#10 O pierwszej prawdziwej redakcji

#10 O pierwszej prawdziwej redakcji

Kiedy wpadłam na pomysł tego tekstu, przyszła mi jednocześnie do głowy myśl, że w końcu będę mogła Wam opowiedzieć o czymś, co w naszym projekcie sprawia mi największą przyjemność. Tak naprawdę gdyby nie moje pierwsze kulawe próby poprawiania tekstów pana Forge’a, moje życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Jestem jednak tu i teraz, co bardzo, ale to bardzo, mnie cieszy.

Zastanawiając się jeszcze nad samą koncepcją bloga, wydawało mi się, że to właśnie takie artykuły będą wzbudzać Wasze największe zainteresowanie. Będzie to bowiem tekst o tym, jak przebiegały prace nad pierwszą po ukończeniu przeze mnie kursu redakcją… i o tym, co zrobiliśmy dalej.

Moje prace nad „Cmentarzyskiem” zaczęły się w sierpniu 2016 roku (podany czas jest mocno szacunkowy, bo do tej pory nie wiem, jak to się w ogóle stało, że dostałam do ręki ten maszynopis, a tym bardziej nie potrafię wskazać konkretnej daty związanej z tym wydarzeniem). Trudno to w zasadzie nazwać pracami, bo moja wiedza – w porównaniu z tą, jaką w ciągu tego czasu nabyłam – wydaje się żadna. Nie przesadzam. Wprawdzie zawsze byłam „dobra” w tego typu rzeczach, ale nigdy nie wiązałam z nimi swojej przyszłości. Nawet by mi przez myśl nie przeszło, że będę kiedyś pracować bezpośrednio z autorem na etapie tworzenia jego powieści. Życie jednak stale nas zaskakuje i tak oto jestem ;).

Myślę, że do momentu, w którym skończyłam kurs redakcji merytorycznej, mogłam przeczytać (i za każdym razem poprawić) „Cmentarzysko” jakieś sześć razy. Kiedy jednak po raz pierwszy po kursie usiadłam z kubkiem kawy i zaczęłam czytać, byłam…załamana. Nie wynikało to z tego, że książka nagle wydała mi się beznadziejna. Chodziło bardziej o to, że przecież spędziłam już nad nią tyle czasu i wydawało się po prostu niemożliwe, żeby nadal było do poprawienia tyle rzeczy. To tak, jakbym w ogóle nie widziała części błędów tak straszliwych, że aż wstyd się przyznać. No ale co ja tam wiedziałam.

Zajęcia w Warszawie pomogły mi wyćwiczyć w sobie wiele umiejętności, ale zdecydowanie najważniejszą z nich jest zdolność korektorskiego czytania. Nagle zaczęłam zauważać rzeczy, na jakie wcześniej zupełnie nie zwracałam uwagi. Przywiązywałam teraz dużo większą wagę do czytania zdań słowo po słowie, litera po literze. Łatwiej przychodziła mi też szybsza eliminacja znalezionych błędów.

Najbardziej intensywne działania w poprawianiu książki przeprowadziłam w drugiej połowie grudnia. Mam ogromne tendencje do prokrastynacji i jeszcze nie do końca nauczyłam się dawać sobie z tym radę, dlatego oczywiście zostawiłam sobie najwięcej pracy na ostatnią chwilę. Gonił nas bowiem deadline ustalony z naszą ilustratorką dotyczący tego, że otrzyma od nas maszynopis powieści z zaznaczonymi do narysowania fragmentami na początku stycznia.

Na szczęście złożyło się tak, że nie byłam w owym czasie mocno ograniczona przez moją pracę zarobkową, ponadto czymś należało sobie zająć ten świąteczny okres, którego chyba nie jestem zbyt wielką fanką. Plan, jaki opracowaliśmy z Pawłem opierał się na tym, że ja szukałam wszelkich błędów i starałam się je poprawiać, a następnie wspólnie wprowadzaliśmy modyfikacje do pliku. To znaczy ja siedziałam z tymi swoimi pokreślonymi na czerwono karteczkami, mówiłam Pawłowi, co, jak, w którym miejscu (oraz dlaczego tak, a nie inaczej) powinien poprawić, a on zgadzał się… na 99% moich propozycji. Uznaliśmy, że to dobry sposób na to, żeby również on uczył się pisać w bardziej poprawny sposób.

Jakkolwiek spędziliśmy nad pierwszą redakcją „Cmentarzyska” naprawdę długie godziny, tak w żadnym razie nie uważam, żeby wykonana praca była na tym etapie wystarczająca. Podejrzewam, że czeka mnie jeszcze kilka takich redakcji, zanim w ogóle pozwolę na to, żeby przesłać tekst do złamania. No ale czego się nie robi, aby osiągnąć doskonałość? 😉

PS Wiecie, co zrobiliśmy z Pawłem dzień po skończeniu wprowadzania poprawek do tekstu?

Wybraliśmy jedenaście najbardziej interesujących według nas fragmentów tekstu (łatwo nie było, bo w kilku przypadkach naprawdę trudno było nam zdecydować, które fragmenty są najodpowiedniejsze; jeszcze trudniej było nam się przy tym nie pokłócić, ale na szczęście jakoś daliśmy radę ;)) i przesłaliśmy calutką książkę do naszej niezastąpionej Martyny. Już nie możemy się doczekać tych ilustracji! 🙂

Martyna