14. Pozostałe filary, podsumowanie i do zobaczenia po wakacjach

Arnold Cytrowski


Na koniec cztery filary opowiadania historii. Podkreślam, że CIĄGLE są to filary, jednakże te najważniejsze omówiłem wcześniej.

Te pozwolę sobie omówić zbiorczo. No, może nie tak do końca zbiorczo.

IV Nastrój

Wynika niejako z narracji.

Nastrój jest w opowiadanej historii czymś prawie że nienamacalnym, a jednak obecnym.

Przyrównałbym go do zapachu.

Czy macie też tak, że zapach jak nic innego na Wielkim Świecie – potrafi Wam przytoczyć nieopisanie wspomnienia?

Każdy pisarz – przynajmniej ten dobry, tak mniemam – tworzy swój własny, specyficzny nastrój, i tworzy go trochę niechcący. Dla mnie jest to coś nieuchwytnego – coś, czego nie da opisać się słowami, ale wiecie, jak to jest.

Zrobiłbym tutaj eksperyment, który nigdy nie istniał, ale który – jestem absolutnie przekonany – tak właśnie by się zakończył.

Bierzemy dwóch pisarzy – albo Literkoklikaczy 😉 – dajemy im gotowy świat, gotowy scenariusz i gotową pointę. Każemy im napisać wszystko swoimi słowami.

Dam sobie rękę uciąć, że NASTRÓJ byłby zupełnie, zupełnie inny, mimo że dostalibyśmy zupełnie to samo.

Nastrój to taka kropka nad „i” słowa pisanego.

V Autentyczność zdarzeń

Niby prozaiczne, a ważne.

Prosty, znany wszystkim dobrze związek przyczynowo-skutkowy.

Jeśli historia jest porywająca, można przymknąć na to oko, to prawda, ale gdy dużo obcuje się ze sztuką wszelaką – podkreślam, wszelaką, bo nie ma sztuki lepszej czy gorzej –i mija pierwszy zachwyt, człowiek zaczyna dostrzegać wady.

To mój główny problem z popkorniakami, filmami Marvela.

Tam, jakby nie patrzeć, nic nie jest logiczne. Czemu cios pięścią jest silniejszy na przykład od fali ognia, a kolejnym razem na odwrót?

To tylko nieliczne z głupotek, ale to wszystko da się przeboleć.

Bo najgorzej, gdy zdarzenia nie są po prostu autentyczne. Książka – przez swoją cierpliwą, długą formę – posiada doskonałe narzędzia do tego, by występujące w niej zdarzenia były po prostu sensowne.

Jeśli autor dołoży wszelkich starań, by zarówno i motywacje bohaterów były ugruntowane, jak i prawa panujące w uniwersum jasne i ostateczne – wtedy pan Cytrowski jest zadowolony, zakłada na stopy klapki Kubota, siada na leżaku i prosi o drinka.

Byle z palemką, i byle za darmo.

Bo pan Cytrowski jest też bardzo, bardzo biedny.

VI ORYGINALNOŚĆ ŚWIATA I INTRYGI

Ważne, owszem, ale nie najważniejsze, chciałbym to raz na zawsze obalić.

Nie widzę żadnego sensu w sileniu się na te ostatnie.

Owszem, fajnie, że są, ale jeśli pozostałe filary po prostu nie grają, dostajemy nic innego, jak papierowego potworka Frankensteina.

Olbrzymia większość historii, które znamy, są do siebie zadziwiająco podobne, a stworzone światy naprawdę bazują na bliźniaczych podstawach. Nie ma w tym absolutnie nic złego.

JEŚLI pozostałe, wymienione jako WAŻNIEJSZE cechy opowiadania historii zostaną spełnione, dostaniemy opowieść, którą zapamiętamy na całe życie.

A sednem opowieści jest przecież dusza.

PRZEKAZ, BOHATEROWIE, NARRACJA… a potem, gdy już to macie, dopiero potem martwcie się o resztę, ale zaufajcie mi – jeśli macie tę wielką trójcę, reszta znajdzie się sama.

Tym samym kończę cykl traktujący o sztuce opowiadania historii.

Było mi niezmiernie miło przedstawić Wam kilka z moich życiowych przemyśleń.

Chciałbym być bardziej rzeczowy, być jak Aga, opowiadać Wam o mądrych rzeczach, dostarczać Wam namacalnej wiedzy, ale nie potrafię, bo po prostu jestem trochę jak pies – wielki, głupi i merdający ogonem.

Mogę być tylko sobą i mam nadzieję, że to Was nie zrazi, a wręcz przeciwnie – może zachęci do dalszej podróży, ramię w ramię ze mną.

Byłbym zaszczycony.

Podróż…

Tak.

Obecnie trwa akcja promocyjna mojej DEBIUTANCKIEJ książki „Przez czas i przestrzeń”, która lata, gdzieś tu, po Twoim ekranie. Jest to książka dla dzieci, którą napisałem głównie dla siebie, a jestem przecież całkiem starym człowiekiem. Myślę, że jest to opowieść dla każdego, i czułbym się zaszczycony, gdyby trafiła właśnie do Ciebie.

Cały maj to intensywny cykl spotkań autorskich, rozmów w radiu i nie tylko – strasznie się z tego powodu cieszę. Ostatnie doświadczenia dowiodły mi tego, co do tej pory mogłem tylko przypuszczać – spisywanie historii ze swojej głowy to fantastyczna część pracy LITERKOKLIKACZA, ale ta druga, rewers monety, czyli jej odbiór, wcale nie jest czymś złym. A wręcz przeciwnie.

Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy będę miał tego dość, bo na razie – szczerze wątpię.

Jesteście fantastyczni.

Plany, plany, plany.

Okej.

Kończę głosową redakcję powieści w klimatach apokaliptycznych. Jej imię to „Droga głupców”, która – mam nadzieję – ukaże się w kwietniu przyszłego roku. A potem ruszam na umysłowy urlop, zamierzam grać w tyle gier, ile tylko się da, trochę odpocząć, znaleźć pracę.

Złożyłem nawet przed samym sobą przysięgę: przez przynajmniej miesiąc nie myśleć o pisaniu.

Chcę nabyć trochę świeżości.

Może nie zdajecie sobie sprawy, ale przez ostatnie trzy lata pisałem prawie codziennie.

Zasłużyłem na chwilę relaksu, tak myślę.

A potem?

Wracam do pisania, rzecz jasna, ale nic długiego.

Krótkie formy, opowiadania, albo grozy, albo wysoce abstrakcyjne – tak, żeby rozwijać warsztat.

Kolejną długą historię chciałbym spisać dopiero za jakiś czas. Zamierzam bardzo dużo czytać, bardzo dużo oglądać i bardzo dużo myśleć – po to, by rozwijać się nie tylko jako człowiek, ale jako i autor, i za każdym razem dostarczać Wam coś świeżego.

Innymi słowy: będę Waszym pudełkiem pełnym czekoladek. Taką mam nadzieję.

Czeka mnie praca nad redakcją „Drogi głupców” (o ile Wydawnictwo nie będzie miało mnie dość, bo jestem paskudny), a także własna, prywatna praca nad redakcją fantastyki, którą pisałem na dziekańskim urlopie – tak, żeby dostosować ją językowo do moich obecnych, wykrystalizowanych standardów.

W międzyczasie wracam do działania na blogu, w planach nagrania vlogowe po prostu z mojego życia, a także coś, co zachęciłoby Was do zapoznania się z moją „Drogą głupców”.

A tymczasem miłych wakacji.

Kłaniam się.

I – do cholery jasnej – czytajcie książki.

Moje też.

YO!

PS W październiku premiera pierwszego tomu „Dzieci Starych Bogów”. Podobno sztos. Mam nadzieję, że Aga wyrobi nam taką renomę, że potem kupicie wszystko, co tylko wyda Kłobook.

Nawet kwity na pranie.