Kłobuk

Z dziennika Ponurych”

Rodziny najbardziej utalentowanych handlarzy magicznymi przedmiotami, jacy kiedykolwiek chodzili po tym świecie.

 

Skryba: Pan A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira

 

I

Obserwowałem pana Ponurego z kąta pokoju. Chodził to w jedną, to w drugą stronę, zgarniając do swojej podręcznej walizki przeróżne rzeczy, bez których nie mógłby się obejść. Miał na sobie swój tradycyjny strój służbowy, czyli kraciasty garnitur z przykrótkimi spodniami, naciągnięte do połowy łydek skarpety, nieskazitelnie białą koszulę i wyczyszczone na wysoki połysk czarne buty.

Moim zdaniem wyglądał nieco śmiesznie — szczególnie, że jest wysoki jak tyczka i tak samo chudy. No i mógłby coś zrobić z włosami, ale to właściwie nie moja sprawa. Ja mam tylko to wszystko spisywać, a że robię to skrupulatnie i nigdy nie nawalam, to mój pracodawca pozwala mi zawierać w dzienniku również swoje opinie o niektórych rzeczach. To, że coś zapisane na tych kartkach nie może zostać nigdy wymazane, to już nie jest mój problem. Wiedzieli, na co się decydują, wykupując ten diabelny abonament. Wracając…

Pan Ponury zebrał się szybciej niż kiedykolwiek. Sprawa musi być poważna, skoro nie zmarnował na przygotowania połowy dnia. Wyprostował się nagle i zaczął dotykać dłońmi każdej ze swoich licznych kieszeni, upewniając się po ostatni raz o tym, że zabrał wszystko. Było to zbyteczne, ponieważ nigdy niczego nie zapominał. Gdy skończył, chwycił swoją walizkę i spojrzał na mnie poważnie. Kiwnął głową, a ja kiwnąłem jemu.

Oczywiście, jestem gotowy do drogi, pomyślałem. Mam do zabrania tylko dziennik i pióro. Ile niby czasu może to zająć?

Wyszedłem za moim pracodawcą do korytarza i cierpliwie czekałem, aż znajdzie płaszcz i parasol. Zerknąłem kątem oka na półpiętro. Znajdowało się tam wielkie okno, zasłonięte teraz ciężką zasłoną. Zmrużyłem delikatnie oczy i wychwyciłem prawie niedostrzegalny ruch kotary.

Dzieciak pana Ponurego, pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem. W sumie zawsze był dla mnie miły i ciągle próbował wywęszyć, czym zajmuje się jego ojciec. Może nie stanie się nic złego, jak się tego dowie? W końcu to jemu będę kiedyś towarzyszył jako skryba.

Nic więc nie powiedziałem i z grzeczną miną obserwowałem, jak mój pracodawca otwiera przede mną drzwi i gestem zaprasza mnie do wyjścia. Kiwnąłem mu głową i zniknąłem w ciemnym przedsionku.

Synu, połóż się wreszcie do łóżka i spróbuj zasnąć — krzyknął pan Ponury w stronę zasłony i zatrzasnął za sobą drzwi.

Moim skromnym zdaniem to trochę bezsensowne polecenie, zważywszy na to, że cała rodzina pozbawiona została zdolności snu. Ale cóż… nie ja jestem ojcem, a zakładam, że coś powiedzieć trzeba było.

Udaliśmy się do garażu. Wewnątrz stały dwa samochody, przy czym tylko jeden był używany. Pani Ponura woziła nim i odbierała ze szkoły dzieci. Na drugim, znacznie starszym i pordzewiałym, osiadła gruba warstwa kurzu. To auto należało do mojego pracodawcy, lecz praktycznie w ogóle nim nie jeździł. Przez ostatnie dwa lata odpalił silnik może ze trzy razy, ale kto by tam mu to wyliczał. Na ścianach wisiało mnóstwo narzędzi, a pod jedną z nich stał stół do skręcania mebli i naprawiania przeróżnych rzeczy. Zapasowe opony zawieszone były na hakach; poza tym garaż zapełniało jeszcze wiele innych, nigdy nieużywanych rzeczy, które zostały zakupione tylko na pokaz.

W końcu, jak się mieszka na osiedlu pełnym zwyczajnych ludzi, warto sprawiać pozory, że jest się takim samym, pomyślałem i przeszedłem za panem Ponurym przez tylne drzwi do ogrodu.

Tam mój pracodawca otworzył portal, dzięki któremu przenieśliśmy się do miejsca zupełnie innego niż to nudne ludzkie osiedle. Pamiętam, że ledwo uszliśmy stamtąd z życiem, ale o tym za moment.

II

Pierwszą rzeczą, jaką poczułem, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie, był straszliwy wręcz smród. Druga rzecz to uczucie delikatnego zapadania się w ziemię.

Mam tylko nadzieję, że nie wylądowałem w jakimś wielkim jeziorze błota, pomyślałem z obrzydzeniem i spojrzałem w dół.

No cóż… nie było to błoto, na moje nieszczęście. Przynajmniej wyjaśniło się, co tak okropnie śmierdzi. Wierzcie mi — bywałem z panem Ponurym w takich miejscach, że mała obora wyglądająca na niesprzątaną zawsze stanowiła miłą odmianę.

Oboje otrzepaliśmy buty i ostrożnie skierowaliśmy się w kierunku małych drewnianych drzwi, wiszących tylko na górnym zawiasie. Rzadko zdarzało się, że za wczasu wiedziałem, co będziemy robić; ten przypadek nie stanowił wyjątku. Po prostu szedłem ramię w ramię z moim pracodawcą, nie skarżąc się nie odzywając nawet słowem.

Obserwowałem za to wszystko to, co mnie otaczało. Rzeczywiście znajdowaliśmy się w oborze. Utrzymanej w fatalnym stanie, to prawda, ale za to wypełnionej po brzegi klatkami z magicznymi zwierzętami. Gdybym chciał opisać szczegółowo wszystko to, co nas tam otaczało, musiałbym spędzić przy biurku całą noc. Dłużej zatrzymałem spojrzenie tylko na dwugłowym lwie ze skrzydłami, wielkim boa dusicielu, któremu wyhodowano trzy pary krótkich nóg, i kiwającym się na żerdzi feniksie. Wiedziałem już, gdzie jesteśmy. Poczułem dreszcz ekscytacji.

Znaleźliśmy się w domu Tworzyciela!

III

Ileż można na ciebie czekać, Ponury?! — warknął do nas na powitanie mężczyzna z wydatnym brzuchem.

Miał na sobie zwyczajne dżinsy, biały T-shirt i uwalany krwią rzeźnicki fartuch. Z gładkiej czaszki wystawało kilkanaście cienkich włosów zaczesanych od lewej do prawej przez całą długość głowy.

Ktoś tutaj nie może pogodzić się z faktem, że już na zawsze pozostanie łysym tłuściochem, pomyślałem złośliwie, ale grzecznie uścisnąłem wyciągniętą dłoń, uśmiechając się uprzejmie.

Tego tutaj też musiałeś za sobą przywlec?! — burknął gospodarz.

Romanie, po co te złośliwości? — zagadnął przyjaźnie pan Ponury. — Wiesz doskonale, że skryba towarzyszy mojej rodzinie od pokoleń.

Tworzyciel machnął tylko na mnie ręką i gestem nakazał nam, żebyśmy poszli za nim. Nie był w dobrym nastroju, lecz mój pracodawca zdawał się tym w ogóle nie przejmować. Szedł za nim dziarskim krokiem, jednak z tym samym wyrazem twarzy, co zawsze.

Przechodziliśmy przez pogrążone w mroku gospodarstwo wiejskie. Księżyc przykryły gęste chmury, a od pól wiał lodowaty wiatr, który sprawiał, że ja i mój pracodawca trzęśliśmy się z zimna. Tylko Roman szedł nieporuszony, pomimo tego swojego cienkiego fartucha.

Mam nadzieję, że dostaniesz zapalenia płuc i wciągną cię utopce, pomyślałem, pocierając ramiona.

Wszędzie walały się pozostałości rozsypanego ziarna i karmy dla zwierząt. Co chwilę coś przelatywało nam nad głowami, a raz pan Ponury podskoczył gwałtownie i obrócił się wokół własnej osi, tłumacząc nam, że jakaś macka właśnie dotknęła go w pośladek.

Moim skromnym zdaniem było to nawet możliwe, ponieważ akurat przechodziliśmy obok stawu całkiem zacnych rozmiarów, a niewykluczone, że Roman wreszcie zabrał się do stworzenia i hodowli małych krakenów. Przekonywał wszystkich na kilku ostatnich zjazdach miłośników i hodowców magicznego świata, że wie, jak to zrobić.

Gospodarstwo Tworzyciela było naprawdę rozległe. Nawet mój pracodawca patrzył na to wszystko z nieskrywanym podziwem, a zdarzało mu się to niezwykle rzadko. Jak okiem sięgnąć, wszędzie pobudowane zostały obory i wybiegi dla zwierząt. W kilku miejscach postawiono dojarki. Widzieliśmy nawet tarcze do strzelania z łuku i wypełnione strzałami kołczany. Na każdym kroku leżały magiczne (i nie tylko) stworzenia pogrążone we śnie. Z gałęzi drzew zwisały nietoperze niespotykanych rozmiarów, z pobliskiego stogu siana wystawał potężny, zakrzywiony dziób, pokryty błyszczącą zieloną łuską, a na płocie spał tygrys, leniwie machając wyciągniętą łapą.

Tygrys. Na wsi. No bo czemu nie?

Jesteś pewny, że mogę to spokojnie przetransportować? — odezwał się cicho pan Ponury do pleców Romana.

Oczywiście, że tak! — prychnął głośno gospodarz, a śpiący na płocie kot zawarczał cicho przez sen. — Za kogo ty mnie masz?!

Pytam tylko — syknął mój pracodawca, poprawiając okulary na nosie.

Poza tym to tylko zmokły kogut. Co ci może zrobić?

Jeśli ty go wyhodowałeś, to na pewno nie jest to TYLKO zmokły kogut. Ty zawsze dodasz coś do siebie.

To nieprawda! — zaprotestował Tworzyciel.

Tak jak z tą jaszczurką, która ziała ogniem — powiedział z przekąsem pan Ponury. — Do tej pory połowa wsi spuszcza na mnie psy za każdym razem, gdy się tam pojawię.

To mogę potwierdzić. Ziejąca ogniem jaszczurka była jednym z bardziej przykrych doświadczeń, jakie przeżyłem razem z moim pracodawcą. Włosy w niektórych miejscach do tej pory mi nie odrosły.

Podeszliśmy do obory niewyróżniającej się niczym szczególnym spośród kilkunastu innych. Była z tego samego drewna, z tak samo zapadniętym dachem i…

Jezu, całe to miejsce śmierdzi jak jedno wielkie…

To tutaj — oznajmił Roman, otwierając i zdejmując z zamka wielką złotą kłódkę. — Musimy być cicho. Niektóre stworzenia w laboratorium śpią i nie lubią, kiedy się je budzi.

Drzwi otworzyły się, nie wydając z siebie nawet najcichszego dźwięku. W środku było bardzo czysto. Przyćmione światło jarzeniówek rozjaśniało pomieszczenie na tyle, żeby przechadzający się tamtędy człowiek widział, dokąd idzie i nie zniszczył niczego po drodze, a jednocześnie panował tam odpowiedni mrok, żeby zwierzęta znajdujące się w klatkach mogły spokojnie spać. To rzeczywiście było laboratorium. Na biurku długości całej ściany stały komputery, a probówki wirowały w jednej z maszyn z niezwykłą szybkością. Do ścian poprzykręcane zostały korkowe tablice z wykresami, odręcznymi rysunkami różnych istot, kodami genetycznymi i notatkami gospodarza. Klatki stały na blatach ze stali nierdzewnej, a podłoga pokryta była śnieżnobiałymi kafelkami (podobnie jak ściany).

Powiem wam, że jak się patrzyło na tego rzeźnika, to ostatnią rzeczą, jaką można było o nim pomyśleć, to że jest naukowcem i zbudował sobie laboratorium w stodole. W czasie mojego pierwszego spotkania z nim wątpiłem w to, czy wie, do czego służy prysznic.

Gdzie on jest? — zapytał mój pracodawca, nie kryjąc ekscytacji.

Roman Tworzyciel wskazał palcem w odległy kąt pokoju. Stało tam kilka klatek — w większości pustych, lecz jedną z nich przykrywał ciężki czarny materiał. Pan Ponury i ja zbliżyliśmy się ostrożnie, ale żaden z nas nie chciał sprawdzić, co znajdowało się w środku.

On tam siedzi — powiedział gospodarz, drapiąc się po brodzie i wycierając ręce w swój, i tak już ubrudzony, fartuch. — Możesz mi zaufać.

Mój pracodawca odwrócił powoli głowę w stronę Tworzyciela; jego spojrzenie mówiło tak wiele…

Musicie wiedzieć, że pan Ponury nie ufał nikomu i niczemu, co żyło lub po prostu istniało w magicznym czy zwyczajnym świecie. Nie stał się taki bez powodu. Jako najbardziej błyskotliwy i skuteczny handlarz i poszukiwacz magicznych przedmiotów i zwierząt bezustannie padał ofiarą chciwości oraz nieuczciwości innych ludzi. Gdyby nie sprawdzał wszystkiego sam po kilka razy, jego reputacja bardzo szybko ległaby w gruzach.

Czyń pan honory, panie Forge — zwrócił się do mnie, kierując swoje smutne spojrzenie na moją twarz.

Coś czułem, że to się tak skończy, pomyślałem z rezygnacją. Zawsze ja jako pierwszy muszę dostać po dupie.

Nie mogłem się jednak sprzeciwić. Złapałem więc za materiał i szarpnąłem szybko. Niech się dzieje, co chce. Jeśli miałem zostać opluty, dostać jadem po oczach albo Bóg jeden wie co jeszcze, wolałem mieć to już za sobą i koncentrować się na późniejszym wylizywaniu ran.

Jak się okazało — w środku klatka była… pusta. No, może nie pusta, ponieważ całe jej dno uwalone było czymś czarnym, lepkim i gęstym.

To ma być jakiś żart?! — Pan Ponury odwrócił się w stronę Romana.

Gospodarz był chyba nie mniej niż my zaskoczony tym, co miał przed oczami. Błądził spojrzeniem od jednego rogu klatki do drugiego, a jego oblicze nieznacznie straciło na kolorze.

Mam wrażenie, że dopiero teraz usłyszymy coś śmiesznego, pomyślałem ironicznie i przełknąłem ślinę.

To niedobrze — mruczał pod nosem Tworzyciel, obchodząc klatkę ze wszystkich stron. — Bardzo, ale to bardzo niedobrze. Niedobrze.

Im dłużej przyglądaliśmy się Romanowi, tym jego twarz stawała się bledsza i bardziej przerażona. Pan Ponury wpatrywał się w niego bez słowa, lecz z jego oczu strzelały iskry zapowiadające powstanie olbrzymiego pożaru. Nie dość, że nigdy się nie uśmiechał, to jeszcze teraz był wściekły jak sto diabłów.

Jeśli spotkaliście kiedyś jednego z takich czortów, to wiecie, jak nieprzyjemnie mogło się zaraz zrobić.

Chciałeś mnie oszukać?! — wysyczał cicho mój pracodawca, a ja mimowolnie zrobiłem pół kroku w tył.

Skądże! — zaprotestował gwałtownie gospodarz.

Schylił się i badał teraz czarne, gęste ślady na podłodze. Podreptał za nimi na ugiętych nogach, nie odzywając się już do nas ani słowem.

Może nie będziemy musieli isć…

Pan Ponury pomaszerował za nim żwawo i pstryknął na mnie palcami.

A jednak, pomyślałem zrezygnowany, ruszając z opuszczoną głową i zwieszonymi ramionami za moim pracodawcą.

Podążanie śladem naszego małego przyjaciela trwało dłuższą chwilę. Myślę, że jest to najlepszy czas na to, żeby przybliżyć wam pokrótce sylwetkę Romana Tworzyciela. Zrozumiecie wtedy, dlaczego najchętniej uciekłbym stamtąd, gdzie pieprz rośnie.

Mianowicie — idący przed nami rzeźnik-naukowiec był tak samo genialny, jak nieprzewidywalny. Obdarzony został również nienormalnym i niebezpiecznym poczuciem humoru. Potrafił połączyć i wyhodować każde stworzenie. Zleceniodawcę kosztowało to majątek, ale skądś musiały się brać pieniądze na utrzymanie całego tego burdelu. Jedzenie dla zwierząt też się samo nie kupi. Jeśli chodzi o wspomniane poczucie humoru, to Roman zawsze dodawał od siebie do kodu genetycznego jakąś magiczną zdolność i nigdy, ale to NIGDY, nie wspominał kupującemu, co może go spotkać. Ta jaszczurka, o której wcześniej wspomniałem? Był to podarunek od pana młodego dla jego przyszłej małżonki. Nie pytajcie mnie o znaczenie i sens owego prezentu, bo go nie znam. Chodzi o to, że to małe, niewinne stworzonko siedziało posłusznie na wyciągniętej dłoni narzeczonego w trakcie sakramentalnego „tak, biorę Ciebie za żonę” czy jak to tam leci. Gdy tylko małżonkowie się pocałowali, rozczulony ksiądz podrapał jaszczurkę pod bródką, a ta wpadła w szał i zaczęła ziać ogniem dookoła… no bo czemu nie?

Wyszliśmy daleko poza laboratorium. Kilkukrotnie zgubiliśmy drogę i musieliśmy wracać i poświęcać długie minuty na znalezienie prawdziwych śladów.

Co dodałeś od siebie?! — krzyknął w końcu pan Ponury, chwytając Tworzyciela za rzeźnicki fartuch.

Gospodarz omal nie stracił równowagi, lecz wyprostował się, strzepał na ziemię niewidzialne pyłki ze swojego uwalonego krwią okrycia i odchrząknął, żeby dodatkowo zyskać na czasie.

Nooo… hmmm… wasz Kłobuk nie jest zwyczajnym zmokłym kogutem i patronem dobrobytu i ogniska domowego — zaczął, wypinając dumnie pierś. — Poza tym, że ma niezwykły talent do gromadzenia złota i pieniędzy dla swojego właściciela, jest też niezwykle inteligentny.

Co to znaczy?!

No na przykład specjalnie zostawia fałszywe ślady, żebyśmy nie mogli go znaleźć tak łatwo. Lubi też czytać książki i sam czasem coś pisze, ale wszystko, co weźmie w łapy, jest uwalone smołą i nadaje się tylko do wyrzucenia. Bywa przez to lekko sfrustrowany.

Co jeszcze?! — warknął mój pracodawca w stronę Romana i w ostatniej chwili cofnął wyciągnięte ręce.

Nooo… w sumie, to już nic — zająknął się Tworzyciel, ale żaden z nas mu nie uwierzył. Musiał to zauważyć. — Nooo… ma jeszcze kły jadowe i bywa trochę agresywny.

Pan Ponury stanął w pół kroku, wyprostowany i groźny. Odwrócił wolno głowę, a ja już wiedziałem, co zaraz nastąpi.

Chcesz mi powiedzieć, że poluje na nas nadzwyczajnie inteligentny drapieżnik z kłami jadowymi i podniesionym poziomem agresji?! Czyś ty do reszty zdurniał, staruchu?! Musiałeś dodać swoje trzy grosze, prawda?! MUSIAŁEŚ?!

Już nie histeryzuj. — Roman podniósł obie ręce w obronnym geście. — Jaki znowu super inteligentny drapieżnik? To przecież tylko zmokły kogut.

TO CZEMU, DO CHOLERY, NIE MOŻEMY GO ZNALEŹĆ?!

No bo… no bo… no, zmylił nas — zaczął się jąkać gospodarz. — To nie jest znowu takie trudne, żeby go odnaleźć. Spokojnie, Ponury. Odetchnij głęboko i…

Nawet nie kończ, pomyślałem, lecz nie odezwałem się słowem.

— … i uśmiechnij się — dokończył, nie zdając sobie sprawy z nietaktu.

Mój pracodawca spochmurniał jeszcze bardziej — jak zawsze, gdy ktoś beztrosko radził mu, żeby przestał się dąsać. Zacisnął tylko mocniej palce na uchwycie swojej podręcznej walizki i wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby.

Powiedz mi, Roman — zaczął. — Jaki jad występuje w kłach mojego Kłobuka? Co się stanie, gdy zostaniesz ugryziony?

Tworzyciel podrapał się mocno po głowie i spojrzał w niebo, nieudolnie próbując sobie przypomnieć. Po dłuższej chwili stało się jasne, że nie wychodzi mu to najlepiej. Zapadliśmy się o parę centymetrów w miękkim błocie, lecz pan Ponury zdawał się tym w ogóle nie przejmować, a ja nie śmiałem się ruszyć bez jego zgody. Dostrzegłem za to coś, co mnie zaciekawiło.

Mianowicie niedaleko miejsca, w którym właśnie staliśmy, rozciągał się drewniany, zbity byle jak płot — granica farmy. Z zewnętrznej strony porastały go gęste krzewy, w których coś się poruszyło. W pierwszym momencie dostrzegłem tylko delikatny balans kilku liści, lecz po chwili ruszało się już pół zarośli. Coś tam było, a ja od razu domyśliłem się, co może to być.

Zerknąłem na mojego pracodawcę, który również co chwilę rzucał szybkie spojrzenia ponad ramieniem Romana.

Czy pan Ponury zamierza zrobić dokładnie to, co ja bym zrobił w takiej sytuacji?, zastanowiłem się. Czasami wydawało mi się, że wcale nie jesteśmy tacy różni.

Nagle spomiędzy krzaków wyjrzała maleńka główka z ostro zakończonym dziobem i krwistoczerwonymi oczami. Kogut rzeczywiście cały pokryty był ściekającą wielkimi kroplami na ziemię smołą, która wydawała się niewyczerpana. Zaraz za głową i dziobem pojawiła się reszta śmiesznie małego, zmokłego ciałka i zaczęła się skradać w kierunku gospodarza.

Już wiem! — wykrzyknął gospodarz, celując palcem w niebo. — Wiem, co się stanie, kiedy ukąsi cię Kłobuk!

Mój pracodawca spojrzał na niego wyczekująco. Całe napięcie i złość wyparowały z niego zaraz po tym, gdy ptak przytknął mokre i ciężkie skrzydło do swojego dzioba, nakazując nam ciszę.

To mów!

Gdy ugryzie cię Kłobuk, następuje całkowity paraliż trwający co najmniej dwanaście godzin — wyrecytował Roman. — Do tego wszystkiego… AŁA!

Kogut zaatakował błyskawicznie. Podszedł bezszelestnie do swojego stwórcy i dziabnął go trzy razy w łydkę. Reakcja była natychmiastowa. Tworzyciel zzieleniał na twarzy i zwalił się ciężko na ziemię. Po kilku sekundach zaczął drżeć jak w gorączce, by w następnym momencie całkowicie znieruchomieć. Wodził tylko dookoła przerażonymi oczami.

Nie cierpię tego kolesia — mruknął Kłobuk i machnął krótko skrzydłem, obryzgując całą twarz gospodarza smołą. — Nic nie robi, tylko przechwala się do nas, jaki to jest mądry i zdolny. Ile można tego słuchać?!

Ja i pan Ponury staliśmy jak wryci, słuchając gadającego koguta. Wściekłego, plującego jadem koguta. W żaden sposób nie uspokajał nas fakt, że z miejsc, na które padały krople jadu, unosiły się cienkie, niewiarygodnie śmierdzące stróżki zielonego dymu.

Ja wiem, jak absurdalnie może wyglądać w waszej wyobraźni to, co teraz czytacie, ale zapewniam was, że nie było w tym nic śmiesznego.

Mój pracodawca niezwykle powoli postawił swoją walizkę na ziemi i delikatnie podwinął rękawy kraciastej marynarki. Poprawił okulary na nosie i zrobił niepewny krok naprzód.

Nawet się do mnie nie zbliżaj! — syknął Kłobuk i obnażył długie kły jadowe.

Spokojnie — powiedział pan Ponury łagodnym głosem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie słyszałem. — Tylko spokojnie. Zaraz zabierzemy cię do domu.

Kogut prychnął i wyciągnął do góry szyję, nastroszając pióra.

Ja nigdzie z tobą nie idę! — obruszył się. — Już raz siedziałem w klatce! Spadówa!

Później wszystko potoczyło się w jakby przyśpieszonym dziesięciokrotnie tempie. Kłobuk skoczył w bok i popędził w kierunku ogrodzenia. Wyglądało to komicznie, ponieważ musiał stawiać swoje łapy lekko na bok i jednocześnie wyciągać je nienaturalnie do przodu. Skrzydła rozłożyły mu się na całą szerokość i podskakiwały w rytm tego dziwacznego biegu, rozbryzgując dookoła czarną maź.

Miałem ochotę parsknąć śmiechem i potrzebowałem całego swojego opanowania, by zachować kamienną twarz.

Łap go pan, panie Forge! — rozkazał mój pracodawca.

Skoczyliśmy do przodu. Jak się okazało, chlapanie smołą na wszystkie strony nie było przypadkowe. Dotarło to do nas w momencie, w którym obaj poślizgnęliśmy się na trawie i wywinęliśmy orła.

Rys. Martyna Nejman

Złaź żesz ze mnie! — sapnął pan Ponury, próbując wyplątać się spomiędzy moich kończyn.

Pogoń za Kłobukiem trwała z godzinę, a na sam koniec byliśmy cali czarni i klejący. Nie zliczę nawet tego, ile razy upadliśmy, wpadliśmy na siebie, bądź uderzyliśmy w ścianę stodoły. Ja zaliczyłem nawet kąpiel w stawie. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

Gdy byliśmy już totalnie zasapani i kolki rozrywały nasze boki, kogut przeszedł do właściwego ataku. Najpierw rzucił się na mnie. W zasadzie skoczył z dachu stodoły w chwili, w której na głowę kapnęło mi coś gęstego i lepkiego, co naturalnie sprawiło, że spojrzałem w górę.

Wierzcie mi — widok otwartego dzioba i jadowych kłów tuż przed własną twarzą to nie jest rzecz, jaką chcecie zobaczyć. Ja, Atticus Forge, mogę z podniesioną głową, nie wstydząc się nikogo i niczego, powiedzieć, że zdygałem.

Oczywiście nie zdążyłem się uchylić w porę i zostałem ugryziony. Nie raz i nie dwa. To brudne ptaszysko ukąsiło mnie czterokrotnie! Działanie jadu było bolesne, jak nie wiem co. Czułem, jakby w moich żyłach płynęła lawa. Chciałem krzyczeć ile sił w płucach, lecz nie mogłem dobyć głosu, a moje szczęki nie chciały się poruszyć. Nie czułem nawet następstw upadku na ziemię i liczne kamienie, które z niej wystawały.

Ta, pokonał mnie zmokły kogut. Co z tego?! Nie było was tam! Nie wiecie!

Kątem oka widziałem jeszcze, jak pan Ponury walczy z Kłobukiem. Próbował go spacyfikować swoją walizką, a później — równie nieskutecznie — się nią bronić. Kłobuk bardzo zręcznie wszedł mu na głowę i zaczął go dziobać z całej siły. Krzykom i wrzaskom nie było końca, ale mojemu pracodawcy w końcu jakoś udało się złapać ptaszysko za skrzydła i zrzucić je z siebie. Kogut nie dał wytchnąć. Rzucił się od razu z kłami i pazurami. Nie minęło wiele czasu, a pan Ponury leżał nieopodal, sparaliżowany i zdany na łaskę naszego przeciwnika.

Nie poradzisz sobie na wolności — wystękał pan Ponury w stronę oddalającego się ptaka. — Złapią cię i będziesz gwiazdą w cyrku.

Kłobuk zatrzymał się w pół kroku i odwrócił zmoczony łeb z wyraźnym zainteresowaniem.

Będę gwiazdą? — zapytał podniecony.

Będziesz mieszkał do końca swoich dni w jeszcze ciaśniejszej klatce niż ta, którą miałeś do tej pory — sapnął mój pracodawca.

Nie będę tego lubił — powiedział kogut bardziej do siebie niż do któregokolwiek z nas. — Nie mogę też żyć na dworze. Jest zimno i nigdzie nie ma książek.

Jedź ze mną — zaproponował natychmiast pan Ponury. — Dostaniesz wszystko, czego będziesz chciał, a w zamian będziesz robił tylko to, do czego cię stworzyli.

Chcesz pieniędzy i złota — stwierdził ponuro Kłobuk. — Dlaczego?

Przyjdzie czas, że będę potrzebował złota i pieniędzy, żeby chronić swoją rodzinę — wyjąkał mój pracodawca.

Oto moje warunki — zaczęło ptaszysko, doskakując do pana Ponurego i siadając tuż przed jego twarzą. — Chcę mieć pokój, a nie klatkę. Sprzątaczkę, bo cały czas coś ze mnie kapie i wszędzie, gdzie pójdę, jest brudno. Tyle książek, ile tylko będę chciał. Dostęp do komputera i Internetu, bo czasem lubię popisać. Nooo… i to chyba tyle. Zgoda?

Nie wierzę, że tylko tyle było trzeba, pomyślałem, podczas gdy moje ciało szarpane było potężnymi skurczami.

Zgoda. — Pan Ponury przystał na warunki koguta.

Kłobuk poklepał go skrzydłem po twarzy, żeby przypieczętować umowę, a później oddalił się o kilka metrów i zapadł w sen.

IV

Po dwunastu godzinach od ugryzienia (u mnie minęło trochę więcej czasu), mój pracodawca odzyskał władzę we własnym ciele. Po nieudanych próbach doczyszczenia swojego garnituru, udał się do Romana Tworzyciela, żeby dopełnić warunków kontraktu (tak przynajmniej mi powiedział). Kiedy wrócił, ja siedziałem już na trawie, rozmasowując sobie mięśnie, a Kłobuk spacerował wolno wokół, szukając robaków i… cokolwiek on tam jadał na śniadanie.

Wszyscy gotowi? — zapytał pan Ponury swoim zwyczajnym, pozbawionym chęci życia tonem.

Kiwnęliśmy głowami i przeszliśmy przez świeżo otwarty portal.

V

Tak oto mój pracodawca stał się właścicielem potężnego magicznego stworzenia, które pomagało mu mnożyć i gromadzić bogactwa oraz potrzebne wpływy. Ja doszedłem do siebie po jakichś dwóch dniach, a zacząłem jeść dopiero po czterech.

Odkąd zamieszkał z nami Kłobuk, pani Ponura nie robi nic, tylko się na nas wydziera z powodu tego, że wszędzie jest brudno. Po tygodniu moim dodatkowym obowiązkiem stało się sprzątanie razem z nią i zanoszenie mu jedzenia.

Nienawidzę tego ptaka.

Please follow and like us:

Rodzina Ponurych

Ja w ogóle nie rozumiem, czemu ludzie mówią o nas Rodzina Ponurych. Co prawda mamy tak na nazwisko, ale w naszym przypadku ten zwrot stał się znakiem rozpoznawczym, metką albo osobną kategorią społeczną, do której wrzuca się wszystkich członków mojej rodziny i trzyma na odległość wyciągniętej ręki. Tak powiedział kiedyś tata do mamy, późno w nocy, kiedy myśleli, że każde z nas śpi w swoim łóżku snem głębokim, którego żaden dźwięk ze świata zewnętrznego zmącić nie może. Lecz ja nie spałem — tylko siedziałem na schodach w korytarzu i podsłuchiwałem. Po dziś dzień często podsłuchuję i nie jestem z tego dumny, ale co mam robić w nocy, skoro nie mogę spać?

**

Moi rodzice też rzadko sypiali. W całym moim trzynastoletnim życiu widziałem, jak idą w piżamach do swojej sypialni może ze trzy razy. Popytałem w szkole, czy to normalne i kiedy w końcu ktoś mnie uświadomił (a przeważnie wszyscy wybuchali śmiechem i odchodzili, patrząc na mnie z politowaniem), że ludzie śpią każdej nocy, ponieważ ich organizmy tego potrzebują, zacząłem się zastanawiać. Ja też kładłem się do łóżka ze cztery razy do roku … albo inaczej! Wchodziłem pod kołdrę każdej nocy, ale nie mogłem spać, bo ktoś, kto mieszkał pod moim łóżkiem, drapał pazurami w mój materac. Nie przeszkadzało mi to, bo — jak powiedziałem — potrzebowałem niewiele snu, lecz czasem chciałem pomyśleć, a wtedy ten odgłos doprowadzał mnie do szału. Był też powodem mojego ciągłego szwendania się w środku nocy po domu i okolicy oraz podglądaniu i podsłuchiwaniu sąsiadów. Zapytałem kiedyś tatę, kim jest ten ktoś, kto mieszka ze mną w pokoju, ale zbył mnie machnięciem ręki. Mama powiedziała mi, że gdy kupili ten dom, on już tutaj był i razem z tatą postanowili, że nie wyrzucą go na ulicę. To byłoby po prostu niegrzeczne. Zresztą — nie zajmował dużo miejsca, nie jadł niczego z lodówki, nie używał też wody ani elektryczności, więc był dość tani w utrzymaniu.

Mam jeszcze dwie siostry (Magdę i Jagnę) i brata (Rafała). Brat jest o sześć lat starszy ode mnie i w tamtym czasie miał obsesję na punkcie muzyki. Z tego, co wiedziałem, chciał zostać didżejem, ale pewnego dnia powiedziałem mu, że jeśli nadal będzie miksował muzykę poważną, która bardziej usypia, niż rwie do tańca, to nie wróżę mu wielkich sukcesów. Kiedyś wrzucił do Internetu swoją składankę, ale reakcja, z jaką się spotkał, pogłębiła jego, i tak już ponury, nastrój. Pamiętam, że przez tydzień łaził za mną po domu i wymagał pocieszania. Moje siostry są bliźniaczkami, więc wyglądają identycznie. Miały wtedy po szesnaście lat i fascynowały się malowaniem… nie tylko własnych twarzy. Co najmniej cztery razy w tygodniu przyjeżdżał do nas kurier, przywożąc im nowe kosmetyki, mazidła, kremy czy czegokolwiek tam jeszcze używały, żeby być ładniejsze. Najgorzej było wtedy, kiedy chciały próbować nowych rzeczy i szukały królika doświadczalnego. Przeważnie udawało mi się schować, ale raz — gdy brakło mi pomysłu na kryjówkę — zanurkowałem pod łóżko, zapominając o tym, że tam już ktoś mieszka. Leżałem w ciszy, gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na plecach i usłyszałem ostrzegawcze warknięcie, po czym zostałem wypchnięty (dość brutalnie) na sam środek pokoju — wprost pod nogi Magdy i Jagny szczerzących zęby w upiornych uśmiechach.

Moja mama była w tamtych dniach nauczycielką plastyki w prywatnej szkole. To pulchna kobieta o dobrej, okrągłej twarzy, wielkich, niebieskich, smutnych oczach i kasztanowych włosach, zawsze poskręcanych we wszystkie strony. Najczęściej widywaliśmy ją w za dużych dżinsach i luźnych swetrach, których rękawy poplamione były farbą. Tata był tymczasem chudym jak patyk, wysokim mężczyzną chodzącym w za krótkich spodniach (zawsze podciągał wysoko wełniane skarpety, chcąc to ukryć). Miał największe stopy, jakie widziałem w życiu. Krótkie włosy zawsze stały mu we wszystkie strony, a krzaczaste wąsy i duże okulary nadawały mu lekko zbzikowany wygląd. Przez całe swoje życie ojciec zajmował się prowadzeniem antykwariatu internetowego, lecz tak naprawdę oboje wraz z mamą trudnili się magią. Nie byli świadomi tego, że o tym wiedziałem. Podsłuchałem kiedyś, że nie powiedzieli nam, jaka jest nasza rodzina tylko dlatego, że chcieli, byśmy mieli w miarę normalne dzieciństwo (o zgrozo, jakby nie wiedzieli, jak ludzie nas traktują!). Postanowili, że wyjaśnią nam wszystko, gdy najmłodsze z ich dzieci — czyli ja — skończy osiemnaście lat. Po tamtej rozmowie stałem się bardzo ciekawski, a pragnienie odkrycia rodzinnej tajemnicy pobudziło mnie tak bardzo, że na rok przed poznaniem prawdy położyłem się spać tylko dwa razy. Przez wszystkie noce węszyłem i próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale rodzice skrzętnie zacierali za sobą ślady. W końcu jednak i tak dowiedziałem się tego, co mnie interesowało… a nawet więcej niż kiedykolwiek chciałem!

**

Pewnego dnia, po ponad dwunastu miesiącach czyhania na rodzinne sekrety, dostrzegłem, że rodzice są bardziej zdenerwowani niż zwykle. Człowiek staje się wrażliwy na takie rzeczy, kiedy bawi się w detektywa przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Przy śniadaniu oczywiście starali się trzymać fason, ale ja widziałem te rzucane ukradkiem ponad naszymi głowami spojrzenia. Moje kompletnie nieświadome rodzeństwo zeżarło śniadanie i pognało do szkoły, ale ja ociągałem się, dopóki siłą nie wyrzucono mnie na zewnątrz. Pognałem wtedy do ogrodu i próbowałem zajrzeć przez okno — wszystkie zasłony były pozaciągane, a jedyne co usłyszałem, przykładając ucho do szyby — to dziwny szum. Wściekły udałem się do szkoły, kopiąc po drodze każdy napotkany kamień.

Nie mogłem usiedzieć na lekcjach, dlatego postanowiłem darować sobie ostatnią i wrócić wcześniej do domu. Przyznaję — chciałem się też zorientować w sytuacji i zobaczyć, czy uda mi się wywęszyć coś więcej — jakiś konkret, który rzuci więcej światła na dzisiejszy dziwny poranek.

No i udało się!

Zakradłem się do domu tylnym wejściem. Buty zdjąłem już na dworze, żeby nikt mnie nie usłyszał. Stanąłem przy ścianie w małym, drewnianym korytarzyku (właściwie przybudówce), w którym wszędzie walały się buty i wisiały płaszcze, i nasłuchiwałem jakichkolwiek dźwięków. Zlokalizowałem dwa głosy dobiegające z kuchni, więc zacząłem kierować się ostrożnie w tamtą stronę.

Wszedłem już do właściwej części domu i otuliło mnie przyjemne ciepło (na dworze szalał zimny wiatr i od kilku dni zapowiadało się na deszcz). Wspominałem już, jak bardzo lubiłem nasz dom? Był wspaniały! Stary jak diabli i cały zrobiony z drewna. Do skrzypiących schodów poprzybijano dywany, z okien zwisały długie do samej ziemi, ciężkie zasłony, a do ścian wszędzie przytwierdzone były zdjęcia z rodzinnych wyjazdów; szkoda tylko, że nikt się na nich nigdy nie uśmiechał. Poręcze były wadliwe w niektórych miejscach, ale — zamiast je naprawić — po prostu nikt się o nie nie opierał i wszystko było w porządku! Światło z żyrandoli przyćmiewały otulające żarówki pajęczyny, a spacerujące po nich pająki rzucały na ściany rozedrgane cienie. Rodzice kupili dom w takim stanie i stwierdzili, że nawet najmniejszy remont zniszczy całą magię tego miejsca. Zostawili więc wszystko tak, jak było na początku. Dosłownie. Ale wracając…

Dziesięć minut zajęło mi dostanie się pod drzwi kuchni. Dobrze, że wiedziałem, które stopnie i deski skrzypią. Pozwoliło mi to po mistrzowsku dotrzeć do mety, nie wydając ani jednego dźwięku. Kucając przy drzwiach, zacząłem słuchać.

Skąd wiesz, że dzisiaj się u nas zjawi? — Usłyszałem zaniepokojony głos mamy.

Dostałem wiadomość, że szuka nas od dłuższego czasu — odpowiedział cicho mój tata. — Rozpytywał o nas po jednej i po drugiej stronie — w końcu ktoś puścił parę z gęby. Nic dziwnego zresztą — tacy jak on znają sposoby, by skłonić człowieka do mówienia. Żaden żywy nie może walczyć z bólem z nieskończoność.

Myślisz, że powinniśmy odesłać dzieci?

Sądzę, że… dzieci są najbezpieczniejsze z nami — odparł ojciec po chwili wahania.

Nie chcę, żeby były w domu, kiedy coś takiego jak on zostanie zaproszone do środka! — Moja mama podniosła głos. — Boo… musimy go zaprosić, prawda?

Jeśli chcemy zachować dom w całości. — Zaśmiał się ponuro ojciec.

Na pewno przyjdzie dzisiaj w nocy?

Jest już w okolicy. Zameldował się w pobliskim hotelu, żeby przeczekać dzień.

Musimy dać dzieciom do kolacji napar nasenny! One nie mogą go zobaczyć! — powiedziała mama pełnym napięcia głosem.

Gdy usłyszałem szuranie krzeseł, postanowiłem zwiać na zewnątrz. Wyszedłem tą samą drogą, którą dostałem się do środka i udałem, że najzwyczajniej w świecie wróciłem ze szkoły. W głowie miałem myśl, by w czasie dzisiejszej kolacji niczego, ale to niczego, nie pić!

**

Nasza kuchnia była bardzo przytulna. W przeciwieństwie do reszty domu — zrobiona została z czerwonej cegły. Na środku stał długi, prostokątny, drewniany stół i krzesło dla każdego członka rodziny. Naprzeciwko drzwi znajdował się kominek, na którym mój ojciec często piekł mięso. Na ścianie po drugiej stronie wisiały sitka, patelnie i garnki, a pod nimi stały szafki i półki. Wszędzie wszystkiego było za dużo i to właśnie sprawiało, że pomieszczenie wyglądało tak przytulnie.

Rodzice starali się, jak tylko mogli, by ich zachowanie nie budziło podejrzeń, ale pod koniec posiłku nawet moje wyjątkowo senne siostry zastanawiały się na głos, czy wszystko jest w porządku. Ja — tak jak sobie obiecałem — nie wypiłem ani kropli tego, co dali nam rodzice. Zjadłem połowę pizzy, a część zawartości szklanki wlałem mojemu bratu didżejowi, kiedy reszta była zajęta oglądaniem śmiesznej reklamy w telewizji. Na koniec udałem, że jestem tak samo śpiący jak reszta i udałem się na górę, ciężko stawiając stopy na schodach.

Czekałem jeszcze dwie godziny, dopóki nie zapadła całkowita ciemność, i ruszyłem ostrożnie na dół. Nie chciałem przegapić przybycia gościa, ale nie mogłem się ruszyć z pokoju wcześniej, ponieważ rodzice dwukrotnie do niego zaglądali, upewniając się, że śpię. Nie wiem, o co im chodziło, ale nie było mowy, żebym dał się wyrolować i pozwolić uśpić jak reszta! Pierwszą kondygnację schodów musiałem pokonać zjeżdżając na poręczy, ponieważ każdy stopień wydawał z siebie donośne dźwięki. Gdy znalazłem się na półpiętrze, ktoś zapukał głośno do drzwi. Usłyszałem szuranie krzeseł w kuchni i wiedziałem, że tata zaraz pojawi się w korytarzu, żeby je otworzyć. Nie miałem wyboru — musiałem usiąść na parapecie i schować się za zasłoną. Zostawiłem sobie tylko cienką szparę, wystarczającą do obserwowania przedpokoju.

W momencie, w którym zasłona przestała się ruszać, na korytarz wyszedł ojciec. Podszedł do drzwi i zawahał się na moment, zastanawiając się, czy na pewno je otworzyć. Dziwne, pomyślałem, moi rodzice zawsze byli bardzo gościnni; często zapraszali nawet listonosza i ludzi roznoszących ulotki na herbatę. Pukanie nasiliło się i ojciec nie miał wyboru — otworzył drzwi, a ja wciągnąłem głęboko powietrze. Na progu stał wysoki, chudy człowiek w tak samo krótkich spodniach, jakie nosił tata. Miał na sobie długi, czarny płaszcz z postawionym kołnierzem. Szalik zaciągnął pod sam nos, a prostą czapkę nasunął na oczy. Nie dało się jednak nie zauważyć, że jego oczy były trzykrotnie większe od tych, które miałem ja. Były czarne jak węgiel i… koleś w ogóle nie miał powiek! Na chude dłonie o nieprawdopodobnie długich palcach naciągnął rękawiczki z czarnej skóry. Stał tak w progu, nie mówiąc ani słowa. Nawet z takiej odległości widziałem, jak ciało mojego ojca zesztywniało i lekko zadrżało.

Tajemniczy gość, na którego w napięciu czekali rodzice, był złym człowiekiem.

Nie zaprosisz mnie do środka, handlarzu? — Usłyszałem zimny głos dobiegający spod szalika.

Ojciec zawahał się, tym razem tylko na moment, po czym odsunął się i powiedział:

Proszę, wejdź. Jesteś oficjalnie zaproszony do naszego domu.

Tajemniczy gość przekroczył próg i wszedł do korytarza. Rozejrzał się dookoła, oglądając dom, a gdy jego wzrok przejeżdżał po schodach, zatrzymał się podejrzanie długo w miejscu, w którym się ukrywałem. Nie spuszczając ze mnie wzroku, przybysz ściągnął czapkę, odsłaniając wielkie, szpiczaste uszy. Twarz miał szczupłą, a na dolną wargę zachodziły cienkie kły. Dodając do tego trupio bladą twarz, miałem obraz kogoś, kogo oglądałem tylko w filmach i na kartkach komiksów.

Dlaczego, do jasnej ciasnej, moi rodzice zaprosili go do domu?!

Przybysz wreszcie oderwał wzrok od mojej kryjówki i wszedł do kuchni. Ojciec bezzwłocznie ruszył za nim. Znów usłyszałem szuranie krzeseł i wypadłem szybko zza zasłony. Zszedłem po schodach i uklęknąłem przy uchylonych drzwiach. Był tylko jeden problem — żeby cokolwiek zobaczyć, musiałem znaleźć się po ich przeciwnej stronie. Wstrzymałem oddech i przeskoczyłem na drugi koniec drzwi. Teraz widziałem rodziców siedzących obok siebie po jednej stronie stołu. Oboje byli biali jak kartka papieru, a mama trzymała tatę za rękę tak mocno, że nawet stąd widziałem jej pobielałe koniuszki palców. Na drugim końcu siedział nieznajomy. Był odprężony, położył czapkę, szalik i rękawiczki na blacie stołu, a długie palce złączył pod brodą. Twarz miał ponurą, lecz nie mogłem sobie wyobrazić, by kiedykolwiek wyrażała coś innego.

Możecie być spokojni — odezwał się mężczyzna. — Nie przyszedłem tutaj, żeby was skrzywdzić. Chcę tylko informacji.

Nie mamy żadnych informacji — odpowiedział za szybko mój tata.

Nawet ja wiedziałem, że kłamie.

Rozpytałem po całym świecie i większość istot, z którymi rozmawiałem, mówi, że jeśli ktoś będzie mógł mi pomóc — to właśnie ty, handlarzu. Wiesz, czego szukam?

W kuchni zapadła cisza. Napięcie było niemal namacalne. Widziałem ojca, przygryzającego wargi i zerkającego na mamę.

Chyba każdy już wie, czego szukasz — odpowiedział ostrożnie, poprawiając okulary na błyszczącym od potu nosie. — Przykro mi z powodu twojego chłopca, naprawdę, ale to, czego ode mnie chcesz, jest zakazane. To jedna z rzeczy, których nie można zmieniać! We wszystkich światach musi panować równowaga i zaburzenie jej…

Nie obchodzą mnie konsekwencje! — przerwał nieznajomy.

Ja nie posiadam tego, czego chcesz. — Pokręcił głową ojciec.

Wiem, że tego nie masz. Wiesz wszakże, gdzie jest i powiesz mi to, ponieważ mam coś, czego cała twoja rodzina pragnie od pokoleń.

Widziałem, jak ojciec zaciska szczęki, a mamie rozszerzają się, i tak już wielkie, oczy. Zacisnęła palce na przedramieniu taty i spoglądała to na niego, to na naszego gościa.

Nie wiem, o czym mówisz. — Ojciec nie dawał za wygraną, ale jego twarz zdradzała wszystko.

Przybysz oparł dłonie o blat i zaczął głośno skrobać w niego długimi paznokciami. Widziałem, jak ucho nieznacznie mu drga, a na łysej głowie pojawiają się żyły.

Jeśli powiesz mi, gdzie mogę znaleźć lekarstwo na chorobę mojego syna, oddam Rodzinie Ponurych to, czego szukacie od stuleci — ponowił propozycję. — Daj mi informacje, a oddam wam szczęście. Macie czas do jutrzejszej nocy. Przyjdę tu jeszcze tylko raz i dokonamy wymiany.

Po tych słowach wstał i zaczął kierować się do wyjścia. Tego nie przewidziałem. Teraz — żeby uniknąć wykrycia — musiałem uciec z powrotem na górę, a żeby to zrobić, konieczne było, bym przebiegł na drugą stronę drzwi. Tylko że teraz wszyscy wychodzili z kuchni — nie było mowy, żebym nie został złapany.

Drzwi otworzyły się z impetem, a ja wtuliłem się w ścianę, wiedząc już, że jest po mnie. Wtedy stało się coś dziwnego. Nieznajomy minął mnie bez słowa (choć niewątpliwie mnie zauważył), a gdy rodzice opuszczali kuchnię, tata akurat przytulał szlochającą cicho mamę i był zwrócony do mnie plecami. Wypatrzyłem po raz kolejny swoją szansę. Byłem w połowie schodów, gdy usłyszałem odgłos zamykanych drzwi, a chwilę później…

A ty dokąd się wybierasz?!

**

Jeszcze nigdy nikt tak bardzo na mnie nie krzyczał. Gdy ojciec skończył (a mama zaczęła), był tak purpurowy na twarzy, że myślałem, iż wybuchnie i przy okazji rozsadzi całą kuchnię. Najgorsze było to, że musiałem przyznać się do wszystkiego: do ponad rocznego szpiegowania po nocach, wałęsania się po okolicznych podwórkach, kiedy wszyscy spali i transporcie zwierząt z jednego podwórka na drugie…

Stop! To chyba powinienem wam wyjaśnić.

Chodzi o to, że czasami usypiam zwierzęta sąsiadów naparem, który dzisiaj podali nam rodzice, i przenoszę je z ich podwórka na podwórko sąsiadów. Gdy rano psy się budzą, przez chwilę myślą, że są u siebie i ktoś obcy wychodzi z ich domu, więc ich naturalną reakcją jest ugryzienie tego kogoś w tyłek.

No co? Po prostu jestem znudzony od czasu do czasu.

Gdy skończyłem się spowiadać ze wszystkiego, co zrobiłem, moi rodzice nie wiedzieli nawet, co mają powiedzieć. Zresztą wcale im się nie dziwię. Też bym nie wiedział, w jaki sposób wychwalić wszystko, czego dokonałem.

Po prostu idź już na górę — powiedziała mama, opadając bez sił na krzesło.

Zaraz, zaraz! — zaprotestowałem, czując, jak szansa poznania prawdy wymyka mi się z rąk. — Ja chcę wiedzieć, co się dzieje!

Jesteś za młody. — Ojciec machnął na mnie ręką, wyganiając mnie z kuchni. — Powiemy wam wszystko, kiedy nadejdzie czas.

Usłyszałem na górze hałas świadczący o tym, że moje rodzeństwo zaczęło wracać do życia. Wpadłem na pewien pomysł. Było to ryzykowne i najprawdopodobniej czekała mnie milion razy gorsza kara, ale nie mogłem pozwolić na to, żeby prawda o naszej rodzinie przeleciała mi koło nosa.

Jeśli mi nie powiecie, wszystkim się wygadam — rzuciłem na jednym wydechu.

Jeszcze minutę temu sądziłem, że rodzice nie mogą mnie obdarzyć gorszymi spojrzeniami, ale te, które posłali mi teraz, wyprowadziły mnie z błędu. Ojcu drgnęła nawet ręka i przez moment myślałem, że mnie uderzy. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja siedziałem na wysokim krześle przy stole i machałem od niechcenia nogami. Wiedziałem, że trafiłem w czuły punkt i mam ich w garści, ale starałem się za bardzo nie okazywać zadowolenia.

Z czego się tak cieszysz, mały gnojku? — odezwał się do mnie ojciec.

Zrobiłem wielkie oczy i spojrzałem szybko na mamę, ale ta w żaden sposób nie napomniała ojca; nie powiedziała mu, że nie wolno się w ten sposób odzywać do dziecka. Do głowy wpadła mi myśl, że nie zrobiłaby też niczego, żeby powstrzymać go, gdyby chciał mi złoić skórę. Patrzyła tylko na mnie zmrużonymi oczami. Była wściekła.

Na górze znów rozległy się hałasy, dało się też słyszeć kroki na schodach. Rodzice wymienili szybkie spojrzenia, a ja siedziałem cicho, bojąc się, że nawet jedno moje słowo osłabi groźbę, która zawisła dzięki mnie w powietrzu.

Niech ci będzie, mała zarazo — syknął ojciec, pochylając się nad blatem stołu. — Jutro w nocy, zanim przyjdzie nasz gość. Ale jeśli szepniesz komuś chociaż słówko, możesz być pewny, że do końca życia będziesz pamiętał lanie, które od nas dostaniesz!

**

Cały następny dzień ciągnął się w nieskończoność. Przez większość czasu siedziałem w swoim pokoju, próbując siłą woli sprawić, by wskazówki na zegarze poruszały się szybciej. Nie wolno mi było schodzić na dół… to znaczy nikt mi tego otwarcie nie powiedział, ale spojrzenia, jakie mi rzucano, gdy pojawiałem się w pobliżu rodziców, wystarczyły, żebym się domyślił, o co chodzi. Nikt też nie postawił dla mnie talerza przy śniadaniu.

Słyszałem, jak mama rozmawia przez telefon z dyrektorem szkoły. Powiedziała, że nie może przyjść do pracy z powodu „kobiecych dni” (cokolwiek to znaczyło). Muszę kiedyś wypróbować ten trik, pomyślałem, powiem, że nie mogę iść do szkoły z powodu chłopięcych dni. Zobaczymy, czy to coś da.

Moje rodzeństwo zostało w nagrodę wysłane na weekend do ciotki. Gdy zapytali, czemu ja z nimi nie jadę, powiedziano im, że dostałem szlaban. Przyjęli to wyjaśnienie z mściwą satysfakcją w oczach i nie zadawali już więcej pytań.

Pozostaliśmy w naszym wielkim domu tylko we trójkę (nie licząc lokatora pod łóżkiem i skryby w swoim pokoju). Czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Nie wiem czemu, ale zaczynałem się bać.

**

Zapytałeś nas kiedyś, czemu nazywają nas Rodziną Ponurych — odezwał się do mnie ojciec.

Siedzieliśmy w kuchni. Do zachodu słońca nie pozostało wiele czasu. Mama zrobiła dla każdego kubek gorącej herbaty, ale jakoś nikomu nie chciało się pić. Tkwiłem wyprostowany jak struna na krześle naprzeciw rodziców i słuchałem z uwagą każdego słowa.

Od czasów pierwszego Ponurego byliśmy handlarzami magicznych przedmiotów — zaczął ojciec, biorąc do ręki kubek z herbatą. — Mieliśmy do tego talent i szybko wyeliminowaliśmy konkurencję. Już po kilku latach stworzenia z całego świata kierowały swoje prośby do nas, a my zawsze, ale to zawsze, znajdowaliśmy im to, czego potrzebowały. Nawet Chirurdzy przychodzili do nas prosić o pomoc. Niestety to, że byliśmy najlepsi, sprowadziło na nas zgubę.

Kochanie, musisz się pośpieszyć — wtrąciła się mama. — Słońce prawie zaszło.

Tata zerknął szybko w okno i poprawił okulary na nosie.

Musisz wiedzieć, że na świecie istnieją duchy i demony — podjął szybko. — Niektórzy — a my w szczególności — potrafią komunikować się z drugą stroną, a nawet przechodzić z jednego świata do drugiego. Twój lokator spod łóżka jest jednym z upiorów, ale kiedyś warknął do mnie, że jest na emeryturze i jedyne, czego chce to spokój, więc po prostu pozwalamy mu tutaj mieszkać.

W każdym razie… — Mama pogoniła ojca.

Eee… no tak, w każdym razie pierwszy z Ponurych przeszedł na drugą stronę, by wyzwać na pojedynek Kostuchę.

Kostuchę? — zapytałem zdezorientowany.

Samą Śmierć — wyjaśniła szybko mama, rozglądając się niespokojnie.

Romuald Ponury dostał zlecenie zdobycia czegoś, czego jeszcze nikt nigdy nie widział. To było wyzwanie, ponieważ naszą dewizą było, że potrafimy znaleźć i zdobyć wszystko.

Co miał zdobyć? — zapytałem, czując, że zaczyna mnie to wciągać.

Nie co, ale kogo — poprawił mnie tata, wpychając swoje okulary na sam początek nosa (i tak zaraz zjechały z powrotem). — Klient Romualda chciał wejść w posiadanie Ptaka Który Układa Zagadki.

W kuchni zapadła cisza, a ja instynktownie wyczułem, że powinno to na mnie zrobić wrażenie. Nie miałem jednak pojęcia, czym jest ten ptak, jak wygląda i co robi… poza układaniem zagadek. To też powiedziałem rodzicom.

W naszym świecie jest mnóstwo magicznych przedmiotów, które są ukryte i zabezpieczone przeróżnymi zaklęciami i łamigłówkami. Ptak Który Układa Zagadki jest cenny, ponieważ ułożył każdą zagadkę strzegącą magicznych artefaktów, wie gdzie one są, potrafi złamać każdy szyfr i zdefiniować każde zaklęcie.

Dlatego ten, kto posiada ptaka będzie mógł mieć wszystko, czego tylko zapragnie — wpadłem mu w słowo.

Dokładnie tak! — zgodził się ze mną ojciec i pokiwał głową z aprobatą. — Romuald Ponury wiedział, że nie jest w stanie wygrać z Kostuchą, dlatego zaaranżował podstęp. Udał się na Cmentarzysko (tam mieszka Kostucha) i zorganizował wielkie wydarzenie, na które przyszedł każdy mieszkaniec. Śmierć jest stara, więc to ona miała wybrać grę. Były to oczywiście szachy — jak łatwo się domyślić. Pojedynek trwał, trup ścielił się gęsto (bo nie były to zwyczajne szachy), a tymczasem kilku członków rodziny Ponurych włamało się do krypty Kostuchy i zabrało ptaka.

Nawet ja wiem, że to było głupie, tato — odezwałem się z powątpiewaniem.

Myślę, że oni też to wiedzieli, ale nasza reputacja była zagrożona, a my byliśmy tak butni, że myśleliśmy, iż ujdzie nam to płazem.

Ale jak zdołali wynieść ptaka tak, żeby nikt tego nie zauważył? Wiem, że wszyscy byli w innym miejscu, ale przecież ptak musiał jakoś podnieść alarm, krzyknąć — cokolwiek.

Ptak miał jeden słaby punkt — wtrąciła mama, chcąc zakończyć dyskusję. — Wystarczyło zaśpiewać mu byle jaką piosenkę, a zasypiał i był potulny jak… no, jak baranek. Można było z nim zrobić wszystko.

Więc uśpili ptaka, wynieśli go i myśleli, że staną się jeszcze sławniejsi i nikt nie będzie chciał się zemścić — dokończyłem.

Tak się jednak nie stało, kochanie — powiedziała się mama. — Kostucha szybko znalazła rodzinę Ponurych, odebrała swojego zwierzaka i rzuciła na nas klątwę. Wyrywając z piersi pierwszego Ponurego uczucie szczęścia, przeklęła cały naszą rodzinę. Od tamtego czasu nie jesteśmy w stanie się śmiać, czuć radości, a nasze umysły z dnia na dzień pogrążają się w coraz większym mroku. Bez szczęścia nie potrafimy docenić tego, co posiadamy, i ludzi, z którymi spędzamy życie. Nie umiemy się o nic ani o nikogo starać, ponieważ pielęgnacja związków i rzeczy powinna przynosić radość i poczucie spełnienia, a my nie jesteśmy w stanie czuć żadnej z tych emocji. Kilka lat temu twój tato dowiedział się, że nasze szczęście nie przepadło, lecz nie mógł go znaleźć — mimo że próbował wszystkiego. Skarbie, jeśli jest jakaś rzecz, której pragniemy, to jest to właśnie fiolka ze szczęściem Romualda Ponurego. To właśnie ofiaruje nam nasz gość.

A czego chce w zamian? — spytałem.

Informacji. — Rozległ się głos spod drzwi kuchni.

Mama i tata podskoczyli na swoich miejscach, a ja spadłem z hukiem z krzesła. W progu kuchni stał mężczyzna. Nie miał na sobie czapki ani płaszcza. Nosił czarny, klasyczny garnitur i dla mnie wyglądał trochę jak właściciel zakładu pogrzebowego. Patrzył na nas swoimi wielkimi czarnymi oczami, a po moich plecach przebiegł dreszcz i odechciało mi się podnosić z podłogi. Przybysz rozciągnął białe wargi w uśmiechu, odsłaniając jeden z długich, cienkich kłów.

Rodzice zerwali się z miejsca, mama schowała się za tatą, ale chyba wszyscy wiedzieliśmy, że jeśli by przyszło co do czego, to nikt nie miałby z nim szans. Tymczasem gość podszedł do stołu, usiadł na krześle i wyjął z kieszeni marynarki kryształową fiolkę, w której pływało coś złotego. Ojciec łapczywie wyciągnął rękę, ale ampułka z momencie zniknęła, a nieznajomy groźnie pokazał zęby.

Rodzina Ponurych

Rys. Martyna Nejman

Jeszcze nie! — rozkazał, pokazując nam miejsca przy stole. — Siadajcie wszyscy i dobijmy targu. Handlarzu — zwrócił się bezpośrednio do mojego ojca — chcę informacji, a ty chcesz szczęścia Rodziny Ponurych.

Skąd… skąd mam wiedzieć, że jest… jest prawdziwe? — wyjąkał tata.

Tacy jak ja nie kłamią — powiedział gość, kończąc tym samym temat.

Ojciec usiadł obok przybysza i zaczął niepewnie wyginać palce. Znów zauważyłem krople potu na jego nosie, ale teraz już nie przejmował się okularami, które zjechały na sam jego czubek. Mama delikatnie zasiadła koło swojego męża, a ja odważyłem się wystawić ponad stół tylko czubek głowy. No co? Koleś do dzisiaj mnie przeraża.

Nie mam czasu na gierki — podjął przybysz. — Muszę wracać do syna, więc dawaj, co masz!

Ja… no, więc… nie mam dla ciebie lekarstwa — wyjąkał ojciec.

Nasz gość zaczął podnosić się z krzesła, ale tata w panice zaczął szybko wyjaśniać:

Nikt nie ma tego, czego szukasz, ale mam informacje, jak możesz do tego dotrzeć. — Wyjął z kieszeni białą kopertę i potrząsnął nią. — Tutaj jest adres do schowka, w którym jest pozytywka. To wyrocznia, która w środku ma oko jednego z Pradawnych. Problem polega na tym, że jest zabezpieczona zaklęciem-zagadką, której nie mogę rozwiązać.

Co mi po tym, handlarzu? — warknął. — Nie taka była umowa.

Właśnie, że taka! — burknął mój ojciec, a ja usłyszałem w jego głosie urazę. — Miałem dać ci informacje, które pozwolą ci zdobyć lekarstwo dla twojego syna. Jeśli złamiesz zabezpieczenie pozytywki, będziesz mógł zadać jedno pytanie, DOWOLNE pytanie, a ona udzieli ci odpowiedzi… właściwie zobaczysz odpowiedź. Nie mam pojęcia, jak to dalej wygląda, bo nikt jej nigdy nie otworzył. Wiem, że to nie do końca to, czego oczekiwałeś, ale to tylko krótki przystanek do celu.

Gość spojrzał najpierw na kopertę, a później w oczy mojemu ojcu. Milczenie trwało przez blisko dwie minuty, a później nieznajomy błyskawicznie wyszarpnął kopertę z wyciągniętej dłoni mojego taty, rzucił na stół fiolkę ze złotym płynem i wstał od stołu.

Jeśli kłamiesz… — rzucił na odchodne.

**

Niestety — ojciec skłamał. Nie miał tego, czego chciał nasz gość, ale możliwość odzyskania szczęścia była nie od odrzucenia.

Jeszcze tej samej nocy opuściliśmy nasz dom i przez wiele lat żyliśmy w ukryciu. Stale się przemieszczaliśmy, bo co kilka miesięcy on wpadał na nasz trop i musieliśmy uciekać. Nigdy nie poznawaliśmy sąsiadów, którzy mieszkali obok; nie chodziliśmy do publicznych szkół; mój brat nigdy nie został didżejem, a siostry makijażystkami. Nigdy nie słyszałem już w środku nocy drapania dobiegającego spod łóżka. Za to poznaliśmy prawdę o naszej rodzinie i świecie, w jakim żyjemy… no i na naszym kominku często pojawiają się zdjęcia, na których się uśmiechamy. Dopiero po kilkunastu latach tata zdołał złagodzić gniew wampira.

Ja natomiast stale uczę się fachu od ojca i już dzisiaj umiem zdobyć wszystko, czego pragniesz. Gwarantuję! Odziedziczyłem też arogancję — tak charakterystyczną dla mojej rodziny — oraz zbyt wysokie mniemanie o sobie. Tak jak pierwszy z Ponurych, tak jak mój tata, tak również i ja pewnego dnia myślałem, że będę sprytniejszy od nieśmiertelnego. Spotkała mnie dokładnie taka sama kara.

Siedzę teraz z odziedziczonym przez mnie skrybą. Sprawdziłem już wiadomości od informatorów, wysłałem zamówione przedmioty, znalazłem też to, czego ode mnie oczekiwano. Przez resztę nocy czuwam, a pan Forge spisuje historię, którą wam opowiedziałem — wraz ze wszystkim, co przydarzyło się nam od momentu, kiedy i ja pomyślałem, że mogę oszukać wampira.

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z „Cmentarzyska”

Please follow and like us: