#1 O zawiązaniu drużyny

Jako blogerka o statusie mniej niż nieprofesjonalnym przez jakiś czas zastanawiałam się, czym Was urzec w swoim pierwszym poście. Nie myślałam zbyt długo, po czym uznałam, że wypadałoby przedstawić Wam historię tego, jak to wszystko się zaczęło. Jeśli w żaden sposób Was to nie przekona, nie poddawajcie się. To znaczy – dajcie mi jeszcze jakąś szansę. Nie od razu Kraków zbudowano, jak mawiają mądrzy ludzie.

Ale do rzeczy. To będzie tekst o tym, jak dwójka nieznajomych zawiązała drużynę (jeśli czytaliście notatkę „O nas”, wiecie już, że jest to jedno z naszych ulubionych określeń).

Czasem wystarczy jedna rozmowa, aby nawiązać porozumienie, a kiedy indziej nawet wieloletnie relacje nie przechodzą na wyższy poziom. Romantycy nazywają to przeznaczeniem, pragmatycy – zbiegiem okoliczności. Ja myślę, że byliśmy po prostu w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. No i z podobnymi rzeczami w głowie.

Gdybym miała odpowiedzieć jednym zdaniem na pytanie: „Od czego wszystko się zaczęło?”, prawdopodobnie powiedziałabym, że od pożyczenia sobie jednej książki. Nie było to pochodzenie z jednej miejscowości, nie była to też praca drzwi w drzwi przez pół roku (chociaż to akurat mogło się trochę przyczynić do rozwoju naszej znajomości). Tak naprawdę zaczęło się od tego, że Paweł pożyczył mi powieść, przez którą nie było mnie dla świata przez jakieś czterdzieści osiem godzin. Można to uznać za całkiem niezłe osiągnięcie, biorąc pod uwagę ponad siedmiuset-stronicową objętość oraz fakt, że w międzyczasie widziano mnie w pracy, tudzież supermarkecie – prawdopodobnie poszukującą Milki Oreo.

Kilka książek później (żeby nie było, ja też mu coś tam pożyczałam; do tej pory słucham złośliwości na temat jednej z moich ulubionych w tamtym czasie trylogii) otrzymałam pierwszy maszynopis powieści autorstwa pana Forge’a. Liczył wtedy około dziewięćdziesięciu stron A4, czyli był o jakieś dwie trzecie krótszy niż wersja końcowa.

Napisałeś książkę?!” – zapytałam z wypiekami na policzkach.

Chciałbym. Nie jest do końca moja.” – ostudził lekko mój zapał Paweł.

A mogę chociaż popoprawiać jakieś przecinki, czy coś?”

No po to też ci to dałem, kolesiu.”

Zajęłam się tymi przecinkami. Poza tym wzięłam się też za powtórzenia i inne błędy, które rzuciły mi się w oczy. Nieoficjalnie zostałam wtedy redaktorem każdego tekstu, jaki kiedykolwiek wyszedł (i wyjdzie w przyszłości) spod ręki pana Forge’a. No bo w końcu jesteśmy z Pawłem drużyną, więc jeśli jemu na czymś zależy, to jest to ważne także dla mnie.

W tamtym czasie nie byłam jeszcze świadoma tego, że jednym z największych marzeń Pawła jest posiadanie własnego wydawnictwa. Pisząc „marzenie”, mam na myśli taki abstrakcyjny byt, o którym można sobie tylko pomyśleć raz na jakiś czas przed snem (albo pod prysznicem) na zasadzie „co by było gdyby”. Nie braliśmy tego na serio. W zasadzie ciężko byłoby mi wskazać jeden taki moment, w którym się na to zdecydowaliśmy. Mam wrażenie, że wraz z tym, jak nasza relacja się pogłębiała i stawaliśmy się dla siebie coraz większym oparciem, zaczęliśmy rozmawiać na ten temat na poziomie bardziej realnym. W końcu nie bez powodu powiedziałam kiedyś, że jestem „od spełniania marzeń” ;).

Tak czy inaczej rok później jesteśmy w miejscu, w którym podjęliśmy decyzję o samodzielnym wydaniu książki w modelu self-publishingowym; uruchomiliśmy blog, który ma Wam pomóc poznać świat i teksty pana Forge’a oraz być na bieżąco z pracami nad procesem wydawniczym; zapisaliśmy mnie na kurs redakcji merytorycznej – tak, żebym była tak dobra, jak tylko można; znaleźliśmy genialną i utalentowaną panią ilustratorkę, o czym niebawem będziecie mieli okazję się przekonać samodzielnie. Biorąc pod uwagę fakt, że większość z tych rzeczy wydarzyła się w ciągu ostatnich trzech miesięcy, myślę, że to całkiem niezły start.

A Paweł cały czas marudzi, że nic nie robimy… 😉

Martyna

Please follow and like us: