#15 O sklepie, który nigdy nie powstał

Wspominałam Wam już kilkakrotnie o tym, że na etapie budowania wydawnictwa i tworzenia marki pojawia się u nas bardzo dużo pomysłów (większość ma oczywiście Paweł, bo mnie akurat mistrzem kreatywności nazwać nie można). Wiele z nich dojrzewa i zaczyna być przez nas realizowana. Są też jednak takie, które nigdy nie wchodzą w życie. I właśnie o jednej z takich koncepcji traktuje ten wpis. Mieliśmy bowiem swojego czasu chęć na to, żeby otworzyć sklep internetowy.

Dlaczego sklep internetowy? Głównym z powodów było budowanie w ten sposób marki. Uznaliśmy, że stworzenie plakatów, koszulek, bluz i toreb z naszymi ilustracjami to bardzo dobry sposób na to, żeby stać się szerzej rozpoznawalnym. No bo sami powiedzcie, kto z Was nie chciałby T-shirtu z wizerunkiem pana Ponurego albo jednego z demonów, pojawiających się w czytanych przez Was opowiadaniach?

Rozpoczęły się więc długie rozmowy na temat tego, jak powinno to wszystko wyglądać. Sprawdzaliśmy platformy oferujące prowadzenie sklepów internetowych. Zleciliśmy Martynie stworzenie szablonu strony oraz kilku projektów, które będą się dobrze prezentować jako nadruki na ubrania. Dyskutowaliśmy o ilościach, rozmiarach, kolorach. Szukaliśmy drukarni i hurtowni, które mogły nam zaproponować najlepsze warunki. Zastanawialiśmy się nad odpowiednimi cenami. Myśleliśmy nawet nad tym, żeby do każdego naszego produktu wszyć swoją własną metkę – taką z naszym maleńkim kłobuczkiem ;).

Było tego tak dużo, że w zasadzie od samego początku czułam się lekko przytłoczona. Wiedziałam, że może się to okazać strzałem w dziesiątkę i pomóc nam wypromować naszą markę, ale jednocześnie gdzieś z tyłu głowy cały czas miałam myśl, że przecież to nie jest do końca to, czym powinniśmy się zajmować. Mieliśmy być projektem wydawniczym, prowadzić blog, publikować dla Was opowiadania. Mieliśmy wydać „Cmentarzysko” i stać się prawdziwym, małym wydawnictwem, które za jakiś (bliżej nieokreślony) czas będzie też drukowało teksty innych autorów. Sprzedawanie ubrań nie wydawało mi się ani trochę spójne z tymi początkowymi założeniami. Bałam się, że będzie z tego więcej szkody niż pożytku. Kiedy mieliśmy znaleźć na to wszystko czas? W jaki sposób mieliśmy nadal wykonywać naszą pracę na odpowiednim poziomie, kiedy należało nagle podzielić czas, który mieliśmy (a i tak wydawało nam się, że mamy go za mało) pomiędzy nowe zadania?

W efekcie prowadzonych dyskusji i sprawdzania krok po kroku wszystkich elementów, które wypadałoby spełnić, żeby otworzyć profesjonalny sklep internetowy, uznaliśmy, że jest to na ten moment poza naszym zasięgiem. Wdrożenie własnego projektu sklepu internetowego cenowo dorównywałoby napisaniu od podstaw nowej strony internetowej, na której moglibyśmy publikować dla Was opowiadania. Drukarnie i hurtownie, z którymi się kontaktowaliśmy, oferowały nam warunki, jakie byłyby korzystne dopiero przy bardzo dużych zamówieniach. Pozostawała również kwestia wysyłki zamówionych towarów, która wiązała się w pierwszej kolejności z odpowiednim ich składowaniem, a następnie zapakowaniem i wybraniem najdogodniejszej formy dostawy.

Największym problemem nie było nawet dysponowanie odpowiednimi środkami finansowymi. Chodziło bardziej o dostępność zasobów ludzkich, mogących w odpowiedni sposób poradzić sobie z tak ogromnym przedsięwzięciem. Jest nas tylko dwoje, musimy zatem mierzyć siły na zamiary. W tym przypadku siły były zdecydowanie mniejsze niż zamiary. Postanowiliśmy więc skupić się na tym, co wychodzi nam najlepiej – dalej tworzyć dla Was treści oraz dzielić się z Wami naszymi postępami w pracach nad powieścią.

Z całej koncepcji sklepu internetowego pozostała nam jednak jedna bardzo ważna rzecz. W sumie to nawet dwie. Po pierwsze wydrukowaliśmy na próbę kilka plakatów, tak żeby sprawdzić jakość papieru i samego druku. Obecnie nasze mieszkanie zdobią więc piękne ilustracje, oprawione w ramy i nadające niesamowitego klimatu :). Po drugie Martyna była przecież w trakcie rysowania dla nas zleconych projektów. Umówmy się, zanim zorientowaliśmy się, że rozszerzanie marki w taki sposób jest poza naszym zasięgiem, dziewczyna przedstawiła nam już większość swoich koncepcji. Nie chcieliśmy jej nagle powiedzieć, że jednak zmieniliśmy zdanie. Pozwoliliśmy jej więc dokończyć.

Myślicie, że skąd się wziął pomysł na nowy interfejs bloga? 😉

Martyna

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kłobook ©Copyright 2018