#12 O naszych początkach z e-marketingiem

Od początku istnienia naszego bloga (a nawet jeszcze zanim go uruchomiliśmy, a jego idea była tylko w naszych głowach), stawialiśmy – i nadal stawiamy – na transparentność. Pragniemy dzielić się z Wami wszystkimi etapami, przez które przechodzimy w procesie powstawania naszego wydawnictwa i prac nad wydaniem „Cmentarzyska”. Chcemy Wam mówić o tym, co najbardziej nas cieszy, co nam się udaje, ale także o tym, w czym jesteśmy kiepscy, niedouczeni albo po prostu do czego się w zupełności nie nadajemy. Poniższy wpis traktuje o takim właśnie elemencie, z którym cały czas się oswajamy i którego ciągle próbujemy się nauczyć.

Nigdy nie ukrywaliśmy – więc tym bardziej nie zamierzamy ukrywać teraz – że nie jesteśmy rekinami marketingu. Kiedy byliśmy jeszcze na etapie rozmów na temat wdrożenia naszego projektu w życie, nie braliśmy pod uwagę tego, że będziemy prowadzić WSZYSTKIE działania samodzielnie. Poza ilustratorem, informatykiem, a w późniejszym okresie specjalistą od DTP (dla niewtajemniczonych lub po prostu nieuświadomionych – DTP to w skrócie komputerowe przygotowanie tekstu do druku), wiedzieliśmy, że chcemy mieć w drużynie kogoś, kto zajmie się stroną marketingową. Początkowo bowiem zamierzaliśmy zajmować się rzeczami stricte merytorycznymi, czyli m.in. przygotowywaniem tekstów pod publikacje na blogu czy dbaniem o regularność pojawiania się treści na naszym fanpage’u. Resztę planowaliśmy zostawić komuś mądrzejszemu ;).

Kiedy okazało się, że Magda jednak nie podejmie się tego zadania (historia okoliczności, w jakich do tego doszło – tutaj), po krótkiej chwili zastanowienia podjęliśmy decyzję o tym, że zrobimy to sami. Stwierdziliśmy, że z odpowiednią organizacją i wprowadzeniem żelaznej dyscypliny powinniśmy sobie z tym poradzić. Tę żelazną dyscyplinę w naszym przypadku można póki co bardziej określić jako okazjonalne zrywy pt. „dzisiaj koniecznie trzeba zrobić to albo tamto”, ale już robimy postępy. Serio! 🙂

Okazuje się (nie to, żebyśmy nie wiedzieli o tym wcześniej), że e-marketing jest w tym momencie tak potężnym narzędziem, że można przy jego pomocy osiągnąć zasadniczo każdy cel, jaki sobie wymyślicie. A jeśli mowa o sprzedaży, to już w ogóle nie mamy o czym rozmawiać.

To dlatego teraz sporą część wieczorów spędzamy na przyswajaniu tego, jak działa dobry content marketing. Czytamy książki, przeglądamy blogi, szukamy jak najbardziej wartościowej wiedzy. Jakiś czas temu ukończyliśmy internetowy kurs na temat Facebook Ads, co pokazało nam, że taka prosta reklama na Facebooku ma jakieś pięćdziesiąt tysięcy więcej możliwości niż początkowo sądziliśmy. Do tej pory jesteśmy w szoku. I do tej pory uczymy się testować w praktyce to, czego się nauczyliśmy. Próbowaliśmy też odbyć analogiczny kurs na temat podstaw pozycjonowania, ale tutaj akurat nie poszło nam najlepiej :D. Powołując się na to, co napisałam w dwóch z wcześniejszych wpisów (tutaj i tutaj) – czasem trzeba wiedzieć, kiedy oddać pałeczkę profesjonaliście.

E-marketing na dobre zadomowił się na światowym rynku, więc warto wiedzieć, w jaki sposób najlepiej go wykorzystać. My jesteśmy cały czas na początkowym etapie. Opieramy tworzenie treści, którymi chcemy się z Wami dzielić głównie o zdroworozsądkowe podejście, że najlepiej czyta się rzeczy prawdziwe. Te rzeczy mają Wam pokazać, że nie różnimy się niczym od przeciętnej osoby, którą mijacie na ulicy, bo – tak jak Wy – pędzi do pracy mającej się rozpocząć o 7.30, a zupełnie przypadkowo obudziła się o 7.39. Jednocześnie jednak wiemy, że powinniśmy być ukierunkowani na dzielenie się z Wami treściami silnie związanymi z tym, czym się zajmujemy. No i mamy Was przekonać do tego, żebyście jesienią wrzucili do koszyka naszą książkę. Jak nam idzie? 🙂

 

Martyna

Kłobookowy content marketing.

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kłobook ©Copyright 2018