#3 O walce z przekładem tekstów

Mamy z Pawłem dużo planów związanych z naszym rodzącym się wydawnictwem – niektóre z nich są mniejsze, a inne większe. No dobra – większość z nich ma Paweł. Ale nic nie poradzę na to, że są tak dobre, że zaczynam je podświadomie traktować jako własne ;). I tak jednym z takich planów od zawsze było wejście z książką na rynek zagraniczny. Poziom czytelnictwa w Polsce nadal jest na zatrważająco niskim poziomie (chociaż nie mam pojęcia, jak oni wszyscy robią te swoje badania; nikt mnie nigdy nie zapytał, ile książek w roku czytam; mogłabym trochę zawyżyć obecne statystyki). Tak czy inaczej, Paweł chyba od samego początku miał taki zamiar. Stąd tłumaczenie opowiadań pana Forge’a i całe zamieszanie z tym związane.

W związku z faktem, że działamy w modelu self-publishingowym, sami odpowiadamy za promocję. Do czasu publikacji powieści staramy się więc promować twórczość pana Forge’a – tak, aby jesienią przyszłego roku miał już pewne grono stałych odbiorców i jednocześnie chętnych do kupna książki. Czemu więc nie spróbować dotrzeć do obcojęzycznych czytelników?

Jakiś czas temu zdecydowaliśmy, że wydamy powieść w języku angielskim w formie e-booka. Pozwoli nam to uniknąć problemów logistycznych z wysyłką (a przede wszystkim ceną tej wysyłki) książki za granicę. Pozostawał tylko problem tłumaczeń.

„Skoro mamy sprzedać książkę za granicą, to musimy też przetłumaczyć blog na angielski” – podjął kiedyś Paweł.

„Ja ci tego nie przetłumaczę, chyba że chcesz, żeby ludzie myśleli, że to jakieś dziecko pisało” – odpowiedziałam przerażona.

„Nie no, koleś. Trzeba znaleźć tłumacza.”

Jak zdążyliście się już pewnie zorientować, żadne z nas nie jest mistrzem w językach, a ostatni kontakt z angielskim w formie „do napisania” oboje mieliśmy chyba w liceum (czyli bardzo, bardzo dawno temu). Naszym pierwszym działaniem było więc podążenie znaną już z poszukiwań ilustratora drogą wrzucenia ogłoszeń na fora internetowe oraz facebookowe grupy tematyczne. Wybranym osobom, które się do nas odezwały, odesłaliśmy fragment opowiadania do próbnego tłumaczenia. Chcieliśmy zobaczyć, z czym w ogóle mamy do czynienia.

Okazuje się, że takie przekłady to droga sprawa jest. Mnożąc proponowane przez tłumaczy stawki przez liczbę znormalizowanych stron tekstu źródłowego, uzyskaliśmy straszliwie wysokie kwoty. Ponadto, czytając otrzymane próbne teksty (które wcale nie były jakoś mocno skomplikowane), w naszych głowach powoli zaczęły rodzić się myśli, że chyba trzeba będzie poszerzyć zasoby leksykalne oraz odświeżyć sobie znajomość zasad gramatycznych.

Jednym z celów, jakie postawiliśmy sobie w związku z naszym self-publishingowym projektem, jest robienie jak najwięcej rzeczy samodzielnie. Jeżeli oczywiście nie wymaga to specjalnych talentów (takich jak na przykład ma pani Martyna Nejman), to jesteśmy skłonni spróbować wielu rzeczy.

Sprawy nabrały tempa, kiedy Paweł, czytając wywiad w jednym z miesięczników fantastycznych, natknął się na informację o Wattpadzie.

„Musimy tam wejść z opowiadaniami pana Forge’a!” – Niemal krzyknął do mnie podczas jednej z naszych rozmów telefonicznych.

„Hę?” – zapytałam zdezorientowana. – „Jak ja nawet nie wiem, co Ty do mnie mówisz.”

Okazuje się, że Wattpad to ogromny serwis internetowy, zrzeszający miliony ludzi z całego świata. Działa na zasadzie mediów społecznościowych, ale – co najważniejsze – jego głównym zastosowaniem / przeznaczeniem jest publikowanie własnych tekstów przez jego użytkowników. Można tam znaleźć wszystko – od literatury młodzieżowej, przez romanse, aż po horrory. Jest i również nasza ukochana fantastyka.

„Dobra, zróbmy to!” – odpowiedziałam po niespełna dwudziestu czterech godzinach. Tak naprawdę myślę, że nie minęła nawet jedna.

Staliśmy jednak nadal w miejscu, jeśli chodzi o decyzję dotyczącą przekładów. To właśnie w tamtym momencie rozpoczęliśmy wdrażanie opisanych wyżej działań poszukiwawczych. Po dwóch tygodniach postanowiliśmy, że zrobimy to sami. Należało tylko znaleźć kogoś, kto będzie to dla nas sprawdzał i dzięki komu obcokrajowiec nie będzie się łapał za głowę przy przeczytaniu każdego kolejnego zdania po naszym tłumaczeniu.

Wybór padł na Magdę – moją serdeczną koleżankę z licealnej ławki. Magda jest nauczycielką języka angielskiego w jednej z wrocławskich szkół i, przebywając na urlopie macierzyńskim, będzie mogła wygospodarować wystarczająco dużo czasu na walkę z naszymi tłumaczeniami.

Bo początki były niepomiernie trudne! Nad przekładem pierwszych trzech stron „Rodziny Ponurych” spędziliśmy – z przerwami – jedenaście godzin. Po prostu nam nie szło. Brakowało nam słów, brakowało nam pewności co do czasu, jakiego trzeba było w danym zdaniu użyć, brakowało nam wiedzy na temat tego, jaki szyk zdań zastosować. Nie wspomnę nawet o idiomach.

Ale z każdą kolejną stroną było lepiej. Po przetłumaczeniu każdego określonego fragmentu opowiadania, wrzucaliśmy go do googlowskiego translatora. Bez obaw – nie po to przecież, żeby sprawdzać jego poprawność! Chodziło o przesłuchanie w języku angielskim tekstu, który dopiero co stworzyliśmy. Jeśli wyłapywaliśmy jakiś zgrzyt, od razu go modyfikowaliśmy. I muszę Wam powiedzieć, że całkiem dobrze się tego słuchało. Ale pewnie wynikało to z tego, że w sumie byliśmy trochę dumni – nawet nie tyle z siebie, co z faktu, że próbujemy się rozwijać w niebranym do tej pory pod uwagę kierunku.

Nie potrafię opisać naszej radości, kiedy postawiliśmy ostatnią kropkę w przetłumaczonej „Rodzinie Ponurych”. Ulga była tak wielka, że nie mogliśmy jej nie uczcić szklaneczką Jamesona. Może nawet dwiema ;).

Dla mocno zainteresowanych – poniżej link do „Rodziny Ponurych” po angielsku. https://www.wattpad.com/480343645-the-gloomy-family

Martyna

Please follow and like us: