1. Początek drogi

Dobre wychowanie nakazuje, by przed przystąpieniem do zanudzania innych swoją historią najpierw się przedstawić.

Z tej strony ekranu kłania wam się uniżenie Aga, znana również jako Wicca. Występuję też w naturze pod imieniem Agnieszka, ale że brzmi ono bardziej oficjalnie, co nijak ma się do mojego sposobu bycia, to uciekam w te moje rozleniwiające mięśnie języka skrótowce. Od wielu lat jestem dumnym larpowcem, dzięki czemu mogę oszukiwać system i co jakiś czas przełączać się do życia w innych, bardziej emocjonujących rzeczywistościach. Ach, no i zapomniałabym o najważniejszym: nie potrafię żyć bez pisania. To właśnie jeden z powodów, dla których macie teraz okazję czytać ten akapit.

Wiem, że zabrzmi to sztampowo, ale piszę praktycznie od zawsze. Pierwsze dłuższe formy literackie w postaci zapisanych do ostatnich kartek zeszytów, które nazywałam dumnie „książkami” zaczęły zagracać moje biurko jeszcze we wczesnych latach podstawówki. Część z nich mam do tej pory i przyznam się, że lubię po nie sięgać, kiedy na jakimś etapie bieżącej pracy wydaje mi się, że nie jestem już w stanie wymyślić nic głupszego. Cóż, dziecięca wyobraźnia, zwłaszcza dziecka wychowującego się na książkowych horrorach i fantastyce, nie zna granic. Żadnych granic. Tyle dobrze, że z biegiem czasu zdaje się ewoluować ze swojej pierwotnej formy i nabiera w końcu nieco dojrzalszego kształtu. Podobno. W każdym razie mam skromną nadzieję, że zadziałało to tak w moim przypadku.

Przez to moje szalone uwiązanie do przyborów piśmienniczych dość szybko wpadło mi do łba, żeby zostać pisarzem, kreować swoje własne, unikalne światy i obserwować, jak zupełnie obcy mi ludzie dobrowolnie rzucają się w ich odmęty. Marzenie to rozkwitło na dobre jakieś czternaście lat temu, gdy po raz pierwszy napisałam o Lai Silnen – to tam, w Lesie Śpiących, pośród wilgoci i skrzypiących nad głową splątanych gałęzi martwych drzew, narodził się pomysł na historię o Dzieciach Starych Bogów, które z samymi bogami nie miały mieć wiele wspólnego. Nim się obejrzałam, zaczęłam żyć w ich świecie, tworzyć kolejne postaci, krainy, zamykać je w formie przeznaczonych wyłącznie dla moich oczu opowiadań… podczas gdy w świat, na modne wtedy blogi czy ręce znajomych wędrowały inne moje twory, często utrzymane w klimatach horroru. „Dzieci” musiały jeszcze trochę dojrzeć, znaleźć swoje miejsce między mrokiem i fantastyką, i zmienić się w końcu w prawdziwą książkę.

Tutaj historia po raz kolejny przybiera typowy dla takich opowieści obrót: zaczęła się wysyłka po wydawnictwach, połączona z błagalnymi modłami o cierpliwość. Gdzieś tak po dwóch latach otrzymywania coraz dziwniejszych odpowiedzi od różnej maści redaktorów stwierdziłam, że żyję na jakiejś alternatywnej Ziemi, a moja książka nie ma nawet szans na bycie przeczytaną. Dałam jej sporo czasu na odpoczęcie w przysłowiowej szufladzie i we wrześniu przystąpiłam do kolejnych, ostrych edycji tekstu. Znów wysłałam ją w świat. Tym razem poziom absurdu w co niektórych mailach zwrotnych niemal mnie pokonał. I wtedy właśnie dotarła do mnie informacja o Projekcie Kłobook.

Nie pamiętam już, kto mi o nim wspomniał, ale prześledziłam ich profil, wszystkie wpisy na stronie i stwierdziłam, że może warto spróbować pomęczyć ich tą nieznośną, chaotyczną częścią mojego życia zawartą na kartach pierwszego tomu trylogii o Dzieciach Starych Bogów. Nie ukrywam, że zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jako fance dziwnych i nietypowych projektów (jak wspomniałam, od lat gram w larpy) podobał mi się sam pomysł na istnienie takiego niezwykłego wydawnictwa, ale nie byłam pewna, czy wykreowany przeze mnie świat jest czymś, co przypadnie im do gustu. I – na myśl o tym na pewno uśmiechnęłam się wtedy ironicznie – czy ktokolwiek tam w ogóle to przeczyta. Wiecie, doświadczenie robi swoje. Z jakiegoś powodu postanowiłam jednak spróbować, wciąż mając w głowie myśl o wypuszczeniu kolejnych części trylogii jako darmowych plików pdf. „Dzieci” ciążyły mi na sumieniu jak kiepsko zatarte ślady zbrodni i byłam pewna, że jeśli wkrótce nie dam im jakiejkolwiek szansy na zaistnienie poza moim twardym dyskiem, to Aine i spółka szybko zerwą się z uwięzi i sprowadzą na mnie obłęd. Kiepska opcja dla tych, którzy muszą ze mną mieszkać. Z troski o ich dobro niemal odruchowo kliknęłam „Wyślij”, a moja propozycja wydawnicza powędrowała w dal, na jeden z wrocławskich komputerów.

Byłam już przygotowana na to, że tutaj moja przygoda z wydawnictwami dobiegła końca, gdyby nie to, że po dziesięciu dniach na mojej skrzynce mailowej pojawiła się odpowiedź zwrotna, która zmieniła wszystko. Odpowiedź, która doprowadziła do tego, że teraz mam okazję dla Was pisać. Z racji tego, że rozpoczęła ona też kolejny, nowy etap mojego życia, pozwolę sobie przedstawić się raz jeszcze.

Nazywam się Agnieszka Skrzypczak. Jestem autorką trylogii „Dzieci Starych Bogów”, której pierwszy tom, „Śmiech diabła”, pojawi się nakładem wydawnictwa Kłobook.

Mam nadzieję, że będziemy się razem dobrze bawić.