#9 O marzeniach i ewoluujących planach

Zanim zaczniecie realizować jakiekolwiek ze swoich marzeń, musicie wziąć pod uwagę fakt, że gdy już się za to zabierzecie, nic nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Mowa oczywiście o prawdziwych marzeniach – takich najważniejszych w życiu. Takich, których realizacja może na nowo zdefiniować wszystkie Wasze cele i codziennie stawiać przed Wami coraz to nowe wyzwania.

Zabawne jest to, że dopóki nie poznałam Pawła, nie wiedziałam nawet, że mam takie marzenia. Tymczasem proces zakładania wydawnictwa, poznawanie tajników self-publishingu i blog działający zaledwie od paru miesięcy, przewróciły całe moje życie do góry nogami. To była najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęłam.

Ale dosyć ckliwości.

To będzie wpis o tym, jak z planu obejmującego wydanie książki przeszliśmy do założenia bloga. I otym, jak od tamtej chwili podjęliśmy szereg decyzji, z których każda po trosze sprawiła, że jesteśmy teraz w miejscu takim, a nie innym.

Bardzo chciałabym Wam powiedzieć, kiedy zadecydowaliśmy o tym, że zakładamy wydawnictwo. Co więcej – sama bardzo chciałabym to wiedzieć. Cały proces rozgrywał się na przestrzeni kilku miesięcy i trudno określić dokładny moment, w którym przeszliśmy od abstrakcyjnych marzeń do ich realizacji. Pytałam o to Pawła, ale z jego strony też nie spłynęło na mnie żadne olśnienie.

Lakoniczne podsumowanie naszych niespełna półrocznych działań w porządku chronologicznym przedstawia się następująco:

  • decyzja o wydaniu „Cmenatrzyska” metodą self-publishingu oraz pomysł na blog mający promować twórczość pana Forge’a;

  • zaangażowanie w pracę nad ilustracjami do naszych tekstów pani Martyny Nejman;

  • przygotowanie szczegółowego konceptu oraz uruchomienie rzeczonego bloga, wraz z kanałami jego promocji w mediach społecznościowych;

  • nie tylko rozpoczęcie, ale nawet ukończenie przeze mnie kursu redakcji merytorycznej;

  • samodzielnie przygotowywanie tłumaczeń na język angielski publikowanych na blogu tekstów wraz z założeniem kłobookowego profilu na platformie Wattpad;

  • przerobienie kilku kursów internetowych mających ułatwić nam pracę nad prowadzeniem naszego projektu;

  • podjęcie pierwszych kroków w temacie content marketingu – póki co czysto teoretycznie.

A ponadto, w tak zwanym międzyczasie:

  • odkrywaliśmy tajniki działania mediów społecznościowych wraz z promocjami, hasztagami i innymi narzędziami, pozwalającymi zwiększyć zasięg postów;

  • udzieliliśmy kilku wywiadów, z czym czujemy się ultra-dziwnie, ale nie powiem, że nieprzyjemnie :D;

  • wzięliśmy udział w profesjonalnej sesji zdjęciowej, dzięki której nasz wizerunek będzie jeszcze bardziej naturalny i przystępny dla Was; bo to dla Was jesteśmy.

Jakkolwiek kilka z powyższych podpunktów można traktować z przymrużeniem oka, tak w rzeczywistości chciałam się z Wami podzielić tym, że cały czas się uczymy. Każdego dnia testujemy nowe rozwiązania, mierzymy się z nowymi pomysłami (na które miesiąc wcześniej byśmy nie wpadli) i stawiamy czoła nowym wyzwaniom, jakie wynikają ze wspomnianych wcześniej nowych pomysłów. Nie spodziewaliśmy się, że wszystko potoczy się w takim tempie i obierze tak wiele kierunków jednocześnie, ale nie da się nawet określić, jak dużą stanowi to dla nas motywację.

To niesamowite, jak z jednego małego pomysłu (chociaż w sumie może nie był on znowu taki mały) wydania książki przeszliśmy przez wszystkie wymienione wyżej etapy. Właśnie to miałam na myśli, pisząc na początku posta, że z marzeniami trzeba ostrożnie – może się okazać, że jedno pociągnie za sobą kolejne i zanim się obejrzycie, będziecie musieli kupić tablicę korkową, żeby wieczorem, przed snem, ogarnąć wszystkie rzeczy, które macie do zrobienia nazajutrz. My, co prawda, do tej pory nie kupiliśmy tej tablicy, ale karteczki samoprzylepne na lodówce też zdają egzamin ;).

Martyna

Please follow and like us:

#7 O potrzebie cierpliwości więcej

Wiecie, co najbardziej lubię w mojej relacji z Pawłem? Że w zasadzie nie ma takiej chwili, której nie moglibyśmy przekształcić w dwugodzinną rozmowę na temat pomysłów i planów dotyczących naszego wydawnictwa. To nie jest tak, że traktujemy te rozmowy jak zło konieczne — my to naprawdę lubimy. I tak od słów: „trzeba wyjść z psem na spacer” przechodzimy do czasami niekończących się dyskusji odnośnie do tego, który z naszych pomysłów (a najczęściej JEGO, nie będę ukrywać) warto zacząć realizować już teraz, a z którym należałoby jeszcze trochę poczekać. Niekiedy nie zdążymy przez to wyprowadzić psa i musimy sprzątać po jego chwilowym sprzeniewierzeniu się przeciwko nam. Wychodzi na to, że podobnie jak my — chłopak ma ograniczone zasoby cierpliwości  

Dużo takich wyżej opisanych rozmów przeprowadzaliśmy w momentach oczekiwania na realizację zadań związanych z naszym projektem, które powierzyliśmy osobom trzecim. Pani Martyna zrobiła cudowną pracę, projektując nasz blogowy szablon — sami musicie to przyznać. Zajęło jej to lekko ponad miesiąc, ale jeżeli mielibyśmy czekać tyle znowu, nie wahalibyśmy się ani sekundy. Już wtedy czuliśmy, że warto się uzbroić w cierpliwość i nie zawiedliśmy się. Czas poświęcony na wszelkie informacje zwrotne z naszej strony czy poprawki ze strony pani Martyny możemy zdecydowanie określić jako bardzo dobrze wykorzystany.

Staraliśmy sobie zorganizować ten okres w jakiś pożyteczny sposób. Nawet ja na tamtym etapie miałam już potrzebę działania i coraz rzadziej można było ode mnie usłyszeć słowa: „Ziom, chill. Jest na to jeszcze dużo czasu”. Paweł podjął więc rozmowy ze znajomym informatykiem, który miał zająć się zaprojektowaniem naszego bloga na Wordpressie i umieszczeniem na nim gotowego autorskiego szablonu. Od początku chcieliśmy się wyróżniać, a wiedzieliśmy, że sami jesteśmy w tym obszarze jak dzieci we mgle. Postawiliśmy więc na pomoc z zewnątrz.

Kiedy już dostaliśmy gotowy szablon od naszej ilustratorki, zaczęła się cała zabawa, w której główną rolę odgrywał Marcin. W związku z faktem, że robił to po godzinach i nieodpłatnie, nie czuliśmy, że mamy prawo go w jakikolwiek sposób popędzać. Owszem, mogliśmy zapłacić komuś, żeby to zrobił dużo szybciej, ale wydając książkę metodą self-publishingu bierzecie pod uwagę wszelkie koszta, jakie można sobie w jakikolwiek sposób ograniczyć. Jeżeli jest szansa na to, żeby zrobił coś dla Was ktoś znajomy – skorzystajcie (oczywiście jeśli ma do tego wystarczające umiejętności). My stwierdziliśmy, że to jest jeden z takich właśnie elementów.

Początkowo mieliśmy czekać około dwóch tygodni na to, aż nasza strona będzie gotowa. Byliśmy jednak przygotowani na — kolokwialnie rzecz ujmując — „obsuwy”. W żaden sposób nie pomogło nam się to mniej niecierpliwić, był to jednak poślizg, z którym jakoś się pogodziliśmy. Nie mieliśmy wyjścia.

To oczekiwanie zamieniliśmy na szkolenie się w zakresie obsługiwania WordPressa. Zainwestowaliśmy śmieszne pieniądze w internetowy kurs, który miał nas — absolutnych laików — przekształcić w osoby, które będą potrafiły w dużo bardziej profesjonalny sposób obsługiwać własną stronę internetową. Chyba nie idzie nam tak źle .

Proces samodzielnego przygotowywania książki do wejścia na rynek — bez względu na to, ile frajdy sprawia takim zapaleńcom jak my — wymaga więc dosyć pokaźnych zasobów cierpliwości. Zwłaszcza jeśli nie jesteście w stanie zająć się wszystkim na własną rękę. Wsparcie osób, które znają się dobrze na tym, co robią, a co będzie Wam potrzebne w procesie self-publishingu jest trudne do przecenienia. Ja i Paweł już szykujemy się na kolejne takie etapy, jak choćby skład i łamanie czy sam druk powieści. Paradoksalnie — trochę nie możemy się doczekać .

Martyna

Please follow and like us:

#5 O tym, jak pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze

Mieliście już okazję poznać historię zawiązania drużyny przeze mnie i przez Pawła (przypominam: pierwszy wpis „Z życia wydawnictwa”). Najwyższy czas na to, aby opowiedzieć Wam o wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że pan Forge postanowił wtrącić swoje trzy grosze do naszego projektu. To będzie wpis o tym, jak pozyskaliśmy najlepszego autora pod słońcem i jak ciągle uczymy się go oswoić ;).

Wszystko zaczęło się od tego, że Paweł poszedł do szkoły filmowej. Był taki krakowski epizod, który rozegrał się ładnych parę lat temu i który (jak się właśnie okazuje) miał mieć bardzo odległe konsekwencje, jakich chyba nikt wtedy nie mógł przewidzieć. Konsekwencje, które wpłynęły na to, jak wygląda w zasadzie całe nasze życie. Gdyby nie ten jeden semestr, prawdopodobnie nie mielibyśmy autora chcącego podjąć z nami współpracę. W każdym razie na pewno nie byłby to autor mający TAKIE pomysły i TAKIE historie do opowiedzenia. Niech już będzie – nie byłby to pan Forge ;). To zabawne, jak czasami jedna decyzja potrafi wpłynąć na wydarzenia, które mają się rozegrać w przyszłości.

Ale do rzeczy.

Warunkiem zaliczenia jednego z przedmiotów w owej szkole filmowej było napisanie krótkiego scenariusza. Praca, po ocenie przez zawodową scenarzystkę, mogła zostać zrealizowana w formie etiudy (jeśli była na tyle dobra i stanowiła wartościowy materiał). Studenci mogli wtedy wybrać, czy będą chcieli pracować nad swoim własnym scenariuszem, czy raczej wolą zostać członkiem zespołu zajmującego się inną historią.

Paweł był jedyną osobą, która nie oddała zaliczeniowego scenariusza w pierwszym terminie. Nie była to kwestia tego, że brakowało mu motywacji, żeby się do tego zabrać; nie miał po prostu w głowie nawet zarysu opowieści, którą mógłby przedstawić. Kiedy jednak już pomysł się pojawił – cały scenariusz powstał w zaledwie jeden wieczór.

Według tego, co mówi Paweł, nigdy wcześniej w efekcie jego pracy nie powstało nic podobnego. To trochę tak, jakby pojawiła się zupełnie inna osoba odpowiedzialna za tę historię. Alter ego będące autorem „Daniela” zabrało nas w podróż do świata, który cztery lata później jest już tak rozbudowany, że trudno nałożyć na niego jakiekolwiek ograniczenia. Pan Forge oficjalnie zaczął tworzyć swoją własną rzeczywistość, która z każdym dniem staje się coraz bardziej złożona. Nie będę ukrywać, że prace zaczęły nabierać tempa gdzieś w okolicach momentu, w którym to ja zachwyciłam się przedstawionym w nich światem. Lubię sobie myśleć, że byłam takim małym motywatorem ;).

Na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy od przeczytania przeze mnie maszynopisu powieści otrzymywaliśmy więc spod pióra pana Forge’a kolejne opowiadania, które – razem z książką – układały się w niesamowitą całość. Paweł od dłuższego czasu marzył o własnym wydawnictwie, a spotykając na swojej drodze mnie – jako osobę, która z zapałem podjęła się (początkowo amatorskich, później już bardziej profesjonalnych) prób redakcji – miał w końcu odpowiednie wsparcie. Wspólnie podjęliśmy więc decyzję i postanowiliśmy podzielić się tym wszystkim z szerszą publicznością.

Pan Forge to osobowość o bardzo specyficznym sposobie bycia, określonych cechach charakteru i niespotykanym talencie. To dlatego traktujemy go jako odrębną postać – tutaj określenie „nie z tego świata” nabiera znaczenia dosłownego. Chyba nigdy bym sobie nie darowała, jeśli pozwoliłabym na to, żeby jego prace pozostały jedynie na dnie szuflady.

Nasz blog to przede wszystkim sposób na zapoznanie Was ze światem, postaciami i pomniejszymi wątkami, o których w całości traktuje książka. Marzy nam się, żebyście w trakcie tego najbliższego roku pokochali tę rzeczywistość, wytypowali swoich ulubionych bohaterów i na bieżąco śledzili ich losy w kolejnych opowiadaniach. A najbardziej chcielibyśmy, żebyście nie mogli się doczekać premiery książki i z niecierpliwością czekali na każdą publikację, jaką sobie zaplanujemy. Ale myślę, że na wszystko przyjdzie czas… 😉

Martyna

Please follow and like us:

#2 O pozyskaniu ilustratora

Pomimo że opisany w poprzednim poście proces zawiązania przeze mnie i Pawła drużyny kłobookowej sam w sobie był dość długotrwały, jeszcze więcej czasu zabrało nam podjęcie pierwszych kroków ku jego realizacji. Znalezienie ilustratora było naszym pierwszym małym sukcesem. Ale po kolei…

Działania związane z pracą nad wydawnictwem zaczęły się od wyszukania przeze mnie startującego w październiku kursu redakcji merytorycznej. W ciągu dwudziestu czterech godzin zabukowaliśmy miejsce – tak, aby później nie spotkała nas żadna przykra niespodzianka. Paweł nie brał już pod uwagę nikogo innego obejmującego to stanowisko. Można powiedzieć, że wszystko było moje ;).

Minęło jednak ładnych parę miesięcy, zanim ruszyliśmy z czymkolwiek naprzód. W dużej mierze było to spowodowane oczekiwaniem na decyzję Magdy odnośnie piastowania managerskiego urzędu w naszym projekcie. Być może jednym z kolejnych wpisów będzie ta właśnie historia. W każdym razie poza intensywnym czytaniem kursów na temat tego, jak wydać własną książkę metodą self-publishingu oraz jak założyć własne wydawnictwo, nie zrobiliśmy zbyt wiele. Stworzyliśmy jedynie bardzo roboczą bazę mediów.

Musicie wiedzieć, że w naszej relacji ja jestem osobą, która uważa, że zawsze jest czas na wszystko, natomiast Paweł jest tą połową bardziej odpowiedzialną i nieustannie stawiającą sobie (a teraz i mnie) konkretne cele, jakie trzeba realizować. Myślę, że to właśnie dzięki temu to wszystko działa.

Wracając jednak do tematu… Wiedzieliśmy, że potrzebujemy ilustratora – najlepiej takiego, który będzie preferował długoterminową współpracę z nami i który poczuje klimat świata tworzonego przez pana Forge’a. Zadecydowaliśmy, że oprócz rysunków do książki, będziemy także chcieli dołączać jedną ilustrację do każdego autorskiego tekstu na blogu (mowa oczywiście o tekstach pana Forge’a). W czerwcu uznaliśmy, że nadszedł czas na to, aby taką osobę znaleźć. Postawiliśmy na umieszczenie ogłoszenia na kilku facebookowych grupach zrzeszających grafików oraz ilustratorów. Odzew, jaki otrzymaliśmy, był powyżej naszych oczekiwań. Odpowiedziało nam ponad dwadzieścia osób, z których każda przedstawiła swoje portfolio i była gotowa na podjęcie z nami współpracy. Poczuliśmy się całkiem przyjemnie, nie będę ukrywać ;).

Spośród nadesłanych ofert wybraliśmy niespełna dziesięć, na które odpowiedzieliśmy. Poprosiliśmy o wykonanie próbnych rysunków do wybranego fragmentu jednego z opowiadań. Mieliśmy ogromną chrapkę na jedną konkretną osobę, ale chcieliśmy zobaczyć, w jaki sposób ilustratorzy poradzą sobie z powierzonym im zadaniem.

W skrócie: jako pierwsza próbną ilustrację przysłała nam nasza „wybranka”. Byliśmy zachwyceni i chyba podświadomie wiedzieliśmy, że ciężko będzie komukolwiek przebić to, co zobaczyliśmy. W zasadzie przez pierwsze minuty nie byliśmy nawet w stanie znaleźć odpowiednich słów, żeby opisać, jak bardzo podobał nam się rysunek (będziecie mieli okazję zobaczyć go wraz z jednym z kolejnych opowiadań). Decyzja mogła być więc tylko jedna. Pani Martyna Nejman oficjalnie została ilustratorką prac związanych z Projektem Kłobook. Jesteśmy niebywale dumni!

Martyna

https://www.facebook.com/artofmartynanejman/

https://www.artstation.com/whitewolfart

http://martynanejman.wixsite.com/ilustrator-portfolio/ilustracje

Please follow and like us: