#6 O potrzebie cierpliwości

Jeżeli chcielibyście kiedyś zrobić rzecz podobną do tego, co aktualnie robimy z Pawłem (czyt. wydać własną książkę, tudzież otworzyć wydawnictwo, tudzież połączyć jedno z drugim) i myślicie, że można to zrobić na łapu capu i raz dwa, to będzie idealny tekst dla Was. Najbliższe dwa wpisy będą o tym, jak bardzo potrzebujemy innych osób, żeby wszystko co robimy, odznaczało się najwyższą jakością. Opowiem Wam więc, jak dużych pokładów cierpliwości potrzeba, aby nie dać się zwariować w tym całym procesie self-publishingowym.

Uważając się za ludzi niegłupich (a nawet całkiem mądrych), od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że w pewnych obszarach pracy nad książką po prostu nie poradzimy sobie bez pomocy osób trzecich. Nie jesteśmy ani alfą, ani omegą — wiemy więc, że są takie sytuacje, w których oddelegowanie zadań na rzecz osób od nas bardziej doświadczonych (a więc i w określonych kwestiach mądrzejszych), będzie najlepszą decyzją, jaką można podjąć. Owszem — wzięliśmy już na siebie obowiązki korektorsko-redaktorskie, ale co do całej reszty czuliśmy się — delikatnie mówiąc — mało kompetentni.

I tak w naszym przypadku pierwszą ze spraw, nad którymi chcieliśmy oddać kontrolę komuś innemu, były wszelkie działania marketingowe, słowem — popularne „managerowanie”. Chyba trochę przerażała nas wizja podejmowania decyzji na temat strategii promocyjnych i typowo formalnych. Jednocześnie nie chcieliśmy oddawać tej części w ręce osoby „z ulicy”, która wniosłaby do naszego projektu niewiele więcej poza pytaniem: „A ile na tym można zarobić?”. Z tego względu nasz pierwszy wybór padł na moją serdeczną koleżankę i najbardziej konkretną osobę, jaką znam — Magdę. Niestety nie mogliśmy gorzej trafić z momentem owej propozycji. Magda intensywnie przygotowywała się owego czasu do swojej ceremonii zaślubin, w związku z czym poprosiła nas o czas do namysłu, ponieważ nie chciała wtedy podejmować tak poważnej decyzji.

Po niemal trzech miesiącach oczekiwania usłyszeliśmy słowa, na które tak bardzo czekaliśmy — mieliśmy managera! Nasza radość nie trwała jednak długo — po upływie kolejnego miesiąca Magda stwierdziła, że w jej obecnej sytuacji życiowej nie może się podjąć tego zadania. Czuła, że nie będzie mogła się zaangażować w nasz projekt tak, jakby chciała i tak, jakbyśmy na to zasługiwali. Nasza drużyna straciła więc jednego z członków — ponownie zostaliśmy tylko ja i Paweł (pan Forge unikał wszystkiego, co nie było pisaniem, i to pisaniem wymagającym najgłębszego skupienia i izolacji od świata). Cierpliwość, jaką się wykazaliśmy, okazała się więc bezcelowa.

Minęło trochę czasu, w trakcie którego doszliśmy do wniosku, że skoro Magda postanowiła z nas zrezygnować, będziemy musieli sobie poradzić sami. Tak jak pisałam wcześniej — nie chcieliśmy randomowego managera, który nie zaangażuje się emocjonalnie w najmniejszym nawet stopniu w proces wydania książki pana Forge’a. To od samego początku był dla nas projekt bardzo osobisty i w taki sposób chcieliśmy go też poprowadzić od początku do końca. Zaczęliśmy więc samodzielne, baaaaardzo powolne wdrażanie działań marketingowych. Założyliśmy profil na Instagramie oraz stworzyliśmy pierwszy zarys fanpage’a na Facebooku. Nie wykazywaliśmy na nich póki co żadnej aktywności — po prostu chcieliśmy, żeby wszystko było gotowe w momencie, w którym nasza ilustratorka — pani Martyna Nejman — skończy nasz blogowy szablon, a Marcin — nasz informatyk — postawi nam stronę internetową opartą o Wordpressa.

Przed nami rozciągały się kolejne miesiące czekania i zużywania wszelkich zasobów cierpliwości, jakie mieliśmy. Ale o tym w kolejnym poście.

Martyna

Please follow and like us: