#10 O pierwszej prawdziwej redakcji

Kiedy wpadłam na pomysł tego tekstu, przyszła mi jednocześnie do głowy myśl, że w końcu będę mogła Wam opowiedzieć o czymś, co w naszym projekcie sprawia mi największą przyjemność. Tak naprawdę gdyby nie moje pierwsze kulawe próby poprawiania tekstów pana Forge’a, moje życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Jestem jednak tu i teraz, co bardzo, ale to bardzo, mnie cieszy.

Zastanawiając się jeszcze nad samą koncepcją bloga, wydawało mi się, że to właśnie takie artykuły będą wzbudzać Wasze największe zainteresowanie. Będzie to bowiem tekst o tym, jak przebiegały prace nad pierwszą po ukończeniu przeze mnie kursu redakcją… i o tym, co zrobiliśmy dalej.

Moje prace nad „Cmentarzyskiem” zaczęły się w sierpniu 2016 roku (podany czas jest mocno szacunkowy, bo do tej pory nie wiem, jak to się w ogóle stało, że dostałam do ręki ten maszynopis, a tym bardziej nie potrafię wskazać konkretnej daty związanej z tym wydarzeniem). Trudno to w zasadzie nazwać pracami, bo moja wiedza — w porównaniu z tą, jaką w ciągu tego czasu nabyłam — wydaje się żadna. Nie przesadzam. Wprawdzie zawsze byłam „dobra” w tego typu rzeczach, ale nigdy nie wiązałam z nimi swojej przyszłości. Nawet by mi przez myśl nie przeszło, że będę kiedyś pracować bezpośrednio z autorem na etapie tworzenia jego powieści. Życie jednak stale nas zaskakuje i tak oto jestem ;).

Myślę, że do momentu, w którym skończyłam kurs redakcji merytorycznej, mogłam przeczytać (i za każdym razem poprawić) „Cmentarzysko” jakieś sześć razy. Kiedy jednak po raz pierwszy po kursie usiadłam z kubkiem kawy i zaczęłam czytać, byłam…załamana. Nie wynikało to z tego, że książka nagle wydała mi się beznadziejna. Chodziło bardziej o to, że przecież spędziłam już nad nią tyle czasu i wydawało się po prostu niemożliwe, żeby nadal było do poprawienia tyle rzeczy. To tak, jakbym w ogóle nie widziała części błędów tak straszliwych, że aż wstyd się przyznać. No ale co ja tam wiedziałam.

Zajęcia w Warszawie pomogły mi wyćwiczyć w sobie wiele umiejętności, ale zdecydowanie najważniejszą z nich jest zdolność korektorskiego czytania. Nagle zaczęłam zauważać rzeczy, na jakie wcześniej zupełnie nie zwracałam uwagi. Przywiązywałam teraz dużo większą wagę do czytania zdań słowo po słowie, litera po literze. Łatwiej przychodziła mi też szybsza eliminacja znalezionych błędów.

Najbardziej intensywne działania w poprawianiu książki przeprowadziłam w drugiej połowie grudnia. Mam ogromne tendencje do prokrastynacji i jeszcze nie do końca nauczyłam się dawać sobie z tym radę, dlatego oczywiście zostawiłam sobie najwięcej pracy na ostatnią chwilę. Gonił nas bowiem deadline ustalony z naszą ilustratorką dotyczący tego, że otrzyma od nas maszynopis powieści z zaznaczonymi do narysowania fragmentami na początku stycznia.

Na szczęście złożyło się tak, że nie byłam w owym czasie mocno ograniczona przez moją pracę zarobkową, ponadto czymś należało sobie zająć ten świąteczny okres, którego chyba nie jestem zbyt wielką fanką. Plan, jaki opracowaliśmy z Pawłem opierał się na tym, że ja szukałam wszelkich błędów i starałam się je poprawiać, a następnie wspólnie wprowadzaliśmy modyfikacje do pliku. To znaczy ja siedziałam z tymi swoimi pokreślonymi na czerwono karteczkami, mówiłam Pawłowi, co, jak, w którym miejscu (oraz dlaczego tak, a nie inaczej) powinien poprawić, a on zgadzał się… na 99% moich propozycji. Uznaliśmy, że to dobry sposób na to, żeby również on uczył się pisać w bardziej poprawny sposób.

Jakkolwiek spędziliśmy nad pierwszą redakcją „Cmentarzyska” naprawdę długie godziny, tak w żadnym razie nie uważam, żeby wykonana praca była na tym etapie wystarczająca. Podejrzewam, że czeka mnie jeszcze kilka takich redakcji, zanim w ogóle pozwolę na to, żeby przesłać tekst do złamania. No ale czego się nie robi, aby osiągnąć doskonałość? 😉

PS Wiecie, co zrobiliśmy z Pawłem dzień po skończeniu wprowadzania poprawek do tekstu?

Wybraliśmy jedenaście najbardziej interesujących według nas fragmentów tekstu (łatwo nie było, bo w kilku przypadkach naprawdę trudno było nam zdecydować, które fragmenty są najodpowiedniejsze; jeszcze trudniej było nam się przy tym nie pokłócić, ale na szczęście jakoś daliśmy radę ;)) i przesłaliśmy calutką książkę do naszej niezastąpionej Martyny. Już nie możemy się doczekać tych ilustracji! 🙂

Martyna

Please follow and like us:

#9 O marzeniach i ewoluujących planach

Zanim zaczniecie realizować jakiekolwiek ze swoich marzeń, musicie wziąć pod uwagę fakt, że gdy już się za to zabierzecie, nic nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Mowa oczywiście o prawdziwych marzeniach – takich najważniejszych w życiu. Takich, których realizacja może na nowo zdefiniować wszystkie Wasze cele i codziennie stawiać przed Wami coraz to nowe wyzwania.

Zabawne jest to, że dopóki nie poznałam Pawła, nie wiedziałam nawet, że mam takie marzenia. Tymczasem proces zakładania wydawnictwa, poznawanie tajników self-publishingu i blog działający zaledwie od paru miesięcy, przewróciły całe moje życie do góry nogami. To była najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam.

Ale dosyć ckliwości.

To będzie wpis o tym, jak z planu obejmującego wydanie książki przeszliśmy do założenia bloga. I otym, jak od tamtej chwili podjęliśmy szereg decyzji, z których każda po trosze sprawiła, że jesteśmy teraz w miejscu takim, a nie innym.

Bardzo chciałabym Wam powiedzieć, kiedy zadecydowaliśmy o tym, że zakładamy wydawnictwo. Co więcej – sama bardzo chciałabym to wiedzieć. Cały proces rozgrywał się na przestrzeni kilku miesięcy i trudno określić dokładny moment, w którym przeszliśmy od abstrakcyjnych marzeń do ich realizacji. Pytałam o to Pawła, ale z jego strony też nie spłynęło na mnie żadne olśnienie.

Lakoniczne podsumowanie naszych niespełna półrocznych działań w porządku chronologicznym przedstawia się następująco:

  • decyzja o wydaniu „Cmenatrzyska” metodą self-publishingu oraz pomysł na blog mający promować twórczość pana Forge’a;

  • zaangażowanie w pracę nad ilustracjami do naszych tekstów pani Martyny Nejman;

  • przygotowanie szczegółowego konceptu oraz uruchomienie rzeczonego bloga, wraz z kanałami jego promocji w mediach społecznościowych;

  • nie tylko rozpoczęcie, ale nawet ukończenie przeze mnie kursu redakcji merytorycznej;

  • samodzielnie przygotowywanie tłumaczeń na język angielski publikowanych na blogu tekstów wraz z założeniem kłobookowego profilu na platformie Wattpad;

  • przerobienie kilku kursów internetowych mających ułatwić nam pracę nad prowadzeniem naszego projektu;

  • podjęcie pierwszych kroków w temacie content marketingu – póki co czysto teoretycznie.

A ponadto, w tak zwanym międzyczasie:

  • odkrywaliśmy tajniki działania mediów społecznościowych wraz z promocjami, hasztagami i innymi narzędziami, pozwalającymi zwiększyć zasięg postów;

  • udzieliliśmy kilku wywiadów, z czym czujemy się ultra-dziwnie, ale nie powiem, że nieprzyjemnie :D;

  • wzięliśmy udział w profesjonalnej sesji zdjęciowej, dzięki której nasz wizerunek będzie jeszcze bardziej naturalny i przystępny dla Was; bo to dla Was jesteśmy.

Jakkolwiek kilka z powyższych podpunktów można traktować z przymrużeniem oka, tak w rzeczywistości chciałam się z Wami podzielić tym, że cały czas się uczymy. Każdego dnia testujemy nowe rozwiązania, mierzymy się z nowymi pomysłami (na które miesiąc wcześniej byśmy nie wpadli) i stawiamy czoła nowym wyzwaniom, jakie wynikają ze wspomnianych wcześniej nowych pomysłów. Nie spodziewaliśmy się, że wszystko potoczy się w takim tempie i obierze tak wiele kierunków jednocześnie, ale nie da się nawet określić, jak dużą stanowi to dla nas motywację.

To niesamowite, jak z jednego małego pomysłu (chociaż w sumie może nie był on znowu taki mały) wydania książki przeszliśmy przez wszystkie wymienione wyżej etapy. Właśnie to miałam na myśli, pisząc na początku posta, że z marzeniami trzeba ostrożnie – może się okazać, że jedno pociągnie za sobą kolejne i zanim się obejrzycie, będziecie musieli kupić tablicę korkową, żeby wieczorem, przed snem, ogarnąć wszystkie rzeczy, które macie do zrobienia nazajutrz. My, co prawda, do tej pory nie kupiliśmy tej tablicy, ale karteczki samoprzylepne na lodówce też zdają egzamin ;).

Martyna

Please follow and like us:

#8 O zdobyciu certyfikatu

Pamiętacie moją relację z kursu redakcji merytorycznej, na który wysłał mnie Paweł? Wspominałam wtedy o tym, jak intensywny był to okres, z jakim ogromem wiedzy się zderzyłam oraz w jaki sposób musiałam zorganizować sobie czas, żeby się w tym wszystkim nie pogubić.

Nie wiem dokładnie, kiedy i w jaki sposób się to stało, ale pewnego grudniowego poranka zorientowałam się, że nazajutrz miał się rozpocząć ostatni etap tej podróży. To będzie więc bardzo krótki wpis o tym, jak wyglądały moje przygotowania do trwającego jakieś siedem minut egzaminu, mającego mi zapewnić certyfikat redaktora.

Zaliczenie wyżej wspomnianego kursu miało postać dwojaką — po pierwsze mieliśmy za zadanie dokonać redakcji i korekty wybranego przez jednego z prowadzących tekstu. Mogłoby się wydawać: „bułka z masłem”. Drugą częścią (i jednocześnie oficjalnym egzaminem) była krytyczna rozmowa na temat dowolnie wybranej przez nas książki. Trzeba więc było wziąć pod uwagę nie tylko samą jej zawartość merytoryczną (w tym moją ukochaną już poprawność językową), ale też sposób jej wydania, zgodność z normami oraz inne elementy techniczne.

O ile podczas pierwszej części zaliczenia nie wydarzyło się nic godnego uwagi (wyłapanie błędów i ich eliminacja jest procesem raczej mało inspirującym do tworzenia barwnych i ciekawych opowieści), o tyle część druga wiąże się już z pewną anegdotą. Ale może zacznę od początku.

Jak to często ze mną bywa — wybranie odpowiedniej książki, którą miałam zabrać ze sobą na egzamin zostawiłam sobie, dosłownie, na ostatnią chwilę. W piątkowy wieczór zerknęłam więc na regał i zaczęłam przeszukiwać wzrokiem półkę po półce. Wiedziałam, że nie może to być po prostu moja ulubiona pozycja (a jeśli miałabym takową wybrać, to dopiero wtedy miałabym problem ;)), ponieważ chodziło też o to, aby budowa takiej książki była trochę bardziej złożona niż klasyczne teksty, jakie czytam zazwyczaj (fanka fantastyki, przypominam). Mój wybór padł więc na jedną z prac Antoniego Kępińskiego na temat leczenia pacjentów psychiatrycznych (absolwentka psychologii, przypominam). Było w niej kilka elementów, o jakich wiedziałam, że będę mogła chwilę dłużej opowiedzieć pod kątem edytorskim. Jednocześnie była na tyle bliska mojemu sercu, że bez oporów postanowiłam ją zabrać ze sobą do Warszawy. Porównałam sobie jej budowę z normami, zastanowiłam się, co jest w porządku, a co jeszcze można byłoby poprawić pod względem estetycznym (merytorycznie nawet nie śmiałabym wchodzić w kompetencje mistrza) i stwierdziłam, że w sumie czuję się z tym całkiem nieźle. Nawet zbyt mocno się nie denerwowałam.

Wiecie, co się stało na samym końcu? Kiedy dotarłam w niedzielny poranek do budynku, gdzie odbywał się kurs, miałam w plecaku jeszcze jedną powieść, którą w tamtym czasie czytałam dla czystego relaksu. Była to „Muzyka duszy” Pratchetta. Na pięć (no, może dziesięć) minut przed moim wejściem do sali egzaminacyjnej dokonałam więc szybkiego rozrachunku z samą sobą i uznałam, że TO jest jednak książka, dzięki której chcę uzyskać mój wymarzony certyfikat.

Chyba nie muszę Wam mówić, że udało mi się to bez najmniejszych problemów, prawda? 😉

 

Martyna

Please follow and like us:

#7 O potrzebie cierpliwości więcej

Wiecie, co najbardziej lubię w mojej relacji z Pawłem? Że w zasadzie nie ma takiej chwili, której nie moglibyśmy przekształcić w dwugodzinną rozmowę na temat pomysłów i planów dotyczących naszego wydawnictwa. To nie jest tak, że traktujemy te rozmowy jak zło konieczne — my to naprawdę lubimy. I tak od słów: „trzeba wyjść z psem na spacer” przechodzimy do czasami niekończących się dyskusji odnośnie do tego, który z naszych pomysłów (a najczęściej JEGO, nie będę ukrywać) warto zacząć realizować już teraz, a z którym należałoby jeszcze trochę poczekać. Niekiedy nie zdążymy przez to wyprowadzić psa i musimy sprzątać po jego chwilowym sprzeniewierzeniu się przeciwko nam. Wychodzi na to, że podobnie jak my — chłopak ma ograniczone zasoby cierpliwości  

Dużo takich wyżej opisanych rozmów przeprowadzaliśmy w momentach oczekiwania na realizację zadań związanych z naszym projektem, które powierzyliśmy osobom trzecim. Pani Martyna zrobiła cudowną pracę, projektując nasz blogowy szablon — sami musicie to przyznać. Zajęło jej to lekko ponad miesiąc, ale jeżeli mielibyśmy czekać tyle znowu, nie wahalibyśmy się ani sekundy. Już wtedy czuliśmy, że warto się uzbroić w cierpliwość i nie zawiedliśmy się. Czas poświęcony na wszelkie informacje zwrotne z naszej strony czy poprawki ze strony pani Martyny możemy zdecydowanie określić jako bardzo dobrze wykorzystany.

Staraliśmy sobie zorganizować ten okres w jakiś pożyteczny sposób. Nawet ja na tamtym etapie miałam już potrzebę działania i coraz rzadziej można było ode mnie usłyszeć słowa: „Ziom, chill. Jest na to jeszcze dużo czasu”. Paweł podjął więc rozmowy ze znajomym informatykiem, który miał zająć się zaprojektowaniem naszego bloga na Wordpressie i umieszczeniem na nim gotowego autorskiego szablonu. Od początku chcieliśmy się wyróżniać, a wiedzieliśmy, że sami jesteśmy w tym obszarze jak dzieci we mgle. Postawiliśmy więc na pomoc z zewnątrz.

Kiedy już dostaliśmy gotowy szablon od naszej ilustratorki, zaczęła się cała zabawa, w której główną rolę odgrywał Marcin. W związku z faktem, że robił to po godzinach i nieodpłatnie, nie czuliśmy, że mamy prawo go w jakikolwiek sposób popędzać. Owszem, mogliśmy zapłacić komuś, żeby to zrobił dużo szybciej, ale wydając książkę metodą self-publishingu bierzecie pod uwagę wszelkie koszta, jakie można sobie w jakikolwiek sposób ograniczyć. Jeżeli jest szansa na to, żeby zrobił coś dla Was ktoś znajomy – skorzystajcie (oczywiście jeśli ma do tego wystarczające umiejętności). My stwierdziliśmy, że to jest jeden z takich właśnie elementów.

Początkowo mieliśmy czekać około dwóch tygodni na to, aż nasza strona będzie gotowa. Byliśmy jednak przygotowani na — kolokwialnie rzecz ujmując — „obsuwy”. W żaden sposób nie pomogło nam się to mniej niecierpliwić, był to jednak poślizg, z którym jakoś się pogodziliśmy. Nie mieliśmy wyjścia.

To oczekiwanie zamieniliśmy na szkolenie się w zakresie obsługiwania WordPressa. Zainwestowaliśmy śmieszne pieniądze w internetowy kurs, który miał nas — absolutnych laików — przekształcić w osoby, które będą potrafiły w dużo bardziej profesjonalny sposób obsługiwać własną stronę internetową. Chyba nie idzie nam tak źle .

Proces samodzielnego przygotowywania książki do wejścia na rynek — bez względu na to, ile frajdy sprawia takim zapaleńcom jak my — wymaga więc dosyć pokaźnych zasobów cierpliwości. Zwłaszcza jeśli nie jesteście w stanie zająć się wszystkim na własną rękę. Wsparcie osób, które znają się dobrze na tym, co robią, a co będzie Wam potrzebne w procesie self-publishingu jest trudne do przecenienia. Ja i Paweł już szykujemy się na kolejne takie etapy, jak choćby skład i łamanie czy sam druk powieści. Paradoksalnie — trochę nie możemy się doczekać .

Martyna

Please follow and like us:

#6 O potrzebie cierpliwości

Jeżeli chcielibyście kiedyś zrobić rzecz podobną do tego, co aktualnie robimy z Pawłem (czyt. wydać własną książkę, tudzież otworzyć wydawnictwo, tudzież połączyć jedno z drugim) i myślicie, że można to zrobić na łapu capu i raz dwa, to będzie idealny tekst dla Was. Najbliższe dwa wpisy będą o tym, jak bardzo potrzebujemy innych osób, żeby wszystko co robimy, odznaczało się najwyższą jakością. Opowiem Wam więc, jak dużych pokładów cierpliwości potrzeba, aby nie dać się zwariować w tym całym procesie self-publishingowym.

Uważając się za ludzi niegłupich (a nawet całkiem mądrych), od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że w pewnych obszarach pracy nad książką po prostu nie poradzimy sobie bez pomocy osób trzecich. Nie jesteśmy ani alfą, ani omegą — wiemy więc, że są takie sytuacje, w których oddelegowanie zadań na rzecz osób od nas bardziej doświadczonych (a więc i w określonych kwestiach mądrzejszych), będzie najlepszą decyzją, jaką można podjąć. Owszem — wzięliśmy już na siebie obowiązki korektorsko-redaktorskie, ale co do całej reszty czuliśmy się — delikatnie mówiąc — mało kompetentni.

I tak w naszym przypadku pierwszą ze spraw, nad którymi chcieliśmy oddać kontrolę komuś innemu, były wszelkie działania marketingowe, słowem — popularne „managerowanie”. Chyba trochę przerażała nas wizja podejmowania decyzji na temat strategii promocyjnych i typowo formalnych. Jednocześnie nie chcieliśmy oddawać tej części w ręce osoby „z ulicy”, która wniosłaby do naszego projektu niewiele więcej poza pytaniem: „A ile na tym można zarobić?”. Z tego względu nasz pierwszy wybór padł na moją serdeczną koleżankę i najbardziej konkretną osobę, jaką znam — Magdę. Niestety nie mogliśmy gorzej trafić z momentem owej propozycji. Magda intensywnie przygotowywała się owego czasu do swojej ceremonii zaślubin, w związku z czym poprosiła nas o czas do namysłu, ponieważ nie chciała wtedy podejmować tak poważnej decyzji.

Po niemal trzech miesiącach oczekiwania usłyszeliśmy słowa, na które tak bardzo czekaliśmy — mieliśmy managera! Nasza radość nie trwała jednak długo — po upływie kolejnego miesiąca Magda stwierdziła, że w jej obecnej sytuacji życiowej nie może się podjąć tego zadania. Czuła, że nie będzie mogła się zaangażować w nasz projekt tak, jakby chciała i tak, jakbyśmy na to zasługiwali. Nasza drużyna straciła więc jednego z członków — ponownie zostaliśmy tylko ja i Paweł (pan Forge unikał wszystkiego, co nie było pisaniem, i to pisaniem wymagającym najgłębszego skupienia i izolacji od świata). Cierpliwość, jaką się wykazaliśmy, okazała się więc bezcelowa.

Minęło trochę czasu, w trakcie którego doszliśmy do wniosku, że skoro Magda postanowiła z nas zrezygnować, będziemy musieli sobie poradzić sami. Tak jak pisałam wcześniej — nie chcieliśmy randomowego managera, który nie zaangażuje się emocjonalnie w najmniejszym nawet stopniu w proces wydania książki pana Forge’a. To od samego początku był dla nas projekt bardzo osobisty i w taki sposób chcieliśmy go też poprowadzić od początku do końca. Zaczęliśmy więc samodzielne, baaaaardzo powolne wdrażanie działań marketingowych. Założyliśmy profil na Instagramie oraz stworzyliśmy pierwszy zarys fanpage’a na Facebooku. Nie wykazywaliśmy na nich póki co żadnej aktywności — po prostu chcieliśmy, żeby wszystko było gotowe w momencie, w którym nasza ilustratorka — pani Martyna Nejman — skończy nasz blogowy szablon, a Marcin — nasz informatyk — postawi nam stronę internetową opartą o Wordpressa.

Przed nami rozciągały się kolejne miesiące czekania i zużywania wszelkich zasobów cierpliwości, jakie mieliśmy. Ale o tym w kolejnym poście.

Martyna

Please follow and like us:

#5 O tym, jak pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze

Mieliście już okazję poznać historię zawiązania drużyny przeze mnie i przez Pawła (przypominam: pierwszy wpis „Z życia wydawnictwa”). Najwyższy czas na to, aby opowiedzieć Wam o wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze do naszego projektu. To będzie wpis o tym, jak pozyskaliśmy najlepszego autora pod słońcem i jak ciągle uczymy się go oswoić ;).

Wszystko zaczęło się od tego, że Paweł poszedł do szkoły filmowej. Był taki krakowski epizod, który rozegrał się ładnych parę lat temu i który (jak się właśnie okazuje) miał mieć bardzo odległe konsekwencje, jakich chyba nikt wtedy nie mógł przewidzieć. Konsekwencje, które wpłynęły na to, jak wygląda w zasadzie całe nasze życie. Gdyby nie ten jeden semestr, prawdopodobnie nie mielibyśmy autora chcącego podjąć z nami współpracę. W każdym razie na pewno nie byłby to autor mający TAKIE pomysły i TAKIE historie do opowiedzenia. Niech już będzie – nie byłby to pan Forge ;). To zabawne, jak czasami jedna decyzja potrafi wpłynąć na wydarzenia, które mają się rozegrać w przyszłości.

Ale do rzeczy.

Warunkiem zaliczenia jednego z przedmiotów w owej szkole filmowej było napisanie krótkiego scenariusza. Praca, po ocenie przez zawodową scenarzystkę, mogła zostać zrealizowana w formie etiudy (jeśli była na tyle dobra i stanowiła wartościowy materiał). Studenci mogli wtedy wybrać, czy będą chcieli pracować nad swoim własnym scenariuszem, czy raczej wolą zostać członkiem zespołu zajmującego się inną historią.

Paweł był jedyną osobą, która nie oddała zaliczeniowego scenariusza w pierwszym terminie. Nie była to kwestia tego, że brakowało mu motywacji, żeby się do tego zabrać; nie miał po prostu w głowie nawet zarysu opowieści, którą mógłby przedstawić. Kiedy jednak już pomysł się pojawił – cały scenariusz powstał w zaledwie jeden wieczór.

Według tego, co mówi Paweł, nigdy wcześniej w efekcie jego pracy nie powstało nic podobnego. To trochę tak, jakby pojawiła się zupełnie inna osoba odpowiedzialna za tę historię. Alter ego będące autorem „Daniela” zabrało nas w podróż do świata, który cztery lata później jest już tak rozbudowany, że trudno nałożyć na niego jakiekolwiek ograniczenia. Pan Forge oficjalnie zaczął tworzyć swoją własną rzeczywistość, która z każdym dniem staje się coraz bardziej złożona. Nie będę ukrywać, że prace zaczęły nabierać tempa gdzieś w okolicach momentu, w którym to ja zachwyciłam się przedstawionym w nich światem. Lubię sobie myśleć, że byłam takim małym motywatorem ;).

Na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy od przeczytania przeze mnie maszynopisu powieści otrzymywaliśmy więc spod pióra pana Forge’a kolejne opowiadania, które – razem z książką – układały się w niesamowitą całość. Paweł od dłuższego czasu marzył o własnym wydawnictwie, a spotykając na swojej drodze mnie – jako osobę, która z zapałem podjęła się (początkowo amatorskich, później już bardziej profesjonalnych) prób redakcji – miał w końcu odpowiednie wsparcie. Wspólnie podjęliśmy więc decyzję i postanowiliśmy podzielić się tym wszystkim z szerszą publicznością.

Pan Forge to osobowość o bardzo specyficznym sposobie bycia, określonych cechach charakteru i niespotykanym talencie. To dlatego traktujemy go jako odrębną postać – tutaj określenie „nie z tego świata” nabiera znaczenia dosłownego. Chyba nigdy bym sobie nie darowała, jeśli pozwoliłabym na to, żeby jego prace pozostały jedynie na dnie szuflady.

Nasz blog to przede wszystkim sposób na zapoznanie Was ze światem, postaciami i pomniejszymi wątkami, o których w całości traktuje książka. Marzy nam się, żebyście w trakcie tego najbliższego roku pokochali tę rzeczywistość, wytypowali swoich ulubionych bohaterów i na bieżąco śledzili ich losy w kolejnych opowiadaniach. A najbardziej chcielibyśmy, żebyście nie mogli się doczekać premiery książki i z niecierpliwością czekali na każdą publikację, jaką sobie zaplanujemy. Ale myślę, że na wszystko przyjdzie czas… 😉

Martyna

Please follow and like us:

#4 O zdobywaniu kwalifikacji

Jako przyjaciele nie mamy raczej problemów z wzajemnym zaufaniem do siebie. Jednak ZAUFANIE (wielkich liter użyto celowo), jakie Paweł okazał, pozwalając mi na objęcie funkcji redaktorsko-korektorskich w naszym projekcie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Był to prezent, który dostałam bez żadnej szczególnej okazji, a który okazał się dla mnie „małym” życiowym przełomem („małym” w cudzysłowie, ponieważ tak naprawdę całe moje życie przewróciło się do góry nogami). Paweł osiągnął mistrzostwo w robieniu prezentów ludziom, o których się troszczy. Tak przynajmniej wynika z moich osobistych doświadczeń.

Tak czy inaczej, kiedy decyzja została podjęta, w ciągu jednej doby znalazłam w internecie kurs redakcji merytorycznej. Cały czas miałam z tyłu głowy myśl „co ja w ogóle wiem na temat redakcji tekstów litarackich?”. Bardzo chciałam się podjąć tego zadania – korekta opowiadań w domowym zaciszu sprawiała mi niesamowicie wiele przyjemności i bardzo intensywnie stymulowała mnie intelektualnie. Jednocześnie czułam, że porywam się trochę z motyką na słońce, że wyrządzę więcej szkody niż pożytku. Paweł jednak w bardzo dobry sposób radził sobie z takimi momentami mojego braku wiary we własne możliwości i odpowiednio pracował nad budowaniem i umacnianiem mojego poczucia własnej wartości. Zapisaliśmy mnie więc na jesienną edycję kursu.

Kiedy w końcu nadszedł moment mojego wyjazdu do Warszawy, byłam trochę zestresowana, a zarazem mocno podekscytowana. Dotarłam na miejsce o 6.40 (spróbujcie wyobrazić sobie moją minę, kiedy w jednej chwili siadam na swoim miejscu w autobusie we Wrocławiu, a w drugim – jakieś pięć minut później – kierowca oznajmia przez megafon, że zaprasza do wyjścia, bo właśnie dojechaliśmy do Warszawy; do tej pory nie wiem, jak to się stało).

Moje odczucia po pierwszym zjeździe były mieszane – z jednej strony niepomiernie się cieszyłam, że się tam znalazłam; że mogę słuchać tych wszystkich mądrych ludzi, którzy mówią dokładnie te rzeczy, które potrzebowałam usłyszeć od kogoś tak mądrego. Najbardziej w pamięć zapadła mi wypowiedź: „To, czy ktoś będzie dobrym redaktorem, nie jest w żadnym stopniu zdeterminowane jego specjalistycznym wykształceniem w tym kierunku. To samo można osiągnąć po prostu praktykując. Ćwiczenie czyni mistrza”. Nie potrafię określić, jak bardzo ważne były dla mnie te słowa. Z drugiej strony natomiast, mój zapał został ostudzony przez zajęcia z poprawności językowej. Jeszcze tyle musiałam się nauczyć!

To były bardzo intensywne miesiące. Praca od poniedziałku do piątku; w piątek w nocy podróż do Warszawy, tam cały sobotni dzień spędzony w szkole, wieczorne szlifowanie umiejętności nabytych w ciągu dnia oraz dodatkowo praca nad tekstami na bloga; sen (dzięki niebiosom za te kilka godzin, w trakcie których mogłam się skupić tylko na tym, czy przypadkiem nie jest mi za gorąco pod kołdrą ;)); następnie niedzielne zajęcia i powrót do Wrocławia późnym wieczorem – to wszystko wymagało sporych nakładów wytrzymałości i odporności.

Ilość wiedzy, jaką zdobyłam i zdolności, jakie udało mi się opanować w trakcie tych dwóch miesięcy, są jednak trudne do przecenienia. Jeśli pan Forge wcześniej marudził, wprowadzając poprawki wszystkich błędów, które udało mi się wyłapać, tak teraz chodził wiecznie niezadowolony, mamrocząc pod nosem coś o tym, że nie wie, po co mu to wszystko i dlaczego zdecydował się na współpracę z – cytuję – dwójką takich gówniarzy. Wiem jednak, że w głębi duszy cieszył się z tego, że jego teksty nabierają odpowiedniego kształtu i teraz bez większych obaw będą mogły być udostępniane szerszemu gronu czytelników.

Gdybym miała wybrać jedne zajęcia z całego kursu, które były najbardziej rozwijające, bez wątpienia wskazałabym na wspomnianą wcześniej poprawność językową. Odkopanie z zakamarków umysłu reguł używania przecinków, stosowania imiesłowów, odmiany liczebników i nazwisk, zasad składni zdań, poprawności leksykalnej i jeszcze kilku innych rzeczy – to wszystko powodowało, że chwilami miałam wrażenie, że mój mózg próbuje się wydostać poza czaszkę i wskoczyć do wiadra z zimną wodą. Albo z lodem.

Podobnie rzecz się miała w przypadku zajęć z korekty. Tutaj nauka wszystkich znaków korektorskich, ćwiczenie umiejętności „czytania korektorskiego” i zwracania uwagi na najmniejsze nawet szczegóły zaowocowały tym, że teraz nie jestem już w stanie przeczytać w normalny, spontaniczny sposób żadnej książki. Wszędzie widzę błędy.

Zajęcia z redakcji tekstów i podstaw edytorstwa – choć nadal były wymagające – nie powodowały wspomnianego wcześniej uczucia pary buchającej z uszu. Jakkolwiek podstawy edytorstwa zawierały w sobie sporo teorii, tak redakcja tekstów była przedmiotem czysto praktycznym i polegała po prostu na redagowaniu pism. Łatwo nie było ;). Niezwykle zajmujące okazały się zajęcia z redakcji technicznej, na których to nauczyłam się, jak wygląda proces wytwarzania papieru, jakie są jego rodzaje i w jaki sposób wybrać odpowiedni do określonych potrzeb. Dowiedziałam się o sposobie klejenia książek, o oprawach i o prawidłowym umieszczaniu ilustracji w tekście. Stało się jasne, że poligrafia i podstawy techniki wydawniczej to temat rzeka, o którym – o dziwo – mogłabym słuchać bez końca. Miałam poczucie, że pięć godzin to zdecydowanie za mało.

Mniejszą już wagę przywiązywałam do tekstów matematycznych, bibliografii i indeksów, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie było tam rzeczy, do których mogłabym odnieść pracę nad naszym wydawnictwem. Słuchałam jednak uważnie, robiłam też notatki. Nigdy nie wiadomo, kiedy może mi się to znowu przydać.

Czy jeśli miałabym znowu stanąć przed decyzją o zapisie na kurs redakcji merytorycznej, postąpiłabym tak samo? Bez wahania. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem dopiero na początku drogi i przede mną jeszcze dużo nauki oraz wiele wyzwań, jednak zyskałam już pewność co do tego, że jestem osobą, która z powodzeniem może temu podołać. Nie zapominając o pokorze – tak potrzebnej w pracy redaktora – coś mi się wydaje, że mam do tego dryg ;).

Martyna

Please follow and like us:

#3 O walce z przekładem tekstów

Mamy z Pawłem dużo planów związanych z naszym rodzącym się wydawnictwem – niektóre z nich są mniejsze, a inne większe. No dobra – większość z nich ma Paweł. Ale nic nie poradzę na to, że są tak dobre, że zaczynam je podświadomie traktować jako własne ;). I tak jednym z takich planów od zawsze było wejście z książką na rynek zagraniczny. Poziom czytelnictwa w Polsce nadal jest na zatrważająco niskim poziomie (chociaż nie mam pojęcia, jak oni wszyscy robią te swoje badania; nikt mnie nigdy nie zapytał, ile książek w roku czytam; mogłabym trochę zawyżyć obecne statystyki). Tak czy inaczej, Paweł chyba od samego początku miał taki zamiar. Stąd tłumaczenie opowiadań pana Forge’a i całe zamieszanie z tym związane.

W związku z faktem, że działamy w modelu self-publishingowym, sami odpowiadamy za promocję. Do czasu publikacji powieści staramy się więc promować twórczość pana Forge’a – tak, aby jesienią przyszłego roku miał już pewne grono stałych odbiorców i jednocześnie chętnych do kupna książki. Czemu więc nie spróbować dotrzeć do obcojęzycznych czytelników?

Jakiś czas temu zdecydowaliśmy, że wydamy powieść w języku angielskim w formie e-booka. Pozwoli nam to uniknąć problemów logistycznych z wysyłką (a przede wszystkim ceną tej wysyłki) książki za granicę. Pozostawał tylko problem tłumaczeń.

„Skoro mamy sprzedać książkę za granicą, to musimy też przetłumaczyć blog na angielski” – podjął kiedyś Paweł.

„Ja ci tego nie przetłumaczę, chyba że chcesz, żeby ludzie myśleli, że to jakieś dziecko pisało” – odpowiedziałam przerażona.

„Nie no, koleś. Trzeba znaleźć tłumacza.”

Jak zdążyliście się już pewnie zorientować, żadne z nas nie jest mistrzem w językach, a ostatni kontakt z angielskim w formie „do napisania” oboje mieliśmy chyba w liceum (czyli bardzo, bardzo dawno temu). Naszym pierwszym działaniem było więc podążenie znaną już z poszukiwań ilustratora drogą wrzucenia ogłoszeń na fora internetowe oraz facebookowe grupy tematyczne. Wybranym osobom, które się do nas odezwały, odesłaliśmy fragment opowiadania do próbnego tłumaczenia. Chcieliśmy zobaczyć, z czym w ogóle mamy do czynienia.

Okazuje się, że takie przekłady to droga sprawa jest. Mnożąc proponowane przez tłumaczy stawki przez liczbę znormalizowanych stron tekstu źródłowego, uzyskaliśmy straszliwie wysokie kwoty. Ponadto, czytając otrzymane próbne teksty (które wcale nie były jakoś mocno skomplikowane), w naszych głowach powoli zaczęły rodzić się myśli, że chyba trzeba będzie poszerzyć zasoby leksykalne oraz odświeżyć sobie znajomość zasad gramatycznych.

Jednym z celów, jakie postawiliśmy sobie w związku z naszym self-publishingowym projektem, jest robienie jak najwięcej rzeczy samodzielnie. Jeżeli oczywiście nie wymaga to specjalnych talentów (takich jak na przykład ma pani Martyna Nejman), to jesteśmy skłonni spróbować wielu rzeczy.

Sprawy nabrały tempa, kiedy Paweł, czytając wywiad w jednym z miesięczników fantastycznych, natknął się na informację o Wattpadzie.

„Musimy tam wejść z opowiadaniami pana Forge’a!” – Niemal krzyknął do mnie podczas jednej z naszych rozmów telefonicznych.

„Hę?” – zapytałam zdezorientowana. – „Jak ja nawet nie wiem, co Ty do mnie mówisz.”

Okazuje się, że Wattpad to ogromny serwis internetowy, zrzeszający miliony ludzi z całego świata. Działa na zasadzie mediów społecznościowych, ale – co najważniejsze – jego głównym zastosowaniem / przeznaczeniem jest publikowanie własnych tekstów przez jego użytkowników. Można tam znaleźć wszystko – od literatury młodzieżowej, przez romanse, aż po horrory. Jest i również nasza ukochana fantastyka.

„Dobra, zróbmy to!” – odpowiedziałam po niespełna dwudziestu czterech godzinach. Tak naprawdę myślę, że nie minęła nawet jedna.

Staliśmy jednak nadal w miejscu, jeśli chodzi o decyzję dotyczącą przekładów. To właśnie w tamtym momencie rozpoczęliśmy wdrażanie opisanych wyżej działań poszukiwawczych. Po dwóch tygodniach postanowiliśmy, że zrobimy to sami. Należało tylko znaleźć kogoś, kto będzie to dla nas sprawdzał i dzięki komu obcokrajowiec nie będzie się łapał za głowę przy przeczytaniu każdego kolejnego zdania po naszym tłumaczeniu.

Wybór padł na Magdę – moją serdeczną koleżankę z licealnej ławki. Magda jest nauczycielką języka angielskiego w jednej z wrocławskich szkół i, przebywając na urlopie macierzyńskim, będzie mogła wygospodarować wystarczająco dużo czasu na walkę z naszymi tłumaczeniami.

Bo początki były niepomiernie trudne! Nad przekładem pierwszych trzech stron „Rodziny Ponurych” spędziliśmy – z przerwami – jedenaście godzin. Po prostu nam nie szło. Brakowało nam słów, brakowało nam pewności co do czasu, jakiego trzeba było w danym zdaniu użyć, brakowało nam wiedzy na temat tego, jaki szyk zdań zastosować. Nie wspomnę nawet o idiomach.

Ale z każdą kolejną stroną było lepiej. Po przetłumaczeniu każdego określonego fragmentu opowiadania, wrzucaliśmy go do googlowskiego translatora. Bez obaw – nie po to przecież, żeby sprawdzać jego poprawność! Chodziło o przesłuchanie w języku angielskim tekstu, który dopiero co stworzyliśmy. Jeśli wyłapywaliśmy jakiś zgrzyt, od razu go modyfikowaliśmy. I muszę Wam powiedzieć, że całkiem dobrze się tego słuchało. Ale pewnie wynikało to z tego, że w sumie byliśmy trochę dumni – nawet nie tyle z siebie, co z faktu, że próbujemy się rozwijać w niebranym do tej pory pod uwagę kierunku.

Nie potrafię opisać naszej radości, kiedy postawiliśmy ostatnią kropkę w przetłumaczonej „Rodzinie Ponurych”. Ulga była tak wielka, że nie mogliśmy jej nie uczcić szklaneczką Jamesona. Może nawet dwiema ;).

Dla mocno zainteresowanych – poniżej link do „Rodziny Ponurych” po angielsku. https://www.wattpad.com/480343645-the-gloomy-family

Martyna

Please follow and like us:

#2 O pozyskaniu ilustratora

Pomimo że opisany w poprzednim poście proces zawiązania przeze mnie i Pawła drużyny kłobookowej sam w sobie był dość długotrwały, jeszcze więcej czasu zabrało nam podjęcie pierwszych kroków ku jego realizacji. Znalezienie ilustratora było naszym pierwszym małym sukcesem. Ale po kolei…

Działania związane z pracą nad wydawnictwem zaczęły się od wyszukania przeze mnie startującego w październiku kursu redakcji merytorycznej. W ciągu dwudziestu czterech godzin zabukowaliśmy miejsce – tak, aby później nie spotkała nas żadna przykra niespodzianka. Paweł nie brał już pod uwagę nikogo innego obejmującego to stanowisko. Można powiedzieć, że wszystko było moje ;).

Minęło jednak ładnych parę miesięcy, zanim ruszyliśmy z czymkolwiek naprzód. W dużej mierze było to spowodowane oczekiwaniem na decyzję Magdy odnośnie piastowania managerskiego urzędu w naszym projekcie. Być może jednym z kolejnych wpisów będzie ta właśnie historia. W każdym razie poza intensywnym czytaniem kursów na temat tego, jak wydać własną książkę metodą self-publishingu oraz jak założyć własne wydawnictwo, nie zrobiliśmy zbyt wiele. Stworzyliśmy jedynie bardzo roboczą bazę mediów.

Musicie wiedzieć, że w naszej relacji ja jestem osobą, która uważa, że zawsze jest czas na wszystko, natomiast Paweł jest tą połową bardziej odpowiedzialną i nieustannie stawiającą sobie (a teraz i mnie) konkretne cele, jakie trzeba realizować. Myślę, że to właśnie dzięki temu to wszystko działa.

Wracając jednak do tematu… Wiedzieliśmy, że potrzebujemy ilustratora – najlepiej takiego, który będzie preferował długoterminową współpracę z nami i który poczuje klimat świata tworzonego przez pana Forge’a. Zadecydowaliśmy, że oprócz rysunków do książki, będziemy także chcieli dołączać jedną ilustrację do każdego autorskiego tekstu na blogu (mowa oczywiście o tekstach pana Forge’a). W czerwcu uznaliśmy, że nadszedł czas na to, aby taką osobę znaleźć. Postawiliśmy na umieszczenie ogłoszenia na kilku facebookowych grupach zrzeszających grafików oraz ilustratorów. Odzew, jaki otrzymaliśmy, był powyżej naszych oczekiwań. Odpowiedziało nam ponad dwadzieścia osób, z których każda przedstawiła swoje portfolio i była gotowa na podjęcie z nami współpracy. Poczuliśmy się całkiem przyjemnie, nie będę ukrywać ;).

Spośród nadesłanych ofert wybraliśmy niespełna dziesięć, na które odpowiedzieliśmy. Poprosiliśmy o wykonanie próbnych rysunków do wybranego fragmentu jednego z opowiadań. Mieliśmy ogromną chrapkę na jedną konkretną osobę, ale chcieliśmy zobaczyć, w jaki sposób ilustratorzy poradzą sobie z powierzonym im zadaniem.

W skrócie: jako pierwsza próbną ilustrację przysłała nam nasza „wybranka”. Byliśmy zachwyceni i chyba podświadomie wiedzieliśmy, że ciężko będzie komukolwiek przebić to, co zobaczyliśmy. W zasadzie przez pierwsze minuty nie byliśmy nawet w stanie znaleźć odpowiednich słów, żeby opisać, jak bardzo podobał nam się rysunek (będziecie mieli okazję zobaczyć go wraz z jednym z kolejnych opowiadań). Decyzja mogła być więc tylko jedna. Pani Martyna Nejman oficjalnie została ilustratorką prac związanych z Projektem Kłobook. Jesteśmy niebywale dumni!

Martyna

https://www.facebook.com/artofmartynanejman/

https://www.artstation.com/whitewolfart

http://martynanejman.wixsite.com/ilustrator-portfolio/ilustracje

Please follow and like us:

#1 O zawiązaniu drużyny

Jako blogerka o statusie mniej niż nieprofesjonalnym przez jakiś czas zastanawiałam się, czym Was urzec w swoim pierwszym poście. Nie myślałam zbyt długo, po czym uznałam, że wypadałoby przedstawić Wam historię tego, jak to wszystko się zaczęło. Jeśli w żaden sposób Was to nie przekona, nie poddawajcie się. To znaczy – dajcie mi jeszcze jakąś szansę. Nie od razu Kraków zbudowano, jak mawiają mądrzy ludzie.

Ale do rzeczy. To będzie tekst o tym, jak dwójka nieznajomych zawiązała drużynę (jeśli czytaliście notatkę „O nas”, wiecie już, że jest to jedno z naszych ulubionych określeń).

Czasem wystarczy jedna rozmowa, aby nawiązać porozumienie, a kiedy indziej nawet wieloletnie relacje nie przechodzą na wyższy poziom. Romantycy nazywają to przeznaczeniem, pragmatycy – zbiegiem okoliczności. Ja myślę, że byliśmy po prostu w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. No i z podobnymi rzeczami w głowie.

Gdybym miała odpowiedzieć jednym zdaniem na pytanie: „Od czego wszystko się zaczęło?”, prawdopodobnie powiedziałabym, że od pożyczenia sobie jednej książki. Nie było to pochodzenie z jednej miejscowości, nie była to też praca drzwi w drzwi przez pół roku (chociaż to akurat mogło się trochę przyczynić do rozwoju naszej znajomości). Tak naprawdę zaczęło się od tego, że Paweł pożyczył mi powieść, przez którą nie było mnie dla świata przez jakieś czterdzieści osiem godzin. Można to uznać za całkiem niezłe osiągnięcie, biorąc pod uwagę ponad siedmiuset-stronicową objętość oraz fakt, że w międzyczasie widziano mnie w pracy, tudzież supermarkecie – prawdopodobnie poszukującą Milki Oreo.

Kilka książek później (żeby nie było, ja też mu coś tam pożyczałam; do tej pory słucham złośliwości na temat jednej z moich ulubionych w tamtym czasie trylogii) otrzymałam pierwszy maszynopis powieści autorstwa pana Forge’a. Liczył wtedy około dziewięćdziesięciu stron A4, czyli był o jakieś dwie trzecie krótszy niż wersja końcowa.

Napisałeś książkę?!” – zapytałam z wypiekami na policzkach.

Chciałbym. Nie jest do końca moja.” – ostudził lekko mój zapał Paweł.

A mogę chociaż popoprawiać jakieś przecinki, czy coś?”

No po to też ci to dałem, kolesiu.”

Zajęłam się tymi przecinkami. Poza tym wzięłam się też za powtórzenia i inne błędy, które rzuciły mi się w oczy. Nieoficjalnie zostałam wtedy redaktorem każdego tekstu, jaki kiedykolwiek wyszedł (i wyjdzie w przyszłości) spod ręki pana Forge’a. No bo w końcu jesteśmy z Pawłem drużyną, więc jeśli jemu na czymś zależy, to jest to ważne także dla mnie.

W tamtym czasie nie byłam jeszcze świadoma tego, że jednym z największych marzeń Pawła jest posiadanie własnego wydawnictwa. Pisząc „marzenie”, mam na myśli taki abstrakcyjny byt, o którym można sobie tylko pomyśleć raz na jakiś czas przed snem (albo pod prysznicem) na zasadzie „co by było gdyby”. Nie braliśmy tego na serio. W zasadzie ciężko byłoby mi wskazać jeden taki moment, w którym się na to zdecydowaliśmy. Mam wrażenie, że wraz z tym, jak nasza relacja się pogłębiała i stawaliśmy się dla siebie coraz większym oparciem, zaczęliśmy rozmawiać na ten temat na poziomie bardziej realnym. W końcu nie bez powodu powiedziałam kiedyś, że jestem „od spełniania marzeń” ;).

Tak czy inaczej rok później jesteśmy w miejscu, w którym podjęliśmy decyzję o samodzielnym wydaniu książki w modelu self-publishingowym; uruchomiliśmy blog, który ma Wam pomóc poznać świat i teksty pana Forge’a oraz być na bieżąco z pracami nad procesem wydawniczym; zapisaliśmy mnie na kurs redakcji merytorycznej – tak, żebym była tak dobra, jak tylko można; znaleźliśmy genialną i utalentowaną panią ilustratorkę, o czym niebawem będziecie mieli okazję się przekonać samodzielnie. Biorąc pod uwagę fakt, że większość z tych rzeczy wydarzyła się w ciągu ostatnich trzech miesięcy, myślę, że to całkiem niezły start.

A Paweł cały czas marudzi, że nic nie robimy… 😉

Martyna

Please follow and like us: