#11 O współpracy z Martyną Nejman

#11 O współpracy z Martyną Nejman

Gdybym miała wybrać jeden element, z którego w całym projekcie jestem najbardziej dumna, bez wątpienia wskazałabym na ilustracje rysowane dla nas przez Martynę. Celowo nie wskazałam tutaj tekstów tworzonych przez pana Forge’a, bo bez nich nie byłoby w ogóle całego pomysłu na blog i wszystko, co z nim związane. To więc zupełnie inny kaliber. Jeśli jednak chodzi o to, co wdrożyliśmy w nasz projekt w trakcie tych kilku miesięcy, ilustracje Martyny nie mogą się z niczym równać.

Poznaliście już historię tego, w jaki sposób rozpoczęliśmy naszą współpracę. Równie ważne wydaje mi się szczegółowe przedstawienie Wam procesu powstawania kolejnych ilustracji krok po kroku.

Ale od początku.

Za każdym razem zaczynamy od wybrania z Pawłem tekstu, który będziemy publikować jako kolejny. Nasz harmonogram – przynajmniej jeśli chodzi o opowiadania pana Forge’a – wybiega kilka miesięcy do przodu, więc tak naprawdę opis tego etapu możemy pominąć, bo nie ma tu nawet nic, czym mogłabym Was zaciekawić. Nie dyskutujemy na ten temat, nie prowadzimy negocjacji. Publikujemy w takiej kolejności, w jakiej należy to zrobić.

Następnie przychodzi pora na zastanowienie się nad tym, którą scenę chcielibyśmy zobaczyć na ilustracji. Zazwyczaj wygląda to tak, że czytamy tekst paralelnie, każde z nas zaznacza fragment, który wydaje mu się najbardziej interesujący, a następnie robimy konfrontację. Chyba tylko w jednym przypadku zdarzyło się tak, że mieliśmy różne opinie, szybko jednak doszliśmy do porozumienia. Z argumentami Pawła czasami naprawdę trudno walczyć. Albo ja nie potrafię. Efekt jest ten sam.

Równolegle odbywa się etap wstępnej redakcji opowiadania. Nie jest to jeszcze wykańczanie tekstu i przygotowywanie go do publikacji, jednak wychodzimy z założenia, że Martyna powinna otrzymać od nas opowiadanie w miarę wygładzone i wyczyszczone z największych błędów, czyli po prostu takie, które będzie mogła szybko, łatwo i przyjemnie przeczytać. Dokładna i szczegółowa korekta pozostaje kwestią do mojego późniejszego opracowania.

Wraz z wysłaniem do Martyny maila rozpoczyna się faza, w której pozostawiamy jej bardzo dużą swobodę. Jesteśmy zawsze niezwykle ciekawi jej koncepcji i tego, w jaki sposób wyobraża sobie wybraną przez nas scenę. Martyna tak bardzo urzekła nas swoją wizją „Siedząc na parapecie”, że uważamy, iż popełnilibyśmy niepomierny błąd, próbując ją już na wstępie ograniczać. Wypracowaliśmy sobie już na tyle duże zaufanie, że nie mamy problemów z przyjmowaniem większości jej pomysłów, które – bądźmy szczerzy – są niesamowite.

Co się dzieje, jeśli otrzymany koncept nie do końca spełnia nasze oczekiwania? Wtedy przechodzimy do etapu tzw. feedbacku. Tworzymy listę rzeczy, które chcielibyśmy, żeby zostały zmodyfikowane, konsultujemy się też w sprawie naszej wizji określonych elementów. Nierzadko bywa tak, że to, w jaki sposób widzieliśmy początkowo daną scenę, jest niemożliwe do zrealizowania z powodów czystko technicznych. W końcu nie znamy się na rysunku, nie wiemy, że pewne rzeczy mogłyby zaburzyć perspektywę albo spłaszczyć głębię. W takich przypadkach zdajemy się na Martynę, bo wierzymy, że akurat w tym przypadku to ona wie najlepiej :).

Najczęściej bywa tak, że efekt końcowy jest wypadkową szerokiej wizji Martyny oraz szczegółów, nad którymi czuwamy razem z Pawłem. A tak przy okazji, zorientowaliście się, że na ilustracji do „Rodziny Ponurych” został ukryty Kłobuk, a Martyna jako element „od siebie” zamieściła jeszcze jeden żarcioszek? 🙂

Martyna