Zmieniacz

Z dziennika Ponurych”

Rodziny najbardziej utalentowanych handlarzy magicznymi przedmiotami, jacy kiedykolwiek chodzili po tym świecie.

 

Skryba: Pan A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira

 

I

Ja i pan Ponury leżeliśmy na zdezelowanych, odrobinę zardzewiałych i lekko podziurawionych leżakach w ogrodzie otoczonym ze wszystkich stron niewiarygodnie wysokim żywopłotem. Zażywaliśmy letniego słońca. To był pierwszy wolny dzień od czterech miesięcy i z radością…

No, po prawdzie to ja zażywałem słońca z radością, a pan Ponury raczej z tą samą emocją, jaka towarzyszyła mu codziennie od niepamiętnych czasów. Znudzona obojętność – tak chyba można nazwać uczucie, które jest najbliższym odpowiednikiem szczęścia w tej rodzinie.

chłonąłem swoją skórą każdy ciepły promień. Mój pracodawca leżał obok mnie w swoim kraciastym garniturze, standardowych przykrótkich spodniach i pantoflach wypastowanych na wysoki połysk. Strój codzienny pana Ponurego był identyczny jak ten biznesowy. Właściwie posiadał on tylko jeden zestaw odzienia i zakładał go na każdą okazję. Lekki, ciepły letni wietrzyk rozwiewał mu, i tak stojące we wszystkie strony, włosy.

Odpoczywaliśmy.

Należało nam się — zwłaszcza po wydarzeniach ostatnich kilku tygodni. To chyba najdłuższa wyprawa, jaką odbyłem z moim aktualnym pracodawcą. Trzy tygodnie. Ciągle w drodze. Praktycznie bez dostępu do bieżącej wody, ciepłego jedzenia i… toalety. Tego ostatniego nie będę rozwijał ze względu na miażdżące poczucie wstydu i przedłużające się uporczywe pieczenie pomiędzy pośladkami.

Nigdy nie podcierajcie się pokrzywami hodowanymi na magicznym nawozie!

Oboje złapaliśmy głębokie wdechy i wtedy pan Ponury powiedział coś, czego w żadnym wypadku nie powinien mówić. To chyba najgorsze z zaklęć, jakie kiedykolwiek wymyślono.

Dzisiaj już nic nam nie popsuje odpoczynku.

Dokładnie w tym samym momencie pojawiła się jego żona — pulchna kobieta z najmilszą twarzą, jaką człowiek mógłby sobie wyobrazić (pomimo niewiarygodnie smutnych niebieskich oczu) i burzą poskręcanych we wszystkie strony loków. Już w chwili, gdy przekroczyła próg drzwi, było wiadomo, że stało się coś, co wymaga naszego zaangażowania.

Właśnie dostałam wiadomość — oznajmiła bez ogródek.

Znam ten wyraz twarzy, pomyślałem niechętnie. Znowu będziemy mieli kłopoty.

Zawsze dostawało się nam obu — pomimo że ja prawie nigdy nic złego nie robiłem. Mogłem siedzieć cały dzień w swojej sypialni, a gdy wieczorem schodziłem na dół – pierwsze, co mnie spotykało, to opiernicz za coś, co zrobił mój pracodawca. W takich momentach prawdziwego winowajcy jakoś nigdy nie było w zasięgu wzroku. Pocieszało mnie jednak to, że przynajmniej teraz to on pójdzie na pierwszy ogień.

Dobrze mu tak, pomyślałem jeszcze.

Jaką wiadomość? — zapytał ostrożnie pan Ponury, poprawiając swoje okrągłe okulary.

Już ty dobrze wiesz jaką! — warknęła. — Od kiedy to jesteśmy przedszkolem, co?!

Powiem Wam szczerze, że teraz to nawet ja nie wiedziałem, o co mogło jej chodzić. Ta baba czasami krzyczała na nas z powodu tego, że wiatr rozwiał jej włosy.

Kochanie, obawiam się, że nie rozumiem — odparł mój pracodawca przymilnym tonem.

Dzwonił Remigiusz Grumnicki i powiedział, że wisisz mu przysługę i dzisiaj jest idealny dzień, żebyś się z niej wywiązał — huknęła na niego.

Pan Ponury otworzył szeroko oczy i zesztywniał na swoim leżaku, a we mnie zamarło na chwilę serce. Kilka lat temu mój pracodawca wykonywał zlecenie zlokalizowania pewnego więzienia.

Ale o tym opowiem Wam dokładniej kiedy indziej.

W każdym razie strasznie nas wtedy pogonili, a Remigiusz Grumnicki był pierwszą osobą, którą spotkaliśmy na swojej drodze podczas ucieczki. Nie mieliśmy wyboru i musieliśmy poprosić go o azyl. Istniał tylko jeden problem związany z tym człowiekiem.

To chodzące, dwumetrowe, napakowane kłopoty były.

II

Tak oto dwie godziny później staliśmy z panem Ponurym naprzeciwko tego czegoś, co przyniósł Remigiusz i zastanawialiśmy się, w czym, do diabła, tkwił haczyk. Mój pracodawca zwichrzył sobie rozczochrane już włosy i odchrząknął kilkukrotnie.

Dostaliśmy mało szczegółowe…

Moim zdaniem wypowiedziane nader chamskim tonem w najbardziej prymitywny sposób.

instrukcje na temat tego, jak ma wyglądać pokój dla naszego gościa. Nie mieliśmy na przygotowania zbyt wiele czasu, lecz wyniesienie wszystkiego z sypialni…

Zgadnijcie, kto musiał to zrobić, do diabła?!

nie stanowiło zbyt wielkiego wyzwania. Jakby tego było mało, nakazane zostało mi umycie najzwyklejszym szarym mydłem ścian, podłogi i sufitu, oraz zakrycie jedynego w pomieszczeniu okna. Zakazano nam też karmienia nowego podopiecznego i zabawy z nim. Mieliśmy się po prostu udawać, że go nie zauważamy.

Patrzyliśmy więc na to, co Grumnicki do nas przyprowadził, i ani ja, ani pan Ponury nie rozumieliśmy, o co w tym wszystkim chodziło. Staliśmy w progu pustego, ciemnego pokoju i żaden z nas nie chciał go przekroczyć. Mój pracodawca dźgnął mnie parę razy łokciem, lecz ja uparcie udawałem, że nic nie poczułem.

Przed nami radośnie skakała i przewracała się z boku na bok, bawiąc się gumowym kurczakiem, fretka; wesoła, z czarnym pyskiem i pręgą tego samego koloru wzdłuż kręgosłupa; boki miała jasne. Wąsy drgały jej nieznacznie przy najmniejszym nawet ruchu. Nie widziała świata poza tym swoim gumowym kurakiem i w ogóle nie zwracała na nas uwagi.

Dlaczego miałem złe przeczucia?

Po pierwsze: Remigiusz wpadł tutaj w niezwykłym pośpiechu, posiniaczony, z worami pod oczami — jakby nie spał z tydzień. Po drugie: bełkotał do nas i cały czas, znerwicowany, rozglądał się na wszystkie strony. Po trzecie: wcisnął nam tę fretkę, powołał się na zobowiązanie, które był mu winien pan Ponury, po czym prostu wybiegł z domu. Albo narobił sobie kłopotów, albo coś narobiło kłopotów jemu.

Poza tym gdyby to była zwyczajna fretka, to nie wykorzystywałby na nią swojej przysługi. W magicznym świecie niespłacanie długów przynosi prawdziwego Pecha. Serio, Pech wstaje z łóżka i zaczyna Was gnębić, dopóki nie będziecie mieli dosyć. Dlaczego więc marnować coś tak wartościowego jak przysługa na… zwierzaka?

To nie jest zwykła fretka, panie Forge — oznajmił mój pracodawca, wpatrując się uważnie w drapieżnika. — Wie pan o tym, prawda?

Kiwnąłem tylko głową.

Kłopoty stały właśnie pod naszymi drzwiami. Ciekawiło mnie tylko, kiedy zdecydują się do nich zapukać.

III

Siedzieliśmy we troje przy kuchennym stole i dostawaliśmy burę. A konkretnie to ja i pan Ponury dostawaliśmy burę od jego żony.

Według mnie mój pracodawca zrobił błąd, że powiedział jej o niezwykłości stworzenia mieszkającego teraz na górze. Gdyby myślała, że to zwyczajna fretka, bębenki by nam właśnie nie pękały od jej wrzasków. Ja od zawsze uważałem, że im mniej wie ta kobieta, tym lepiej dla otoczenia.

Pan Ponury tkwił posłusznie na krześle za stołem i wpatrywał się w dal, słuchając ze stoickim spokojem tego wszystkiego, co małżonka miała mu do przekazania.

Założę się, że myślami uciekł już gdzieś daleko i nie docierało do niego ani jedno słowo. Ja z kolei wzdrygałem się za każdym razem, gdy piskliwy charkot wzbijał się o oktawę wyżej.

Chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, co on nam tutaj podrzucił?! — wrzeszczała na całe gardło pani Ponura, a jej twarz już od ładnych kilku minut utrzymywała barwę purpury. — Mamy dzieci pod naszym dachem, a ty sprowadzasz nam coś, co jest potencjalnie niebezpieczne?! Czy tobie do reszty odbiło, stary, durny sklepikarzu?!

Ja niczego nie sprowadziłem — zaprotestował mój pracodawca niezbyt mocnym głosem. — To Remigiusz to tutaj przyniósł. Ja o niczym nie wiedziałem, dopóki mi nie powiedziałaś.

Po jaką cholerę wyświadczał ci przysługę?! — ryknęła donośnie.

Gdybyśmy się u niego nie schowali, to prawdopodobnie teraz nie miałabyś się na kogo drzeć! — wrzasnął pan Ponury, a okulary na nosie nieznacznie mu się przekrzywiły.

Ty i te twoje wyprawy! Zawsze wpakujesz się w jakieś bagno, powsinogo jedna!

Jednym szybkim ruchem zebrała naczynia ze stołu i rzuciła nimi do zlewu mieszczącego się dwa metry dalej. Trafiła do celu zaledwie połową z nich, dlatego teraz posadzka upiększona została kawałkami szkła i porcelany. Pan Ponury nastroszył się na swoim krześle, lecz nie wypowiedział na ten temat ani jednego słowa. Nie sprzeciwił się również, gdy zrzuciła wszystkie patelnie wiszące na ceglanej ścianie i rozwaliła po podłodze drwa do kominka, jeszcze przed chwilą leżące w kącie i ułożone w schludny stos. Po tym wszystkim po prostu wyszła z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi.

W sumie, jak na nią, to nie przyjęła tego tak źle — stwierdził lekko zawstydzony pan Ponury.

Chrząknąłem nieznacznie, lecz niczego nie skomentowałem. Smutne było to, że miał rację.

IV

Pamiętacie, jak napisałem wcześniej, że ciekawi mnie, kiedy kłopoty zapukają do naszych drzwi? Otóż zapukały już następnego wieczora, przybierając postać małego, bladego chłopca o niezwykle ciekawskim usposobieniu.

Na imię dano mu Aleksander i był on najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Włosy miał rozczochrane identycznie jak ojciec, lecz ich kolor odziedziczył po matce, podobnie jak oczy. Ubierał się, jak to dziewięcioletnie dzieci, w co popadnie i co akurat leżało na podłodze. To on nieustannie chował się po domu i łaził wszędzie za swoim ojcem. Miał szczęście, że pan Ponury zawsze był na tyle pochłonięty kolejnymi badaniami i odkryciami, że go nie dostrzegał. Ja nigdy się nie wtrącałem, lecz cały czas miałem na niego oko.

Nie mógł zobaczyć zbyt wiele.

Wracając… Aleksander robił swój cowieczorny obchód po domu i później powiedział, że nie mógł się powstrzymać, gdy tylko usłyszał drapanie w drzwi po ich drugiej stronie. Gdy wbiegliśmy na górę, wszystko co złe już się wydarzyło.

Przyznam szczerze, że to mogła być wina moja i mojego pracodawcy. Istnieje możliwość, że obaj zapomnieliśmy zamknąć drzwi na klucz.

Synu, co się dzieje? — zapytał pan Ponury, szarpiąc za ramię Aleksandra.

Chłopiec tkwił w miejscu, patrząc tępo w przestrzeń. Oczy miał wielkie i zamglone. Mój pracodawca pstryknął szybko palcami przy jego uszach i po kilku chwilach dzieciak się ocknął.

Co… co się stało? — spytał Aleksander nieprzytomnym tonem, rozcierając oczy.

Synu, gdzie jest fretka, która tutaj była? — zapytał pan Ponury, potrząsając lekko chłopcem. — To bardzo ważne. Gdzie uciekła?!

Chłopiec wpatrywał się w twarz swojego ojca, a następnie wolno przeniósł spojrzenie na odsłonięte i otwarte okno. Mój pracodawca powiódł za nim wzrokiem, głośno przełykając ślinę.

Podszedłem szybko do okna i wyjrzałem na ulicę. Większość rodzin wróciła już do swoich domów, a w niektórych z nich pogasły nawet światła. Noc zapowiadała się pogodnie – na niebie nie było ani jednej chmurki.

Dobrze, pomyślałem. Nienawidzę poszukiwań w deszczu.

Tylko… tatusiu? — dobiegł głos Aleksandra zza moich pleców. — W pokoju nie było żadnej fretki.

Ja i pan Ponury odwróciliśmy się błyskawicznie, patrząc na chłopca. Dzieciak zaczynał się denerwować i pewnie zastanawiał się, jaką dostanie karę za swoje wścibstwo. Tymczasem ojciec, który wcześniej szukał jakichkolwiek śladów zwierzaka w pomieszczeniu, uklęknął przed synem i w uspakajającym geście położył mu dłonie na ramionach.

Możesz mi powiedzieć, co było w środku, gdy tutaj wszedłeś? — zapytał łagodnie. — Nie bój się, nie dostaniesz kary.

Aleksander przez moment przyglądał się podejrzliwie swojemu tacie, po czym odpowiedział:

Po pokoju latał mały nietoperz. Był fajny i chyba bardzo chciał wyjść.

Serca w nas zamarły.

Ten parszywy, zapchlony gnojek podrzucił nam Zmieniacza, pomyślałem, zaciskając szczęki. Już widzę, jak miał zamiar w ogóle się tu pojawić, żeby zabrać go z powrotem.

Pan Ponury tymczasem próbował zachować spokój. Złapał głęboki oddech i rozczochrał synowi włosy.

Nic się nie stało, mały — powiedział lekko drżącym głosem. — Idź teraz do swojego pokoju.

Ale pod łóżkiem jest potwór, który nie daje mi zasnąć! — zaprotestował gwałtownie chłopiec.

Idź już, synu! — ponaglił dziecko mój pracodawca, jednocześnie wypychając go na korytarz. — Nie dałem ci dzisiaj kary, ale nie możesz nic na ten temat powiedzieć mamie, dobrze?

Aleksander pokiwał tylko głową i zniknął za rogiem. Pan Ponury wstał, a kolana strzeliły mu głośno. Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.

Mamy poważny problem, panie Forge.

V

Zanim przejdziemy dalej, musicie coś wiedzieć. Mieszkam wraz z Ponurymi w starym, niczym niewyróżniającym się, dużym domu zbudowanym na nudnym, chyba najbardziej zwyczajnym osiedlu, jakie istnieje. Oznacza to, że otaczający nas ludzie nigdy nie zetknęli się z magią ani magicznymi stworzeniami w sposób inny niż w telewizji lub w grach komputerowych.

Dla mojego pracodawcy anonimowość od zawsze była bardzo ważna… zwłaszcza, że nawet jego dzieci nie wiedziały, czym się zajmował i nie miały póki co pojęcia o „tej drugiej stronie”. Uczęszczały do normalnych szkół, miały zwyczajnych kolegów, a Aleksander jakoś pogodził się z faktem, że pod jego łóżkiem coś mieszkało. Nawet nikomu o tym nie wspominał, przekonany, że pozostałości po poprzednich mieszkańcach domów to rzecz naturalna i całkiem logiczna.

Pan Ponury miał wszystko, co posiadały pozostałe rodziny na osiedlu, lecz żadnej z tych rzeczy nigdy nie używał. Nie potrafił prowadzić samochodu, który stał w garażu, nie używał kosiarki do trawy schowanej z tyłu w ogrodzie i gromadzącej na sobie rdzę, komplet narzędzi w garażu miał dla niego chwilowe zagadkowe przeznaczenie, a później przeszedł do lamusa jego umysłu. Pani Ponura zamawiała Tesco on-line jak jej sąsiedzi i uczyła się narzekać na polityków, żeby mieć o czym z nimi rozmawiać.

A mnie wszyscy znali jako lokaja… super.

W każdym razie ucieczka Zmieniacza z naszego domu była totalną katastrofą, ponieważ największy przysmak tego potwora to sny zwykłych, niemagicznych ludzi. Nic więc dziwnego, że Grumnicki nie zostawił nam dla niego nic do jedzenia. Teraz musieliśmy z moim pracodawcą złapać stwora w taki sposób, żeby nikomu nie stała się krzywda i — co ważniejsze — żeby pani Ponura o niczym się nie dowiedziała.

Bułka z masłem, prawda?

Wyszliśmy więc ukradkiem z domu, przeskoczyliśmy przez płot (ja spadłem na twarz) i rozpoczęliśmy poszukiwania. Pan Ponury znalazł coś, bez czego prawdopodobnie w ogóle nie dalibyśmy rady – sierść fretki. Kilka lat temu nabył kompas do poszukiwania magicznych stworzeń. Wystarczyło położyć na iglicy coś, co należało do zagubionego zwierzaka, a następnie trzeba było iść tam, gdzie wskazywało urządzenie. Problem jednak nie tkwił w samym odnalezieniu Zmieniacza, lecz w jego schwytaniu. Nie wiedzieliśmy, jaką postać przybierze. Mogliśmy zakraść się do sypialni jednego z naszych sąsiadów i znaleźć w nogach jego łóżka zarówno dwumetrowego, agresywnego aligatora, jak i smacznie śpiącego, śliniącego się na kołdrę kangura.

Jak już miałem zostać zjedzony, to wolałem, żeby pożarło mnie coś fajnego. Jakiś smok albo cuś…. Jeśli miał mnie zadziobać jakiś bocian z wścieklizną, to lepiej, żeby nikt po mojej śmierci tego nie wspominał.

Dopiero w trzecim domu, który sprawdzaliśmy, udało nam się znaleźć naszą zgubę. Wcześniej Zmieniacz musiał przemieszczać się z dużą szybkością z jednej sypialni do drugiej. Zapewne szukał najbardziej apetycznych snów.

Wybredna, mała poczwara, pomyślałem ze złością.

Igła w kompasie pana Ponurego zaczęła się szybko obracać, a to oznaczało, że trafiliśmy w dobre miejsce. Staliśmy pomiędzy huśtawkami w ogrodzie, na starannie przystrzyżonym trawniku, gapiąc się w okno sypialni na piętrze. Nie mieliśmy przy sobie nic, co pomogłoby nam wspiąć się po ścianie i dostać się do środka.

Przygotowani jak zawsze, przemknęła mi przez głowę kwaśna myśl, lecz nie wypowiedziałem jej na głos.

Mój pracodawca podrapał się po głowie, a następnie zdecydowanym krokiem ruszył w prawo i — na swoje nieszczęście — wszedł na plastikowy wóz strażacki na kółkach. Jedna noga pojechała mu do przodu, a druga została w miejscu. Zamachał dziko rękami, próbując utrzymać równowagę. Usłyszałem tylko głośny trzask i jęk bólu, gdy pan Ponury został zaskoczony szpagatem, do którego nigdy wcześniej się nie przygotowywał.

Przyznam szczerze, że powstrzymanie wtedy wybuchu śmiechu było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Serio. Całe szczęście, że ta stara pokraka zwijała się z bólu i nie mogła dostrzec wyrazu mojej twarzy.

Panie Forge — pisnął mój pracodawca, próbując wymacać niezgrabnie moją rękę. — Musisz mi pan pomóc.

Parsknąłem cicho, nie będąc już dłużej w stanie utrzymać tego w sobie. Posłusznie jednak pochyliłem się i pomogłem mu wstać. To, co mi powiedział, gdy mógł już normalnie złapać oddech, odebrało mi te nędzne resztki dobrego humoru, które jeszcze zachowałem.

Musisz pan złapać Zmieniacza beze mnie — powiedział nienaturalnie cienkim głosem. — Tutaj masz pan wytrychy. — Wepchnął mi w ręce skórzany pokrowiec. — Złap go pan i przyprowadź do domu. Ja muszę się położyć.

Z tymi słowami odwrócił się ode mnie i pokuśtykał z przesadnie szeroko rozstawionymi nogami w stronę furtki.

Zawsze na mnie trafi, pomyślałem załamany, opuszczając głowę.

VI

No, ale co Waszym zdaniem powinienem był zrobić? Nie mogłem nie posłuchać pana Ponurego, a fakt, że nigdy wcześniej Zmieniacza nie spotkałem, wcale nie poprawiał mi nastroju.

Gdy tylko mój pracodawca zniknął za płotem, wypuściłem powietrze i jeszcze raz zerknąłem w stronę sypialni na piętrze. Tylko że tym razem coś patrzyło również na mnie. Miało lśniący, wielki gadzi pysk i zniknęło mi z oczu dokładnie w momencie, w którym zorientowało się, że zostało zauważone.

Widziałem w swoim życiu wiele węży i żaden, ale to żaden, nigdy mi się nie spodobał. To pewnie dlatego, że za każdym razem przedstawiciel tego gatunku próbował mnie albo zabić, albo pożreć. Zapowiadało się, że i ta sytuacja nie będzie odstępstwem od normy.

Westchnąłem ciężko i ruszyłem w kierunku drzwi. Nie radziłem sobie zbyt dobrze z wytrychami, więc po pięciu minutach bezowocnych prób i przeklinania otworzyłem je magią.

Dom pogrążony był w głębokim śnie. Niewyróżniające się niczym, modne umeblowanie teraz ukazywało się moim oczom jedynie w odcieniach czerni i szarości. Przeszedłem pewnym krokiem przez korytarz, minąłem kuchnię z salonem i skierowałem się prosto do pokoju na piętrze. Nie chciałem marnować czasu na zastanawianie się, ponieważ gdybym zaczął to robić, na pewno obleciałby mnie strach i pognałbym w drugą stronę ile sił w nogach.

Nie czekając, aż moje myśli nadążą za krokami, nacisnąłem klamkę i wszedłem do sypialni. Wąż właśnie otwierał wielki pysk tuż nad głową małej dziewczynki i coś błękitnego, przypominającego błyszczącą mgłę, sączyło się z jej uszu prosto do gardła potwora.

Rys. Martyna Nejman

Więc tak wyglądają sny, zdążyłem jeszcze pomyśleć.

W następnej chwili leżałem już na podłodze, mocując się z wielkim, umięśnionym cielskiem węża-giganta. Oczywiście przegrałem ten etap walki i po jakiejś minucie poczułem ból towarzyszący pierwszemu ściskowi. Tuż przy mojej twarzy nagle zmaterializowała się otwarta paszcza. Coś zaszumiało mi w głowie i próbowało wyżąć mój mózg jak gąbkę. Sapnąłem głośno, powstrzymując krzyk.

Tacy jak ja nie mają snów, idioto, pomyślałem z ponurą satysfakcją. Nie masz się czego nażreć!

Wtem gad zaczął charczeć i krztusić się, a żelazny uścisk został zwolniony na tyle, że zdołałem się wymknąć. Wąż rzucał się po pokoju i robił harmider będący w stanie obudzić umarłego. Usłyszałem trzaskanie drzwi na dole i ciężkie kroki na schodach.

To tyle jeśli chodzi o załatwienie tego po cichu. Nawet nie chcę myśleć, jak dostanie mi się za to w domu.

Machnąłem ręką i zablokowałem wejście do sypialni za pomocą magii. Kilka sekund później do ogólnego rozgardiaszu dołączył również huk, gdy ktoś całym ciężarem ciała wpadł na drzwi, które nie chciały ustąpić.

Kto tam jest?! — Dobiegł mnie przytłumiony męski głos. — Otwieraj! Policja już jedzie!

Jeszcze tego mi brakowało!

Wściekły na to, że wszystko idzie zupełnie odwrotnie, niż sobie założyłem, rzuciłem się na szamoczącego się i parskającego śliną gada. Chciałem przygnieść go do ziemi. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wylądowałem na twardej posadzce i złamałem sobie nos. Wielki wąż zniknął, a po mojej głowie przebiegła jaszczurka, drapiąc mnie boleśnie po policzku. Uciekła pod łóżko.

Jeśli w tamtej chwili ktoś wpadłby do sypialni i zobaczył starego skrybę, samego w pokoju małej dziewczynki, to by dopiero było.

W pogoni za gadem dałem nura pod łóżko, ale szanse złapania tak zwinnego małego zwierzęcia wynosiły praktycznie zero. Przy okazji walnąłem się potężnie w głowę. Przekląłem i już po kilku sekundach poczułem rosnący na moim czole wielki guz. Jaszczurka wywinęła się spomiędzy moich palców i popędziła w kierunku drzwi.

Po moim trupie, pomyślałem, rzucając się za nią. Zaraz cię złapię!

VII

No cóż… nie udało mi się złapać jej wtedy, poniosłem również porażkę w kilku kolejnych domach.

W tym pierwszym – drobna niewinna jaszczurka zmieniła się w wielkiego orła, a ja chwyciłem jeden z jego olbrzymich szponów; oboje wylecieliśmy z hukiem przez zamknięte okno, szybując w noc. Zwisałem uczepiony pazura, machając dziko nogami.

Musiałem wyglądać bardzo dostojnie.

W następnym domu zdemolowaliśmy salon. Później właściciele skarżyli się na to, że ich pokój gościnny wyglądał, jakby przebiegło przez niego stado słoni.

Powiem wam, że stado to to nie było, ale jeden egzemplarz też zrobił robotę.

Trzeci dom nawiedził niedźwiedź z cierpliwością kreskówkowego diabła tasmańskiego.

Problem ze schwytaniem Zmieniacza tkwił w tym, że musiałem się skoncentrować przede wszystkim na odcięciu mieszkańców domów od centrum wydarzeń. Gdyby się wydało, że na ich ulicy mieszkają ludzie maczający paluchy w magii… Nawet nie chciałem myśleć o konsekwencjach. Do tego wszystkiego pani Ponura zorientowałaby się, że nie zdołaliśmy upilnować bawiącej się…

Szlag by to, pomyślałem, waląc się pokrwawioną i opuchniętą ręką w czoło. Warto spróbować!

Miałem to nieszczęście, że w kolejnym mieszkaniu wszędzie na ścianach wisiały plakaty wilków i wilkołaków.

Wybierz wilka, wybierz wilka, błagałem w myślach.

Niestety – podły Zmieniacz zamienił się w potężnego wilkołaka z ogromnymi szponami, rodem z jakiejś piekielnej gry komputerowej. Patrzył na mnie, dysząc ciężko, a z pyska kapały mu wielkie, gęste krople śliny.

Kątem oka dostrzegłem pokaźny szklany słoik na ciastka. Leżał na podłodze z otwartym wieczkiem, które trzymało się na metalowym zawiasie.

Idealny!

Nie wiedziałem, jakim cudem się nie stłukł, ale postanowiłem to wykorzystać.

Przypomniałem sobie, dlaczego fretka w naszym domu była taka spokojna – miała się czym bawić i nawet zapominała wtedy o głodzie.

Wyczekałem więc moment, w którym wilkołak zaorał pazurami o podłogę i rzucił się na mnie. W tej samej chwili zanurkowałem pod nim, chwytając małą gumową piłkę. Nacisnąłem ją przez przypadek, co poskutkowało tym, że wydała z siebie głośny pisk. Reakcja była natychmiastowa. Wilkołak zesztywniał i zatrzymał się w miejscu, po czym usiadł jak posłuszny pies, merdając ogonem. Nie chcąc dłużej prowokować losu, cisnąłem zabawką w otwarty słoik.

Oczywiście nie trafiłem.

Piłka odbiła się od podłogi jakieś pół metra dalej i wypadła na korytarz. Potwór pogonił za nią, zapominając o bożym świecie i tratując dosłownie wszystko na swojej drodze. Gdy szukałem na klęczkach w tym całym burdelu kolejnej rzeczy, jaką mógłbym mu rzucić, poczułem na swojej szyi ciepły oddech. Zamarłem, lecz zanim zadałem sobie pytanie, czy jestem gotowy na śmierć, zobaczyłem wolno sunącą w stronę mojej dłoni piłkę. Była o połowę mniejsza…

Nie chciałem nawet wiedzieć, gdzie znajdowała się druga część.

… i obrzydliwie obśliniona.

Bez kitu, nauczyłem wilkołaka aportować, pomyślałem i wyszczerzyłem do siebie zęby.

Złapałem resztkę zabawki i wycelowałem ponownie.

Hmmm… może przejdę do momentu, w którym mi się to udało. To była próba numer dziesięć i gdy kawałek piłki wpadł do środka, wilkołak się skurczył i, tak jak planowałem, wpadł za nią do słoika. Błyskawicznie zamknąłem wieko, a następnie rzuciłem na pojemnik zaklęcie, które miało zapobiec jego stłuczeniu. Zrobiłem to wszystko praktycznie w ostatniej chwili, ponieważ gdy Zmieniacz zdał sobie sprawę, że jest uwięziony, próbował na powrót zmienić się w coś wielkiego. Słoik nie pękł, ale jego waga wzrosła pięćdziesięciokrotnie. Nie mam pojęcia, jakim cudem wytaszczyłem go z domu. W chwili, w której policja wpadła do środka, ja zdążyłem już zniknąć. Leżałem tylko z ugiętymi nogami w pobliskich krzakach, zalewając się potem.

VIII

Podsumowanie szkód:

Ja i Zmieniacz zdemolowaliśmy połowę ulicy. Zaalarmowaliśmy wszystkich mieszkańców, którzy przerażeni uciekali ze swoich domów. Kilkoro dzieci straciło swoje sny i na tydzień zapadło w tajemniczą śpiączkę. Byłem cały poobijany i brudny. Ubranie miałem w strzępach, a godność już chyba nigdy do mnie nie powróci. Do tego wszystkiego chyba dostałem przepukliny od dźwigania nienaturalnie ciężkiego słoika.

Najgorsze wydarzyło się jednak dopiero wtedy, kiedy wykończony wszedłem do korytarza domu Ponurych. Starałem się iść najciszej, jak tylko się dało, lecz nie zdążyłem nawet dojść do schodów, gdy za moimi plecami ktoś głośno odkaszlnął. Odwróciłem się powoli. W progu kuchni stała ze skrzyżowanymi ramionami pani Ponura. Jej twarz była czerwona ze złości, a usta zacisnęła tak mocno, że przypominały teraz cienką kreskę.

Zawsze na mnie trafi, pomyślałem zrezygnowany.

Please follow and like us:

Siedząc na parapecie

Jestem w tym domu gościem od lat. Pamiętam, jak go stawiano i pamiętam też człowieka, który narysował plany i nadzorował budowę. Przynajmniej wtedy jeszcze myślałem, że jest człowiekiem, chociaż od samego początku czułem, że jest w nim coś dziwnego. Dziwna też była ta budowa. Nie chodziło o maszyny ani o robotników – to wszystko było normalne. W normalny sposób kopano doły, wylewano fundamenty i stawiano kolejne ściany. Niecodzienne natomiast było to, że pracowano tylko w nocy. Wszędzie było pełno lamp o najmocniejszych żarówkach, jakie kiedykolwiek widziałem, a ich światło nadawało robotnikom upiorny wręcz wygląd. Prace, o dziwo, szły w zastraszająco szybkim tempie i po niecałym roku dom był przygotowany do tego, żeby w nim zamieszkać.

No więc zaraz po skończeniu budowy wpadłem z małą wizytą i… trochę się zasiedziałem. Nawet ja nie przypuszczałem, że spędzę tutaj tyle czasu. Zaciekawiła mnie jednak rodzina, dla której postawiono dom.

Pierwszego wieczoru, tuż po zachodzie słońca, na podjeździe pojawił się samochód. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot, zwyczajne auto zapakowane po dach pudłami. Wysiadł z niego mały chłopiec. Miał pewnie ze dwanaście, może trzynaście lat i wyglądał na chorego. Miał bladą, prawie białą twarz, podkrążone oczy, a poza tym zauważyłem, że nie trzymał się pewnie na nogach.

Nie tak powinien wyglądać dwunastoletni chłopiec.

Starszy jegomość doskoczył zaraz do niego, podniósł go, po czym obydwaj zniknęli we wnętrzu domu. Drzwi samochodu zostały otwarte, a światła włączone. Kilkanaście minut później mężczyzna wypadł z budynku i pospiesznie skierował się do bramy. W ręku niósł duży worek, w którym – jak się okazało chwilę później – była ziemia. Miałem stuprocentową pewność co do zawartości torby, bo mam dobry wzrok. Jestem na tym świecie wystarczająco długo i od razu poznałem, że tej ziemi nie powinno tutaj być. To zła ziemia. Doskonale też wiedziałem, do czego służy. Ktoś, kto chodzi dookoła swojego domu, rozsypując taką ziemię i mrucząc przy tym słowa, których nikt mruczeć nie powinien, nie chciał zostać odnaleziony.

Postanowiłem, że posiedzę tutaj jeszcze jakiś czas.

*

Nie powiedziałem Wam kilku ważnych rzeczy. Ojciec chłopca był niezwykle wysoki i chudy niczym patyk. Nie miał na głowie ani jednego włosa, a jego uszy nie były ludzkie; wielkie, szpiczaste, przylegające do łysej czaszki, na której miarowo pulsowały żyły – były aż nader widoczne. Mężczyzna zawsze chodził ubrany w elegancki czarny garnitur oraz takiego samego koloru koszulę i buty. Lekko przykrótkie nogawki spodni odsłaniały mu kostki, uwydatniając, i tak już niewiarygodnie duże, stopy. Oczy miał wielkie, okrągłe i całkowicie czarne. Nie było w nich białek ani powiek, więc, co z tym związane, nie mrugał. Pomimo tego żaden z robotników nigdy nie zwrócił na to uwagi, nie wypowiedział na ten temat chociażby jednego słówka.

Dom był dwupiętrowy, zbudowany z czerwonej cegły, z jedną wieżyczką po lewej stronie (gdy stało się twarzą do drzwi frontowych). Wszystkie dachówki trzymały się mocno, a w każdym z licznych okien paliło się światło, lecz zasłony były zaciągnięte zarówno w dzień, jak i w nocy. Okna, o których mówię, były wysokie, lekko rozszerzone u góry, a szyby podzielone na cztery części. Nigdy  nie zostały otwarte mimo iż lato w tej okolicy każdemu dawało w kość. Co do okien z tyłu, to… w ogóle ich tam nie było. Pozostały za to okienne ramy, lecz wbudowane zostały one w ceglane ściany.

Jeśli zaś chodzi o chorego chłopca, którego widziałem pierwszego wieczoru, to wyglądał całkowicie normalnie (pomijając to, że bez wątpienia podupadał na zdrowiu), nigdy jednak nie wypuszczano go na dwór. Czasami tylko – przeważnie w nocy – widziałem jego sylwetkę na tle zaciągniętych zasłon.

Byłem oficjalnie zainteresowany.

*

Dni zamieniały się w miesiące, a miesiące w lata. Właściciel domu otworzył na parterze zakład pogrzebowy, którego usługi cieszyły się dużym powodzeniem wśród mieszkańców miasta. Nie wiem, czy chodziło o niskie ceny czy o jakość wykonywanych usług, ale dwa karawany kilka razy w tygodniu przywoziły jegomościowi „świeży towar”. Człowiek prowadzący firmę musiał być też bardzo miły i kulturalny, ponieważ członkowie rodzin zmarłego (bądź zmarłej) zawsze serdecznie ściskali jego dłoń na pożegnanie, a na ich twarzach za każdym razem dostrzegałem ulgę. Zupełnie jakby mężczyzna dbał również o wewnętrzny spokój swoich klientów (zarówno tych żywych, jak i tych, którymi zajmował się po godzinach).

Pewnego razu zostałem dostrzeżony. Nie ukrywałem się jakoś szczególnie, więc w zasadzie nie powinienem się dziwić. Obserwowałem małżeństwo żegnające się z właścicielem zakładu pogrzebowego. Ich twarze były blade, oczy mokre od łez, ale dało się zauważyć, że jest im znacznie lżej. Wysoki mężczyzna pozostał w progu, odprowadzając ich wzrokiem (przeważnie od razu znikał we wnętrzu swojego domu) i wtedy mnie dostrzegł. Zatrzymał na mnie spojrzenie i od razu mnie rozpoznał. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie jest człowiekiem. Może kiedyś nim był, ale to musiało się zmienić bardzo, bardzo dawno temu. Nie zrobił nic, żeby mnie przepędzić. Czułem też, że się mnie nie boi – pomimo tego, że nie jestem posłańcem dobrych wieści. Kiwnął mi tylko głową i pośpiesznie zniknął w mroku swojej posiadłości.

*

Któregoś wieczoru znów widziałem sylwetkę jego syna. Pojawiała się w oknie coraz rzadziej. Zastanawiałem się, czy chłopak może być aż tak wyczerpany chorobą, by nie mieć siły wstać z łóżka. Obserwowałem dwie postaci rozmawiające ze sobą na tle zaciągniętych zasłon. Tej nocy powiew wiatru uchylił jedną z nich nieznacznie, w wyniku czego powstała szczelina dostatecznie szeroka, bym mógł widzieć, co dzieje się wewnątrz. Nikt nie zasłonił jej przez cały następny dzień. Kolejni klienci odwiedzali właściciela domu, a ten rzucał mi długie spojrzenia, gdy odprowadzał ich do wyjścia.

O co tutaj chodziło?

Tego samego dnia usiadłem na parapecie i po raz pierwszy zajrzałem do środka. Pomieszczenie, które mi pokazano, było bez wątpienia pokojem chłopca. Na półkach stały figurki różnych bohaterów komiksów, lecz warstwa kurzu wskazywała na to, że od dawna nikt ich nie używał. Pomiędzy zabawkami leżały, tu i ówdzie, książki o potworach, baśnie braci Grimm oraz podręczniki o anatomii człowieka. Dość dziwny zestaw dla chłopca, pomyślałem wtedy, ale nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Zerknąłem na jedno jedyne zdjęcie stojące na nocnej szafce. Przedstawiało chłopca, którym zainteresowałem się od chwili, gdy wysiadł z samochodu ojca. Na fotografii obydwaj stali w towarzystwie jakiejś małej dziewczynki. Była prawdopodobnie w tym samym wieku, a zdjęcie zostało wykonane na tle kaplicy cmentarnej. Co ta dziewczynka robiła na cmentarzu i czemu sfotografowano ich właśnie tam? Coraz więcej pytań pojawiało się w mojej głowie i postanowiłem znaleźć odpowiedź na nie wszystkie. Oglądałem dalej, po czym stwierdziłem, że pokój jest bardzo czysty, jak na dziecięce standardy. Co prawda część ubrań wyskoczyła z szafy na wielki, puchaty, ciemnobrązowy dywan, ale to jeszcze nie tragedia. Do ścian przyczepione zostały lampy naftowe, lecz wiedziałem, że w środku są żarówki. Abażury nadawały pomieszczeniu charakteru oraz oświetlały wiszące na ścianach obrazy i postery z filmów. Chłopak bardzo lubił „Frankenweenie”, pomyślałem. Nie dziwię się, to dobra bajka. Biurko było zawalone zeszytami, stały na nim talerze z prawie nietkniętym jedzeniem i laptop, którego ekran jasno świecił w półmroku. Poza zwyczajnymi meblami, zabawkami i plakatami, w pomieszczeniu nie było zbyt wiele rzeczy.

Rozglądając się dookoła, spostrzegłem, że chory chłopiec patrzy na mnie. Trudno powiedzieć, kiedy się obudził, ale w tamtym momencie utkwił we mnie spojrzenie podkrążonych i zmęczonych oczu. Wpatrywaliśmy się w siebie przez kilka sekund, a chwilę później chłopak wyciągnął rękę spod kołdry i pomachał do mnie. Nawet tak niewymagający gest sprawiał mu wiele trudu. Wiedziałem, że tego wieczoru nie zobaczyłbym w oknie jego sylwetki.

*

Przez następnych parę miesięcy w każdym z okien zrobiono dla mnie szczelinę. Byłem już prawowitym mieszkańcem posiadłości i przesiadywałem wszędzie, gdzie tylko mi się zachciało. Czasami tylko opuszczałem mój dom, żeby coś zjeść. Na terenie posesji nie rosła nawet trawa, a nieliczne drzewa, jakie tutaj były, straciły wszystkie liście niemal od razu, gdy tajemniczy jegomość postawił stopę na swoim podwórku; już nigdy ich nie odzyskały.

Bywały dni, kiedy chłopak czuł się naprawdę dobrze. Od czasu do czasu szwendał się od rana do wieczora po domu, sprawdzając różne rzeczy, siedząc w Internecie lub jedząc posiłki, które przynosił mu ojciec. Niestety przez większość tygodni leżał pod kołdrą blady jak ściana i nie był w stanie powiedzieć nawet słowa.

W bocznym oknie zobaczyłem kiedyś, jak jego ojciec rozkładał na stole karty tarota. Pytał je o los swojego syna i chciał wiedzieć, jak może mu pomóc. Popijał przy tym z wysokiego kielicha gęsty czerwony sok. Karty zawsze dawały mu odpowiedź, a czasem same przesuwały się po blacie, pokazując mu najbliższą przyszłość. Najwidoczniej nie jawiła się ona w radosnych barwach, ponieważ za każdym razem wysoki jegomość zrywał się z krzesła i wściekły opuszczał pokój pełen ksiąg w wielkich czarnych oprawach, zwierząt w klatkach, kryształowych kul i narzędzi o ostrych krawędziach. To rozdanie nie było wyjątkiem. Podleciałem do sąsiedniego pomieszczenia i dostrzegłem, że mężczyzna ma towarzystwo. Chodził po pokoju ze świeżo napełnionym kieliszkiem, w ogóle nie zwracając uwagi na grubego mężczyznę rozwalonego na fotelu. Przypatrzyłem się nieznajomemu lepiej i dostrzegłem trupią bladość na jego twarzy, brodę opartą na klatce piersiowej oraz dłoń bezwładnie zwisającą z oparcia. Facet musiał spać naprawdę głęboko.

Otaczającą ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Drgnąłem lekko, bo od wpatrywania się w śpiącego całkowicie straciłem poczucie rzeczywistości. Właściciel domu rzucił pośpieszne spojrzenie na swojego gościa, odstawił kieliszek na stolik i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Musiałem zobaczyć, kto przyszedł. Zerwałem się z miejsca i momentalnie wylądowałem na werandzie tylko po to, by poczuć ukłucie rozczarowania – to byli tylko następni klienci. Wróciłem na parapet na piętrze. Śpiący nawet nie drgnął, a do mnie zaczynało powoli docierać to, co mogło dziać się w tej posiadłości.

Wydawało mi się, że nawet najgłośniejszy z dzwonków do drzwi nie dałby rady obudzić naszego gościa.

*

Mieszkaliśmy w domu od pięciu lat i niewiele się zmieniło. Ojciec chłopca zaczął od czasu do czasu zamykać zakład na dzień lub dwa, aby udać się w podróż. Do tej pory nie wiem, gdzie bywał, ale na pewno nie były to zwyczajne wycieczki. Bo kto normalny podróżuje z miejsca na miejsce, używając portalu otwartego za pomocą czarnej magii? Tak właśnie było! Dowiedziałem się wreszcie, co to za książki leżą na półce w pokoju, w którym mężczyzna rozstawiał tarota. Gdy obserwowałem, jak odprawia rytuał nad swoim synem, wyjaśniła się też przydatność zwierzaków w klatkach. Poczułem się osobiście urażony, lecz nie powiedziałem ani słowa.

Czar musiał nie poskutkować, ponieważ chłopiec został odtransportowany do swojego pokoju w takim samym stanie, w jakim został z niego przyniesiony (jeśli nie w gorszym).

W czasie jednej ze wspomnianych wycieczek udało mi się wreszcie nawiązać kontakt z chłopcem. Było to pewnej letniej nocy. Siedziałem na parapecie i doglądałem małego podczas nieobecności jego ojca. Nie chciało mi się spać i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem obserwowany. Chłopak wpatrywał się we mnie wielkimi czarnymi oczami bez białek (mógłbym przysiąc, że gdy się tutaj wprowadzał, wyglądały one normalnie), a ja nieznacznie uniosłem skrzydło w geście powitania. Nie spodziewałem się tego, co miało nastąpić chwilę później.

Mały wyślizgnął się spod kołdry i chwiejnym krokiem podszedł do parapetu. Czekałem. Z niemałym trudem wdrapał się na biurko i po chwili mocowania z klamką okno stanęło przede mną otworem. Nie ruszyłem się z miejsca – tylko wpatrywałem się w tę bladą, chudą twarz i oczy, które teraz wyglądały dokładnie tak, jak oczy jego ojca.

Cześć – powitał mnie słabym głosem. – Jestem Daniel. Długo już z nami mieszkasz.

Nie odpowiedziałem, ale też nie uciekłem gdzie pieprz rośnie. W sumie to byłem w szoku. Nikt nigdy nie próbował ze mną rozmawiać. Nie mówię tylko o sytuacji w tym domu, ale we wszystkich, w jakich bywałem przez te kilka stuleci.

Wiem, że mnie rozumiesz. – Daniel uśmiechnął się zachęcająco. – Mój tato powiedział mi, że kruki potrafią z nami rozmawiać, ale nikt nigdy nie chce z się do was odezwać, bo zawsze jesteście zwiastunami złych wieści. To prawda?

Nie zawsze – odparłem po chwili wahania. – Czasem po prostu siedzimy i obserwujemy.

A jak jest tym razem?

Nie odpowiedziałem. To był bystry chłopak – faktycznie przyleciałem tutaj, żeby obserwować, jak umiera i zabrać go ze sobą, lecz na przestrzeni tych kilku lat widmo śmierci zbliżało się i oddalało zarazem. Nigdy dotąd nie spotkałem się z czymś takim.

Ile masz lat? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Siedemnaście – odparł. – Niedługo są moje osiemnaste urodziny. Przyjdziesz?

Nie wolno mi wchodzić do środka.

Daniel zamyślił się. Mina trochę mu zrzedła, przygryzł wargi i wyjaśnił:

Nie mogę zrobić przyjęcia na dworze. Mój tato nie może przebywać na słońcu, bo pali mu się skóra. Widziałem raz, jak to się stało… kilka lat temu, gdy musieliśmy uciekać.

Zamilkł i odwrócił pośpiesznie wzrok, zdając sobie sprawę z tego, że powiedział zbyt wiele. Do mnie jednak wreszcie dotarło, co się tutaj dzieje. Wszystkie te dziwne rzeczy, które widziałem na przestrzeni pięciu lat – począwszy od rozsypywania złej ziemi, a skończywszy na trupio bladym kompanie w fotelu — wskoczyły na swoje miejsce i ułożyły się w logiczną całość. Całość wywołującą ciarki na moim grzebiecie. Nie powinno mnie tutaj być. Nikogo nie powinno być w okolicy tego domu!

No co chorujesz? – spytałem, choć przeczuwałem odpowiedź.

Nie mogę o tym nikomu powiedzieć – odparł Daniel. – Tata mi zabronił.

Siedzisz w tym domu tak całkiem sam. Nikt cię nigdy nie odwiedza. Nie jest ci smutno?

Miałem kiedyś przyjaciółkę – odpowiedział, odwracając się, a ja wiedziałem, że patrzy na zdjęcie przy łóżku. – Byliśmy nierozłączni, w bezpiecznym miejscu dla takich jak my, ale wszystko się skończyło, kiedy zachorowałem. Mój tata pokłócił się ze wszystkimi, zabrał mnie tutaj i cały czas próbuje znaleźć dla mnie lekarstwo. To dlatego podróżuje, a ja siedzę sam. Nie mam siły wyjść na zewnątrz i nikogo poznać.

Było mi żal chłopaka, ale jeśli to, co wpadło mi do głowy, miało okazać się prawdą, to w zasadzie niewiele mogłem zrobić… nikt nie mógł. Jakaś myśl zakiełkowała mi jednak z tyłu głowy i już miałem pocieszyć dzieciaka, gdy zobaczyłem, że ktoś stoi w progu pokoju. To mogła być tylko jedna osoba, a z nią nie chciałem mieć do czynienia.

Czmychnąłem czym prędzej i usłyszałem tylko okno zatrzaskujące się za mną z głośnym hukiem. Przysiadłem na gałęzi bezlistnego drzewa i patrzyłem na dwie postacie wymachujące rękami na tle zasłoniętego okna.

*

Następnego dnia jednak nikt nie zaciągnął ani jednej zasłony. Sprawdziłem dwukrotnie. Nadal byłem mile widziany! Mało tego! Stało się coś znacznie gorszego. Siedziałem sobie tego popołudnia na ziemi, czyszcząc pióra, gdy usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Od niechcenia spojrzałem w tamtą stronę, ale nie spodziewałem się dojrzeć niczego, czego nie widziałbym tutaj wcześniej. Opuściłem więc łeb i zająłem się sprawami naprawdę ważnymi, nasłuchując tylko trzaśnięcia zamykanych drzwi. Zamiast tego minęli mnie klienci zakładu pogrzebowego i nastała cisza. Ostrożnie opuściłem skrzydło i zerknąłem, niby od niechcenia, w stronę werandy. Ojciec Daniela stał w progu ukryty w cieniu. Wyciągnął dłoń o długich palcach (i jeszcze dłuższych pazurach), po czym gestem zaprosił mnie do środka.

Przełknąłem głośno ślinę i (po naprawdę długiej chwili wahania i rozważań) podreptałem na swoich krótkich nogach w stronę domu. Wskoczyłem po kilku schodkach i znalazłem się tuż przed właścicielem domu. Z dołu wyglądał na jeszcze większego, a teraz gdy już wiedziałem, kim jest zdawał mi się milion razy groźniejszy. Jeszcze te jego oczy! Patrzył nimi na mnie, a ja wiedziałem, czego w nich brakuje.

Słyszałem, że poznałeś mojego syna – odezwał się ojciec Daniela. – Wejdź, proszę, do środka.

Przestąpiłem niepewnie z nogi na nogę, ale zamiast iść do przodu, cofnąłem się, dopóki nie poczułem na grzbiecie ciepłych promieni słońca. Zadarłem łeb do góry i czekałem.

A więc wiesz, kim jestem. – Mężczyzna cmoknął zadowolony, lecz nie przestąpił progu.

Wiem też, na co choruje twój syn – podjąłem rozmowę. – Bardzo wam współczuję. Nie sądzę, by można było trafić gorzej.

Jegomość skrzyżował ręce na piersi i podrapał się w policzek swoim długim paznokciem. Nie odrywał przy tym ode mnie spojrzenia. Nie wyglądało to zachęcająco, przyznaję.

Sprawa nie jest jeszcze przesądzona – powiedział. – Może w końcu znajdę lekarstwo. Na razie udało mi się spowolnić proces.

Czego ode mnie chcesz?

Mam do ciebie prośbę. Wiem, dla kogo pracujesz – to potężna istota. On może mi pomóc. Próbowałem go przywołać i raz prawie mi się udało, lecz nie skończyło się to dobrze.

Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. To dlatego pozwalał mi zostać tutaj tak długo. Wiedział, kim jestem – tego domyśliłem się w miarę szybko. Ale nie przyszło mi do głowy, że będzie próbował dotrzeć przeze mnie do mojego szefa.

Nie rób tego – powiedziałem pośpiesznie. – Wiesz, że on nigdy nikomu nie pomógł i tym razem też nie będzie wyjątku. Jedyne, co może zrobić twojemu synowi – to krzywdę! Odpuść.

Nie mogę! To moje dziecko i nie pozwolę, żeby skończył jak…

Przerwał, łapiąc oddech i usuwając się bardziej w cień. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że prawie wyszedł na zewnątrz. Ja za to poczułem – wstyd się przyznać – smakowity zapach smażonego mięsa.

Nie polecę z taką prośbą do mojego szefa, możesz być pewien. Już bym stamtąd nie wrócił.

Ojciec Daniela zamyślił się i widać było, że próbuje mnie podejść z różnych stron. Czekałem… no, bo w sumie co miałem do roboty?

Słyszałem, że Daniel ma niedługo osiemnaste urodziny – podjąłem ostrożnie, bo coś mi wpadło do głowy.

Tak, za dwa dni.

Czy mogę przynieść mu prezent?

Wysoki mężczyzna tylko spojrzał na mnie podejrzliwie.

*

Podróż nie zajęła mi dużo czasu i wróciłem w noc poprzedzającą urodziny Daniela. Jego ojciec już na mnie czekał. Wyciągnął przed siebie rękę, a ja posłusznie wylądowałem na jego przedramieniu. Wyjął z mojego dzioba gałązkę z jagodami.

Rys. Martyna Nejman

To są jagody z ogrodu mojego szefa – wyjaśniłem, gdy złapałem już oddech. – Nie wie, że je wziąłem, więc jakbyśmy zatrzymali tę sprawę między sobą…

Oczywiście – odpowiedział mężczyzna. – Ale to nie wyleczy mojego dziecka.

Nic nie wyleczy twojego dziecka – sprostowałem. – Da mu to jednak pełnię sił na jeden dzień.

Cóż mi po tym?! – warknął.

Możesz wypuścić Daniela na zewnątrz – wyjaśniłem cierpliwie. – Chłopak nie ma nikogo, siedzi cały dzień sam…

Ludzie zrobią mu krzywdę! – zaoponował.

Część ludzi jest dobra – odpowiedziałem, patrząc mu w oczy. – Daj mu w prezencie możliwość posiadania przyjaciela.

*

Mimo tego, że chciałem być dobry, sprawy potoczyły się w nieco inny sposób, niż przewidywałem. We własnych myślach zostałem bohaterem i wszyscy – szczególnie Daniel – byli mi wdzięczni do końca życia. Część mojej wizji się sprawdziła. Daniel zjadł tort i wyszedł na dwór. Spodziewałem się, że wróci z chociaż jednym przyjacielem. Możecie sobie wyobrazić moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem go drepczącego samotnie po chodniku. Pomachał do mnie ręką i zadowolony wskoczył do domu.

No i te wszystkie jagody psu… – westchnąłem. – Szef mi pióra powyrywa.

*

Następnego ranka zbudziły mnie kroki. Na wpół sklejonymi oczami zobaczyłem trójkę ludzi – dwie dziewczyny i starszego mężczyznę, idących w stronę domu. Nie przejąłbym się tym, gdyby nie fakt, że zamiast zapukać do drzwi wejściowych odbili w bok i zeszli do piwnicy. Było w nich wszystkich coś dziwnego.

Obleciałem kilkukrotnie cały dom, ale nigdzie nie znalazłem Daniela. Nie leżał w łóżku, nie siedział też z ojcem w pokoju tarota. Zasiadłem na parapecie jego sypialni i zdenerwowany czekałem, aż wróci na górę.

Drzwi otworzyły się dopiero późnym wieczorem. Na zewnątrz szalała burza z piorunami i myślałem, że zaraz mnie zwieje. Trwałem jednak na stanowisku (i dobrze, że to zrobiłem, bo gdy zdałem sobie sprawę, co chłopak nabroił, opadł mi dziób). Znalazł sobie przyjaciela, a jak! Wprowadził do pokoju dziewczynkę o blond włosach, wielkich jak spodki świecących oczach, nieproporcjonalnie dużych ustach i długich, sięgających prawie do kolan rękach. Wszystko byłoby ładnie, gdyby nie ślady szycia i szwy w miejscach tych wszystkich nieproporcjonalnych części, które jakoś nie pasowały mi do… hmmm… jednego ciała.

Daniel podbiegł do okna i otworzył je. Był przeszczęśliwy.

Cześć, kruku – powiedział do mnie. – Zobacz, mam przyjaciela! Ma same dobre części!

Nie czekając na moją odpowiedź, pognał do dziewczynki, która usiadła na łóżku… tuż pod plakatem filmu „Frankenweenie”.

Co ja narobiłem – westchnąłem, zakrywając oczy skrzydłem.

Miałem rację od samego początku. To nie był zwyczajny dom.

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z „Cmentarzyska”

Please follow and like us:

Tajemnicza choroba pana Forge’a

Z dziennika Ponurych”

Rodziny najbardziej utalentowanych handlarzy magicznymi przedmiotami, jacy kiedykolwiek chodzili po tym świecie.

 

Skryba: Pan A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira

 

I

Nazywam się Atticus Forge i należę do klanu najlepszych skrybów magicznego świata. Nie każdy może pracować dla Urzędu do Spraw Błahych, Zawodów Przestarzałych i Nikomu Niepotrzebnych. Jesteśmy elitarną jednostką, której członkowie sprostali w swoim bardzo długim życiu chyba każdemu możliwemu wyzwaniu, jakie tylko Los przed nimi postawił. Przeżyliśmy wszystko i jesteśmy niezniszczalni!

A psiiiikkk!

O czym to ja pisałem? Aaa tak! Nazywam się Atticus Forge i jestem strasznie, ale to strasznie, chory. Możliwe, że to moje ostatnie chwile na tym padole łez, dlatego postanowiłem zapisać je tutaj. To lekkie nagięcie zasad, bo w końcu to dziennik przygód mojego pracodawcy (tylko przeze mnie spisywany), ale zanim pan Ponury i jego rodzina wrócą, będę zapewne martwy, więc co mi tam.

II

Obudziłem się wczorajszego ranka i od razu poczułem, że coś jest nie tak. Wszystkie kości paliły mnie żywym ogniem, nos miałem tak zawalony, że oddychanie przez niego stało się niemożliwe, a w gardle wyrosła mi wielka, twarda gula. Do tego wszystkiego moim biednym ciałem wstrząsały dreszcze tak gwałtowne, że zanim nauczyłem się chodzić w ich towarzystwie, dwa razy upadłem, co skończyło się bolesnym zdarciem kolan.

Gdy wreszcie udało mi się wytoczyć z sypialni, zacząłem szukać któregokolwiek z domowników. Potrzebowałem porady, lekarstwa, dobrego słowa… czegokolwiek, co mogłoby ukoić moje cierpienie. Nie zastałem nikogo i dopiero po godzinie łażenia w te i nazad przypomniałem sobie, że dostałem kilka dni wolnego z powodu wyjazdu Ponurych do wujostwa.

Byłem więc sam… sam w tym wielkim, zakurzonym domu, gdzie wszystko skrzypiało i nie wiadomo było, o którą poręcz można się bezpiecznie oprzeć, schodząc po schodach. Do tego te przeciągi. Odkąd tylko wylazłem spod kołdry, wiało mi po krzyżu lodowatymi podmuchami powietrza. Jakbym stał na jakiejś przełęczy, czy coś.

Dobrze, że jestem mężczyzną i nie mam w zwyczaju narzekać na swój los.

III

Kiedy obudziłem się drugiego dnia mojej choroby pierwszą rzeczą, jaką poczułem, było to, że na pewno ze mną gorzej. Moje oczy piekły i miałem wrażenie, że zaraz wyskoczą mi z orbit. Nawet gdyby chciało mi się odzywać, to nie mógłbym tego zrobić, a od oddychania przez usta popękały mi całe wargi.

Po trzech próbach udało mi się wreszcie stanąć na nogi. Narzuciłem na siebie gruby, wełniany szlafrok (szczelnie go zawiązałem), włożyłem swoje ulubione kapcie i wyszedłem z pokoju.

Moją misją na ten dzień było zrobienie sobie kubka gorącej herbaty.

Zszedłem do kuchni i postawiłem czajnik z wodą na ogromnym piecu kaflowym. Wrzuciłem do wielkiego kubka dwa woreczki herbaty kupionej w pobliskim supermarkecie i czekałem, stojąc na trzęsących się nogach. Nagle poczułem, że coś minęło mnie za plecami. Odwróciłem się najszybciej, jak mogłem (czyli pewnie bardzo, bardzo wolno), lecz ani w drzwiach kuchni, ani w samym pomieszczeniu nikogo i niczego nie dostrzegłem. Wrażenie jednak pozostało.

Ja rzadko kiedy mylę się w takich sprawach.

Nie czułem się na siłach, żeby ganiać dzisiaj za czymś nadprzyrodzonym. Zalałem sobie herbatę gorącą wodą, wsypałem siedem łyżeczek cukru, owinąłem się szczelniej szlafrokiem i ruszyłem w stronę schodów w korytarzu. Cokolwiek przeszło przez nasz dom albo było tylko przejazdem, albo po prostu będzie musiało poczekać, aż lepiej się poczuję. Siorbiąc i kaszląc, sunąłem po zakurzonym dywanie — zgarbiony i na granicy śmierci. Gdy wchodziłem po schodach, usłyszałem za moimi plecami cichy szum, jakby ktoś coś przesuwał po podłodze, ale miałem to szczerze gdzieś. Do tego jeden z pająków mieszkających na suficie (albo w którejś z lamp) postanowił popełnić samobójstwo i utopić się w kubku mojego naparu. Szkoda, że mu nie wyszło. Zatrzymałem się w pół kroku i czekałem, aż łaskawie wyjdzie. Zastanawiałem się nawet, czy nie narzucić swojemu wykończonemu organizmowi wysiłku odwrócenia się w celu identyfikacji wcześniejszego zagadkowego dźwięku, lecz postanowiłem to sobie darować.

Jutro, pomyślałem, a moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Cokolwiek to jest, może poczekać do jutra.

Jak się okazało — to, co wsunięto pod drzwi, nie powinno było czekać nawet sekundy.

IV

Położyłem się w łóżku z laptopem. Młody Aleksander ostatnio zalał moje zeszyty butelką jakiegoś klejącego słodkiego napoju, więc uznałem, że warto iść z duchem czasu i wrzucać wszystko w chmurę w formie cyfrowej. Ponadto ostatnio rzadko miałem czas na uzupełnienie moich pobocznych opowieści.

To kwestia, którą chyba powinienem wyjaśnić.

Chodzi o to, że czasami dostaję zamówienia od innych istot bądź ludzi. Ich życzeniem jest, by niektóre z wydarzeń, w jakich brali udział, zostały zapisane przeze mnie i zapamiętane na wieczność. Biorę te zlecenia, kiedy mam wolną chwilę i tworzę z nich historie wrzucane później właśnie do folderu pobocznych opowieści na blogu prowadzonym przez dwóch gówniarzy.

W tamtym momencie miałem zamiar zabrać się do przelewania na ekran komputera historii o Niewidomcu, który zgubił drogę, ale… zasnąłem. Obudziło mnie coś zimnego i mokrego. Była to herbata, którą miałem w kubku. Usnąłem tak niespodziewanie, że nawet nie zdążyłem jej odłożyć na nocną szafkę. Teraz miałem wszystko na kołdrze.

Przeklinając swój los i ostatnie dni życia, zrzuciłem mokrą pościel na podłogę, doczłapałem się do szafy i wyciągnąłem wszystkie koce, jakie tylko miałem. Zawinąłem się w kokon i natychmiast poczułem, że odpływam. Ostatnim dźwiękiem docierającym do moich zatkanych uszu było głośne pukanie do drzwi wejściowych. Po szybkiej konsultacji z samym sobą stwierdziłem, że mam do głęboko w… no, w każdym razie nie zamierzam się tym interesować.

Zasnąłem twardo, a z moich ust przez cały czas ciekła ślina.

V

Obudziłem się, lecz nie otworzyłem od razu oczu. Coś było w moim pokoju. To samo uczucie, które miałem wcześniej w kuchni, nawiedziło mnie znowu — tym razem nawet silniejsze. Byłem pewny, że cokolwiek stało przede mną (lub obok mnie), nie było z tego świata. Nie potrafiłem stwierdzić, czy temperatura w moim pokoju się obniżyła, bo od dwóch dni miałem dreszcze i gorączkę. A szkoda, bo wiele by mi to powiedziało.

Po kilku minutach czekania stało się dla mnie jasne, że cokolwiek tam siedziało, nie zamierzało sobie pójść, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko stawić czoła nieznanemu. Otworzyłem piekące mnie oczy.

Nade mną unosiła się zjawa wyjąca. Odziana w łachmany, potargana, mizerna i wiecznie nieszczęśliwa. Łańcuchy zwisające jej z szyi, kostek i nadgarstków zatopione były do połowy w kłębowisku moich koców. Przezroczystą twarz miała pooraną bruzdami i bliznami. Podkrążone oczy świeciły w otaczającym mnie półmroku.

Tylko nie zjawa wyjąca, pomyślałem i poczułem, jak ogarnia mnie rozpacz. Dlaczego akurat dzisiaj i czemu właśnie w tym momencie pan Ponury musiał zrobić sobie… wakacje?

Zerwałem się z łóżka tak szybko, jak pozwalało mi na to moje obolałe ciało. Przeleciałem przez ducha, który leniwie obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i zaczął głośno zawodzić.

Wiedziałem już, kto pukał wcześniej do drzwi, domyślałem się również, co zostało pod nimi wsunięte. Zjawy wyjące były asystentami poborców podatkowych magicznego świata, a ja miałem przerąbane. Urzędnicy ci nigdy, ale to nigdy, nie pojawiają się bez wcześniejszej zapowiedzi; fatygują się osobiście dopiero wtedy, kiedy ktoś odmawia złożenia corocznego zeznania podatkowego. Jeśli już poborca podatkowy stoi na progu czyichś drzwi, to znaczy, że nakryli go na jakimś przekręcie. Jeśli mimo wszystko odmawia się spotkania z nimi (a ja niestety byłem zbyt leniwy, żeby otworzyć im drzwi), nasyłają na takiego domownika zjawę wyjącą, która doprowadza go do szaleństwa swoim zawodzeniem, aż w końcu sam potulnie do nich przychodzi i spowiada się ze wszystkiego, co zrobił.

Oznaczało to, że pan Ponury dostał wezwanie do stawienia się przed komisją i olał je. Zignorował też następne, a gdy dostał wiadomość o wizycie poborcy, po prostu spakował całą swoją rodzinę i uciekł, a mnie zostawił w domu na pastwę losu.

Jeszcze do tego wszystkiego byłem chory!

Do diabła, zawsze na mnie trafi, pomyślałem, zatykając sobie uszy.

VI

Czy pan Ponury miał coś do ukrycia? Zdziwiłbym się, gdyby nie miał, jeśli mam być szczery. Towarzyszyłem mu od lat i jestem naprawdę zdziwiony tym, że nikt go jeszcze nie przymknął.

To kłamliwa szuja jest i kanciarz! Możecie mi wierzyć!

Byłem wściekły, bo dopiero teraz z pełną mocą do mnie dotarło, że zostawił mnie tutaj specjalnie. Błyskawicznie (czyli w obecnym stanie pewnie w ślimaczym tempie) zapieczętowałem za pomocą magii wszystkie drzwi i okna w domu. Zatkałem nawet komin i zabezpieczyłem się przed podkopem w piwnicy. Wlokłem się po domu, trzymając kubek z resztkami zimnej herbaty, siorbiąc, wykasłując płuca i przeklinając co chwila. Zjawa wyjąca lewitowała za mną, unosząc się parę centymetrów nad ziemią.

Darła tę swoją, i tak już krzywą, gębę tak, że człowiek myśli nie mógł zebrać, mówię wam.

Za każdym razem, gdy wpadałem na jakiś zarys pomysłu, który pozwoliłby mi się jakoś z tego wygrzebać, głos ducha wdzierał się do mojej głowy, niszcząc każdą myśl. Gdy tylko przestał wyć, z dołu słychać było głośne pukanie do drzwi.

Nie miałem najmniejszego zamiaru schodzić i ich otwierać. Gdybym to zrobił, banda urzędników wdarłaby mi się do domu i zaczęła przekopywać wszystkie papiery, jakie tylko udałoby im się znaleźć. Jednym z moich obowiązków była ochrona mojego pracodawcy przed innymi — za wszelką cenę. Tak właśnie robiłem od lat.

Wróciłem do swojej sypialni i zatrzasnąłem mojej nowej koleżance drzwi przed nosem. Dało to tyle co nic, bo po prostu przez nie przepłynęła, ale ta odrobina satysfakcji z podłego zachowania była moja i nikt mi jej nigdy nie odbierze. Usiadłem do mojego laptopa i połączyłem się z Internetem. W skrzynce pocztowej nie miałem żadnej wiadomości. Wysłałem więc do mojego pracodawcy informację o tym, co się wydarzyło, lecz nie spodziewałem się jakiejkolwiek odpowiedzi. Próbowałem też skupić się na pisaniu i na swojej chorobie, ale to ciągłe wycie nad uchem doprowadzało mnie do szaleństwa.

W końcu straciłem cierpliwość, złapałem kawałek kredy i wyrysowałem na podłodze podstawową pułapkę na ducha. Skoro łaził ciągle za mną, to najpierw ja przeszedłem przez pieczęć, a później on w niej utknął. Zdziwienie na jego twarzy, gdy dotarło do niego, że nie może się ruszyć, podziałało na mnie wręcz uzdrawiająco. Pokazałem mu jeszcze środkowy palec, wsadziłem laptopa pod pachę i wyszedłem z sypialni.

Pan Ponury nie lubił, kiedy w jego domu praktykowano magię, ale miałem to w nosie. Im bardziej oddalałem się od swojej sypialni, tym wycie stawało się cichsze, a ja miałem lepszy humor. Wpadłem do pokoju małego Aleksandra, uwaliłem się na materacu i obwiązałem się szczelniej szlafrokiem. Współlokator spod łóżka mruknął z wyraźną niechęcią, ale nie raczyłem odpowiedzieć. Zająłem się pisaniem i nawet nie wiedziałem, kiedy zapadł zmierzch.

Pan Ponury nie odpowiedział… tak, jak podejrzewałem.

VII

Obudziłem się w środku nocy. Gorączka i dreszcze uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Okropnie zaschło mi w gardle, a mój pęcherz był na granicy wytrzymałości. Było mi tak zimno, że przez moment poważnie zastanawiałem się nad tym, czy nie wysikać się na podłogę. Wszystko — byleby tylko uniknąć wyjścia na lodowate zewnątrz. W końcu to nie był mój pokój, nikt by mnie nie podejrzewał, a po powrocie Ponurych mógłbym zwalić całą winę na naszych nieproszonych gości.

Czemu mieliby zesikać się na podłogę w pokoju mojego syna?”

Nie wiem, może dlatego, że jesteś pan oszustem i zostawiłeś mnie pan na pastwę wyjących zjaw i poborców podatkowych sterczących pod drzwiami i łaknących mojej krwi? Brzmi jak dobry powód?!”

Tak na serio — to w końcu poszedłem do tej łazienki. Lubiłem Aleksandra i akurat jemu nie chciałem sikać na podłogę. Gdy stałem na zimnych płytkach w łazience, dokonując niezbędnych czynności pozwalających mi wrócić i dokończyć sen, pomyślałem, że mogłem wybrać pokój jego brata.

Wtedy nawet bym się nie wahał. A te bliźniaczki? Najchętniej to wziąłbym i…

No, w każdym razie nieważne. Gdy skończyłem sikać, usłyszałem dziwny odgłos dobiegający z piętra wyżej. Jakby ktoś ciągnął coś po podłodze. W normalnych okolicznościach, gdyby wszyscy byli w domu, takie dźwięki nie byłyby niczym nadzwyczajnym. Znacznie poważniejszą sprawą było to, że dobiegały one z gabinetu pana Ponurego.

A tam był sejf!

Wyszedłem niemrawo z sypialni, próbując zlikwidować plamę śliny, która powstawała systematycznie przez ostatnie kilka godzin i teraz zajmowała niewiarygodnie dużą przestrzeń na mojej koszulce. Nie śpieszyło mi się za bardzo. Sejf pana Ponurego był nie do ruszenia i biada temu, kto będzie próbował się do niego włamać.

Wszedłem po schodach, krzywiąc się przy każdym napięciu któregokolwiek z mięśni.

Mój czas powoli dobiega końca, pomyślałem z rezygnacją. Do kogo mógłbym wysłać oficjalne listy pożegnalne? Komu przekazać mój spadek? Nie wiecie nawet, ile rzeczy ma na głowie konający człowiek!

W połowie kondygnacji schodów musiałem przystanąć i złapać oddech. Z gabinetu na górze docierały — już teraz niczym nieskrępowane — odgłosy uderzania czymś ciężkim o coś jeszcze bardziej masywnego.

Widzę, że urząd stać tylko na wyjątkowo subtelnych włamywaczy, pomyślałem ironicznie, ale nawet nie miałem siły parsknąć śmiechem.

Kichając i kaszląc, pokonałem schody i podkradłem się do drzwi. Były nieznacznie uchylone, ale i tak nie mogłem niczego zobaczyć. Wstrzymałem oddech i popchnąłem je lekko. To, co udało mi się dostrzec, wcale nie poprawiło mi nastroju.

Trolle.

Konkretnie trzy olbrzymie, umięśnione, śmierdzące i niesamowicie owłosione w miejscach, gdzie żaden facet włosów mieć nie powinien. Stały po trzech stronach sejfu (z lewej, z prawej i pośrodku), a każdy z nich trzymał wielką maczugę. Na przemian uderzały nimi z całych sił w ogromną, metalową skrzynię stojącą pod ścianą. Rzuciłem szybkie spojrzenie na zdemolowany gabinet. Wszędzie były papiery; meble i biurko zostały połamane, a w ścianie — gdzie jeszcze niedawno było zablokowane przeze mnie okno — ziała wielka dziura.

Rys. Martyna Nejman

To na nic — warknął jeden z trolli. — Naparzamy i nic.

Magia, mówię wam! — wtrącił drugi i splunął na sejf zieloną flegmą.

Przełknąłem ślinę i zamknąłem na chwilę oczy. Od tego, co przed chwilą zobaczyłem, zawirowało mi w żołądku.

Nienawidzę tej roboty — narzekał trzeci, oparłszy maczugę na owłosionym barku. — Naparzanie i naparzanie.

Wszyscy przytaknęli mu gorliwie. Nie mogłem dostrzec ich twarzy, bo cała trójka stała do mnie plecami. Widziałem jedynie ich grube skóry poznaczone strupami, plamami brudu i Bóg jeden wie, czym jeszcze. Po ich prawie łysych głowach łaziły robaki (niektóre pospadały na podłogę i odpełzły w cień), a wielkie mięśnie prężyły się groźnie pod skórą.

A tu jest kto w domu? — zapytał nagle jeden z nich, drapiąc się po łysej czaszce.

Jakiś pismak, czy cuś — odrzekł ten w środku, łapiąc robaka z głowy swojego kompana i wsadzając go sobie łapczywie do ust.

Możemy z niego zrobić miazgę — zaproponował trzeci, a pozostała dwójka ryknęła radośnie.

Wytrzeszczyłem oczy i zacząłem wycofywać się ostrożnie. Teraz to już nie wyglądało najlepiej. W domu byli intruzi, moja magia została złamana, a w dodatku sfrustrowane trolle chciały mnie zabić.

Panie Ponury, jak będzie mi dane dorwać pana w moje łapy…

Nagle, gdy stałem jeszcze przy drzwiach, zachciało mi się kasłać. Uczucie swędzenia w gardle zaatakowało w mgnieniu oka. Zatkałem sobie usta dłońmi i z całej siły próbowałem się powstrzymać. Moim ciałem szarpnęły skurcze, lecz po kilku chwilach udało mi się uspokoić. Trolle stały w tym samym miejscu co przed chwilą, a ja zrobiłem kilka ostrożnych kroków w tył, gdy…

Ciszę rozdarło przeciągłe, żałosne zawodzenie. Rozległo się niespodziewanie tuż nad moim uchem, w efekcie czego wrzasnąłem krótko.

Serio? Kolejna? Tyle właśnie zdążyłem pomyśleć, zanim rozpętał się młyn.

Trolle wyrwały drzwi z zawiasów wraz z kawałkiem ściany, ponieważ każdy z nich chciał opuścić gabinet pana Ponurego w tym samym momencie. Również w tej samej chwili rzucili się na mnie — biednego, chorego, skulonego ze strachu skrybę, odzianego tylko w piżamę, obślinioną koszulkę i puchaty szlafrok.

Raczej nie miałem szans wygrać tej potyczki.

VIII

Zniewolono mnie i związano jak barana na rożen. Leżałem przy poręczy schodów w korytarzu, z wykręconymi do tyłu rękami, które przywiązano mi do kostek. Zjawa wyjąca siedziała wiernie przy moim boku, wyraźnie znudzona swoją pracą i wyła tym samym tonem, co wcześniej, w takim samym rytmie.

Uciszcie tego ducha, do ciężkiej… — Jeden z trolli upuścił swoją maczugę na schody i zatkał sobie uszy.

Mi się wydaje, że to jakaś zjawa jest czy coś — przerwał mu drugi, kiwając mądrze głową.

Może to być też jakiś ekspertyment medyczny — wtrącił trzeci tonem akademickiego profesora.

Nie obchodzi mnie, co to jest! — krzyknął pierwszy. — Ma się zamknąć i tyle!

Lecz zjawa zawodziła bezustannie, mając w nosie wyzwiska i oskarżenia moich nowych lokatorów. Nie przejmowała się tym, że próbowali ją uciszyć swoimi maczugami. Jej postać na chwilę rozwiewała się w powietrzu po to tylko , by zaraz powrócić do poprzedniej formy i podjąć przerwane zajęcie.

Ja leżałem zasmarkany, drżąc z zimna. Trawiła mnie gorączka, trolle chciały zrobić ze mnie galaretę, a urząd podatkowy pewnie myślał, że zabarykadowałem się w domu, bo jestem oszustem i nie chciałem zapłacić. Z tego wszystkiego zacząłem kasłać, a jeden z trolli nagle odwrócił się w moją stronę i ostrzegawczo uniósł maczugę.

Co to było, to, co właśnie zrobiłeś?!

Nie wiedziałem, o co mu może chodzić. Ja tylko leżałem.

Spójrzcie, jak on wygląda — rzekł drugi. — Coś mu cieknie z nosa. Jakieś przezroczyste, jak ten duch, czy co to tam siedzi.

Ej, ty, pismaku! — rzucił ostrzegawczo ten, który trzymał maczugę w górze. — Duchy ciekną ci z nosa?! Przyznaj się!

Mówię wam, gdy jesteście o krok od śmierci, to naprawdę nie chce wam się reagować na takie bzdury. Miałem w tamtym momencie szczerze gdzieś, czy walnie mi w łeb tą swoją maczugą, czy po prostu połamie mi nogi.

Nie odpowiada, to chyba znaczy, że tak — rzekł mądrze trzeci. — Myślicie, że to jakaś tajemnicza choroba nie z tego świata?

Wszyscy trzej cofnęli się w pośpiechu o kilka kroków. Zbili się ciasno w kupę i naradzali po cichu, co chwila rzucając mi ukradkowe spojrzenia. Moja zjawa wyjąca obserwowała ich wzrokiem pełnym politowania, robiąc jednocześnie to, po co ją tu przysłano.

Zerknąłem na sejf w gabinecie pana Ponurego. Stał jakby nietknięty, a stalowa powłoka lśniła w półmroku.

Nie wiem, jakim cudem nie uruchomili systemu alarmowego, ale ważne, że wszystkie ważne dokumenty są bezpieczne w środku, a dom jeszcze nie wyleciał w powietrze, pomyślałem, mocno pociągając nosem.

Dźwięk, który z siebie przy tym wydałem, zaalarmował przestraszone trolle. Największy i najbrzydszy podszedł do mnie na odległość wyciągniętej maczugi i powiedział:

Pismak! Naradzilimy się tutaj i masz natychmiast wysmarkać wszystkie duchy! Spuścić je w kiblu, wrócić tu i dać się znowu związać!

Właśnie, nikt nie chce być nawiedzony, a wszyscy wiedzą, że jak już duch wyjdzie, to będzie chciał kogoś opętać! Każdy film tak mówi!

Zjawa wyjąca strzeliła sobie dłonią w czoło i popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. Nawet już wyć przestała.

A jak to bardziej tajemnicza choroba niż wyciek duchów? — zapytał trzeci, oddalając się ode mnie jeszcze bardziej.

Znowu zbili się w gromadę i zaczęli naradę. Nie podobało mi się to, bo wiedziałem, jak trolle załatwiają wszystkie sprawy, które je przerastały.

Tym razem burza mózgów nie trwała długo. Znów największy z nich wyszedł przed szereg i uniósł do góry swoją nabijaną gwoździami maczugę.

Nie możemy ryzykować! — powiedział do mnie agresywnym tonem, robiąc groźną minę. — Musimy zmiażdżyć ci głowę, zanim duchy wylecą. Sorry…

Stanął nade mną, wielki i śmierdzący, i wziął największy zamach, na jaki go było stać.

Przynajmniej moja agonia się skończy, zdążyłem jeszcze pomyśleć i żeby podkręcić dramat owej sytuacji, zamknąłem teatralnie oczy po raz ostatni.

Panowie, panowie! — Usłyszałem głos dobiegający z dołu. — Nie ma potrzeby krzywdzić pana Forge’a!

Otworzyłem oczy. Troll cały czas stał nade mną, niezdecydowany i niepewny tego, czy ma opuścić maczugę i odejść, czy jednak dokonać dzieła. Na piętro sprężystym, energicznym krokiem wszedł pan Ponury. Poza tym, że ubrany był tak jak zawsze, miał na głowie przeciwsłoneczne okulary, a na nosie trochę olejku do opalania. Zaimitował promienny uśmiech i uścisnął ręce trollom, a zjawę powitał skinieniem głowy.

Wszystko już załatwiłem z waszym szefem — rzekł dziarsko, rozkładając szeroko ręce. — Czeka na was na dole. Lepiej się pośpieszcie. Z tego co słyszałem, to macie kolejną robotę.

IX

Trolle zaczęły zbierać swoje rzeczy z gabinetu pana Ponurego, narzekając głośno. Co chwilę padało słowo „naparzanie”. Zjawa wyjąca kiwnęła mi głową i rozwiała się w powietrzu. Po dziesięciu minutach za ostatnim olbrzymem zatrzasnęły się drzwi, a w domu zapadła cisza. Pan Ponury podszedł do mnie i rozwiązał sznury. Usiadłem obolały i zacząłem rozmasowywać sobie nadgarstki.

Najważniejsze, że już wszystko załatwione — odezwał się do mnie ostrożnie pan Ponury. — Mam nadzieję, że nie masz mnie za jakiegoś oszusta podatkowego.

Jasne, że mam, pomyślałem wściekły, lecz nie wypowiedziałem ani słowa. Czym go przekupiłeś, stary draniu?!

Pan Ponury przyglądał mi się z wyraźnym współczuciem. Zawahał się nawet przez moment, ale ostatecznie nie pomógł mi wstać. Rozglądał się po swoim zrujnowanym gabinecie i ostrożnie obmacał swój sejf. Gdy upewnił się, że żaden z systemów ochronnych nie został uruchomiony, dostrzegł moją żałosną postać stojącą w progu.

Panie Forge — rzekł, dziarsko zacierając ręce — musi pan tutaj jak najszybciej posprzątać. Moja żona już jedzie.

Utkwiłem w nim spojrzenie swoich zmęczonych, zapuchniętych oczu. Patrzył na mnie z wyraźną nadzieją, próbując uśmiechnąć się przymilnie. A co ja zrobiłem? Wyciągnąłem przed siebie drżącą rękę, pokazałem mu środkowy palec i udałem się do swojej sypialni, żeby skonać tam w spokoju.

Wołał coś jeszcze za mną, ale nawet nie chciało mi się odwrócić. W tamtej chwili bardzo żałowałem, że żadne duchy nie ciekną mi z nosa i nie mają okazji znaleźć kogoś, kogo będą mogły opętać.

Please follow and like us:

#5 O tym, jak pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze

Mieliście już okazję poznać historię zawiązania drużyny przeze mnie i przez Pawła (przypominam: pierwszy wpis „Z życia wydawnictwa”). Najwyższy czas na to, aby opowiedzieć Wam o wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze do naszego projektu. To będzie wpis o tym, jak pozyskaliśmy najlepszego autora pod słońcem i jak ciągle uczymy się go oswoić ;).

Wszystko zaczęło się od tego, że Paweł poszedł do szkoły filmowej. Był taki krakowski epizod, który rozegrał się ładnych parę lat temu i który (jak się właśnie okazuje) miał mieć bardzo odległe konsekwencje, jakich chyba nikt wtedy nie mógł przewidzieć. Konsekwencje, które wpłynęły na to, jak wygląda w zasadzie całe nasze życie. Gdyby nie ten jeden semestr, prawdopodobnie nie mielibyśmy autora chcącego podjąć z nami współpracę. W każdym razie na pewno nie byłby to autor mający TAKIE pomysły i TAKIE historie do opowiedzenia. Niech już będzie – nie byłby to pan Forge ;). To zabawne, jak czasami jedna decyzja potrafi wpłynąć na wydarzenia, które mają się rozegrać w przyszłości.

Ale do rzeczy.

Warunkiem zaliczenia jednego z przedmiotów w owej szkole filmowej było napisanie krótkiego scenariusza. Praca, po ocenie przez zawodową scenarzystkę, mogła zostać zrealizowana w formie etiudy (jeśli była na tyle dobra i stanowiła wartościowy materiał). Studenci mogli wtedy wybrać, czy będą chcieli pracować nad swoim własnym scenariuszem, czy raczej wolą zostać członkiem zespołu zajmującego się inną historią.

Paweł był jedyną osobą, która nie oddała zaliczeniowego scenariusza w pierwszym terminie. Nie była to kwestia tego, że brakowało mu motywacji, żeby się do tego zabrać; nie miał po prostu w głowie nawet zarysu opowieści, którą mógłby przedstawić. Kiedy jednak już pomysł się pojawił – cały scenariusz powstał w zaledwie jeden wieczór.

Według tego, co mówi Paweł, nigdy wcześniej w efekcie jego pracy nie powstało nic podobnego. To trochę tak, jakby pojawiła się zupełnie inna osoba odpowiedzialna za tę historię. Alter ego będące autorem „Daniela” zabrało nas w podróż do świata, który cztery lata później jest już tak rozbudowany, że trudno nałożyć na niego jakiekolwiek ograniczenia. Pan Forge oficjalnie zaczął tworzyć swoją własną rzeczywistość, która z każdym dniem staje się coraz bardziej złożona. Nie będę ukrywać, że prace zaczęły nabierać tempa gdzieś w okolicach momentu, w którym to ja zachwyciłam się przedstawionym w nich światem. Lubię sobie myśleć, że byłam takim małym motywatorem ;).

Na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy od przeczytania przeze mnie maszynopisu powieści otrzymywaliśmy więc spod pióra pana Forge’a kolejne opowiadania, które – razem z książką – układały się w niesamowitą całość. Paweł od dłuższego czasu marzył o własnym wydawnictwie, a spotykając na swojej drodze mnie – jako osobę, która z zapałem podjęła się (początkowo amatorskich, później już bardziej profesjonalnych) prób redakcji – miał w końcu odpowiednie wsparcie. Wspólnie podjęliśmy więc decyzję i postanowiliśmy podzielić się tym wszystkim z szerszą publicznością.

Pan Forge to osobowość o bardzo specyficznym sposobie bycia, określonych cechach charakteru i niespotykanym talencie. To dlatego traktujemy go jako odrębną postać – tutaj określenie „nie z tego świata” nabiera znaczenia dosłownego. Chyba nigdy bym sobie nie darowała, jeśli pozwoliłabym na to, żeby jego prace pozostały jedynie na dnie szuflady.

Nasz blog to przede wszystkim sposób na zapoznanie Was ze światem, postaciami i pomniejszymi wątkami, o których w całości traktuje książka. Marzy nam się, żebyście w trakcie tego najbliższego roku pokochali tę rzeczywistość, wytypowali swoich ulubionych bohaterów i na bieżąco śledzili ich losy w kolejnych opowiadaniach. A najbardziej chcielibyśmy, żebyście nie mogli się doczekać premiery książki i z niecierpliwością czekali na każdą publikację, jaką sobie zaplanujemy. Ale myślę, że na wszystko przyjdzie czas… 😉

Martyna

Please follow and like us:

Kłobuk

Z dziennika Ponurych”

Rodziny najbardziej utalentowanych handlarzy magicznymi przedmiotami, jacy kiedykolwiek chodzili po tym świecie.

 

Skryba: Pan A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira

 

I

Obserwowałem pana Ponurego z kąta pokoju. Chodził to w jedną, to w drugą stronę, zgarniając do swojej podręcznej walizki przeróżne rzeczy, bez których nie mógłby się obejść. Miał na sobie swój tradycyjny strój służbowy, czyli kraciasty garnitur z przykrótkimi spodniami, naciągnięte do połowy łydek skarpety, nieskazitelnie białą koszulę i wyczyszczone na wysoki połysk czarne buty.

Moim zdaniem wyglądał nieco śmiesznie — szczególnie, że jest wysoki jak tyczka i tak samo chudy. No i mógłby coś zrobić z włosami, ale to właściwie nie moja sprawa. Ja mam tylko to wszystko spisywać, a że robię to skrupulatnie i nigdy nie nawalam, to mój pracodawca pozwala mi zawierać w dzienniku również swoje opinie o niektórych rzeczach. To, że coś zapisane na tych kartkach nie może zostać nigdy wymazane, to już nie jest mój problem. Wiedzieli, na co się decydują, wykupując ten diabelny abonament. Wracając…

Pan Ponury zebrał się szybciej niż kiedykolwiek. Sprawa musi być poważna, skoro nie zmarnował na przygotowania połowy dnia. Wyprostował się nagle i zaczął dotykać dłońmi każdej ze swoich licznych kieszeni, upewniając się po ostatni raz o tym, że zabrał wszystko. Było to zbyteczne, ponieważ nigdy niczego nie zapominał. Gdy skończył, chwycił swoją walizkę i spojrzał na mnie poważnie. Kiwnął głową, a ja kiwnąłem jemu.

Oczywiście, jestem gotowy do drogi, pomyślałem. Mam do zabrania tylko dziennik i pióro. Ile niby czasu może to zająć?

Wyszedłem za moim pracodawcą do korytarza i cierpliwie czekałem, aż znajdzie płaszcz i parasol. Zerknąłem kątem oka na półpiętro. Znajdowało się tam wielkie okno, zasłonięte teraz ciężką zasłoną. Zmrużyłem delikatnie oczy i wychwyciłem prawie niedostrzegalny ruch kotary.

Dzieciak pana Ponurego, pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem. W sumie zawsze był dla mnie miły i ciągle próbował wywęszyć, czym zajmuje się jego ojciec. Może nie stanie się nic złego, jak się tego dowie? W końcu to jemu będę kiedyś towarzyszył jako skryba.

Nic więc nie powiedziałem i z grzeczną miną obserwowałem, jak mój pracodawca otwiera przede mną drzwi i gestem zaprasza mnie do wyjścia. Kiwnąłem mu głową i zniknąłem w ciemnym przedsionku.

Synu, połóż się wreszcie do łóżka i spróbuj zasnąć — krzyknął pan Ponury w stronę zasłony i zatrzasnął za sobą drzwi.

Moim skromnym zdaniem to trochę bezsensowne polecenie, zważywszy na to, że cała rodzina pozbawiona została zdolności snu. Ale cóż… nie ja jestem ojcem, a zakładam, że coś powiedzieć trzeba było.

Udaliśmy się do garażu. Wewnątrz stały dwa samochody, przy czym tylko jeden był używany. Pani Ponura woziła nim i odbierała ze szkoły dzieci. Na drugim, znacznie starszym i pordzewiałym, osiadła gruba warstwa kurzu. To auto należało do mojego pracodawcy, lecz praktycznie w ogóle nim nie jeździł. Przez ostatnie dwa lata odpalił silnik może ze trzy razy, ale kto by tam mu to wyliczał. Na ścianach wisiało mnóstwo narzędzi, a pod jedną z nich stał stół do skręcania mebli i naprawiania przeróżnych rzeczy. Zapasowe opony zawieszone były na hakach; poza tym garaż zapełniało jeszcze wiele innych, nigdy nieużywanych rzeczy, które zostały zakupione tylko na pokaz.

W końcu, jak się mieszka na osiedlu pełnym zwyczajnych ludzi, warto sprawiać pozory, że jest się takim samym, pomyślałem i przeszedłem za panem Ponurym przez tylne drzwi do ogrodu.

Tam mój pracodawca otworzył portal, dzięki któremu przenieśliśmy się do miejsca zupełnie innego niż to nudne ludzkie osiedle. Pamiętam, że ledwo uszliśmy stamtąd z życiem, ale o tym za moment.

II

Pierwszą rzeczą, jaką poczułem, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie, był straszliwy wręcz smród. Druga rzecz to uczucie delikatnego zapadania się w ziemię.

Mam tylko nadzieję, że nie wylądowałem w jakimś wielkim jeziorze błota, pomyślałem z obrzydzeniem i spojrzałem w dół.

No cóż… nie było to błoto, na moje nieszczęście. Przynajmniej wyjaśniło się, co tak okropnie śmierdzi. Wierzcie mi — bywałem z panem Ponurym w takich miejscach, że mała obora wyglądająca na niesprzątaną zawsze stanowiła miłą odmianę.

Oboje otrzepaliśmy buty i ostrożnie skierowaliśmy się w kierunku małych drewnianych drzwi, wiszących tylko na górnym zawiasie. Rzadko zdarzało się, że za wczasu wiedziałem, co będziemy robić; ten przypadek nie stanowił wyjątku. Po prostu szedłem ramię w ramię z moim pracodawcą, nie skarżąc się nie odzywając nawet słowem.

Obserwowałem za to wszystko to, co mnie otaczało. Rzeczywiście znajdowaliśmy się w oborze. Utrzymanej w fatalnym stanie, to prawda, ale za to wypełnionej po brzegi klatkami z magicznymi zwierzętami. Gdybym chciał opisać szczegółowo wszystko to, co nas tam otaczało, musiałbym spędzić przy biurku całą noc. Dłużej zatrzymałem spojrzenie tylko na dwugłowym lwie ze skrzydłami, wielkim boa dusicielu, któremu wyhodowano trzy pary krótkich nóg, i kiwającym się na żerdzi feniksie. Wiedziałem już, gdzie jesteśmy. Poczułem dreszcz ekscytacji.

Znaleźliśmy się w domu Tworzyciela!

III

Ileż można na ciebie czekać, Ponury?! — warknął do nas na powitanie mężczyzna z wydatnym brzuchem.

Miał na sobie zwyczajne dżinsy, biały T-shirt i uwalany krwią rzeźnicki fartuch. Z gładkiej czaszki wystawało kilkanaście cienkich włosów zaczesanych od lewej do prawej przez całą długość głowy.

Ktoś tutaj nie może pogodzić się z faktem, że już na zawsze pozostanie łysym tłuściochem, pomyślałem złośliwie, ale grzecznie uścisnąłem wyciągniętą dłoń, uśmiechając się uprzejmie.

Tego tutaj też musiałeś za sobą przywlec?! — burknął gospodarz.

Romanie, po co te złośliwości? — zagadnął przyjaźnie pan Ponury. — Wiesz doskonale, że skryba towarzyszy mojej rodzinie od pokoleń.

Tworzyciel machnął tylko na mnie ręką i gestem nakazał nam, żebyśmy poszli za nim. Nie był w dobrym nastroju, lecz mój pracodawca zdawał się tym w ogóle nie przejmować. Szedł za nim dziarskim krokiem, jednak z tym samym wyrazem twarzy, co zawsze.

Przechodziliśmy przez pogrążone w mroku gospodarstwo wiejskie. Księżyc przykryły gęste chmury, a od pól wiał lodowaty wiatr, który sprawiał, że ja i mój pracodawca trzęśliśmy się z zimna. Tylko Roman szedł nieporuszony, pomimo tego swojego cienkiego fartucha.

Mam nadzieję, że dostaniesz zapalenia płuc i wciągną cię utopce, pomyślałem, pocierając ramiona.

Wszędzie walały się pozostałości rozsypanego ziarna i karmy dla zwierząt. Co chwilę coś przelatywało nam nad głowami, a raz pan Ponury podskoczył gwałtownie i obrócił się wokół własnej osi, tłumacząc nam, że jakaś macka właśnie dotknęła go w pośladek.

Moim skromnym zdaniem było to nawet możliwe, ponieważ akurat przechodziliśmy obok stawu całkiem zacnych rozmiarów, a niewykluczone, że Roman wreszcie zabrał się do stworzenia i hodowli małych krakenów. Przekonywał wszystkich na kilku ostatnich zjazdach miłośników i hodowców magicznego świata, że wie, jak to zrobić.

Gospodarstwo Tworzyciela było naprawdę rozległe. Nawet mój pracodawca patrzył na to wszystko z nieskrywanym podziwem, a zdarzało mu się to niezwykle rzadko. Jak okiem sięgnąć, wszędzie pobudowane zostały obory i wybiegi dla zwierząt. W kilku miejscach postawiono dojarki. Widzieliśmy nawet tarcze do strzelania z łuku i wypełnione strzałami kołczany. Na każdym kroku leżały magiczne (i nie tylko) stworzenia pogrążone we śnie. Z gałęzi drzew zwisały nietoperze niespotykanych rozmiarów, z pobliskiego stogu siana wystawał potężny, zakrzywiony dziób, pokryty błyszczącą zieloną łuską, a na płocie spał tygrys, leniwie machając wyciągniętą łapą.

Tygrys. Na wsi. No bo czemu nie?

Jesteś pewny, że mogę to spokojnie przetransportować? — odezwał się cicho pan Ponury do pleców Romana.

Oczywiście, że tak! — prychnął głośno gospodarz, a śpiący na płocie kot zawarczał cicho przez sen. — Za kogo ty mnie masz?!

Pytam tylko — syknął mój pracodawca, poprawiając okulary na nosie.

Poza tym to tylko zmokły kogut. Co ci może zrobić?

Jeśli ty go wyhodowałeś, to na pewno nie jest to TYLKO zmokły kogut. Ty zawsze dodasz coś do siebie.

To nieprawda! — zaprotestował Tworzyciel.

Tak jak z tą jaszczurką, która ziała ogniem — powiedział z przekąsem pan Ponury. — Do tej pory połowa wsi spuszcza na mnie psy za każdym razem, gdy się tam pojawię.

To mogę potwierdzić. Ziejąca ogniem jaszczurka była jednym z bardziej przykrych doświadczeń, jakie przeżyłem razem z moim pracodawcą. Włosy w niektórych miejscach do tej pory mi nie odrosły.

Podeszliśmy do obory niewyróżniającej się niczym szczególnym spośród kilkunastu innych. Była z tego samego drewna, z tak samo zapadniętym dachem i…

Jezu, całe to miejsce śmierdzi jak jedno wielkie…

To tutaj — oznajmił Roman, otwierając i zdejmując z zamka wielką złotą kłódkę. — Musimy być cicho. Niektóre stworzenia w laboratorium śpią i nie lubią, kiedy się je budzi.

Drzwi otworzyły się, nie wydając z siebie nawet najcichszego dźwięku. W środku było bardzo czysto. Przyćmione światło jarzeniówek rozjaśniało pomieszczenie na tyle, żeby przechadzający się tamtędy człowiek widział, dokąd idzie i nie zniszczył niczego po drodze, a jednocześnie panował tam odpowiedni mrok, żeby zwierzęta znajdujące się w klatkach mogły spokojnie spać. To rzeczywiście było laboratorium. Na biurku długości całej ściany stały komputery, a probówki wirowały w jednej z maszyn z niezwykłą szybkością. Do ścian poprzykręcane zostały korkowe tablice z wykresami, odręcznymi rysunkami różnych istot, kodami genetycznymi i notatkami gospodarza. Klatki stały na blatach ze stali nierdzewnej, a podłoga pokryta była śnieżnobiałymi kafelkami (podobnie jak ściany).

Powiem wam, że jak się patrzyło na tego rzeźnika, to ostatnią rzeczą, jaką można było o nim pomyśleć, to że jest naukowcem i zbudował sobie laboratorium w stodole. W czasie mojego pierwszego spotkania z nim wątpiłem w to, czy wie, do czego służy prysznic.

Gdzie on jest? — zapytał mój pracodawca, nie kryjąc ekscytacji.

Roman Tworzyciel wskazał palcem w odległy kąt pokoju. Stało tam kilka klatek — w większości pustych, lecz jedną z nich przykrywał ciężki czarny materiał. Pan Ponury i ja zbliżyliśmy się ostrożnie, ale żaden z nas nie chciał sprawdzić, co znajdowało się w środku.

On tam siedzi — powiedział gospodarz, drapiąc się po brodzie i wycierając ręce w swój, i tak już ubrudzony, fartuch. — Możesz mi zaufać.

Mój pracodawca odwrócił powoli głowę w stronę Tworzyciela; jego spojrzenie mówiło tak wiele…

Musicie wiedzieć, że pan Ponury nie ufał nikomu i niczemu, co żyło lub po prostu istniało w magicznym czy zwyczajnym świecie. Nie stał się taki bez powodu. Jako najbardziej błyskotliwy i skuteczny handlarz i poszukiwacz magicznych przedmiotów i zwierząt bezustannie padał ofiarą chciwości oraz nieuczciwości innych ludzi. Gdyby nie sprawdzał wszystkiego sam po kilka razy, jego reputacja bardzo szybko ległaby w gruzach.

Czyń pan honory, panie Forge — zwrócił się do mnie, kierując swoje smutne spojrzenie na moją twarz.

Coś czułem, że to się tak skończy, pomyślałem z rezygnacją. Zawsze ja jako pierwszy muszę dostać po dupie.

Nie mogłem się jednak sprzeciwić. Złapałem więc za materiał i szarpnąłem szybko. Niech się dzieje, co chce. Jeśli miałem zostać opluty, dostać jadem po oczach albo Bóg jeden wie co jeszcze, wolałem mieć to już za sobą i koncentrować się na późniejszym wylizywaniu ran.

Jak się okazało — w środku klatka była… pusta. No, może nie pusta, ponieważ całe jej dno uwalone było czymś czarnym, lepkim i gęstym.

To ma być jakiś żart?! — Pan Ponury odwrócił się w stronę Romana.

Gospodarz był chyba nie mniej niż my zaskoczony tym, co miał przed oczami. Błądził spojrzeniem od jednego rogu klatki do drugiego, a jego oblicze nieznacznie straciło na kolorze.

Mam wrażenie, że dopiero teraz usłyszymy coś śmiesznego, pomyślałem ironicznie i przełknąłem ślinę.

To niedobrze — mruczał pod nosem Tworzyciel, obchodząc klatkę ze wszystkich stron. — Bardzo, ale to bardzo niedobrze. Niedobrze.

Im dłużej przyglądaliśmy się Romanowi, tym jego twarz stawała się bledsza i bardziej przerażona. Pan Ponury wpatrywał się w niego bez słowa, lecz z jego oczu strzelały iskry zapowiadające powstanie olbrzymiego pożaru. Nie dość, że nigdy się nie uśmiechał, to jeszcze teraz był wściekły jak sto diabłów.

Jeśli spotkaliście kiedyś jednego z takich czortów, to wiecie, jak nieprzyjemnie mogło się zaraz zrobić.

Chciałeś mnie oszukać?! — wysyczał cicho mój pracodawca, a ja mimowolnie zrobiłem pół kroku w tył.

Skądże! — zaprotestował gwałtownie gospodarz.

Schylił się i badał teraz czarne, gęste ślady na podłodze. Podreptał za nimi na ugiętych nogach, nie odzywając się już do nas ani słowem.

Może nie będziemy musieli isć…

Pan Ponury pomaszerował za nim żwawo i pstryknął na mnie palcami.

A jednak, pomyślałem zrezygnowany, ruszając z opuszczoną głową i zwieszonymi ramionami za moim pracodawcą.

Podążanie śladem naszego małego przyjaciela trwało dłuższą chwilę. Myślę, że jest to najlepszy czas na to, żeby przybliżyć wam pokrótce sylwetkę Romana Tworzyciela. Zrozumiecie wtedy, dlaczego najchętniej uciekłbym stamtąd, gdzie pieprz rośnie.

Mianowicie — idący przed nami rzeźnik-naukowiec był tak samo genialny, jak nieprzewidywalny. Obdarzony został również nienormalnym i niebezpiecznym poczuciem humoru. Potrafił połączyć i wyhodować każde stworzenie. Zleceniodawcę kosztowało to majątek, ale skądś musiały się brać pieniądze na utrzymanie całego tego burdelu. Jedzenie dla zwierząt też się samo nie kupi. Jeśli chodzi o wspomniane poczucie humoru, to Roman zawsze dodawał od siebie do kodu genetycznego jakąś magiczną zdolność i nigdy, ale to NIGDY, nie wspominał kupującemu, co może go spotkać. Ta jaszczurka, o której wcześniej wspomniałem? Był to podarunek od pana młodego dla jego przyszłej małżonki. Nie pytajcie mnie o znaczenie i sens owego prezentu, bo go nie znam. Chodzi o to, że to małe, niewinne stworzonko siedziało posłusznie na wyciągniętej dłoni narzeczonego w trakcie sakramentalnego „tak, biorę Ciebie za żonę” czy jak to tam leci. Gdy tylko małżonkowie się pocałowali, rozczulony ksiądz podrapał jaszczurkę pod bródką, a ta wpadła w szał i zaczęła ziać ogniem dookoła… no bo czemu nie?

Wyszliśmy daleko poza laboratorium. Kilkukrotnie zgubiliśmy drogę i musieliśmy wracać i poświęcać długie minuty na znalezienie prawdziwych śladów.

Co dodałeś od siebie?! — krzyknął w końcu pan Ponury, chwytając Tworzyciela za rzeźnicki fartuch.

Gospodarz omal nie stracił równowagi, lecz wyprostował się, strzepał na ziemię niewidzialne pyłki ze swojego uwalonego krwią okrycia i odchrząknął, żeby dodatkowo zyskać na czasie.

Nooo… hmmm… wasz Kłobuk nie jest zwyczajnym zmokłym kogutem i patronem dobrobytu i ogniska domowego — zaczął, wypinając dumnie pierś. — Poza tym, że ma niezwykły talent do gromadzenia złota i pieniędzy dla swojego właściciela, jest też niezwykle inteligentny.

Co to znaczy?!

No na przykład specjalnie zostawia fałszywe ślady, żebyśmy nie mogli go znaleźć tak łatwo. Lubi też czytać książki i sam czasem coś pisze, ale wszystko, co weźmie w łapy, jest uwalone smołą i nadaje się tylko do wyrzucenia. Bywa przez to lekko sfrustrowany.

Co jeszcze?! — warknął mój pracodawca w stronę Romana i w ostatniej chwili cofnął wyciągnięte ręce.

Nooo… w sumie, to już nic — zająknął się Tworzyciel, ale żaden z nas mu nie uwierzył. Musiał to zauważyć. — Nooo… ma jeszcze kły jadowe i bywa trochę agresywny.

Pan Ponury stanął w pół kroku, wyprostowany i groźny. Odwrócił wolno głowę, a ja już wiedziałem, co zaraz nastąpi.

Chcesz mi powiedzieć, że poluje na nas nadzwyczajnie inteligentny drapieżnik z kłami jadowymi i podniesionym poziomem agresji?! Czyś ty do reszty zdurniał, staruchu?! Musiałeś dodać swoje trzy grosze, prawda?! MUSIAŁEŚ?!

Już nie histeryzuj. — Roman podniósł obie ręce w obronnym geście. — Jaki znowu super inteligentny drapieżnik? To przecież tylko zmokły kogut.

TO CZEMU, DO CHOLERY, NIE MOŻEMY GO ZNALEŹĆ?!

No bo… no bo… no, zmylił nas — zaczął się jąkać gospodarz. — To nie jest znowu takie trudne, żeby go odnaleźć. Spokojnie, Ponury. Odetchnij głęboko i…

Nawet nie kończ, pomyślałem, lecz nie odezwałem się słowem.

— … i uśmiechnij się — dokończył, nie zdając sobie sprawy z nietaktu.

Mój pracodawca spochmurniał jeszcze bardziej — jak zawsze, gdy ktoś beztrosko radził mu, żeby przestał się dąsać. Zacisnął tylko mocniej palce na uchwycie swojej podręcznej walizki i wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby.

Powiedz mi, Roman — zaczął. — Jaki jad występuje w kłach mojego Kłobuka? Co się stanie, gdy zostaniesz ugryziony?

Tworzyciel podrapał się mocno po głowie i spojrzał w niebo, nieudolnie próbując sobie przypomnieć. Po dłuższej chwili stało się jasne, że nie wychodzi mu to najlepiej. Zapadliśmy się o parę centymetrów w miękkim błocie, lecz pan Ponury zdawał się tym w ogóle nie przejmować, a ja nie śmiałem się ruszyć bez jego zgody. Dostrzegłem za to coś, co mnie zaciekawiło.

Mianowicie niedaleko miejsca, w którym właśnie staliśmy, rozciągał się drewniany, zbity byle jak płot — granica farmy. Z zewnętrznej strony porastały go gęste krzewy, w których coś się poruszyło. W pierwszym momencie dostrzegłem tylko delikatny balans kilku liści, lecz po chwili ruszało się już pół zarośli. Coś tam było, a ja od razu domyśliłem się, co może to być.

Zerknąłem na mojego pracodawcę, który również co chwilę rzucał szybkie spojrzenia ponad ramieniem Romana.

Czy pan Ponury zamierza zrobić dokładnie to, co ja bym zrobił w takiej sytuacji?, zastanowiłem się. Czasami wydawało mi się, że wcale nie jesteśmy tacy różni.

Nagle spomiędzy krzaków wyjrzała maleńka główka z ostro zakończonym dziobem i krwistoczerwonymi oczami. Kogut rzeczywiście cały pokryty był ściekającą wielkimi kroplami na ziemię smołą, która wydawała się niewyczerpana. Zaraz za głową i dziobem pojawiła się reszta śmiesznie małego, zmokłego ciałka i zaczęła się skradać w kierunku gospodarza.

Już wiem! — wykrzyknął gospodarz, celując palcem w niebo. — Wiem, co się stanie, kiedy ukąsi cię Kłobuk!

Mój pracodawca spojrzał na niego wyczekująco. Całe napięcie i złość wyparowały z niego zaraz po tym, gdy ptak przytknął mokre i ciężkie skrzydło do swojego dzioba, nakazując nam ciszę.

To mów!

Gdy ugryzie cię Kłobuk, następuje całkowity paraliż trwający co najmniej dwanaście godzin — wyrecytował Roman. — Do tego wszystkiego… AŁA!

Kogut zaatakował błyskawicznie. Podszedł bezszelestnie do swojego stwórcy i dziabnął go trzy razy w łydkę. Reakcja była natychmiastowa. Tworzyciel zzieleniał na twarzy i zwalił się ciężko na ziemię. Po kilku sekundach zaczął drżeć jak w gorączce, by w następnym momencie całkowicie znieruchomieć. Wodził tylko dookoła przerażonymi oczami.

Nie cierpię tego kolesia — mruknął Kłobuk i machnął krótko skrzydłem, obryzgując całą twarz gospodarza smołą. — Nic nie robi, tylko przechwala się do nas, jaki to jest mądry i zdolny. Ile można tego słuchać?!

Ja i pan Ponury staliśmy jak wryci, słuchając gadającego koguta. Wściekłego, plującego jadem koguta. W żaden sposób nie uspokajał nas fakt, że z miejsc, na które padały krople jadu, unosiły się cienkie, niewiarygodnie śmierdzące stróżki zielonego dymu.

Ja wiem, jak absurdalnie może wyglądać w waszej wyobraźni to, co teraz czytacie, ale zapewniam was, że nie było w tym nic śmiesznego.

Mój pracodawca niezwykle powoli postawił swoją walizkę na ziemi i delikatnie podwinął rękawy kraciastej marynarki. Poprawił okulary na nosie i zrobił niepewny krok naprzód.

Nawet się do mnie nie zbliżaj! — syknął Kłobuk i obnażył długie kły jadowe.

Spokojnie — powiedział pan Ponury łagodnym głosem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie słyszałem. — Tylko spokojnie. Zaraz zabierzemy cię do domu.

Kogut prychnął i wyciągnął do góry szyję, nastroszając pióra.

Ja nigdzie z tobą nie idę! — obruszył się. — Już raz siedziałem w klatce! Spadówa!

Później wszystko potoczyło się w jakby przyśpieszonym dziesięciokrotnie tempie. Kłobuk skoczył w bok i popędził w kierunku ogrodzenia. Wyglądało to komicznie, ponieważ musiał stawiać swoje łapy lekko na bok i jednocześnie wyciągać je nienaturalnie do przodu. Skrzydła rozłożyły mu się na całą szerokość i podskakiwały w rytm tego dziwacznego biegu, rozbryzgując dookoła czarną maź.

Miałem ochotę parsknąć śmiechem i potrzebowałem całego swojego opanowania, by zachować kamienną twarz.

Łap go pan, panie Forge! — rozkazał mój pracodawca.

Skoczyliśmy do przodu. Jak się okazało, chlapanie smołą na wszystkie strony nie było przypadkowe. Dotarło to do nas w momencie, w którym obaj poślizgnęliśmy się na trawie i wywinęliśmy orła.

Rys. Martyna Nejman

Złaź żesz ze mnie! — sapnął pan Ponury, próbując wyplątać się spomiędzy moich kończyn.

Pogoń za Kłobukiem trwała z godzinę, a na sam koniec byliśmy cali czarni i klejący. Nie zliczę nawet tego, ile razy upadliśmy, wpadliśmy na siebie, bądź uderzyliśmy w ścianę stodoły. Ja zaliczyłem nawet kąpiel w stawie. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

Gdy byliśmy już totalnie zasapani i kolki rozrywały nasze boki, kogut przeszedł do właściwego ataku. Najpierw rzucił się na mnie. W zasadzie skoczył z dachu stodoły w chwili, w której na głowę kapnęło mi coś gęstego i lepkiego, co naturalnie sprawiło, że spojrzałem w górę.

Wierzcie mi — widok otwartego dzioba i jadowych kłów tuż przed własną twarzą to nie jest rzecz, jaką chcecie zobaczyć. Ja, Atticus Forge, mogę z podniesioną głową, nie wstydząc się nikogo i niczego, powiedzieć, że zdygałem.

Oczywiście nie zdążyłem się uchylić w porę i zostałem ugryziony. Nie raz i nie dwa. To brudne ptaszysko ukąsiło mnie czterokrotnie! Działanie jadu było bolesne, jak nie wiem co. Czułem, jakby w moich żyłach płynęła lawa. Chciałem krzyczeć ile sił w płucach, lecz nie mogłem dobyć głosu, a moje szczęki nie chciały się poruszyć. Nie czułem nawet następstw upadku na ziemię i liczne kamienie, które z niej wystawały.

Ta, pokonał mnie zmokły kogut. Co z tego?! Nie było was tam! Nie wiecie!

Kątem oka widziałem jeszcze, jak pan Ponury walczy z Kłobukiem. Próbował go spacyfikować swoją walizką, a później — równie nieskutecznie — się nią bronić. Kłobuk bardzo zręcznie wszedł mu na głowę i zaczął go dziobać z całej siły. Krzykom i wrzaskom nie było końca, ale mojemu pracodawcy w końcu jakoś udało się złapać ptaszysko za skrzydła i zrzucić je z siebie. Kogut nie dał wytchnąć. Rzucił się od razu z kłami i pazurami. Nie minęło wiele czasu, a pan Ponury leżał nieopodal, sparaliżowany i zdany na łaskę naszego przeciwnika.

Nie poradzisz sobie na wolności — wystękał pan Ponury w stronę oddalającego się ptaka. — Złapią cię i będziesz gwiazdą w cyrku.

Kłobuk zatrzymał się w pół kroku i odwrócił zmoczony łeb z wyraźnym zainteresowaniem.

Będę gwiazdą? — zapytał podniecony.

Będziesz mieszkał do końca swoich dni w jeszcze ciaśniejszej klatce niż ta, którą miałeś do tej pory — sapnął mój pracodawca.

Nie będę tego lubił — powiedział kogut bardziej do siebie niż do któregokolwiek z nas. — Nie mogę też żyć na dworze. Jest zimno i nigdzie nie ma książek.

Jedź ze mną — zaproponował natychmiast pan Ponury. — Dostaniesz wszystko, czego będziesz chciał, a w zamian będziesz robił tylko to, do czego cię stworzyli.

Chcesz pieniędzy i złota — stwierdził ponuro Kłobuk. — Dlaczego?

Przyjdzie czas, że będę potrzebował złota i pieniędzy, żeby chronić swoją rodzinę — wyjąkał mój pracodawca.

Oto moje warunki — zaczęło ptaszysko, doskakując do pana Ponurego i siadając tuż przed jego twarzą. — Chcę mieć pokój, a nie klatkę. Sprzątaczkę, bo cały czas coś ze mnie kapie i wszędzie, gdzie pójdę, jest brudno. Tyle książek, ile tylko będę chciał. Dostęp do komputera i Internetu, bo czasem lubię popisać. Nooo… i to chyba tyle. Zgoda?

Nie wierzę, że tylko tyle było trzeba, pomyślałem, podczas gdy moje ciało szarpane było potężnymi skurczami.

Zgoda. — Pan Ponury przystał na warunki koguta.

Kłobuk poklepał go skrzydłem po twarzy, żeby przypieczętować umowę, a później oddalił się o kilka metrów i zapadł w sen.

IV

Po dwunastu godzinach od ugryzienia (u mnie minęło trochę więcej czasu), mój pracodawca odzyskał władzę we własnym ciele. Po nieudanych próbach doczyszczenia swojego garnituru, udał się do Romana Tworzyciela, żeby dopełnić warunków kontraktu (tak przynajmniej mi powiedział). Kiedy wrócił, ja siedziałem już na trawie, rozmasowując sobie mięśnie, a Kłobuk spacerował wolno wokół, szukając robaków i… cokolwiek on tam jadał na śniadanie.

Wszyscy gotowi? — zapytał pan Ponury swoim zwyczajnym, pozbawionym chęci życia tonem.

Kiwnęliśmy głowami i przeszliśmy przez świeżo otwarty portal.

V

Tak oto mój pracodawca stał się właścicielem potężnego magicznego stworzenia, które pomagało mu mnożyć i gromadzić bogactwa oraz potrzebne wpływy. Ja doszedłem do siebie po jakichś dwóch dniach, a zacząłem jeść dopiero po czterech.

Odkąd zamieszkał z nami Kłobuk, pani Ponura nie robi nic, tylko się na nas wydziera z powodu tego, że wszędzie jest brudno. Po tygodniu moim dodatkowym obowiązkiem stało się sprzątanie razem z nią i zanoszenie mu jedzenia.

Nienawidzę tego ptaka.

Please follow and like us:

Rodzina Ponurych

Ja w ogóle nie rozumiem, czemu ludzie mówią o nas Rodzina Ponurych. Co prawda mamy tak na nazwisko, ale w naszym przypadku ten zwrot stał się znakiem rozpoznawczym, metką albo osobną kategorią społeczną, do której wrzuca się wszystkich członków mojej rodziny i trzyma na odległość wyciągniętej ręki. Tak powiedział kiedyś tata do mamy, późno w nocy, kiedy myśleli, że każde z nas śpi w swoim łóżku snem głębokim, którego żaden dźwięk ze świata zewnętrznego zmącić nie może. Lecz ja nie spałem — tylko siedziałem na schodach w korytarzu i podsłuchiwałem. Po dziś dzień często podsłuchuję i nie jestem z tego dumny, ale co mam robić w nocy, skoro nie mogę spać?

**

Moi rodzice też rzadko sypiali. W całym moim trzynastoletnim życiu widziałem, jak idą w piżamach do swojej sypialni może ze trzy razy. Popytałem w szkole, czy to normalne i kiedy w końcu ktoś mnie uświadomił (a przeważnie wszyscy wybuchali śmiechem i odchodzili, patrząc na mnie z politowaniem), że ludzie śpią każdej nocy, ponieważ ich organizmy tego potrzebują, zacząłem się zastanawiać. Ja też kładłem się do łóżka ze cztery razy do roku … albo inaczej! Wchodziłem pod kołdrę każdej nocy, ale nie mogłem spać, bo ktoś, kto mieszkał pod moim łóżkiem, drapał pazurami w mój materac. Nie przeszkadzało mi to, bo — jak powiedziałem — potrzebowałem niewiele snu, lecz czasem chciałem pomyśleć, a wtedy ten odgłos doprowadzał mnie do szału. Był też powodem mojego ciągłego szwendania się w środku nocy po domu i okolicy oraz podglądaniu i podsłuchiwaniu sąsiadów. Zapytałem kiedyś tatę, kim jest ten ktoś, kto mieszka ze mną w pokoju, ale zbył mnie machnięciem ręki. Mama powiedziała mi, że gdy kupili ten dom, on już tutaj był i razem z tatą postanowili, że nie wyrzucą go na ulicę. To byłoby po prostu niegrzeczne. Zresztą — nie zajmował dużo miejsca, nie jadł niczego z lodówki, nie używał też wody ani elektryczności, więc był dość tani w utrzymaniu.

Mam jeszcze dwie siostry (Magdę i Jagnę) i brata (Rafała). Brat jest o sześć lat starszy ode mnie i w tamtym czasie miał obsesję na punkcie muzyki. Z tego, co wiedziałem, chciał zostać didżejem, ale pewnego dnia powiedziałem mu, że jeśli nadal będzie miksował muzykę poważną, która bardziej usypia, niż rwie do tańca, to nie wróżę mu wielkich sukcesów. Kiedyś wrzucił do Internetu swoją składankę, ale reakcja, z jaką się spotkał, pogłębiła jego, i tak już ponury, nastrój. Pamiętam, że przez tydzień łaził za mną po domu i wymagał pocieszania. Moje siostry są bliźniaczkami, więc wyglądają identycznie. Miały wtedy po szesnaście lat i fascynowały się malowaniem… nie tylko własnych twarzy. Co najmniej cztery razy w tygodniu przyjeżdżał do nas kurier, przywożąc im nowe kosmetyki, mazidła, kremy czy czegokolwiek tam jeszcze używały, żeby być ładniejsze. Najgorzej było wtedy, kiedy chciały próbować nowych rzeczy i szukały królika doświadczalnego. Przeważnie udawało mi się schować, ale raz — gdy brakło mi pomysłu na kryjówkę — zanurkowałem pod łóżko, zapominając o tym, że tam już ktoś mieszka. Leżałem w ciszy, gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na plecach i usłyszałem ostrzegawcze warknięcie, po czym zostałem wypchnięty (dość brutalnie) na sam środek pokoju — wprost pod nogi Magdy i Jagny szczerzących zęby w upiornych uśmiechach.

Moja mama była w tamtych dniach nauczycielką plastyki w prywatnej szkole. To pulchna kobieta o dobrej, okrągłej twarzy, wielkich, niebieskich, smutnych oczach i kasztanowych włosach, zawsze poskręcanych we wszystkie strony. Najczęściej widywaliśmy ją w za dużych dżinsach i luźnych swetrach, których rękawy poplamione były farbą. Tata był tymczasem chudym jak patyk, wysokim mężczyzną chodzącym w za krótkich spodniach (zawsze podciągał wysoko wełniane skarpety, chcąc to ukryć). Miał największe stopy, jakie widziałem w życiu. Krótkie włosy zawsze stały mu we wszystkie strony, a krzaczaste wąsy i duże okulary nadawały mu lekko zbzikowany wygląd. Przez całe swoje życie ojciec zajmował się prowadzeniem antykwariatu internetowego, lecz tak naprawdę oboje wraz z mamą trudnili się magią. Nie byli świadomi tego, że o tym wiedziałem. Podsłuchałem kiedyś, że nie powiedzieli nam, jaka jest nasza rodzina tylko dlatego, że chcieli, byśmy mieli w miarę normalne dzieciństwo (o zgrozo, jakby nie wiedzieli, jak ludzie nas traktują!). Postanowili, że wyjaśnią nam wszystko, gdy najmłodsze z ich dzieci — czyli ja — skończy osiemnaście lat. Po tamtej rozmowie stałem się bardzo ciekawski, a pragnienie odkrycia rodzinnej tajemnicy pobudziło mnie tak bardzo, że na rok przed poznaniem prawdy położyłem się spać tylko dwa razy. Przez wszystkie noce węszyłem i próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale rodzice skrzętnie zacierali za sobą ślady. W końcu jednak i tak dowiedziałem się tego, co mnie interesowało… a nawet więcej niż kiedykolwiek chciałem!

**

Pewnego dnia, po ponad dwunastu miesiącach czyhania na rodzinne sekrety, dostrzegłem, że rodzice są bardziej zdenerwowani niż zwykle. Człowiek staje się wrażliwy na takie rzeczy, kiedy bawi się w detektywa przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Przy śniadaniu oczywiście starali się trzymać fason, ale ja widziałem te rzucane ukradkiem ponad naszymi głowami spojrzenia. Moje kompletnie nieświadome rodzeństwo zeżarło śniadanie i pognało do szkoły, ale ja ociągałem się, dopóki siłą nie wyrzucono mnie na zewnątrz. Pognałem wtedy do ogrodu i próbowałem zajrzeć przez okno — wszystkie zasłony były pozaciągane, a jedyne co usłyszałem, przykładając ucho do szyby — to dziwny szum. Wściekły udałem się do szkoły, kopiąc po drodze każdy napotkany kamień.

Nie mogłem usiedzieć na lekcjach, dlatego postanowiłem darować sobie ostatnią i wrócić wcześniej do domu. Przyznaję — chciałem się też zorientować w sytuacji i zobaczyć, czy uda mi się wywęszyć coś więcej — jakiś konkret, który rzuci więcej światła na dzisiejszy dziwny poranek.

No i udało się!

Zakradłem się do domu tylnym wejściem. Buty zdjąłem już na dworze, żeby nikt mnie nie usłyszał. Stanąłem przy ścianie w małym, drewnianym korytarzyku (właściwie przybudówce), w którym wszędzie walały się buty i wisiały płaszcze, i nasłuchiwałem jakichkolwiek dźwięków. Zlokalizowałem dwa głosy dobiegające z kuchni, więc zacząłem kierować się ostrożnie w tamtą stronę.

Wszedłem już do właściwej części domu i otuliło mnie przyjemne ciepło (na dworze szalał zimny wiatr i od kilku dni zapowiadało się na deszcz). Wspominałem już, jak bardzo lubiłem nasz dom? Był wspaniały! Stary jak diabli i cały zrobiony z drewna. Do skrzypiących schodów poprzybijano dywany, z okien zwisały długie do samej ziemi, ciężkie zasłony, a do ścian wszędzie przytwierdzone były zdjęcia z rodzinnych wyjazdów; szkoda tylko, że nikt się na nich nigdy nie uśmiechał. Poręcze były wadliwe w niektórych miejscach, ale — zamiast je naprawić — po prostu nikt się o nie nie opierał i wszystko było w porządku! Światło z żyrandoli przyćmiewały otulające żarówki pajęczyny, a spacerujące po nich pająki rzucały na ściany rozedrgane cienie. Rodzice kupili dom w takim stanie i stwierdzili, że nawet najmniejszy remont zniszczy całą magię tego miejsca. Zostawili więc wszystko tak, jak było na początku. Dosłownie. Ale wracając…

Dziesięć minut zajęło mi dostanie się pod drzwi kuchni. Dobrze, że wiedziałem, które stopnie i deski skrzypią. Pozwoliło mi to po mistrzowsku dotrzeć do mety, nie wydając ani jednego dźwięku. Kucając przy drzwiach, zacząłem słuchać.

Skąd wiesz, że dzisiaj się u nas zjawi? — Usłyszałem zaniepokojony głos mamy.

Dostałem wiadomość, że szuka nas od dłuższego czasu — odpowiedział cicho mój tata. — Rozpytywał o nas po jednej i po drugiej stronie — w końcu ktoś puścił parę z gęby. Nic dziwnego zresztą — tacy jak on znają sposoby, by skłonić człowieka do mówienia. Żaden żywy nie może walczyć z bólem z nieskończoność.

Myślisz, że powinniśmy odesłać dzieci?

Sądzę, że… dzieci są najbezpieczniejsze z nami — odparł ojciec po chwili wahania.

Nie chcę, żeby były w domu, kiedy coś takiego jak on zostanie zaproszone do środka! — Moja mama podniosła głos. — Boo… musimy go zaprosić, prawda?

Jeśli chcemy zachować dom w całości. — Zaśmiał się ponuro ojciec.

Na pewno przyjdzie dzisiaj w nocy?

Jest już w okolicy. Zameldował się w pobliskim hotelu, żeby przeczekać dzień.

Musimy dać dzieciom do kolacji napar nasenny! One nie mogą go zobaczyć! — powiedziała mama pełnym napięcia głosem.

Gdy usłyszałem szuranie krzeseł, postanowiłem zwiać na zewnątrz. Wyszedłem tą samą drogą, którą dostałem się do środka i udałem, że najzwyczajniej w świecie wróciłem ze szkoły. W głowie miałem myśl, by w czasie dzisiejszej kolacji niczego, ale to niczego, nie pić!

**

Nasza kuchnia była bardzo przytulna. W przeciwieństwie do reszty domu — zrobiona została z czerwonej cegły. Na środku stał długi, prostokątny, drewniany stół i krzesło dla każdego członka rodziny. Naprzeciwko drzwi znajdował się kominek, na którym mój ojciec często piekł mięso. Na ścianie po drugiej stronie wisiały sitka, patelnie i garnki, a pod nimi stały szafki i półki. Wszędzie wszystkiego było za dużo i to właśnie sprawiało, że pomieszczenie wyglądało tak przytulnie.

Rodzice starali się, jak tylko mogli, by ich zachowanie nie budziło podejrzeń, ale pod koniec posiłku nawet moje wyjątkowo senne siostry zastanawiały się na głos, czy wszystko jest w porządku. Ja — tak jak sobie obiecałem — nie wypiłem ani kropli tego, co dali nam rodzice. Zjadłem połowę pizzy, a część zawartości szklanki wlałem mojemu bratu didżejowi, kiedy reszta była zajęta oglądaniem śmiesznej reklamy w telewizji. Na koniec udałem, że jestem tak samo śpiący jak reszta i udałem się na górę, ciężko stawiając stopy na schodach.

Czekałem jeszcze dwie godziny, dopóki nie zapadła całkowita ciemność, i ruszyłem ostrożnie na dół. Nie chciałem przegapić przybycia gościa, ale nie mogłem się ruszyć z pokoju wcześniej, ponieważ rodzice dwukrotnie do niego zaglądali, upewniając się, że śpię. Nie wiem, o co im chodziło, ale nie było mowy, żebym dał się wyrolować i pozwolić uśpić jak reszta! Pierwszą kondygnację schodów musiałem pokonać zjeżdżając na poręczy, ponieważ każdy stopień wydawał z siebie donośne dźwięki. Gdy znalazłem się na półpiętrze, ktoś zapukał głośno do drzwi. Usłyszałem szuranie krzeseł w kuchni i wiedziałem, że tata zaraz pojawi się w korytarzu, żeby je otworzyć. Nie miałem wyboru — musiałem usiąść na parapecie i schować się za zasłoną. Zostawiłem sobie tylko cienką szparę, wystarczającą do obserwowania przedpokoju.

W momencie, w którym zasłona przestała się ruszać, na korytarz wyszedł ojciec. Podszedł do drzwi i zawahał się na moment, zastanawiając się, czy na pewno je otworzyć. Dziwne, pomyślałem, moi rodzice zawsze byli bardzo gościnni; często zapraszali nawet listonosza i ludzi roznoszących ulotki na herbatę. Pukanie nasiliło się i ojciec nie miał wyboru — otworzył drzwi, a ja wciągnąłem głęboko powietrze. Na progu stał wysoki, chudy człowiek w tak samo krótkich spodniach, jakie nosił tata. Miał na sobie długi, czarny płaszcz z postawionym kołnierzem. Szalik zaciągnął pod sam nos, a prostą czapkę nasunął na oczy. Nie dało się jednak nie zauważyć, że jego oczy były trzykrotnie większe od tych, które miałem ja. Były czarne jak węgiel i… koleś w ogóle nie miał powiek! Na chude dłonie o nieprawdopodobnie długich palcach naciągnął rękawiczki z czarnej skóry. Stał tak w progu, nie mówiąc ani słowa. Nawet z takiej odległości widziałem, jak ciało mojego ojca zesztywniało i lekko zadrżało.

Tajemniczy gość, na którego w napięciu czekali rodzice, był złym człowiekiem.

Nie zaprosisz mnie do środka, handlarzu? — Usłyszałem zimny głos dobiegający spod szalika.

Ojciec zawahał się, tym razem tylko na moment, po czym odsunął się i powiedział:

Proszę, wejdź. Jesteś oficjalnie zaproszony do naszego domu.

Tajemniczy gość przekroczył próg i wszedł do korytarza. Rozejrzał się dookoła, oglądając dom, a gdy jego wzrok przejeżdżał po schodach, zatrzymał się podejrzanie długo w miejscu, w którym się ukrywałem. Nie spuszczając ze mnie wzroku, przybysz ściągnął czapkę, odsłaniając wielkie, szpiczaste uszy. Twarz miał szczupłą, a na dolną wargę zachodziły cienkie kły. Dodając do tego trupio bladą twarz, miałem obraz kogoś, kogo oglądałem tylko w filmach i na kartkach komiksów.

Dlaczego, do jasnej ciasnej, moi rodzice zaprosili go do domu?!

Przybysz wreszcie oderwał wzrok od mojej kryjówki i wszedł do kuchni. Ojciec bezzwłocznie ruszył za nim. Znów usłyszałem szuranie krzeseł i wypadłem szybko zza zasłony. Zszedłem po schodach i uklęknąłem przy uchylonych drzwiach. Był tylko jeden problem — żeby cokolwiek zobaczyć, musiałem znaleźć się po ich przeciwnej stronie. Wstrzymałem oddech i przeskoczyłem na drugi koniec drzwi. Teraz widziałem rodziców siedzących obok siebie po jednej stronie stołu. Oboje byli biali jak kartka papieru, a mama trzymała tatę za rękę tak mocno, że nawet stąd widziałem jej pobielałe koniuszki palców. Na drugim końcu siedział nieznajomy. Był odprężony, położył czapkę, szalik i rękawiczki na blacie stołu, a długie palce złączył pod brodą. Twarz miał ponurą, lecz nie mogłem sobie wyobrazić, by kiedykolwiek wyrażała coś innego.

Możecie być spokojni — odezwał się mężczyzna. — Nie przyszedłem tutaj, żeby was skrzywdzić. Chcę tylko informacji.

Nie mamy żadnych informacji — odpowiedział za szybko mój tata.

Nawet ja wiedziałem, że kłamie.

Rozpytałem po całym świecie i większość istot, z którymi rozmawiałem, mówi, że jeśli ktoś będzie mógł mi pomóc — to właśnie ty, handlarzu. Wiesz, czego szukam?

W kuchni zapadła cisza. Napięcie było niemal namacalne. Widziałem ojca, przygryzającego wargi i zerkającego na mamę.

Chyba każdy już wie, czego szukasz — odpowiedział ostrożnie, poprawiając okulary na błyszczącym od potu nosie. — Przykro mi z powodu twojego chłopca, naprawdę, ale to, czego ode mnie chcesz, jest zakazane. To jedna z rzeczy, których nie można zmieniać! We wszystkich światach musi panować równowaga i zaburzenie jej…

Nie obchodzą mnie konsekwencje! — przerwał nieznajomy.

Ja nie posiadam tego, czego chcesz. — Pokręcił głową ojciec.

Wiem, że tego nie masz. Wiesz wszakże, gdzie jest i powiesz mi to, ponieważ mam coś, czego cała twoja rodzina pragnie od pokoleń.

Widziałem, jak ojciec zaciska szczęki, a mamie rozszerzają się, i tak już wielkie, oczy. Zacisnęła palce na przedramieniu taty i spoglądała to na niego, to na naszego gościa.

Nie wiem, o czym mówisz. — Ojciec nie dawał za wygraną, ale jego twarz zdradzała wszystko.

Przybysz oparł dłonie o blat i zaczął głośno skrobać w niego długimi paznokciami. Widziałem, jak ucho nieznacznie mu drga, a na łysej głowie pojawiają się żyły.

Jeśli powiesz mi, gdzie mogę znaleźć lekarstwo na chorobę mojego syna, oddam Rodzinie Ponurych to, czego szukacie od stuleci — ponowił propozycję. — Daj mi informacje, a oddam wam szczęście. Macie czas do jutrzejszej nocy. Przyjdę tu jeszcze tylko raz i dokonamy wymiany.

Po tych słowach wstał i zaczął kierować się do wyjścia. Tego nie przewidziałem. Teraz — żeby uniknąć wykrycia — musiałem uciec z powrotem na górę, a żeby to zrobić, konieczne było, bym przebiegł na drugą stronę drzwi. Tylko że teraz wszyscy wychodzili z kuchni — nie było mowy, żebym nie został złapany.

Drzwi otworzyły się z impetem, a ja wtuliłem się w ścianę, wiedząc już, że jest po mnie. Wtedy stało się coś dziwnego. Nieznajomy minął mnie bez słowa (choć niewątpliwie mnie zauważył), a gdy rodzice opuszczali kuchnię, tata akurat przytulał szlochającą cicho mamę i był zwrócony do mnie plecami. Wypatrzyłem po raz kolejny swoją szansę. Byłem w połowie schodów, gdy usłyszałem odgłos zamykanych drzwi, a chwilę później…

A ty dokąd się wybierasz?!

**

Jeszcze nigdy nikt tak bardzo na mnie nie krzyczał. Gdy ojciec skończył (a mama zaczęła), był tak purpurowy na twarzy, że myślałem, iż wybuchnie i przy okazji rozsadzi całą kuchnię. Najgorsze było to, że musiałem przyznać się do wszystkiego: do ponad rocznego szpiegowania po nocach, wałęsania się po okolicznych podwórkach, kiedy wszyscy spali i transporcie zwierząt z jednego podwórka na drugie…

Stop! To chyba powinienem wam wyjaśnić.

Chodzi o to, że czasami usypiam zwierzęta sąsiadów naparem, który dzisiaj podali nam rodzice, i przenoszę je z ich podwórka na podwórko sąsiadów. Gdy rano psy się budzą, przez chwilę myślą, że są u siebie i ktoś obcy wychodzi z ich domu, więc ich naturalną reakcją jest ugryzienie tego kogoś w tyłek.

No co? Po prostu jestem znudzony od czasu do czasu.

Gdy skończyłem się spowiadać ze wszystkiego, co zrobiłem, moi rodzice nie wiedzieli nawet, co mają powiedzieć. Zresztą wcale im się nie dziwię. Też bym nie wiedział, w jaki sposób wychwalić wszystko, czego dokonałem.

Po prostu idź już na górę — powiedziała mama, opadając bez sił na krzesło.

Zaraz, zaraz! — zaprotestowałem, czując, jak szansa poznania prawdy wymyka mi się z rąk. — Ja chcę wiedzieć, co się dzieje!

Jesteś za młody. — Ojciec machnął na mnie ręką, wyganiając mnie z kuchni. — Powiemy wam wszystko, kiedy nadejdzie czas.

Usłyszałem na górze hałas świadczący o tym, że moje rodzeństwo zaczęło wracać do życia. Wpadłem na pewien pomysł. Było to ryzykowne i najprawdopodobniej czekała mnie milion razy gorsza kara, ale nie mogłem pozwolić na to, żeby prawda o naszej rodzinie przeleciała mi koło nosa.

Jeśli mi nie powiecie, wszystkim się wygadam — rzuciłem na jednym wydechu.

Jeszcze minutę temu sądziłem, że rodzice nie mogą mnie obdarzyć gorszymi spojrzeniami, ale te, które posłali mi teraz, wyprowadziły mnie z błędu. Ojcu drgnęła nawet ręka i przez moment myślałem, że mnie uderzy. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja siedziałem na wysokim krześle przy stole i machałem od niechcenia nogami. Wiedziałem, że trafiłem w czuły punkt i mam ich w garści, ale starałem się za bardzo nie okazywać zadowolenia.

Z czego się tak cieszysz, mały gnojku? — odezwał się do mnie ojciec.

Zrobiłem wielkie oczy i spojrzałem szybko na mamę, ale ta w żaden sposób nie napomniała ojca; nie powiedziała mu, że nie wolno się w ten sposób odzywać do dziecka. Do głowy wpadła mi myśl, że nie zrobiłaby też niczego, żeby powstrzymać go, gdyby chciał mi złoić skórę. Patrzyła tylko na mnie zmrużonymi oczami. Była wściekła.

Na górze znów rozległy się hałasy, dało się też słyszeć kroki na schodach. Rodzice wymienili szybkie spojrzenia, a ja siedziałem cicho, bojąc się, że nawet jedno moje słowo osłabi groźbę, która zawisła dzięki mnie w powietrzu.

Niech ci będzie, mała zarazo — syknął ojciec, pochylając się nad blatem stołu. — Jutro w nocy, zanim przyjdzie nasz gość. Ale jeśli szepniesz komuś chociaż słówko, możesz być pewny, że do końca życia będziesz pamiętał lanie, które od nas dostaniesz!

**

Cały następny dzień ciągnął się w nieskończoność. Przez większość czasu siedziałem w swoim pokoju, próbując siłą woli sprawić, by wskazówki na zegarze poruszały się szybciej. Nie wolno mi było schodzić na dół… to znaczy nikt mi tego otwarcie nie powiedział, ale spojrzenia, jakie mi rzucano, gdy pojawiałem się w pobliżu rodziców, wystarczyły, żebym się domyślił, o co chodzi. Nikt też nie postawił dla mnie talerza przy śniadaniu.

Słyszałem, jak mama rozmawia przez telefon z dyrektorem szkoły. Powiedziała, że nie może przyjść do pracy z powodu „kobiecych dni” (cokolwiek to znaczyło). Muszę kiedyś wypróbować ten trik, pomyślałem, powiem, że nie mogę iść do szkoły z powodu chłopięcych dni. Zobaczymy, czy to coś da.

Moje rodzeństwo zostało w nagrodę wysłane na weekend do ciotki. Gdy zapytali, czemu ja z nimi nie jadę, powiedziano im, że dostałem szlaban. Przyjęli to wyjaśnienie z mściwą satysfakcją w oczach i nie zadawali już więcej pytań.

Pozostaliśmy w naszym wielkim domu tylko we trójkę (nie licząc lokatora pod łóżkiem i skryby w swoim pokoju). Czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Nie wiem czemu, ale zaczynałem się bać.

**

Zapytałeś nas kiedyś, czemu nazywają nas Rodziną Ponurych — odezwał się do mnie ojciec.

Siedzieliśmy w kuchni. Do zachodu słońca nie pozostało wiele czasu. Mama zrobiła dla każdego kubek gorącej herbaty, ale jakoś nikomu nie chciało się pić. Tkwiłem wyprostowany jak struna na krześle naprzeciw rodziców i słuchałem z uwagą każdego słowa.

Od czasów pierwszego Ponurego byliśmy handlarzami magicznych przedmiotów — zaczął ojciec, biorąc do ręki kubek z herbatą. — Mieliśmy do tego talent i szybko wyeliminowaliśmy konkurencję. Już po kilku latach stworzenia z całego świata kierowały swoje prośby do nas, a my zawsze, ale to zawsze, znajdowaliśmy im to, czego potrzebowały. Nawet Chirurdzy przychodzili do nas prosić o pomoc. Niestety to, że byliśmy najlepsi, sprowadziło na nas zgubę.

Kochanie, musisz się pośpieszyć — wtrąciła się mama. — Słońce prawie zaszło.

Tata zerknął szybko w okno i poprawił okulary na nosie.

Musisz wiedzieć, że na świecie istnieją duchy i demony — podjął szybko. — Niektórzy — a my w szczególności — potrafią komunikować się z drugą stroną, a nawet przechodzić z jednego świata do drugiego. Twój lokator spod łóżka jest jednym z upiorów, ale kiedyś warknął do mnie, że jest na emeryturze i jedyne, czego chce to spokój, więc po prostu pozwalamy mu tutaj mieszkać.

W każdym razie… — Mama pogoniła ojca.

Eee… no tak, w każdym razie pierwszy z Ponurych przeszedł na drugą stronę, by wyzwać na pojedynek Kostuchę.

Kostuchę? — zapytałem zdezorientowany.

Samą Śmierć — wyjaśniła szybko mama, rozglądając się niespokojnie.

Romuald Ponury dostał zlecenie zdobycia czegoś, czego jeszcze nikt nigdy nie widział. To było wyzwanie, ponieważ naszą dewizą było, że potrafimy znaleźć i zdobyć wszystko.

Co miał zdobyć? — zapytałem, czując, że zaczyna mnie to wciągać.

Nie co, ale kogo — poprawił mnie tata, wpychając swoje okulary na sam początek nosa (i tak zaraz zjechały z powrotem). — Klient Romualda chciał wejść w posiadanie Ptaka Który Układa Zagadki.

W kuchni zapadła cisza, a ja instynktownie wyczułem, że powinno to na mnie zrobić wrażenie. Nie miałem jednak pojęcia, czym jest ten ptak, jak wygląda i co robi… poza układaniem zagadek. To też powiedziałem rodzicom.

W naszym świecie jest mnóstwo magicznych przedmiotów, które są ukryte i zabezpieczone przeróżnymi zaklęciami i łamigłówkami. Ptak Który Układa Zagadki jest cenny, ponieważ ułożył każdą zagadkę strzegącą magicznych artefaktów, wie gdzie one są, potrafi złamać każdy szyfr i zdefiniować każde zaklęcie.

Dlatego ten, kto posiada ptaka będzie mógł mieć wszystko, czego tylko zapragnie — wpadłem mu w słowo.

Dokładnie tak! — zgodził się ze mną ojciec i pokiwał głową z aprobatą. — Romuald Ponury wiedział, że nie jest w stanie wygrać z Kostuchą, dlatego zaaranżował podstęp. Udał się na Cmentarzysko (tam mieszka Kostucha) i zorganizował wielkie wydarzenie, na które przyszedł każdy mieszkaniec. Śmierć jest stara, więc to ona miała wybrać grę. Były to oczywiście szachy — jak łatwo się domyślić. Pojedynek trwał, trup ścielił się gęsto (bo nie były to zwyczajne szachy), a tymczasem kilku członków rodziny Ponurych włamało się do krypty Kostuchy i zabrało ptaka.

Nawet ja wiem, że to było głupie, tato — odezwałem się z powątpiewaniem.

Myślę, że oni też to wiedzieli, ale nasza reputacja była zagrożona, a my byliśmy tak butni, że myśleliśmy, iż ujdzie nam to płazem.

Ale jak zdołali wynieść ptaka tak, żeby nikt tego nie zauważył? Wiem, że wszyscy byli w innym miejscu, ale przecież ptak musiał jakoś podnieść alarm, krzyknąć — cokolwiek.

Ptak miał jeden słaby punkt — wtrąciła mama, chcąc zakończyć dyskusję. — Wystarczyło zaśpiewać mu byle jaką piosenkę, a zasypiał i był potulny jak… no, jak baranek. Można było z nim zrobić wszystko.

Więc uśpili ptaka, wynieśli go i myśleli, że staną się jeszcze sławniejsi i nikt nie będzie chciał się zemścić — dokończyłem.

Tak się jednak nie stało, kochanie — powiedziała się mama. — Kostucha szybko znalazła rodzinę Ponurych, odebrała swojego zwierzaka i rzuciła na nas klątwę. Wyrywając z piersi pierwszego Ponurego uczucie szczęścia, przeklęła cały naszą rodzinę. Od tamtego czasu nie jesteśmy w stanie się śmiać, czuć radości, a nasze umysły z dnia na dzień pogrążają się w coraz większym mroku. Bez szczęścia nie potrafimy docenić tego, co posiadamy, i ludzi, z którymi spędzamy życie. Nie umiemy się o nic ani o nikogo starać, ponieważ pielęgnacja związków i rzeczy powinna przynosić radość i poczucie spełnienia, a my nie jesteśmy w stanie czuć żadnej z tych emocji. Kilka lat temu twój tato dowiedział się, że nasze szczęście nie przepadło, lecz nie mógł go znaleźć — mimo że próbował wszystkiego. Skarbie, jeśli jest jakaś rzecz, której pragniemy, to jest to właśnie fiolka ze szczęściem Romualda Ponurego. To właśnie ofiaruje nam nasz gość.

A czego chce w zamian? — spytałem.

Informacji. — Rozległ się głos spod drzwi kuchni.

Mama i tata podskoczyli na swoich miejscach, a ja spadłem z hukiem z krzesła. W progu kuchni stał mężczyzna. Nie miał na sobie czapki ani płaszcza. Nosił czarny, klasyczny garnitur i dla mnie wyglądał trochę jak właściciel zakładu pogrzebowego. Patrzył na nas swoimi wielkimi czarnymi oczami, a po moich plecach przebiegł dreszcz i odechciało mi się podnosić z podłogi. Przybysz rozciągnął białe wargi w uśmiechu, odsłaniając jeden z długich, cienkich kłów.

Rodzice zerwali się z miejsca, mama schowała się za tatą, ale chyba wszyscy wiedzieliśmy, że jeśli by przyszło co do czego, to nikt nie miałby z nim szans. Tymczasem gość podszedł do stołu, usiadł na krześle i wyjął z kieszeni marynarki kryształową fiolkę, w której pływało coś złotego. Ojciec łapczywie wyciągnął rękę, ale ampułka z momencie zniknęła, a nieznajomy groźnie pokazał zęby.

Rodzina Ponurych

Rys. Martyna Nejman

Jeszcze nie! — rozkazał, pokazując nam miejsca przy stole. — Siadajcie wszyscy i dobijmy targu. Handlarzu — zwrócił się bezpośrednio do mojego ojca — chcę informacji, a ty chcesz szczęścia Rodziny Ponurych.

Skąd… skąd mam wiedzieć, że jest… jest prawdziwe? — wyjąkał tata.

Tacy jak ja nie kłamią — powiedział gość, kończąc tym samym temat.

Ojciec usiadł obok przybysza i zaczął niepewnie wyginać palce. Znów zauważyłem krople potu na jego nosie, ale teraz już nie przejmował się okularami, które zjechały na sam jego czubek. Mama delikatnie zasiadła koło swojego męża, a ja odważyłem się wystawić ponad stół tylko czubek głowy. No co? Koleś do dzisiaj mnie przeraża.

Nie mam czasu na gierki — podjął przybysz. — Muszę wracać do syna, więc dawaj, co masz!

Ja… no, więc… nie mam dla ciebie lekarstwa — wyjąkał ojciec.

Nasz gość zaczął podnosić się z krzesła, ale tata w panice zaczął szybko wyjaśniać:

Nikt nie ma tego, czego szukasz, ale mam informacje, jak możesz do tego dotrzeć. — Wyjął z kieszeni białą kopertę i potrząsnął nią. — Tutaj jest adres do schowka, w którym jest pozytywka. To wyrocznia, która w środku ma oko jednego z Pradawnych. Problem polega na tym, że jest zabezpieczona zaklęciem-zagadką, której nie mogę rozwiązać.

Co mi po tym, handlarzu? — warknął. — Nie taka była umowa.

Właśnie, że taka! — burknął mój ojciec, a ja usłyszałem w jego głosie urazę. — Miałem dać ci informacje, które pozwolą ci zdobyć lekarstwo dla twojego syna. Jeśli złamiesz zabezpieczenie pozytywki, będziesz mógł zadać jedno pytanie, DOWOLNE pytanie, a ona udzieli ci odpowiedzi… właściwie zobaczysz odpowiedź. Nie mam pojęcia, jak to dalej wygląda, bo nikt jej nigdy nie otworzył. Wiem, że to nie do końca to, czego oczekiwałeś, ale to tylko krótki przystanek do celu.

Gość spojrzał najpierw na kopertę, a później w oczy mojemu ojcu. Milczenie trwało przez blisko dwie minuty, a później nieznajomy błyskawicznie wyszarpnął kopertę z wyciągniętej dłoni mojego taty, rzucił na stół fiolkę ze złotym płynem i wstał od stołu.

Jeśli kłamiesz… — rzucił na odchodne.

**

Niestety — ojciec skłamał. Nie miał tego, czego chciał nasz gość, ale możliwość odzyskania szczęścia była nie od odrzucenia.

Jeszcze tej samej nocy opuściliśmy nasz dom i przez wiele lat żyliśmy w ukryciu. Stale się przemieszczaliśmy, bo co kilka miesięcy on wpadał na nasz trop i musieliśmy uciekać. Nigdy nie poznawaliśmy sąsiadów, którzy mieszkali obok; nie chodziliśmy do publicznych szkół; mój brat nigdy nie został didżejem, a siostry makijażystkami. Nigdy nie słyszałem już w środku nocy drapania dobiegającego spod łóżka. Za to poznaliśmy prawdę o naszej rodzinie i świecie, w jakim żyjemy… no i na naszym kominku często pojawiają się zdjęcia, na których się uśmiechamy. Dopiero po kilkunastu latach tata zdołał złagodzić gniew wampira.

Ja natomiast stale uczę się fachu od ojca i już dzisiaj umiem zdobyć wszystko, czego pragniesz. Gwarantuję! Odziedziczyłem też arogancję — tak charakterystyczną dla mojej rodziny — oraz zbyt wysokie mniemanie o sobie. Tak jak pierwszy z Ponurych, tak jak mój tata, tak również i ja pewnego dnia myślałem, że będę sprytniejszy od nieśmiertelnego. Spotkała mnie dokładnie taka sama kara.

Siedzę teraz z odziedziczonym przez mnie skrybą. Sprawdziłem już wiadomości od informatorów, wysłałem zamówione przedmioty, znalazłem też to, czego ode mnie oczekiwano. Przez resztę nocy czuwam, a pan Forge spisuje historię, którą wam opowiedziałem — wraz ze wszystkim, co przydarzyło się nam od momentu, kiedy i ja pomyślałem, że mogę oszukać wampira.

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z „Cmentarzyska”

Please follow and like us: