robotę.

IX

Trolle zaczęły zbierać swoje rzeczy z gabinetu pana Ponurego, narzekając głośno. Co chwilę padało słowo „naparzanie”. Zjawa wyjąca kiwnęła mi głową i rozwiała się w powietrzu. Po dziesięciu minutach za ostatnim olbrzymem zatrzasnęły się drzwi, a w domu zapadła cisza. Pan Ponury podszedł do mnie i rozwiązał sznury. Usiadłem obolały i zacząłem rozmasowywać sobie nadgarstki.

Najważniejsze, że już wszystko załatwione — odezwał się do mnie ostrożnie pan Ponury. — Mam nadzieję, że nie masz mnie za jakiegoś oszusta podatkowego.

Jasne, że mam, pomyślałem wściekły, lecz nie wypowiedziałem ani słowa. Czym go przekupiłeś, stary draniu?!

Pan Ponury przyglądał mi się z wyraźnym współczuciem. Zawahał się nawet przez moment, ale ostatecznie nie pomógł mi wstać. Rozglądał się po swoim zrujnowanym gabinecie i ostrożnie obmacał swój sejf. Gdy upewnił się, że żaden z systemów ochronnych nie został uruchomiony, dostrzegł moją żałosną postać stojącą w progu.

Panie Forge — rzekł, dziarsko zacierając ręce — musi pan tutaj jak najszybciej posprzątać. Moja żona już jedzie.

Utkwiłem w nim spojrzenie swoich zmęczonych, zapuchniętych oczu. Patrzył na mnie z wyraźną nadzieją, próbując uśmiechnąć się przymilnie. A co ja zrobiłem? Wyciągnąłem przed siebie drżącą rękę, pokazałem mu środkowy palec i udałem się do swojej sypialni, żeby skonać tam w spokoju.

Wołał coś jeszcze za mną, ale nawet nie chciało mi się odwrócić. W tamtej chwili bardzo żałowałem, że żadne duchy nie ciekną mi z nosa i nie mają okazji znaleźć kogoś, kogo będą mogły opętać.

#5 O tym, jak pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze

Mieliście już okazję poznać historię zawiązania drużyny przeze mnie i przez Pawła (przypominam: pierwszy wpis „Z życia wydawnictwa”). Najwyższy czas na to, aby opowiedzieć Wam o wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze do naszego projektu. To będzie wpis o tym, jak pozyskaliśmy najlepszego autora pod słońcem i jak ciągle uczymy się go oswoić ;).

Wszystko zaczęło się od tego, że Paweł poszedł do szkoły filmowej. Był taki krakowski epizod, który rozegrał się ładnych parę lat temu i który (jak się właśnie okazuje) miał mieć bardzo odległe konsekwencje, jakich chyba nikt wtedy nie mógł przewidzieć. Konsekwencje, które wpłynęły na to, jak wygląda w zasadzie całe nasze życie. Gdyby nie ten jeden semestr, prawdopodobnie nie mielibyśmy autora chcącego podjąć z nami współpracę. W każdym razie na pewno nie byłby to autor mający TAKIE pomysły i TAKIE historie do opowiedzenia. Niech już będzie – nie byłby to pan Forge ;). To zabawne, jak czasami jedna decyzja potrafi wpłynąć na wydarzenia, które mają się rozegrać w przyszłości.

Ale do rzeczy.

Warunkiem zaliczenia jednego z przedmiotów w owej szkole filmowej było napisanie krótkiego scenariusza. Praca, po ocenie przez zawodową scenarzystkę, mogła zostać zrealizowana w formie etiudy (jeśli była na tyle dobra i stanowiła wartościowy materiał). Studenci mogli wtedy wybrać, czy będą chcieli pracować nad swoim własnym scenariuszem, czy raczej wolą zostać członkiem zespołu zajmującego się inną historią.

Paweł był jedyną osobą, która nie oddała zaliczeniowego scenariusza w pierwszym terminie. Nie była to kwestia tego, że brakowało mu motywacji, żeby się do tego zabrać; nie miał po prostu w głowie nawet zarysu opowieści, którą mógłby przedstawić. Kiedy jednak już pomysł się pojawił – cały scenariusz powstał w zaledwie jeden wieczór.

Według tego, co mówi Paweł, nigdy wcześniej w efekcie jego pracy nie powstało nic podobnego. To trochę tak, jakby pojawiła się zupełnie inna osoba odpowiedzialna za tę historię. Alter ego będące autorem „Daniela” zabrało nas w podróż do świata, który cztery lata później jest już tak rozbudowany, że trudno nałożyć na niego jakiekolwiek ograniczenia. Pan Forge oficjalnie zaczął tworzyć swoją własną rzeczywistość, która z każdym dniem staje się coraz bardziej złożona. Nie będę ukrywać, że prace zaczęły nabierać tempa gdzieś w okolicach momentu, w którym to ja zachwyciłam się przedstawionym w nich światem. Lubię sobie myśleć, że byłam takim małym motywatorem ;).

Na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy od przeczytania przeze mnie maszynopisu powieści otrzymywaliśmy więc spod pióra pana Forge’a kolejne opowiadania, które – razem z książką – układały się w niesamowitą całość. Paweł od dłuższego czasu marzył o własnym wydawnictwie, a spotykając na swojej drodze mnie – jako osobę, która z zapałem podjęła się (początkowo amatorskich, później już bardziej profesjonalnych) prób redakcji – miał w końcu odpowiednie wsparcie. Wspólnie podjęliśmy więc decyzję i postanowiliśmy podzielić się tym wszystkim z szerszą publicznością.

Pan Forge to osobowość o bardzo specyficznym sposobie bycia, określonych cechach charakteru i niespotykanym talencie. To dlatego traktujemy go jako odrębną postać – tutaj określenie „nie z tego świata” nabiera znaczenia dosłownego. Chyba nigdy bym sobie nie darowała, jeśli pozwoliłabym na to, żeby jego prace pozostały jedynie na dnie szuflady.

Nasz blog to przede wszystkim sposób na zapoznanie Was ze światem, postaciami i pomniejszymi wątkami, o których w całości traktuje książka. Marzy nam się, żebyście w trakcie tego najbliższego roku pokochali tę rzeczywistość, wytypowali swoich ulubionych bohaterów i na bieżąco śledzili ich losy w kolejnych opowiadaniach. A najbardziej chcielibyśmy, żebyście nie mogli się doczekać premiery książki i z niecierpliwością czekali na każdą publikację, jaką sobie zaplanujemy. Ale myślę, że na wszystko przyjdzie czas… 😉

Martyna

#4 O zdobywaniu kwalifikacji

Jako przyjaciele nie mamy raczej problemów z wzajemnym zaufaniem do siebie. Jednak ZAUFANIE (wielkich liter użyto celowo), jakie Paweł okazał, pozwalając mi na objęcie funkcji redaktorsko-korektorskich w naszym projekcie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Był to prezent, który dostałam bez żadnej szczególnej okazji, a który okazał się dla mnie „małym” życiowym przełomem („małym” w cudzysłowie, ponieważ tak naprawdę całe moje życie przewróciło się do góry nogami). Paweł osiągnął mistrzostwo w robieniu prezentów ludziom, o których się troszczy. Tak przynajmniej wynika z moich osobistych doświadczeń.

Tak czy inaczej, kiedy decyzja została podjęta, w ciągu jednej doby znalazłam w internecie kurs redakcji merytorycznej. Cały czas miałam z tyłu głowy myśl „co ja w ogóle wiem na temat redakcji tekstów litarackich?”. Bardzo chciałam się podjąć tego zadania – korekta opowiadań w domowym zaciszu sprawiała mi niesamowicie wiele przyjemności i bardzo intensywnie stymulowała mnie intelektualnie. Jednocześnie czułam, że porywam się trochę z motyką na słońce, że wyrządzę więcej szkody niż pożytku. Paweł jednak w bardzo dobry sposób radził sobie z takimi momentami mojego braku wiary we własne możliwości i odpowiednio pracował nad budowaniem i umacnianiem mojego poczucia własnej wartości. Zapisaliśmy mnie więc na jesienną edycję kursu.

Kiedy w końcu nadszedł moment mojego wyjazdu do Warszawy, byłam trochę zestresowana, a zarazem mocno podekscytowana. Dotarłam na miejsce o 6.40 (spróbujcie wyobrazić sobie moją minę, kiedy w jednej chwili siadam na swoim miejscu w autobusie we Wrocławiu, a w drugim – jakieś pięć minut później – kierowca oznajmia przez megafon, że zaprasza do wyjścia, bo właśnie dojechaliśmy do Warszawy; do tej pory nie wiem, jak to się stało).

Moje odczucia po pierwszym zjeździe były mieszane – z jednej strony niepomiernie się cieszyłam, że się tam znalazłam; że mogę słuchać tych wszystkich mądrych ludzi, którzy mówią dokładnie te rzeczy, które potrzebowałam usłyszeć od kogoś tak mądrego. Najbardziej w pamięć zapadła mi wypowiedź: „To, czy ktoś będzie dobrym redaktorem, nie jest w żadnym stopniu zdeterminowane jego specjalistycznym wykształceniem w tym kierunku. To samo można osiągnąć po prostu praktykując. Ćwiczenie czyni mistrza”. Nie potrafię określić, jak bardzo ważne były dla mnie te słowa. Z drugiej strony natomiast, mój zapał został ostudzony przez zajęcia z poprawności językowej. Jeszcze tyle musiałam się nauczyć!

To były bardzo intensywne miesiące. Praca od poniedziałku do piątku; w piątek w nocy podróż do Warszawy, tam cały sobotni dzień spędzony w szkole, wieczorne szlifowanie umiejętności nabytych w ciągu dnia oraz dodatkowo praca nad tekstami na bloga; sen (dzięki niebiosom za te kilka godzin, w trakcie których mogłam się skupić tylko na tym, czy przypadkiem nie jest mi za gorąco pod kołdrą ;)); następnie niedzielne zajęcia i powrót do Wrocławia późnym wieczorem – to wszystko wymagało sporych nakładów wytrzymałości i odporności.

Ilość wiedzy, jaką zdobyłam i zdolności, jakie udało mi się opanować w trakcie tych dwóch miesięcy, są jednak trudne do przecenienia. Jeśli pan Forge wcześniej marudził, wprowadzając poprawki wszystkich błędów, które udało mi się wyłapać, tak teraz chodził wiecznie niezadowolony, mamrocząc pod nosem coś o tym, że nie wie, po co mu to wszystko i dlaczego zdecydował się na współpracę z – cytuję – dwójką takich gówniarzy. Wiem jednak, że w głębi duszy cieszył się z tego, że jego teksty nabierają odpowiedniego kształtu i teraz bez większych obaw będą mogły być udostępniane szerszemu gronu czytelników.

Gdybym miała wybrać jedne zajęcia z całego kursu, które były najbardziej rozwijające, bez wątpienia wskazałabym na wspomnianą wcześniej poprawność językową. Odkopanie z zakamarków umysłu reguł używania przecinków, stosowania imiesłowów, odmiany liczebników i nazwisk, zasad składni zdań, poprawności leksykalnej i jeszcze kilku innych rzeczy – to wszystko powodowało, że chwilami miałam wrażenie, że mój mózg próbuje się wydostać poza czaszkę i wskoczyć do wiadra z zimną wodą. Albo z lodem.

Podobnie rzecz się miała w przypadku zajęć z korekty. Tutaj nauka wszystkich znaków korektorskich, ćwiczenie umiejętności „czytania korektorskiego” i zwracania uwagi na najmniejsze nawet szczegóły zaowocowały tym, że teraz nie jestem już w stanie przeczytać w normalny, spontaniczny sposób żadnej książki. Wszędzie widzę błędy.

Zajęcia z redakcji tekstów i podstaw edytorstwa – choć nadal były wymagające – nie powodowały wspomnianego wcześniej uczucia pary buchającej z uszu. Jakkolwiek podstawy edytorstwa zawierały w sobie sporo teorii, tak redakcja tekstów była przedmiotem czysto praktycznym i polegała po prostu na redagowaniu pism. Łatwo nie było ;). Niezwykle zajmujące okazały się zajęcia z redakcji technicznej, na których to nauczyłam się, jak wygląda proces wytwarzania papieru, jakie są jego rodzaje i w jaki sposób wybrać odpowiedni do określonych potrzeb. Dowiedziałam się o sposobie klejenia książek, o oprawach i o prawidłowym umieszczaniu ilustracji w tekście. Stało się jasne, że poligrafia i podstawy techniki wydawniczej to temat rzeka, o którym – o dziwo – mogłabym słuchać bez końca. Miałam poczucie, że pięć godzin to zdecydowanie za mało.

Mniejszą już wagę przywiązywałam do tekstów matematycznych, bibliografii i indeksów, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie było tam rzeczy, do których mogłabym odnieść pracę nad naszym wydawnictwem. Słuchałam jednak uważnie, robiłam też notatki. Nigdy nie wiadomo, kiedy może mi się to znowu przydać.

Czy jeśli miałabym znowu stanąć przed decyzją o zapisie na kurs redakcji merytorycznej, postąpiłabym tak samo? Bez wahania. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem dopiero na początku drogi i przede mną jeszcze dużo nauki oraz wiele wyzwań, jednak zyskałam już pewność co do tego, że jestem osobą, która z powodzeniem może temu podołać. Nie zapominając o pokorze – tak potrzebnej w pracy redaktora – coś mi się wydaje, że mam do tego dryg ;).

Martyna