2. Dziwna historia

Zdradzę Wam coś w sekrecie. Od zawsze byłam dziwakiem. Może bez aspiracji do zajęcia podium i zyskania zaszczytnego tytułu Czubka Roku czy Wariata w Stylu Dowolnym, ale od dzieciaka kotłowało mi się pod sufitem i nie ma co temu zaprzeczać. Wiecie, normalne dzieci raczej nie straszyły swojej grupy przedszkolnej opowieściami o wymyślonych przez siebie upiorach, ani nie niszczyły sobie młodzieńczej reputacji, by skłonić ludzi do gry w larpy, zwłaszcza, jeśli mieszkały w małej, dość zamkniętej miejscowości. To było jak towarzyski samobój. Takich rzeczy się po prostu nie robiło. Tak jak i wielu innych, które, na poły ze wstydu a po części z wrodzonej skromności, pozwolę sobie przemilczeć.

W każdym razie, bycie tym dziwnym, niepasującym, czy, jak to niektórzy lubią ładnie nazywać, „outsiderem”, to miano, od którego trudno się odczepić, zwłaszcza, kiedy człowiekowi zwyczajnie ono zwisa. W dodatku zdarza się czasem, że po opuszczeniu swojej pierwotnej społeczności zapominamy o tym, że jesteśmy dziwni, bo w tym innym, często większym miejscu, ludzi już nic nie zaskakuje. Chcąc nie chcąc, lądujemy nagle na półce razem z tymi normalnymi, chociaż stojący na balkonie sąsiad niekiedy uniesie jeszcze ze zdumienia brew, widząc jak taszczymy chodnikiem kolejne stroje, tarcze, czy lateksową broń.

Dlaczego jednak o tym wszystkim piszę? Cóż, tak się złożyło, że wróciłam niedawno z podróży w rodzinne strony. Jak już wspomniałam wcześniej, to mała miejscowość. Nie z kategorii tych, gdzie to psy dupami szczekają, ale wciąż czuć w powietrzu, że wiele rzeczy będzie tam zwyczajnie nie na miejscu. Zanim ktoś, jeśli w ogóle, odpowie wam na kulturalne „dzień dobry”, musicie przejść próbę wzroku, po której może zostaniecie zaakceptowani. Jeżeli tak jak ja wyjechaliście stamtąd niemal dziesięć lat temu, a wasze powroty są rzadkie jak…, no, sami wiecie, to stajecie się po prostu obcy i musicie od nowa starać się o swoje miejsce w stadzie. O ile w ogóle chcecie, bo w sumie nikt was do tego nie zmusza. Tak czy inaczej to przyjemna mieścina, z jednym, typowym dla takich miejsc mankamentem, mianowicie: każdy zdaje się tam wiedzieć wszystko o każdym. Najczęściej ofiarami tej społecznej wszechwiedzy padają ci, którzy w ogóle starają się nie dawać innym powodów do plotek – w końcu tajemnice pobudzają wyobraźnię. No i jest jeszcze jedna grupa, która nawet tego nie planując, staje się pożywką dla miejskiej wymiany informacji. Dziwacy. Ci wkraczają na lokalną scenę Historii Niesamowitych z przytupem, cali na biało.

Wyjaśnijmy sobie tylko jedno – bycie dziwnym, choć często przyprawia wasze rodziny o zawał serca, a dalszych znajomych o pobłażliwe uśmieszki, nie jest niczym złym. Nie każdy zrozumie to od razu, inni nigdy, na siłę pakując się w solidne ramy wymuszonej normalności. Jeśli bycie dziwakiem sprawia wam przyjemność i w żaden sposób nie krzywdzi innych, to po co krzywdzić samego siebie, udając, że jest inaczej? Tego nauczyłam się jako dziecko i tego zawsze starałam się trzymać. Nawet, jeśli ma to oznaczać kultywowanie tej dziwności w miejscu, które pozornie zupełnie się do tego nie nadaje. Ale tylko pozornie. Zajęło mi to nieco czasu, ale w końcu zrozumiałam, że nie stałam się dziwna przez moje miasto, a właśnie dzięki niemu, i że ani przez moment tego nie żałowałam.

Objawienie nie przyszło od razu – już tak z nimi jest, że im więcej człowiek o nie prosi, tym dłużej wystawiają go do wiatru. Nie pojawiło się też w żadnym z moich ukochanych miejsc, gdzie przyczajałam się choćby po to, by obserwować sarny czy wilki albo gdzie stawiałam najbardziej niestabilny domek na drzewie, jaki świat widział. Objawienie co do tego, dlaczego to właśnie to miasto jest tak ważne dla mojej kariery dziwaka, siekło mnie kiedyś przez łeb w samym jego centrum, przy rynku. Miało twarz jednej z dawnych sąsiadek, która to, pochylona konspiracyjnie w kierunku swojej zapewne przygłuchej towarzyszki, oznajmiła głośno, wskazując na mnie chudym palcem:

– To ta od Hanki, od Skrzypczaków. We Wrocławiu teraz siedzi, bo sobie dziecko zrobiła.

Oho, to byłoby już chyba drugie. I nadal nie wiedziałam, kogo powinnam poinformować o możliwym ojcostwie, ani co gorsza, ile lat ma właściwie to moje nieszczęsne potomstwo. Tym samym traciłam szansę na udział w walce o 500+ i tytuł Matki Roku. Biednemu zawsze wiatr prosto w oczy, nóż w serce i chleb masłem do ziemi.

– Nie wygląda, że z Wrocławia – rzuciła druga z kobiet i mogłabym się kląć na wszystkie świętości, że jej spojrzenie zbadało mnie skuteczniej niż promienie rentgena. Moje kolorowe wtedy włosy niemal zjeżyły się pod wpływem tego wzroku, a koszulka z Niepoważnym Jak Na Mój Wiek nadrukiem napięła się niebezpiecznie pod wpływem wstrzymywanego oddechu.

– Przecież ci mówię, dziecko ma. We Wrocławiu – przypomniała jej starsza towarzyszka, jakby moje miejsce zamieszkania było najważniejszym punktem w tworzonej przez nie opowieści. – To widać, że po pieniądze przyjechała. Bo po co miałaby tu przyjeżdżać?

No więc stanęło na tym, że jestem matką. Z Wrocławia. Cierpiącą na widocznie przytłaczający deficyt gotówki, wynikający zapewne albo z samotnego macierzyństwa, albo z posiadania konkubenta alkoholika.

– A dziecko gdzie?

– Z dziadkami pewnie. Albo nie brała. Może jest brzydkie.

– Chore?

– Brzydkie! Ale chore też może być. Po to te pieniądze potrzebuje.

Mamy więc samotną matkę, biedującą najpewniej z powodu źle przeprowadzanego doboru partnerów i puszczającą w świat kolejny, kiepsko zmontowany zestaw genów w postaci swojego brzydkiego dziecka. Niby nie powinnam się z tym identyfikować, ale wbrew zdrowemu rozsądkowi moje nowe „ja” zapragnęło nagle żyć własnym życiem i nim się obejrzałam, już brnęłam myślami przez reklamy leków na kolkę i nowe smaki Bobo Fruta.

Ale gdzie to objawienie, zapytacie pewnie? Gdzie wyjaśnienie sensu dziwactwa? Otóż właśnie tu, w treści tej rozmowy. I w każdej innej, która docierała do moich uszu przez całe dziewiętnaście lat mieszkania w tym małym mieście. Każda powstająca tu plotka miała okazję przejść przez niezliczoną ilość ust i czasem nawet w przeciągu kilku godzin urosnąć do rangi prawdziwego dramatu czy skandalu. Każdy człowiek miał swoją drugą stronę, której powstania nigdy się nie spodziewał, a każdy niemal budynek czy miejsce opatrzone były własną historią, stworzoną w ten sposób, by skutecznie poruszyć jej odbiorcę.

Moje miasto zawsze było dla mnie miejscem niekończących się, żywych opowieści. Zaskakiwało bogatą wyobraźnią ich twórców, fascynowało napięciem, z jakim reagowali na nie wszyscy, którzy mieli okazję ich wysłuchać. I wreszcie: sprawiło, że sama zapragnęłam, by moje własne historie również spotkały się z tak aktywnym odbiorem, choć w jak najmniej zniekształconej formie, żeby uchronić pojawiających się w nich bohaterów przed niespłacanymi kredytami, wieloletnimi sprawami spadkowymi i walką o prawa własności do ziemi. Swoją drogą, demon wysiedlony z mieszkania w kamienicy za nieuregulowany półroczny czynsz mógłby być niezłym protagonistą… Tak czy inaczej, zanim w ogóle zdałam sobie z tego sprawę, sama zaczęłam tworzyć. A wraz z tworzeniem opowieści, zaczęła pojawiać się dziwność.

Taka mała podpowiedź ode mnie: ludzie niespecjalnie lubią, kiedy człowiek się na nich gapi, zwłaszcza jeśli robi to cherlawy okularnik z wadą zgryzu, nieustannie notujący szczegóły obserwowanej sytuacji. Nie przepadają też za tym, kiedy wespół z koleżanką podkrada im stare elementy ogrodzenia, żeby zmontować z nich domek na drzewie. Pałają niezrozumiałym gniewem, kiedy spóźniacie się kilka godzin do domu, bo postanowiliście wybudować ten domek nad ryjowiskiem dzików i nijak nie dało się z niego wcześniej zejść. Nie do końca rozumieją, czemu „stara baba” z gimnazjum szczerzy się na widok wykonanego przez dziadka drewnianego miecza, a szkolne, poboczne zadanie na przebranie się za jedną z postaci z „Hobbita”, traktuje jak spełnienie marzeń. Ludzie nieprzyjemnie reagują na przeglądane na przerwach czy w domu książki związane z okultyzmem i morderstwami. Uważają za dziwne to, czego nie są w stanie zrozumieć, nawet jeśli wy wiecie, że za każdym z tych zachowań kryje się nic innego, jak chęć dogłębnego badania wszystkiego, co ma miejsce w waszych historiach. Próba poznania waszych wewnętrznych światów na własnej skórze, tak by odkryć, jak najlepiej ukazać je innym. Szukanie odpowiedzi na pytanie o to, jak sprawić, by ludzie mówili o nich równie chętnie, co o pojawiających się nieustannie plotkach.

Dzięki temu, że od zawsze żyłam w miejscu, gdzie nigdy nie brakło nowych opowieści, tym bardziej poruszających, bo dotyczących osób czy miejsc z najbliższego otoczenia, zabrałam się za pisanie. Dzięki temu z dziwnego, straszącego wszystkich demonami dziecka, wyrosłam na jeszcze dziwniejszego dorosłego, który egzystuje z tymi mroczniakami na co dzień i wciąż stara się, by inni uwierzyli w nie choć na chwilę. Dzięki temu, że każda z otaczających mnie osób była w pewnym momencie uznawana za dziwną, nie bałam się być sobą, choć nie mogę stwierdzić, czy wyszło mi to na dobre.

Kończąc już, chciałam napisać tylko jedno: dziękuję. Tak jak w każdej plotce kryje się ziarno prawdy, tak moje miasto i jego mieszkańcy na każdym kroku stanowią dla mnie niegasnące źródło inspiracji. A być może już wkrótce i Wy, drodzy czytelnicy tego wpisu, dowiecie się, co przyniosły te moje wieloletnie obserwacje.