#19 O przygotowaniu powieści do złamania

Pamiętacie, jak opowiadałam Wam o pierwszej prawdziwej redakcji „Cmentarzyska”? Było to dla mnie nie lada wyzwanie, szczególnie zważywszy na fakt, że – poza kursem redakcji merytorycznej – nie posiadałam w tym kierunku żadnego specjalistycznego wykształcenia. Miałam jedynie chęci. Wszystkiego uczyłam się na swoich własnych błędach i tylko na siebie mogłam się denerwować. Było tak nie raz i nie dwa – zwłaszcza gdy okazywało się, że przy kolejnej i kolejnej próbie szlifu tekstu, nadal pozostawała w nim niewyobrażalna wręcz ilość nieścisłości – stylistycznych, logicznych, niekiedy nawet ortograficznych. Jeśli więc mowa o przygotowaniu powieści do złamania, określę je jako proces długi, żmudny, ale jednocześnie najbardziej przeze mnie uwielbiany.

No co? Nic nie poradzę, że lubię takie wyzwania ;).

Okazało się, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, nie da się również w dwa dni zrobić tego, na co miało się tydzień. A przynajmniej nie da się tego zrobić dobrze. Struktury poznawcze człowieka działają na przykład tak, że jeśli już oko redaktora znajdzie jakąś nieścisłość, to istnieje przytłaczająco wysokie prawdopodobieństwo, że zignoruje błąd znajdujący się tuż obok. Dla mnie – jako psychologa z zamiłowaniem do neuropsychologii – to rzecz fascynująca. Dla mnie – jako redaktora-świeżaka z tendencją do perfekcjonizmu – to jedna z największych bolączek.

Ale nie będę więcej psioczyć. Opowiem Wam po prostu o tym, jak przebiegała czwarta redakcja „Cmentarzyska”, która z założenia miała być ostatnią przed wysłaniem maszynopisu do złamania.

Pewnie myślicie sobie, że chyba żaden redaktor ani żadne wydawnictwo nie robią czterech redakcji powieści. W większości przypadków będziecie mieć rację. Standardowo prace zamykają się w dwóch redakcjach i korekcie po złamaniu. Jednak ja – jako istota początkująca i doskonaląca swoje umiejętności, potrzebowałam jeszcze na tym etapie paru podejść dodatkowych. Moje zdolności redaktorskiego czytania najszybciej pokazywały swoje oblicze w chwilach, w których nie byłam w stanie przeczytać już żadnej książki czy opowiadania bez zwracania uwagi na interpunkcję albo – wydawać by się mogło – trywialne literówki. Do tej pory czasami gęgam, że kurs mnie zepsuł, bo nie mogę nawet poczytać dla relaksu – najchętniej cały czas bym chodziła z tym swoim czerwonym długopisikiem i wszystko poprawiała. W każdym razie nadal nie byłam tak dobra, żeby dostrzec wszystkie błędy za jednym zamachem. I nie jestem pewna, czy w ogóle taki geniusz się kiedyś urodzi. Mało tego! Pisząc własne teksty pod publikację na blogu, sama robiłam babole. Niektóre były takie, że aż wstyd się do nich przyznać.

Tak czy inaczej, zachęcona bardzo niewielką (w porównaniu do podejścia pierwszego) liczbą błędów przy trzecim czytaniu tekstu, stwierdziłam, że dam „Cmentarzysku” poleżeć przez dwa tygodnie i wezmę się za ostatnią redakcję, poprzedzającą wysłanie go do złamania. W międzyczasie jednak na powieść zerknął Paweł i okazało się… że mamy jeszcze cholernie dużo pracy.

Paweł zwrócił uwagę na elementy, które mi zupełnie umknęły, skupił się na szerszej perspektywie, a nie tylko na szczegółach, takich jak ja wcześniej. Moja czwarta redakcja polegała zatem na czytaniu tekstu zdanie po zdaniu, słowo po słowie, litera po literze. Idę o zakład, że nie wychwyciliśmy wszystkiego – nawet pomimo tego, że pracowaliśmy we dwoje.
Sugerowane poprawki wprowadzaliśmy do pliku wspólnie. Niektóre z nich miały tak dużą rangę, że nie śmiałabym samodzielnie ingerować w tekst. Pan Forge jeszcze rzuciłby na mnie po złości jakieś zaklęcie. A tak to tylko mówi, że z połamanymi paluszkami przynajmniej bym mu w jego spuściźnie nie mieszała.

Ach, nie powiedziałam Wam jeszcze o jednej ważnej sprawie! Mówiąc o przygotowaniu powieści do złamania, zupełnie pominęłam fakt, że zanim ta wiekopomna chwila nastąpi, „Cmentarzysko” zostanie przekazane dwóm zaufanym (ale jednocześnie zdystansowanym i obiektywnym) osobom, które będą miały za zadanie zerknąć na tekst świeżym okiem. Zdajemy sobie z Pawłem sprawę z tego, że to nasze pierwsze takie przedsięwzięcie, wiemy też, że zanim osiągniemy w tym biegłość, minie jeszcze trochę czasu. To dlatego chcemy, żeby ktoś nas sprawdził. Po prostu. A jak sprawdzą nas dwie osoby, to jeszcze lepiej.

Chyba wspominałam już o tym, że wydana przez nas książka będzie tak dobra, jak tylko może być, nie? 🙂

Martyna

Kłobookowa redakcja