Siedząc na parapecie

Jestem w tym domu gościem od lat. Pamiętam, jak go stawiano i pamiętam też człowieka, który narysował plany i nadzorował budowę. Przynajmniej wtedy jeszcze myślałem, że jest człowiekiem, chociaż od samego początku czułem, że jest w nim coś dziwnego. Dziwna też była ta budowa. Nie chodziło o maszyny ani o robotników – to wszystko było normalne. W normalny sposób kopano doły, wylewano fundamenty i stawiano kolejne ściany. Niecodzienne natomiast było to, że pracowano tylko w nocy. Wszędzie było pełno lamp o najmocniejszych żarówkach, jakie kiedykolwiek widziałem, a ich światło nadawało robotnikom upiorny wręcz wygląd. Prace, o dziwo, szły w zastraszająco szybkim tempie i po niecałym roku dom był przygotowany do tego, żeby w nim zamieszkać.

No więc zaraz po skończeniu budowy wpadłem z małą wizytą i… trochę się zasiedziałem. Nawet ja nie przypuszczałem, że spędzę tutaj tyle czasu. Zaciekawiła mnie jednak rodzina, dla której postawiono dom.

Pierwszego wieczoru, tuż po zachodzie słońca, na podjeździe pojawił się samochód. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot, zwyczajne auto zapakowane po dach pudłami. Wysiadł z niego mały chłopiec. Miał pewnie ze dwanaście, może trzynaście lat i wyglądał na chorego. Miał bladą, prawie białą twarz, podkrążone oczy, a poza tym zauważyłem, że nie trzymał się pewnie na nogach.

Nie tak powinien wyglądać dwunastoletni chłopiec.

Starszy jegomość doskoczył zaraz do niego, podniósł go, po czym obydwaj zniknęli we wnętrzu domu. Drzwi samochodu zostały otwarte, a światła włączone. Kilkanaście minut później mężczyzna wypadł z budynku i pospiesznie skierował się do bramy. W ręku niósł duży worek, w którym – jak się okazało chwilę później – była ziemia. Miałem stuprocentową pewność co do zawartości torby, bo mam dobry wzrok. Jestem na tym świecie wystarczająco długo i od razu poznałem, że tej ziemi nie powinno tutaj być. To zła ziemia. Doskonale też wiedziałem, do czego służy. Ktoś, kto chodzi dookoła swojego domu, rozsypując taką ziemię i mrucząc przy tym słowa, których nikt mruczeć nie powinien, nie chciał zostać odnaleziony.

Postanowiłem, że posiedzę tutaj jeszcze jakiś czas.

*

Nie powiedziałem Wam kilku ważnych rzeczy. Ojciec chłopca był niezwykle wysoki i chudy niczym patyk. Nie miał na głowie ani jednego włosa, a jego uszy nie były ludzkie; wielkie, szpiczaste, przylegające do łysej czaszki, na której miarowo pulsowały żyły – były aż nader widoczne. Mężczyzna zawsze chodził ubrany w elegancki czarny garnitur oraz takiego samego koloru koszulę i buty. Lekko przykrótkie nogawki spodni odsłaniały mu kostki, uwydatniając, i tak już niewiarygodnie duże, stopy. Oczy miał wielkie, okrągłe i całkowicie czarne. Nie było w nich białek ani powiek, więc, co z tym związane, nie mrugał. Pomimo tego żaden z robotników nigdy nie zwrócił na to uwagi, nie wypowiedział na ten temat chociażby jednego słówka.

Dom był dwupiętrowy, zbudowany z czerwonej cegły, z jedną wieżyczką po lewej stronie (gdy stało się twarzą do drzwi frontowych). Wszystkie dachówki trzymały się mocno, a w każdym z licznych okien paliło się światło, lecz zasłony były zaciągnięte zarówno w dzień, jak i w nocy. Okna, o których mówię, były wysokie, lekko rozszerzone u góry, a szyby podzielone na cztery części. Nigdy  nie zostały otwarte mimo iż lato w tej okolicy każdemu dawało w kość. Co do okien z tyłu, to… w ogóle ich tam nie było. Pozostały za to okienne ramy, lecz wbudowane zostały one w ceglane ściany.

Jeśli zaś chodzi o chorego chłopca, którego widziałem pierwszego wieczoru, to wyglądał całkowicie normalnie (pomijając to, że bez wątpienia podupadał na zdrowiu), nigdy jednak nie wypuszczano go na dwór. Czasami tylko – przeważnie w nocy – widziałem jego sylwetkę na tle zaciągniętych zasłon.

Byłem oficjalnie zainteresowany.

*

Dni zamieniały się w miesiące, a miesiące w lata. Właściciel domu otworzył na parterze zakład pogrzebowy, którego usługi cieszyły się dużym powodzeniem wśród mieszkańców miasta. Nie wiem, czy chodziło o niskie ceny czy o jakość wykonywanych usług, ale dwa karawany kilka razy w tygodniu przywoziły jegomościowi „świeży towar”. Człowiek prowadzący firmę musiał być też bardzo miły i kulturalny, ponieważ członkowie rodzin zmarłego (bądź zmarłej) zawsze serdecznie ściskali jego dłoń na pożegnanie, a na ich twarzach za każdym razem dostrzegałem ulgę. Zupełnie jakby mężczyzna dbał również o wewnętrzny spokój swoich klientów (zarówno tych żywych, jak i tych, którymi zajmował się po godzinach).

Pewnego razu zostałem dostrzeżony. Nie ukrywałem się jakoś szczególnie, więc w zasadzie nie powinienem się dziwić. Obserwowałem małżeństwo żegnające się z właścicielem zakładu pogrzebowego. Ich twarze były blade, oczy mokre od łez, ale dało się zauważyć, że jest im znacznie lżej. Wysoki mężczyzna pozostał w progu, odprowadzając ich wzrokiem (przeważnie od razu znikał we wnętrzu swojego domu) i wtedy mnie dostrzegł. Zatrzymał na mnie spojrzenie i od razu mnie rozpoznał. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie jest człowiekiem. Może kiedyś nim był, ale to musiało się zmienić bardzo, bardzo dawno temu. Nie zrobił nic, żeby mnie przepędzić. Czułem też, że się mnie nie boi – pomimo tego, że nie jestem posłańcem dobrych wieści. Kiwnął mi tylko głową i pośpiesznie zniknął w mroku swojej posiadłości.

*

Któregoś wieczoru znów widziałem sylwetkę jego syna. Pojawiała się w oknie coraz rzadziej. Zastanawiałem się, czy chłopak może być aż tak wyczerpany chorobą, by nie mieć siły wstać z łóżka. Obserwowałem dwie postaci rozmawiające ze sobą na tle zaciągniętych zasłon. Tej nocy powiew wiatru uchylił jedną z nich nieznacznie, w wyniku czego powstała szczelina dostatecznie szeroka, bym mógł widzieć, co dzieje się wewnątrz. Nikt nie zasłonił jej przez cały następny dzień. Kolejni klienci odwiedzali właściciela domu, a ten rzucał mi długie spojrzenia, gdy odprowadzał ich do wyjścia.

O co tutaj chodziło?

Tego samego dnia usiadłem na parapecie i po raz pierwszy zajrzałem do środka. Pomieszczenie, które mi pokazano, było bez wątpienia pokojem chłopca. Na półkach stały figurki różnych bohaterów komiksów, lecz warstwa kurzu wskazywała na to, że od dawna nikt ich nie używał. Pomiędzy zabawkami leżały, tu i ówdzie, książki o potworach, baśnie braci Grimm oraz podręczniki o anatomii człowieka. Dość dziwny zestaw dla chłopca, pomyślałem wtedy, ale nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Zerknąłem na jedno jedyne zdjęcie stojące na nocnej szafce. Przedstawiało chłopca, którym zainteresowałem się od chwili, gdy wysiadł z samochodu ojca. Na fotografii obydwaj stali w towarzystwie jakiejś małej dziewczynki. Była prawdopodobnie w tym samym wieku, a zdjęcie zostało wykonane na tle kaplicy cmentarnej. Co ta dziewczynka robiła na cmentarzu i czemu sfotografowano ich właśnie tam? Coraz więcej pytań pojawiało się w mojej głowie i postanowiłem znaleźć odpowiedź na nie wszystkie. Oglądałem dalej, po czym stwierdziłem, że pokój jest bardzo czysty, jak na dziecięce standardy. Co prawda część ubrań wyskoczyła z szafy na wielki, puchaty, ciemnobrązowy dywan, ale to jeszcze nie tragedia. Do ścian przyczepione zostały lampy naftowe, lecz wiedziałem, że w środku są żarówki. Abażury nadawały pomieszczeniu charakteru oraz oświetlały wiszące na ścianach obrazy i postery z filmów. Chłopak bardzo lubił „Frankenweenie”, pomyślałem. Nie dziwię się, to dobra bajka. Biurko było zawalone zeszytami, stały na nim talerze z prawie nietkniętym jedzeniem i laptop, którego ekran jasno świecił w półmroku. Poza zwyczajnymi meblami, zabawkami i plakatami, w pomieszczeniu nie było zbyt wiele rzeczy.

Rozglądając się dookoła, spostrzegłem, że chory chłopiec patrzy na mnie. Trudno powiedzieć, kiedy się obudził, ale w tamtym momencie utkwił we mnie spojrzenie podkrążonych i zmęczonych oczu. Wpatrywaliśmy się w siebie przez kilka sekund, a chwilę później chłopak wyciągnął rękę spod kołdry i pomachał do mnie. Nawet tak niewymagający gest sprawiał mu wiele trudu. Wiedziałem, że tego wieczoru nie zobaczyłbym w oknie jego sylwetki.

*

Przez następnych parę miesięcy w każdym z okien zrobiono dla mnie szczelinę. Byłem już prawowitym mieszkańcem posiadłości i przesiadywałem wszędzie, gdzie tylko mi się zachciało. Czasami tylko opuszczałem mój dom, żeby coś zjeść. Na terenie posesji nie rosła nawet trawa, a nieliczne drzewa, jakie tutaj były, straciły wszystkie liście niemal od razu, gdy tajemniczy jegomość postawił stopę na swoim podwórku; już nigdy ich nie odzyskały.

Bywały dni, kiedy chłopak czuł się naprawdę dobrze. Od czasu do czasu szwendał się od rana do wieczora po domu, sprawdzając różne rzeczy, siedząc w Internecie lub jedząc posiłki, które przynosił mu ojciec. Niestety przez większość tygodni leżał pod kołdrą blady jak ściana i nie był w stanie powiedzieć nawet słowa.

W bocznym oknie zobaczyłem kiedyś, jak jego ojciec rozkładał na stole karty tarota. Pytał je o los swojego syna i chciał wiedzieć, jak może mu pomóc. Popijał przy tym z wysokiego kielicha gęsty czerwony sok. Karty zawsze dawały mu odpowiedź, a czasem same przesuwały się po blacie, pokazując mu najbliższą przyszłość. Najwidoczniej nie jawiła się ona w radosnych barwach, ponieważ za każdym razem wysoki jegomość zrywał się z krzesła i wściekły opuszczał pokój pełen ksiąg w wielkich czarnych oprawach, zwierząt w klatkach, kryształowych kul i narzędzi o ostrych krawędziach. To rozdanie nie było wyjątkiem. Podleciałem do sąsiedniego pomieszczenia i dostrzegłem, że mężczyzna ma towarzystwo. Chodził po pokoju ze świeżo napełnionym kieliszkiem, w ogóle nie zwracając uwagi na grubego mężczyznę rozwalonego na fotelu. Przypatrzyłem się nieznajomemu lepiej i dostrzegłem trupią bladość na jego twarzy, brodę opartą na klatce piersiowej oraz dłoń bezwładnie zwisającą z oparcia. Facet musiał spać naprawdę głęboko.

Otaczającą ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Drgnąłem lekko, bo od wpatrywania się w śpiącego całkowicie straciłem poczucie rzeczywistości. Właściciel domu rzucił pośpieszne spojrzenie na swojego gościa, odstawił kieliszek na stolik i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Musiałem zobaczyć, kto przyszedł. Zerwałem się z miejsca i momentalnie wylądowałem na werandzie tylko po to, by poczuć ukłucie rozczarowania – to byli tylko następni klienci. Wróciłem na parapet na piętrze. Śpiący nawet nie drgnął, a do mnie zaczynało powoli docierać to, co mogło dziać się w tej posiadłości.

Wydawało mi się, że nawet najgłośniejszy z dzwonków do drzwi nie dałby rady obudzić naszego gościa.

*

Mieszkaliśmy w domu od pięciu lat i niewiele się zmieniło. Ojciec chłopca zaczął od czasu do czasu zamykać zakład na dzień lub dwa, aby udać się w podróż. Do tej pory nie wiem, gdzie bywał, ale na pewno nie były to zwyczajne wycieczki. Bo kto normalny podróżuje z miejsca na miejsce, używając portalu otwartego za pomocą czarnej magii? Tak właśnie było! Dowiedziałem się wreszcie, co to za książki leżą na półce w pokoju, w którym mężczyzna rozstawiał tarota. Gdy obserwowałem, jak odprawia rytuał nad swoim synem, wyjaśniła się też przydatność zwierzaków w klatkach. Poczułem się osobiście urażony, lecz nie powiedziałem ani słowa.

Czar musiał nie poskutkować, ponieważ chłopiec został odtransportowany do swojego pokoju w takim samym stanie, w jakim został z niego przyniesiony (jeśli nie w gorszym).

W czasie jednej ze wspomnianych wycieczek udało mi się wreszcie nawiązać kontakt z chłopcem. Było to pewnej letniej nocy. Siedziałem na parapecie i doglądałem małego podczas nieobecności jego ojca. Nie chciało mi się spać i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem obserwowany. Chłopak wpatrywał się we mnie wielkimi czarnymi oczami bez białek (mógłbym przysiąc, że gdy się tutaj wprowadzał, wyglądały one normalnie), a ja nieznacznie uniosłem skrzydło w geście powitania. Nie spodziewałem się tego, co miało nastąpić chwilę później.

Mały wyślizgnął się spod kołdry i chwiejnym krokiem podszedł do parapetu. Czekałem. Z niemałym trudem wdrapał się na biurko i po chwili mocowania z klamką okno stanęło przede mną otworem. Nie ruszyłem się z miejsca – tylko wpatrywałem się w tę bladą, chudą twarz i oczy, które teraz wyglądały dokładnie tak, jak oczy jego ojca.

Cześć – powitał mnie słabym głosem. – Jestem Daniel. Długo już z nami mieszkasz.

Nie odpowiedziałem, ale też nie uciekłem gdzie pieprz rośnie. W sumie to byłem w szoku. Nikt nigdy nie próbował ze mną rozmawiać. Nie mówię tylko o sytuacji w tym domu, ale we wszystkich, w jakich bywałem przez te kilka stuleci.

Wiem, że mnie rozumiesz. – Daniel uśmiechnął się zachęcająco. – Mój tato powiedział mi, że kruki potrafią z nami rozmawiać, ale nikt nigdy nie chce z się do was odezwać, bo zawsze jesteście zwiastunami złych wieści. To prawda?

Nie zawsze – odparłem po chwili wahania. – Czasem po prostu siedzimy i obserwujemy.

A jak jest tym razem?

Nie odpowiedziałem. To był bystry chłopak – faktycznie przyleciałem tutaj, żeby obserwować, jak umiera i zabrać go ze sobą, lecz na przestrzeni tych kilku lat widmo śmierci zbliżało się i oddalało zarazem. Nigdy dotąd nie spotkałem się z czymś takim.

Ile masz lat? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Siedemnaście – odparł. – Niedługo są moje osiemnaste urodziny. Przyjdziesz?

Nie wolno mi wchodzić do środka.

Daniel zamyślił się. Mina trochę mu zrzedła, przygryzł wargi i wyjaśnił:

Nie mogę zrobić przyjęcia na dworze. Mój tato nie może przebywać na słońcu, bo pali mu się skóra. Widziałem raz, jak to się stało… kilka lat temu, gdy musieliśmy uciekać.

Zamilkł i odwrócił pośpiesznie wzrok, zdając sobie sprawę z tego, że powiedział zbyt wiele. Do mnie jednak wreszcie dotarło, co się tutaj dzieje. Wszystkie te dziwne rzeczy, które widziałem na przestrzeni pięciu lat – począwszy od rozsypywania złej ziemi, a skończywszy na trupio bladym kompanie w fotelu — wskoczyły na swoje miejsce i ułożyły się w logiczną całość. Całość wywołującą ciarki na moim grzebiecie. Nie powinno mnie tutaj być. Nikogo nie powinno być w okolicy tego domu!

No co chorujesz? – spytałem, choć przeczuwałem odpowiedź.

Nie mogę o tym nikomu powiedzieć – odparł Daniel. – Tata mi zabronił.

Siedzisz w tym domu tak całkiem sam. Nikt cię nigdy nie odwiedza. Nie jest ci smutno?

Miałem kiedyś przyjaciółkę – odpowiedział, odwracając się, a ja wiedziałem, że patrzy na zdjęcie przy łóżku. – Byliśmy nierozłączni, w bezpiecznym miejscu dla takich jak my, ale wszystko się skończyło, kiedy zachorowałem. Mój tata pokłócił się ze wszystkimi, zabrał mnie tutaj i cały czas próbuje znaleźć dla mnie lekarstwo. To dlatego podróżuje, a ja siedzę sam. Nie mam siły wyjść na zewnątrz i nikogo poznać.

Było mi żal chłopaka, ale jeśli to, co wpadło mi do głowy, miało okazać się prawdą, to w zasadzie niewiele mogłem zrobić… nikt nie mógł. Jakaś myśl zakiełkowała mi jednak z tyłu głowy i już miałem pocieszyć dzieciaka, gdy zobaczyłem, że ktoś stoi w progu pokoju. To mogła być tylko jedna osoba, a z nią nie chciałem mieć do czynienia.

Czmychnąłem czym prędzej i usłyszałem tylko okno zatrzaskujące się za mną z głośnym hukiem. Przysiadłem na gałęzi bezlistnego drzewa i patrzyłem na dwie postacie wymachujące rękami na tle zasłoniętego okna.

*

Następnego dnia jednak nikt nie zaciągnął ani jednej zasłony. Sprawdziłem dwukrotnie. Nadal byłem mile widziany! Mało tego! Stało się coś znacznie gorszego. Siedziałem sobie tego popołudnia na ziemi, czyszcząc pióra, gdy usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Od niechcenia spojrzałem w tamtą stronę, ale nie spodziewałem się dojrzeć niczego, czego nie widziałbym tutaj wcześniej. Opuściłem więc łeb i zająłem się sprawami naprawdę ważnymi, nasłuchując tylko trzaśnięcia zamykanych drzwi. Zamiast tego minęli mnie klienci zakładu pogrzebowego i nastała cisza. Ostrożnie opuściłem skrzydło i zerknąłem, niby od niechcenia, w stronę werandy. Ojciec Daniela stał w progu ukryty w cieniu. Wyciągnął dłoń o długich palcach (i jeszcze dłuższych pazurach), po czym gestem zaprosił mnie do środka.

Przełknąłem głośno ślinę i (po naprawdę długiej chwili wahania i rozważań) podreptałem na swoich krótkich nogach w stronę domu. Wskoczyłem po kilku schodkach i znalazłem się tuż przed właścicielem domu. Z dołu wyglądał na jeszcze większego, a teraz gdy już wiedziałem, kim jest zdawał mi się milion razy groźniejszy. Jeszcze te jego oczy! Patrzył nimi na mnie, a ja wiedziałem, czego w nich brakuje.

Słyszałem, że poznałeś mojego syna – odezwał się ojciec Daniela. – Wejdź, proszę, do środka.

Przestąpiłem niepewnie z nogi na nogę, ale zamiast iść do przodu, cofnąłem się, dopóki nie poczułem na grzbiecie ciepłych promieni słońca. Zadarłem łeb do góry i czekałem.

A więc wiesz, kim jestem. – Mężczyzna cmoknął zadowolony, lecz nie przestąpił progu.

Wiem też, na co choruje twój syn – podjąłem rozmowę. – Bardzo wam współczuję. Nie sądzę, by można było trafić gorzej.

Jegomość skrzyżował ręce na piersi i podrapał się w policzek swoim długim paznokciem. Nie odrywał przy tym ode mnie spojrzenia. Nie wyglądało to zachęcająco, przyznaję.

Sprawa nie jest jeszcze przesądzona – powiedział. – Może w końcu znajdę lekarstwo. Na razie udało mi się spowolnić proces.

Czego ode mnie chcesz?

Mam do ciebie prośbę. Wiem, dla kogo pracujesz – to potężna istota. On może mi pomóc. Próbowałem go przywołać i raz prawie mi się udało, lecz nie skończyło się to dobrze.

Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. To dlatego pozwalał mi zostać tutaj tak długo. Wiedział, kim jestem – tego domyśliłem się w miarę szybko. Ale nie przyszło mi do głowy, że będzie próbował dotrzeć przeze mnie do mojego szefa.

Nie rób tego – powiedziałem pośpiesznie. – Wiesz, że on nigdy nikomu nie pomógł i tym razem też nie będzie wyjątku. Jedyne, co może zrobić twojemu synowi – to krzywdę! Odpuść.

Nie mogę! To moje dziecko i nie pozwolę, żeby skończył jak…

Przerwał, łapiąc oddech i usuwając się bardziej w cień. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że prawie wyszedł na zewnątrz. Ja za to poczułem – wstyd się przyznać – smakowity zapach smażonego mięsa.

Nie polecę z taką prośbą do mojego szefa, możesz być pewien. Już bym stamtąd nie wrócił.

Ojciec Daniela zamyślił się i widać było, że próbuje mnie podejść z różnych stron. Czekałem… no, bo w sumie co miałem do roboty?

Słyszałem, że Daniel ma niedługo osiemnaste urodziny – podjąłem ostrożnie, bo coś mi wpadło do głowy.

Tak, za dwa dni.

Czy mogę przynieść mu prezent?

Wysoki mężczyzna tylko spojrzał na mnie podejrzliwie.

*

Podróż nie zajęła mi dużo czasu i wróciłem w noc poprzedzającą urodziny Daniela. Jego ojciec już na mnie czekał. Wyciągnął przed siebie rękę, a ja posłusznie wylądowałem na jego przedramieniu. Wyjął z mojego dzioba gałązkę z jagodami.

Rys. Martyna Nejman

To są jagody z ogrodu mojego szefa – wyjaśniłem, gdy złapałem już oddech. – Nie wie, że je wziąłem, więc jakbyśmy zatrzymali tę sprawę między sobą…

Oczywiście – odpowiedział mężczyzna. – Ale to nie wyleczy mojego dziecka.

Nic nie wyleczy twojego dziecka – sprostowałem. – Da mu to jednak pełnię sił na jeden dzień.

Cóż mi po tym?! – warknął.

Możesz wypuścić Daniela na zewnątrz – wyjaśniłem cierpliwie. – Chłopak nie ma nikogo, siedzi cały dzień sam…

Ludzie zrobią mu krzywdę! – zaoponował.

Część ludzi jest dobra – odpowiedziałem, patrząc mu w oczy. – Daj mu w prezencie możliwość posiadania przyjaciela.

*

Mimo tego, że chciałem być dobry, sprawy potoczyły się w nieco inny sposób, niż przewidywałem. We własnych myślach zostałem bohaterem i wszyscy – szczególnie Daniel – byli mi wdzięczni do końca życia. Część mojej wizji się sprawdziła. Daniel zjadł tort i wyszedł na dwór. Spodziewałem się, że wróci z chociaż jednym przyjacielem. Możecie sobie wyobrazić moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem go drepczącego samotnie po chodniku. Pomachał do mnie ręką i zadowolony wskoczył do domu.

No i te wszystkie jagody psu… – westchnąłem. – Szef mi pióra powyrywa.

*

Następnego ranka zbudziły mnie kroki. Na wpół sklejonymi oczami zobaczyłem trójkę ludzi – dwie dziewczyny i starszego mężczyznę, idących w stronę domu. Nie przejąłbym się tym, gdyby nie fakt, że zamiast zapukać do drzwi wejściowych odbili w bok i zeszli do piwnicy. Było w nich wszystkich coś dziwnego.

Obleciałem kilkukrotnie cały dom, ale nigdzie nie znalazłem Daniela. Nie leżał w łóżku, nie siedział też z ojcem w pokoju tarota. Zasiadłem na parapecie jego sypialni i zdenerwowany czekałem, aż wróci na górę.

Drzwi otworzyły się dopiero późnym wieczorem. Na zewnątrz szalała burza z piorunami i myślałem, że zaraz mnie zwieje. Trwałem jednak na stanowisku (i dobrze, że to zrobiłem, bo gdy zdałem sobie sprawę, co chłopak nabroił, opadł mi dziób). Znalazł sobie przyjaciela, a jak! Wprowadził do pokoju dziewczynkę o blond włosach, wielkich jak spodki świecących oczach, nieproporcjonalnie dużych ustach i długich, sięgających prawie do kolan rękach. Wszystko byłoby ładnie, gdyby nie ślady szycia i szwy w miejscach tych wszystkich nieproporcjonalnych części, które jakoś nie pasowały mi do… hmmm… jednego ciała.

Daniel podbiegł do okna i otworzył je. Był przeszczęśliwy.

Cześć, kruku – powiedział do mnie. – Zobacz, mam przyjaciela! Ma same dobre części!

Nie czekając na moją odpowiedź, pognał do dziewczynki, która usiadła na łóżku… tuż pod plakatem filmu „Frankenweenie”.

Co ja narobiłem – westchnąłem, zakrywając oczy skrzydłem.

Miałem rację od samego początku. To nie był zwyczajny dom.

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z „Cmentarzyska”

Please follow and like us:

Rodzina Ponurych

Ja w ogóle nie rozumiem, czemu ludzie mówią o nas Rodzina Ponurych. Co prawda mamy tak na nazwisko, ale w naszym przypadku ten zwrot stał się znakiem rozpoznawczym, metką albo osobną kategorią społeczną, do której wrzuca się wszystkich członków mojej rodziny i trzyma na odległość wyciągniętej ręki. Tak powiedział kiedyś tata do mamy, późno w nocy, kiedy myśleli, że każde z nas śpi w swoim łóżku snem głębokim, którego żaden dźwięk ze świata zewnętrznego zmącić nie może. Lecz ja nie spałem — tylko siedziałem na schodach w korytarzu i podsłuchiwałem. Po dziś dzień często podsłuchuję i nie jestem z tego dumny, ale co mam robić w nocy, skoro nie mogę spać?

**

Moi rodzice też rzadko sypiali. W całym moim trzynastoletnim życiu widziałem, jak idą w piżamach do swojej sypialni może ze trzy razy. Popytałem w szkole, czy to normalne i kiedy w końcu ktoś mnie uświadomił (a przeważnie wszyscy wybuchali śmiechem i odchodzili, patrząc na mnie z politowaniem), że ludzie śpią każdej nocy, ponieważ ich organizmy tego potrzebują, zacząłem się zastanawiać. Ja też kładłem się do łóżka ze cztery razy do roku … albo inaczej! Wchodziłem pod kołdrę każdej nocy, ale nie mogłem spać, bo ktoś, kto mieszkał pod moim łóżkiem, drapał pazurami w mój materac. Nie przeszkadzało mi to, bo — jak powiedziałem — potrzebowałem niewiele snu, lecz czasem chciałem pomyśleć, a wtedy ten odgłos doprowadzał mnie do szału. Był też powodem mojego ciągłego szwendania się w środku nocy po domu i okolicy oraz podglądaniu i podsłuchiwaniu sąsiadów. Zapytałem kiedyś tatę, kim jest ten ktoś, kto mieszka ze mną w pokoju, ale zbył mnie machnięciem ręki. Mama powiedziała mi, że gdy kupili ten dom, on już tutaj był i razem z tatą postanowili, że nie wyrzucą go na ulicę. To byłoby po prostu niegrzeczne. Zresztą — nie zajmował dużo miejsca, nie jadł niczego z lodówki, nie używał też wody ani elektryczności, więc był dość tani w utrzymaniu.

Mam jeszcze dwie siostry (Magdę i Jagnę) i brata (Rafała). Brat jest o sześć lat starszy ode mnie i w tamtym czasie miał obsesję na punkcie muzyki. Z tego, co wiedziałem, chciał zostać didżejem, ale pewnego dnia powiedziałem mu, że jeśli nadal będzie miksował muzykę poważną, która bardziej usypia, niż rwie do tańca, to nie wróżę mu wielkich sukcesów. Kiedyś wrzucił do Internetu swoją składankę, ale reakcja, z jaką się spotkał, pogłębiła jego, i tak już ponury, nastrój. Pamiętam, że przez tydzień łaził za mną po domu i wymagał pocieszania. Moje siostry są bliźniaczkami, więc wyglądają identycznie. Miały wtedy po szesnaście lat i fascynowały się malowaniem… nie tylko własnych twarzy. Co najmniej cztery razy w tygodniu przyjeżdżał do nas kurier, przywożąc im nowe kosmetyki, mazidła, kremy czy czegokolwiek tam jeszcze używały, żeby być ładniejsze. Najgorzej było wtedy, kiedy chciały próbować nowych rzeczy i szukały królika doświadczalnego. Przeważnie udawało mi się schować, ale raz — gdy brakło mi pomysłu na kryjówkę — zanurkowałem pod łóżko, zapominając o tym, że tam już ktoś mieszka. Leżałem w ciszy, gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na plecach i usłyszałem ostrzegawcze warknięcie, po czym zostałem wypchnięty (dość brutalnie) na sam środek pokoju — wprost pod nogi Magdy i Jagny szczerzących zęby w upiornych uśmiechach.

Moja mama była w tamtych dniach nauczycielką plastyki w prywatnej szkole. To pulchna kobieta o dobrej, okrągłej twarzy, wielkich, niebieskich, smutnych oczach i kasztanowych włosach, zawsze poskręcanych we wszystkie strony. Najczęściej widywaliśmy ją w za dużych dżinsach i luźnych swetrach, których rękawy poplamione były farbą. Tata był tymczasem chudym jak patyk, wysokim mężczyzną chodzącym w za krótkich spodniach (zawsze podciągał wysoko wełniane skarpety, chcąc to ukryć). Miał największe stopy, jakie widziałem w życiu. Krótkie włosy zawsze stały mu we wszystkie strony, a krzaczaste wąsy i duże okulary nadawały mu lekko zbzikowany wygląd. Przez całe swoje życie ojciec zajmował się prowadzeniem antykwariatu internetowego, lecz tak naprawdę oboje wraz z mamą trudnili się magią. Nie byli świadomi tego, że o tym wiedziałem. Podsłuchałem kiedyś, że nie powiedzieli nam, jaka jest nasza rodzina tylko dlatego, że chcieli, byśmy mieli w miarę normalne dzieciństwo (o zgrozo, jakby nie wiedzieli, jak ludzie nas traktują!). Postanowili, że wyjaśnią nam wszystko, gdy najmłodsze z ich dzieci — czyli ja — skończy osiemnaście lat. Po tamtej rozmowie stałem się bardzo ciekawski, a pragnienie odkrycia rodzinnej tajemnicy pobudziło mnie tak bardzo, że na rok przed poznaniem prawdy położyłem się spać tylko dwa razy. Przez wszystkie noce węszyłem i próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale rodzice skrzętnie zacierali za sobą ślady. W końcu jednak i tak dowiedziałem się tego, co mnie interesowało… a nawet więcej niż kiedykolwiek chciałem!

**

Pewnego dnia, po ponad dwunastu miesiącach czyhania na rodzinne sekrety, dostrzegłem, że rodzice są bardziej zdenerwowani niż zwykle. Człowiek staje się wrażliwy na takie rzeczy, kiedy bawi się w detektywa przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Przy śniadaniu oczywiście starali się trzymać fason, ale ja widziałem te rzucane ukradkiem ponad naszymi głowami spojrzenia. Moje kompletnie nieświadome rodzeństwo zeżarło śniadanie i pognało do szkoły, ale ja ociągałem się, dopóki siłą nie wyrzucono mnie na zewnątrz. Pognałem wtedy do ogrodu i próbowałem zajrzeć przez okno — wszystkie zasłony były pozaciągane, a jedyne co usłyszałem, przykładając ucho do szyby — to dziwny szum. Wściekły udałem się do szkoły, kopiąc po drodze każdy napotkany kamień.

Nie mogłem usiedzieć na lekcjach, dlatego postanowiłem darować sobie ostatnią i wrócić wcześniej do domu. Przyznaję — chciałem się też zorientować w sytuacji i zobaczyć, czy uda mi się wywęszyć coś więcej — jakiś konkret, który rzuci więcej światła na dzisiejszy dziwny poranek.

No i udało się!

Zakradłem się do domu tylnym wejściem. Buty zdjąłem już na dworze, żeby nikt mnie nie usłyszał. Stanąłem przy ścianie w małym, drewnianym korytarzyku (właściwie przybudówce), w którym wszędzie walały się buty i wisiały płaszcze, i nasłuchiwałem jakichkolwiek dźwięków. Zlokalizowałem dwa głosy dobiegające z kuchni, więc zacząłem kierować się ostrożnie w tamtą stronę.

Wszedłem już do właściwej części domu i otuliło mnie przyjemne ciepło (na dworze szalał zimny wiatr i od kilku dni zapowiadało się na deszcz). Wspominałem już, jak bardzo lubiłem nasz dom? Był wspaniały! Stary jak diabli i cały zrobiony z drewna. Do skrzypiących schodów poprzybijano dywany, z okien zwisały długie do samej ziemi, ciężkie zasłony, a do ścian wszędzie przytwierdzone były zdjęcia z rodzinnych wyjazdów; szkoda tylko, że nikt się na nich nigdy nie uśmiechał. Poręcze były wadliwe w niektórych miejscach, ale — zamiast je naprawić — po prostu nikt się o nie nie opierał i wszystko było w porządku! Światło z żyrandoli przyćmiewały otulające żarówki pajęczyny, a spacerujące po nich pająki rzucały na ściany rozedrgane cienie. Rodzice kupili dom w takim stanie i stwierdzili, że nawet najmniejszy remont zniszczy całą magię tego miejsca. Zostawili więc wszystko tak, jak było na początku. Dosłownie. Ale wracając…

Dziesięć minut zajęło mi dostanie się pod drzwi kuchni. Dobrze, że wiedziałem, które stopnie i deski skrzypią. Pozwoliło mi to po mistrzowsku dotrzeć do mety, nie wydając ani jednego dźwięku. Kucając przy drzwiach, zacząłem słuchać.

Skąd wiesz, że dzisiaj się u nas zjawi? — Usłyszałem zaniepokojony głos mamy.

Dostałem wiadomość, że szuka nas od dłuższego czasu — odpowiedział cicho mój tata. — Rozpytywał o nas po jednej i po drugiej stronie — w końcu ktoś puścił parę z gęby. Nic dziwnego zresztą — tacy jak on znają sposoby, by skłonić człowieka do mówienia. Żaden żywy nie może walczyć z bólem z nieskończoność.

Myślisz, że powinniśmy odesłać dzieci?

Sądzę, że… dzieci są najbezpieczniejsze z nami — odparł ojciec po chwili wahania.

Nie chcę, żeby były w domu, kiedy coś takiego jak on zostanie zaproszone do środka! — Moja mama podniosła głos. — Boo… musimy go zaprosić, prawda?

Jeśli chcemy zachować dom w całości. — Zaśmiał się ponuro ojciec.

Na pewno przyjdzie dzisiaj w nocy?

Jest już w okolicy. Zameldował się w pobliskim hotelu, żeby przeczekać dzień.

Musimy dać dzieciom do kolacji napar nasenny! One nie mogą go zobaczyć! — powiedziała mama pełnym napięcia głosem.

Gdy usłyszałem szuranie krzeseł, postanowiłem zwiać na zewnątrz. Wyszedłem tą samą drogą, którą dostałem się do środka i udałem, że najzwyczajniej w świecie wróciłem ze szkoły. W głowie miałem myśl, by w czasie dzisiejszej kolacji niczego, ale to niczego, nie pić!

**

Nasza kuchnia była bardzo przytulna. W przeciwieństwie do reszty domu — zrobiona została z czerwonej cegły. Na środku stał długi, prostokątny, drewniany stół i krzesło dla każdego członka rodziny. Naprzeciwko drzwi znajdował się kominek, na którym mój ojciec często piekł mięso. Na ścianie po drugiej stronie wisiały sitka, patelnie i garnki, a pod nimi stały szafki i półki. Wszędzie wszystkiego było za dużo i to właśnie sprawiało, że pomieszczenie wyglądało tak przytulnie.

Rodzice starali się, jak tylko mogli, by ich zachowanie nie budziło podejrzeń, ale pod koniec posiłku nawet moje wyjątkowo senne siostry zastanawiały się na głos, czy wszystko jest w porządku. Ja — tak jak sobie obiecałem — nie wypiłem ani kropli tego, co dali nam rodzice. Zjadłem połowę pizzy, a część zawartości szklanki wlałem mojemu bratu didżejowi, kiedy reszta była zajęta oglądaniem śmiesznej reklamy w telewizji. Na koniec udałem, że jestem tak samo śpiący jak reszta i udałem się na górę, ciężko stawiając stopy na schodach.

Czekałem jeszcze dwie godziny, dopóki nie zapadła całkowita ciemność, i ruszyłem ostrożnie na dół. Nie chciałem przegapić przybycia gościa, ale nie mogłem się ruszyć z pokoju wcześniej, ponieważ rodzice dwukrotnie do niego zaglądali, upewniając się, że śpię. Nie wiem, o co im chodziło, ale nie było mowy, żebym dał się wyrolować i pozwolić uśpić jak reszta! Pierwszą kondygnację schodów musiałem pokonać zjeżdżając na poręczy, ponieważ każdy stopień wydawał z siebie donośne dźwięki. Gdy znalazłem się na półpiętrze, ktoś zapukał głośno do drzwi. Usłyszałem szuranie krzeseł w kuchni i wiedziałem, że tata zaraz pojawi się w korytarzu, żeby je otworzyć. Nie miałem wyboru — musiałem usiąść na parapecie i schować się za zasłoną. Zostawiłem sobie tylko cienką szparę, wystarczającą do obserwowania przedpokoju.

W momencie, w którym zasłona przestała się ruszać, na korytarz wyszedł ojciec. Podszedł do drzwi i zawahał się na moment, zastanawiając się, czy na pewno je otworzyć. Dziwne, pomyślałem, moi rodzice zawsze byli bardzo gościnni; często zapraszali nawet listonosza i ludzi roznoszących ulotki na herbatę. Pukanie nasiliło się i ojciec nie miał wyboru — otworzył drzwi, a ja wciągnąłem głęboko powietrze. Na progu stał wysoki, chudy człowiek w tak samo krótkich spodniach, jakie nosił tata. Miał na sobie długi, czarny płaszcz z postawionym kołnierzem. Szalik zaciągnął pod sam nos, a prostą czapkę nasunął na oczy. Nie dało się jednak nie zauważyć, że jego oczy były trzykrotnie większe od tych, które miałem ja. Były czarne jak węgiel i… koleś w ogóle nie miał powiek! Na chude dłonie o nieprawdopodobnie długich palcach naciągnął rękawiczki z czarnej skóry. Stał tak w progu, nie mówiąc ani słowa. Nawet z takiej odległości widziałem, jak ciało mojego ojca zesztywniało i lekko zadrżało.

Tajemniczy gość, na którego w napięciu czekali rodzice, był złym człowiekiem.

Nie zaprosisz mnie do środka, handlarzu? — Usłyszałem zimny głos dobiegający spod szalika.

Ojciec zawahał się, tym razem tylko na moment, po czym odsunął się i powiedział:

Proszę, wejdź. Jesteś oficjalnie zaproszony do naszego domu.

Tajemniczy gość przekroczył próg i wszedł do korytarza. Rozejrzał się dookoła, oglądając dom, a gdy jego wzrok przejeżdżał po schodach, zatrzymał się podejrzanie długo w miejscu, w którym się ukrywałem. Nie spuszczając ze mnie wzroku, przybysz ściągnął czapkę, odsłaniając wielkie, szpiczaste uszy. Twarz miał szczupłą, a na dolną wargę zachodziły cienkie kły. Dodając do tego trupio bladą twarz, miałem obraz kogoś, kogo oglądałem tylko w filmach i na kartkach komiksów.

Dlaczego, do jasnej ciasnej, moi rodzice zaprosili go do domu?!

Przybysz wreszcie oderwał wzrok od mojej kryjówki i wszedł do kuchni. Ojciec bezzwłocznie ruszył za nim. Znów usłyszałem szuranie krzeseł i wypadłem szybko zza zasłony. Zszedłem po schodach i uklęknąłem przy uchylonych drzwiach. Był tylko jeden problem — żeby cokolwiek zobaczyć, musiałem znaleźć się po ich przeciwnej stronie. Wstrzymałem oddech i przeskoczyłem na drugi koniec drzwi. Teraz widziałem rodziców siedzących obok siebie po jednej stronie stołu. Oboje byli biali jak kartka papieru, a mama trzymała tatę za rękę tak mocno, że nawet stąd widziałem jej pobielałe koniuszki palców. Na drugim końcu siedział nieznajomy. Był odprężony, położył czapkę, szalik i rękawiczki na blacie stołu, a długie palce złączył pod brodą. Twarz miał ponurą, lecz nie mogłem sobie wyobrazić, by kiedykolwiek wyrażała coś innego.

Możecie być spokojni — odezwał się mężczyzna. — Nie przyszedłem tutaj, żeby was skrzywdzić. Chcę tylko informacji.

Nie mamy żadnych informacji — odpowiedział za szybko mój tata.

Nawet ja wiedziałem, że kłamie.

Rozpytałem po całym świecie i większość istot, z którymi rozmawiałem, mówi, że jeśli ktoś będzie mógł mi pomóc — to właśnie ty, handlarzu. Wiesz, czego szukam?

W kuchni zapadła cisza. Napięcie było niemal namacalne. Widziałem ojca, przygryzającego wargi i zerkającego na mamę.

Chyba każdy już wie, czego szukasz — odpowiedział ostrożnie, poprawiając okulary na błyszczącym od potu nosie. — Przykro mi z powodu twojego chłopca, naprawdę, ale to, czego ode mnie chcesz, jest zakazane. To jedna z rzeczy, których nie można zmieniać! We wszystkich światach musi panować równowaga i zaburzenie jej…

Nie obchodzą mnie konsekwencje! — przerwał nieznajomy.

Ja nie posiadam tego, czego chcesz. — Pokręcił głową ojciec.

Wiem, że tego nie masz. Wiesz wszakże, gdzie jest i powiesz mi to, ponieważ mam coś, czego cała twoja rodzina pragnie od pokoleń.

Widziałem, jak ojciec zaciska szczęki, a mamie rozszerzają się, i tak już wielkie, oczy. Zacisnęła palce na przedramieniu taty i spoglądała to na niego, to na naszego gościa.

Nie wiem, o czym mówisz. — Ojciec nie dawał za wygraną, ale jego twarz zdradzała wszystko.

Przybysz oparł dłonie o blat i zaczął głośno skrobać w niego długimi paznokciami. Widziałem, jak ucho nieznacznie mu drga, a na łysej głowie pojawiają się żyły.

Jeśli powiesz mi, gdzie mogę znaleźć lekarstwo na chorobę mojego syna, oddam Rodzinie Ponurych to, czego szukacie od stuleci — ponowił propozycję. — Daj mi informacje, a oddam wam szczęście. Macie czas do jutrzejszej nocy. Przyjdę tu jeszcze tylko raz i dokonamy wymiany.

Po tych słowach wstał i zaczął kierować się do wyjścia. Tego nie przewidziałem. Teraz — żeby uniknąć wykrycia — musiałem uciec z powrotem na górę, a żeby to zrobić, konieczne było, bym przebiegł na drugą stronę drzwi. Tylko że teraz wszyscy wychodzili z kuchni — nie było mowy, żebym nie został złapany.

Drzwi otworzyły się z impetem, a ja wtuliłem się w ścianę, wiedząc już, że jest po mnie. Wtedy stało się coś dziwnego. Nieznajomy minął mnie bez słowa (choć niewątpliwie mnie zauważył), a gdy rodzice opuszczali kuchnię, tata akurat przytulał szlochającą cicho mamę i był zwrócony do mnie plecami. Wypatrzyłem po raz kolejny swoją szansę. Byłem w połowie schodów, gdy usłyszałem odgłos zamykanych drzwi, a chwilę później…

A ty dokąd się wybierasz?!

**

Jeszcze nigdy nikt tak bardzo na mnie nie krzyczał. Gdy ojciec skończył (a mama zaczęła), był tak purpurowy na twarzy, że myślałem, iż wybuchnie i przy okazji rozsadzi całą kuchnię. Najgorsze było to, że musiałem przyznać się do wszystkiego: do ponad rocznego szpiegowania po nocach, wałęsania się po okolicznych podwórkach, kiedy wszyscy spali i transporcie zwierząt z jednego podwórka na drugie…

Stop! To chyba powinienem wam wyjaśnić.

Chodzi o to, że czasami usypiam zwierzęta sąsiadów naparem, który dzisiaj podali nam rodzice, i przenoszę je z ich podwórka na podwórko sąsiadów. Gdy rano psy się budzą, przez chwilę myślą, że są u siebie i ktoś obcy wychodzi z ich domu, więc ich naturalną reakcją jest ugryzienie tego kogoś w tyłek.

No co? Po prostu jestem znudzony od czasu do czasu.

Gdy skończyłem się spowiadać ze wszystkiego, co zrobiłem, moi rodzice nie wiedzieli nawet, co mają powiedzieć. Zresztą wcale im się nie dziwię. Też bym nie wiedział, w jaki sposób wychwalić wszystko, czego dokonałem.

Po prostu idź już na górę — powiedziała mama, opadając bez sił na krzesło.

Zaraz, zaraz! — zaprotestowałem, czując, jak szansa poznania prawdy wymyka mi się z rąk. — Ja chcę wiedzieć, co się dzieje!

Jesteś za młody. — Ojciec machnął na mnie ręką, wyganiając mnie z kuchni. — Powiemy wam wszystko, kiedy nadejdzie czas.

Usłyszałem na górze hałas świadczący o tym, że moje rodzeństwo zaczęło wracać do życia. Wpadłem na pewien pomysł. Było to ryzykowne i najprawdopodobniej czekała mnie milion razy gorsza kara, ale nie mogłem pozwolić na to, żeby prawda o naszej rodzinie przeleciała mi koło nosa.

Jeśli mi nie powiecie, wszystkim się wygadam — rzuciłem na jednym wydechu.

Jeszcze minutę temu sądziłem, że rodzice nie mogą mnie obdarzyć gorszymi spojrzeniami, ale te, które posłali mi teraz, wyprowadziły mnie z błędu. Ojcu drgnęła nawet ręka i przez moment myślałem, że mnie uderzy. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja siedziałem na wysokim krześle przy stole i machałem od niechcenia nogami. Wiedziałem, że trafiłem w czuły punkt i mam ich w garści, ale starałem się za bardzo nie okazywać zadowolenia.

Z czego się tak cieszysz, mały gnojku? — odezwał się do mnie ojciec.

Zrobiłem wielkie oczy i spojrzałem szybko na mamę, ale ta w żaden sposób nie napomniała ojca; nie powiedziała mu, że nie wolno się w ten sposób odzywać do dziecka. Do głowy wpadła mi myśl, że nie zrobiłaby też niczego, żeby powstrzymać go, gdyby chciał mi złoić skórę. Patrzyła tylko na mnie zmrużonymi oczami. Była wściekła.

Na górze znów rozległy się hałasy, dało się też słyszeć kroki na schodach. Rodzice wymienili szybkie spojrzenia, a ja siedziałem cicho, bojąc się, że nawet jedno moje słowo osłabi groźbę, która zawisła dzięki mnie w powietrzu.

Niech ci będzie, mała zarazo — syknął ojciec, pochylając się nad blatem stołu. — Jutro w nocy, zanim przyjdzie nasz gość. Ale jeśli szepniesz komuś chociaż słówko, możesz być pewny, że do końca życia będziesz pamiętał lanie, które od nas dostaniesz!

**

Cały następny dzień ciągnął się w nieskończoność. Przez większość czasu siedziałem w swoim pokoju, próbując siłą woli sprawić, by wskazówki na zegarze poruszały się szybciej. Nie wolno mi było schodzić na dół… to znaczy nikt mi tego otwarcie nie powiedział, ale spojrzenia, jakie mi rzucano, gdy pojawiałem się w pobliżu rodziców, wystarczyły, żebym się domyślił, o co chodzi. Nikt też nie postawił dla mnie talerza przy śniadaniu.

Słyszałem, jak mama rozmawia przez telefon z dyrektorem szkoły. Powiedziała, że nie może przyjść do pracy z powodu „kobiecych dni” (cokolwiek to znaczyło). Muszę kiedyś wypróbować ten trik, pomyślałem, powiem, że nie mogę iść do szkoły z powodu chłopięcych dni. Zobaczymy, czy to coś da.

Moje rodzeństwo zostało w nagrodę wysłane na weekend do ciotki. Gdy zapytali, czemu ja z nimi nie jadę, powiedziano im, że dostałem szlaban. Przyjęli to wyjaśnienie z mściwą satysfakcją w oczach i nie zadawali już więcej pytań.

Pozostaliśmy w naszym wielkim domu tylko we trójkę (nie licząc lokatora pod łóżkiem i skryby w swoim pokoju). Czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Nie wiem czemu, ale zaczynałem się bać.

**

Zapytałeś nas kiedyś, czemu nazywają nas Rodziną Ponurych — odezwał się do mnie ojciec.

Siedzieliśmy w kuchni. Do zachodu słońca nie pozostało wiele czasu. Mama zrobiła dla każdego kubek gorącej herbaty, ale jakoś nikomu nie chciało się pić. Tkwiłem wyprostowany jak struna na krześle naprzeciw rodziców i słuchałem z uwagą każdego słowa.

Od czasów pierwszego Ponurego byliśmy handlarzami magicznych przedmiotów — zaczął ojciec, biorąc do ręki kubek z herbatą. — Mieliśmy do tego talent i szybko wyeliminowaliśmy konkurencję. Już po kilku latach stworzenia z całego świata kierowały swoje prośby do nas, a my zawsze, ale to zawsze, znajdowaliśmy im to, czego potrzebowały. Nawet Chirurdzy przychodzili do nas prosić o pomoc. Niestety to, że byliśmy najlepsi, sprowadziło na nas zgubę.

Kochanie, musisz się pośpieszyć — wtrąciła się mama. — Słońce prawie zaszło.

Tata zerknął szybko w okno i poprawił okulary na nosie.

Musisz wiedzieć, że na świecie istnieją duchy i demony — podjął szybko. — Niektórzy — a my w szczególności — potrafią komunikować się z drugą stroną, a nawet przechodzić z jednego świata do drugiego. Twój lokator spod łóżka jest jednym z upiorów, ale kiedyś warknął do mnie, że jest na emeryturze i jedyne, czego chce to spokój, więc po prostu pozwalamy mu tutaj mieszkać.

W każdym razie… — Mama pogoniła ojca.

Eee… no tak, w każdym razie pierwszy z Ponurych przeszedł na drugą stronę, by wyzwać na pojedynek Kostuchę.

Kostuchę? — zapytałem zdezorientowany.

Samą Śmierć — wyjaśniła szybko mama, rozglądając się niespokojnie.

Romuald Ponury dostał zlecenie zdobycia czegoś, czego jeszcze nikt nigdy nie widział. To było wyzwanie, ponieważ naszą dewizą było, że potrafimy znaleźć i zdobyć wszystko.

Co miał zdobyć? — zapytałem, czując, że zaczyna mnie to wciągać.

Nie co, ale kogo — poprawił mnie tata, wpychając swoje okulary na sam początek nosa (i tak zaraz zjechały z powrotem). — Klient Romualda chciał wejść w posiadanie Ptaka Który Układa Zagadki.

W kuchni zapadła cisza, a ja instynktownie wyczułem, że powinno to na mnie zrobić wrażenie. Nie miałem jednak pojęcia, czym jest ten ptak, jak wygląda i co robi… poza układaniem zagadek. To też powiedziałem rodzicom.

W naszym świecie jest mnóstwo magicznych przedmiotów, które są ukryte i zabezpieczone przeróżnymi zaklęciami i łamigłówkami. Ptak Który Układa Zagadki jest cenny, ponieważ ułożył każdą zagadkę strzegącą magicznych artefaktów, wie gdzie one są, potrafi złamać każdy szyfr i zdefiniować każde zaklęcie.

Dlatego ten, kto posiada ptaka będzie mógł mieć wszystko, czego tylko zapragnie — wpadłem mu w słowo.

Dokładnie tak! — zgodził się ze mną ojciec i pokiwał głową z aprobatą. — Romuald Ponury wiedział, że nie jest w stanie wygrać z Kostuchą, dlatego zaaranżował podstęp. Udał się na Cmentarzysko (tam mieszka Kostucha) i zorganizował wielkie wydarzenie, na które przyszedł każdy mieszkaniec. Śmierć jest stara, więc to ona miała wybrać grę. Były to oczywiście szachy — jak łatwo się domyślić. Pojedynek trwał, trup ścielił się gęsto (bo nie były to zwyczajne szachy), a tymczasem kilku członków rodziny Ponurych włamało się do krypty Kostuchy i zabrało ptaka.

Nawet ja wiem, że to było głupie, tato — odezwałem się z powątpiewaniem.

Myślę, że oni też to wiedzieli, ale nasza reputacja była zagrożona, a my byliśmy tak butni, że myśleliśmy, iż ujdzie nam to płazem.

Ale jak zdołali wynieść ptaka tak, żeby nikt tego nie zauważył? Wiem, że wszyscy byli w innym miejscu, ale przecież ptak musiał jakoś podnieść alarm, krzyknąć — cokolwiek.

Ptak miał jeden słaby punkt — wtrąciła mama, chcąc zakończyć dyskusję. — Wystarczyło zaśpiewać mu byle jaką piosenkę, a zasypiał i był potulny jak… no, jak baranek. Można było z nim zrobić wszystko.

Więc uśpili ptaka, wynieśli go i myśleli, że staną się jeszcze sławniejsi i nikt nie będzie chciał się zemścić — dokończyłem.

Tak się jednak nie stało, kochanie — powiedziała się mama. — Kostucha szybko znalazła rodzinę Ponurych, odebrała swojego zwierzaka i rzuciła na nas klątwę. Wyrywając z piersi pierwszego Ponurego uczucie szczęścia, przeklęła cały naszą rodzinę. Od tamtego czasu nie jesteśmy w stanie się śmiać, czuć radości, a nasze umysły z dnia na dzień pogrążają się w coraz większym mroku. Bez szczęścia nie potrafimy docenić tego, co posiadamy, i ludzi, z którymi spędzamy życie. Nie umiemy się o nic ani o nikogo starać, ponieważ pielęgnacja związków i rzeczy powinna przynosić radość i poczucie spełnienia, a my nie jesteśmy w stanie czuć żadnej z tych emocji. Kilka lat temu twój tato dowiedział się, że nasze szczęście nie przepadło, lecz nie mógł go znaleźć — mimo że próbował wszystkiego. Skarbie, jeśli jest jakaś rzecz, której pragniemy, to jest to właśnie fiolka ze szczęściem Romualda Ponurego. To właśnie ofiaruje nam nasz gość.

A czego chce w zamian? — spytałem.

Informacji. — Rozległ się głos spod drzwi kuchni.

Mama i tata podskoczyli na swoich miejscach, a ja spadłem z hukiem z krzesła. W progu kuchni stał mężczyzna. Nie miał na sobie czapki ani płaszcza. Nosił czarny, klasyczny garnitur i dla mnie wyglądał trochę jak właściciel zakładu pogrzebowego. Patrzył na nas swoimi wielkimi czarnymi oczami, a po moich plecach przebiegł dreszcz i odechciało mi się podnosić z podłogi. Przybysz rozciągnął białe wargi w uśmiechu, odsłaniając jeden z długich, cienkich kłów.

Rodzice zerwali się z miejsca, mama schowała się za tatą, ale chyba wszyscy wiedzieliśmy, że jeśli by przyszło co do czego, to nikt nie miałby z nim szans. Tymczasem gość podszedł do stołu, usiadł na krześle i wyjął z kieszeni marynarki kryształową fiolkę, w której pływało coś złotego. Ojciec łapczywie wyciągnął rękę, ale ampułka z momencie zniknęła, a nieznajomy groźnie pokazał zęby.

Rodzina Ponurych

Rys. Martyna Nejman

Jeszcze nie! — rozkazał, pokazując nam miejsca przy stole. — Siadajcie wszyscy i dobijmy targu. Handlarzu — zwrócił się bezpośrednio do mojego ojca — chcę informacji, a ty chcesz szczęścia Rodziny Ponurych.

Skąd… skąd mam wiedzieć, że jest… jest prawdziwe? — wyjąkał tata.

Tacy jak ja nie kłamią — powiedział gość, kończąc tym samym temat.

Ojciec usiadł obok przybysza i zaczął niepewnie wyginać palce. Znów zauważyłem krople potu na jego nosie, ale teraz już nie przejmował się okularami, które zjechały na sam jego czubek. Mama delikatnie zasiadła koło swojego męża, a ja odważyłem się wystawić ponad stół tylko czubek głowy. No co? Koleś do dzisiaj mnie przeraża.

Nie mam czasu na gierki — podjął przybysz. — Muszę wracać do syna, więc dawaj, co masz!

Ja… no, więc… nie mam dla ciebie lekarstwa — wyjąkał ojciec.

Nasz gość zaczął podnosić się z krzesła, ale tata w panice zaczął szybko wyjaśniać:

Nikt nie ma tego, czego szukasz, ale mam informacje, jak możesz do tego dotrzeć. — Wyjął z kieszeni białą kopertę i potrząsnął nią. — Tutaj jest adres do schowka, w którym jest pozytywka. To wyrocznia, która w środku ma oko jednego z Pradawnych. Problem polega na tym, że jest zabezpieczona zaklęciem-zagadką, której nie mogę rozwiązać.

Co mi po tym, handlarzu? — warknął. — Nie taka była umowa.

Właśnie, że taka! — burknął mój ojciec, a ja usłyszałem w jego głosie urazę. — Miałem dać ci informacje, które pozwolą ci zdobyć lekarstwo dla twojego syna. Jeśli złamiesz zabezpieczenie pozytywki, będziesz mógł zadać jedno pytanie, DOWOLNE pytanie, a ona udzieli ci odpowiedzi… właściwie zobaczysz odpowiedź. Nie mam pojęcia, jak to dalej wygląda, bo nikt jej nigdy nie otworzył. Wiem, że to nie do końca to, czego oczekiwałeś, ale to tylko krótki przystanek do celu.

Gość spojrzał najpierw na kopertę, a później w oczy mojemu ojcu. Milczenie trwało przez blisko dwie minuty, a później nieznajomy błyskawicznie wyszarpnął kopertę z wyciągniętej dłoni mojego taty, rzucił na stół fiolkę ze złotym płynem i wstał od stołu.

Jeśli kłamiesz… — rzucił na odchodne.

**

Niestety — ojciec skłamał. Nie miał tego, czego chciał nasz gość, ale możliwość odzyskania szczęścia była nie od odrzucenia.

Jeszcze tej samej nocy opuściliśmy nasz dom i przez wiele lat żyliśmy w ukryciu. Stale się przemieszczaliśmy, bo co kilka miesięcy on wpadał na nasz trop i musieliśmy uciekać. Nigdy nie poznawaliśmy sąsiadów, którzy mieszkali obok; nie chodziliśmy do publicznych szkół; mój brat nigdy nie został didżejem, a siostry makijażystkami. Nigdy nie słyszałem już w środku nocy drapania dobiegającego spod łóżka. Za to poznaliśmy prawdę o naszej rodzinie i świecie, w jakim żyjemy… no i na naszym kominku często pojawiają się zdjęcia, na których się uśmiechamy. Dopiero po kilkunastu latach tata zdołał złagodzić gniew wampira.

Ja natomiast stale uczę się fachu od ojca i już dzisiaj umiem zdobyć wszystko, czego pragniesz. Gwarantuję! Odziedziczyłem też arogancję — tak charakterystyczną dla mojej rodziny — oraz zbyt wysokie mniemanie o sobie. Tak jak pierwszy z Ponurych, tak jak mój tata, tak również i ja pewnego dnia myślałem, że będę sprytniejszy od nieśmiertelnego. Spotkała mnie dokładnie taka sama kara.

Siedzę teraz z odziedziczonym przez mnie skrybą. Sprawdziłem już wiadomości od informatorów, wysłałem zamówione przedmioty, znalazłem też to, czego ode mnie oczekiwano. Przez resztę nocy czuwam, a pan Forge spisuje historię, którą wam opowiedziałem — wraz ze wszystkim, co przydarzyło się nam od momentu, kiedy i ja pomyślałem, że mogę oszukać wampira.

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z „Cmentarzyska”

Please follow and like us: