#8 O zdobyciu certyfikatu

Pamiętacie moją relację z kursu redakcji merytorycznej, na który wysłał mnie Paweł? Wspominałam wtedy o tym, jak intensywny był to okres, z jakim ogromem wiedzy się zderzyłam oraz w jaki sposób musiałam zorganizować sobie czas, żeby się w tym wszystkim nie pogubić.

Nie wiem dokładnie, kiedy i w jaki sposób się to stało, ale pewnego grudniowego poranka zorientowałam się, że nazajutrz miał się rozpocząć ostatni etap tej podróży. To będzie więc bardzo krótki wpis o tym, jak wyglądały moje przygotowania do trwającego jakieś siedem minut egzaminu, mającego mi zapewnić certyfikat redaktora.

Zaliczenie wyżej wspomnianego kursu miało postać dwojaką — po pierwsze mieliśmy za zadanie dokonać redakcji i korekty wybranego przez jednego z prowadzących tekstu. Mogłoby się wydawać: „bułka z masłem”. Drugą częścią (i jednocześnie oficjalnym egzaminem) była krytyczna rozmowa na temat dowolnie wybranej przez nas książki. Trzeba więc było wziąć pod uwagę nie tylko samą jej zawartość merytoryczną (w tym moją ukochaną już poprawność językową), ale też sposób jej wydania, zgodność z normami oraz inne elementy techniczne.

O ile podczas pierwszej części zaliczenia nie wydarzyło się nic godnego uwagi (wyłapanie błędów i ich eliminacja jest procesem raczej mało inspirującym do tworzenia barwnych i ciekawych opowieści), o tyle część druga wiąże się już z pewną anegdotą. Ale może zacznę od początku.

Jak to często ze mną bywa — wybranie odpowiedniej książki, którą miałam zabrać ze sobą na egzamin zostawiłam sobie, dosłownie, na ostatnią chwilę. W piątkowy wieczór zerknęłam więc na regał i zaczęłam przeszukiwać wzrokiem półkę po półce. Wiedziałam, że nie może to być po prostu moja ulubiona pozycja (a jeśli miałabym takową wybrać, to dopiero wtedy miałabym problem ;)), ponieważ chodziło też o to, aby budowa takiej książki była trochę bardziej złożona niż klasyczne teksty, jakie czytam zazwyczaj (fanka fantastyki, przypominam). Mój wybór padł więc na jedną z prac Antoniego Kępińskiego na temat leczenia pacjentów psychiatrycznych (absolwentka psychologii, przypominam). Było w niej kilka elementów, o jakich wiedziałam, że będę mogła chwilę dłużej opowiedzieć pod kątem edytorskim. Jednocześnie była na tyle bliska mojemu sercu, że bez oporów postanowiłam ją zabrać ze sobą do Warszawy. Porównałam sobie jej budowę z normami, zastanowiłam się, co jest w porządku, a co jeszcze można byłoby poprawić pod względem estetycznym (merytorycznie nawet nie śmiałabym wchodzić w kompetencje mistrza) i stwierdziłam, że w sumie czuję się z tym całkiem nieźle. Nawet zbyt mocno się nie denerwowałam.

Wiecie, co się stało na samym końcu? Kiedy dotarłam w niedzielny poranek do budynku, gdzie odbywał się kurs, miałam w plecaku jeszcze jedną powieść, którą w tamtym czasie czytałam dla czystego relaksu. Była to „Muzyka duszy” Pratchetta. Na pięć (no, może dziesięć) minut przed moim wejściem do sali egzaminacyjnej dokonałam więc szybkiego rozrachunku z samą sobą i uznałam, że TO jest jednak książka, dzięki której chcę uzyskać mój wymarzony certyfikat.

Chyba nie muszę Wam mówić, że udało mi się to bez najmniejszych problemów, prawda? 😉

 

Martyna

Please follow and like us:

#4 O zdobywaniu kwalifikacji

Jako przyjaciele nie mamy raczej problemów z wzajemnym zaufaniem do siebie. Jednak ZAUFANIE (wielkich liter użyto celowo), jakie Paweł okazał, pozwalając mi na objęcie funkcji redaktorsko-korektorskich w naszym projekcie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Był to prezent, który dostałam bez żadnej szczególnej okazji, a który okazał się dla mnie „małym” życiowym przełomem („małym” w cudzysłowie, ponieważ tak naprawdę całe moje życie przewróciło się do góry nogami). Paweł osiągnął mistrzostwo w robieniu prezentów ludziom, o których się troszczy. Tak przynajmniej wynika z moich osobistych doświadczeń.

Tak czy inaczej, kiedy decyzja została podjęta, w ciągu jednej doby znalazłam w internecie kurs redakcji merytorycznej. Cały czas miałam z tyłu głowy myśl „co ja w ogóle wiem na temat redakcji tekstów litarackich?”. Bardzo chciałam się podjąć tego zadania – korekta opowiadań w domowym zaciszu sprawiała mi niesamowicie wiele przyjemności i bardzo intensywnie stymulowała mnie intelektualnie. Jednocześnie czułam, że porywam się trochę z motyką na słońce, że wyrządzę więcej szkody niż pożytku. Paweł jednak w bardzo dobry sposób radził sobie z takimi momentami mojego braku wiary we własne możliwości i odpowiednio pracował nad budowaniem i umacnianiem mojego poczucia własnej wartości. Zapisaliśmy mnie więc na jesienną edycję kursu.

Kiedy w końcu nadszedł moment mojego wyjazdu do Warszawy, byłam trochę zestresowana, a zarazem mocno podekscytowana. Dotarłam na miejsce o 6.40 (spróbujcie wyobrazić sobie moją minę, kiedy w jednej chwili siadam na swoim miejscu w autobusie we Wrocławiu, a w drugim – jakieś pięć minut później – kierowca oznajmia przez megafon, że zaprasza do wyjścia, bo właśnie dojechaliśmy do Warszawy; do tej pory nie wiem, jak to się stało).

Moje odczucia po pierwszym zjeździe były mieszane – z jednej strony niepomiernie się cieszyłam, że się tam znalazłam; że mogę słuchać tych wszystkich mądrych ludzi, którzy mówią dokładnie te rzeczy, które potrzebowałam usłyszeć od kogoś tak mądrego. Najbardziej w pamięć zapadła mi wypowiedź: „To, czy ktoś będzie dobrym redaktorem, nie jest w żadnym stopniu zdeterminowane jego specjalistycznym wykształceniem w tym kierunku. To samo można osiągnąć po prostu praktykując. Ćwiczenie czyni mistrza”. Nie potrafię określić, jak bardzo ważne były dla mnie te słowa. Z drugiej strony natomiast, mój zapał został ostudzony przez zajęcia z poprawności językowej. Jeszcze tyle musiałam się nauczyć!

To były bardzo intensywne miesiące. Praca od poniedziałku do piątku; w piątek w nocy podróż do Warszawy, tam cały sobotni dzień spędzony w szkole, wieczorne szlifowanie umiejętności nabytych w ciągu dnia oraz dodatkowo praca nad tekstami na bloga; sen (dzięki niebiosom za te kilka godzin, w trakcie których mogłam się skupić tylko na tym, czy przypadkiem nie jest mi za gorąco pod kołdrą ;)); następnie niedzielne zajęcia i powrót do Wrocławia późnym wieczorem – to wszystko wymagało sporych nakładów wytrzymałości i odporności.

Ilość wiedzy, jaką zdobyłam i zdolności, jakie udało mi się opanować w trakcie tych dwóch miesięcy, są jednak trudne do przecenienia. Jeśli pan Forge wcześniej marudził, wprowadzając poprawki wszystkich błędów, które udało mi się wyłapać, tak teraz chodził wiecznie niezadowolony, mamrocząc pod nosem coś o tym, że nie wie, po co mu to wszystko i dlaczego zdecydował się na współpracę z – cytuję – dwójką takich gówniarzy. Wiem jednak, że w głębi duszy cieszył się z tego, że jego teksty nabierają odpowiedniego kształtu i teraz bez większych obaw będą mogły być udostępniane szerszemu gronu czytelników.

Gdybym miała wybrać jedne zajęcia z całego kursu, które były najbardziej rozwijające, bez wątpienia wskazałabym na wspomnianą wcześniej poprawność językową. Odkopanie z zakamarków umysłu reguł używania przecinków, stosowania imiesłowów, odmiany liczebników i nazwisk, zasad składni zdań, poprawności leksykalnej i jeszcze kilku innych rzeczy – to wszystko powodowało, że chwilami miałam wrażenie, że mój mózg próbuje się wydostać poza czaszkę i wskoczyć do wiadra z zimną wodą. Albo z lodem.

Podobnie rzecz się miała w przypadku zajęć z korekty. Tutaj nauka wszystkich znaków korektorskich, ćwiczenie umiejętności „czytania korektorskiego” i zwracania uwagi na najmniejsze nawet szczegóły zaowocowały tym, że teraz nie jestem już w stanie przeczytać w normalny, spontaniczny sposób żadnej książki. Wszędzie widzę błędy.

Zajęcia z redakcji tekstów i podstaw edytorstwa – choć nadal były wymagające – nie powodowały wspomnianego wcześniej uczucia pary buchającej z uszu. Jakkolwiek podstawy edytorstwa zawierały w sobie sporo teorii, tak redakcja tekstów była przedmiotem czysto praktycznym i polegała po prostu na redagowaniu pism. Łatwo nie było ;). Niezwykle zajmujące okazały się zajęcia z redakcji technicznej, na których to nauczyłam się, jak wygląda proces wytwarzania papieru, jakie są jego rodzaje i w jaki sposób wybrać odpowiedni do określonych potrzeb. Dowiedziałam się o sposobie klejenia książek, o oprawach i o prawidłowym umieszczaniu ilustracji w tekście. Stało się jasne, że poligrafia i podstawy techniki wydawniczej to temat rzeka, o którym – o dziwo – mogłabym słuchać bez końca. Miałam poczucie, że pięć godzin to zdecydowanie za mało.

Mniejszą już wagę przywiązywałam do tekstów matematycznych, bibliografii i indeksów, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie było tam rzeczy, do których mogłabym odnieść pracę nad naszym wydawnictwem. Słuchałam jednak uważnie, robiłam też notatki. Nigdy nie wiadomo, kiedy może mi się to znowu przydać.

Czy jeśli miałabym znowu stanąć przed decyzją o zapisie na kurs redakcji merytorycznej, postąpiłabym tak samo? Bez wahania. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem dopiero na początku drogi i przede mną jeszcze dużo nauki oraz wiele wyzwań, jednak zyskałam już pewność co do tego, że jestem osobą, która z powodzeniem może temu podołać. Nie zapominając o pokorze – tak potrzebnej w pracy redaktora – coś mi się wydaje, że mam do tego dryg ;).

Martyna

Please follow and like us: