13. Kwiecień mojego życia

Arnold Cytrowski

Kwiecień mojego życia.

Andrzej Sapkowski napisał kiedyś: Coś się kończy, coś się zaczyna, a ja mam nadzieję, że zakończenie definitywnie najlepszego miesiąca w moim życiu jest początkiem czegoś więcej.

Dokonało się: spełniłem swoje życiowe marzenie, zostałem pisarzem, tak na poważnie, a historię powstałą w mojej głowie utrwalono na nieśmiertelnych kartach książek.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy z ogromu ładunku emocjonalnego, który przeżywałem przez ostatnie dni.

Muszę przyznać sam przed sobą, że nie docierało to do mnie aż do samego końca, i dobrze, bo inaczej chyba nie dałbym rady żyć, dosłownie. Nawet gdy miałem już w rękach długo oczekiwany egzemplarz okraszony moim imieniem i nazwiskiem, moją treścią, moją duszą, spoglądałem na niego zupełnie bezrozumnie.

Nie miałem zresztą czasu na kontemplacje, bo przede mną była naprawdę masa, masa roboty.

Obiecałem dostarczyć kupione w pre-orderze książki osobiście, no i danego słowa postanowiłem dotrzymać. Było to… niefrasobliwe – stwierdziłem po prostu, że to bardzo fajny pomysł, aby to sam autor osobiście dostarczył swoje dzieło. A że bardzo kocham swój rower, to cóż, sami widzicie. 

Zostałem rowerowym kurierem.

A kupiliście ich dużo, bardzo dużo. Może nie tysiące, miliony, miliardy, bo to nie ten pułap – jeszcze – ale zainteresowanie było na tyle okazałe, że rozwoziłem książki przez dwa dni bez przerwy, dzielnie pokonując grubo ponad sto kilometrów.

Byłem zarobiony jak mrówka, zmęczony jak koń po westernie, zabiegany jak Forrest Gump i muszę Wam przyznać, że prawie się w tym pędzie zagubiłem, i gdyby nie Wy, Wasza reakcja, Wasze człowieczeństwo i ciepłe słowa, możliwe, że przegapiłbym najlepsze chwile swojego życia, przynajmniej do tej pory.

Z częścią z Was udało mi się dłużej porozmawiać, przybić przyjazną piąteczkę, zrobić pamiątkowe zdjęcie, i gdy na koniec mojej kurierskiej fuchy zdałem sobie sprawę, że jestem bliski końca, z podarowaną mi na wynos kawą (dziękuję Ci, Kseniu) usiadłem na ławce w parku i odpocząłem.

Słońce zmierzało parabolą ku swojemu zachodowi, ciepły wiatr ocierał moją twarz, a ja nagle zdałem sobie sprawę, że życie, naprawdę, tak ogólnie, jest super, i nawet największy triumf nie ma sensu, jeśli nie stać nas choćby na moment refleksji.

Nie mogę wprost wyrazić tego, jak jestem wdzięczny światu za to, że historia chłopca, który niegdyś namiętnie zaczytując się w historii psa, który jeździł koleją, moja historia, doczekała się swojego finału.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Mam nadzieję, że jej zakończenie jest początkiem czegoś nowego, że będę w stanie udowodnić zgorzkniałemu światu, raz jeszcze, niby w naiwnych filmach o naiwnym morale, że jeśli robi się coś szczerze, z całego serca, że jeśli malutki człowiek będzie wystarczająco uparty, wystarczająco zdeterminowany, wszystko, w końcu, kończy się dobrze.

Tymczasem minął miesiąc, definitywnie, bezpowrotnie.

Przede mną spotkania autorskie, wywiady i inne poważne sprawy towarzyszące tworzeniu, sprawy przyjemne, ale przecież nie najważniejsze.

Bo najważniejsze dalej jest pisanie, przelewanie na papier duszy, gdy nie potrafisz wyrazić jej inaczej.

Wiecie, ten kwiecień jest chyba moim miesiącem. Każdą zapisaną przeze mnie do tej pory historię kończyłem w kwietniu, jakby to właśnie była moja pora.

Nie inaczej było tym razem – niemalże ukończyłem powieść, którą – mam nadzieję – przeczytacie za rok. A jak już kiedyś wspominałem – najlepszą częścią opowiadania historii jest ich zakończenie, bo to podsumowanie pięknej, metaforycznej podróży, procesu, który czasem wydaje się wlec w nieskończoność.

Tutaj powinienem zakończyć, ale jeszcze momencik.

Chciałbym Was jeszcze raz zachęcić do zapoznania się z moją DEBIUTANCKĄ KSIĄŻKĄ, zachęcić do śledzenia przyszłych poczynań, zaprosić na spotkania autorskie, jeśli tylko, oczywiście, mielibyście na to czas.

A tymczasem znikam, przede mną ostatnie strony nowej powieści.

I na koniec, młodzieżowo:

YO!