2. Mozart pisał bez skreśleń

2. Mozart pisał bez skreśleń

Mozart pisał bez skreśleń.

Słyszeliście to już kiedyś?

Pewnie nie.

Ale ja bardzo lubię powiedzenia i ładnie brzmiące zdania.

A to jest chyba moim ulubionym.

Do tego wiąże się ściśle z moją opowieścią – z tym, jak ona powstała.

Zanim zabijecie mnie za brak poszanowania zasad skromności, zanim uderzycie choćby jednym kamieniem, dajcie mi się wytłumaczyć.

W żaden sposób nie porównuję się do Mistrza, który to, mając ułożoną w głowie całą arię, przenosił ją bezpośrednio na papier, nie czyniąc przy tym żadnych omyłek.

Historia powstania bajki gryzie ową sentencję od innej zupełnie strony, dowodząc jednocześnie, że wszystko można interpretować po swojemu, a obraz świata kreowany jest przez obserwatora, a nie na odwrót.

To, jak powstało ”Przez czas i przestrzeń”, jest doprawdy nietypowe; mam wrażenie, że na tyle, iż nikt za bardzo mi w to nie wierzy.

Ale to wszystko prawda.

Nie planowałem nigdy napisać bajki. Prawdę mówiąc, planuję bardzo mało rzeczy w swoim życiu.

Nie można przeciwstawiać się swojej naturze, a ja z natury jestem – niestety – chaotyczny.

Dawno, dawno temu, na początku roku 2015, gdy świat był jeszcze młody, gdy nie znano jeszcze chociażby takiego dzieła jak Wiedźmin 3, do moich uszu dotarła wieść, jakoby bardzo poważni ludzie organizowali bardzo poważny konkurs, oferując za to bardzo poważną sumę pieniędzy.

Rzecz traktowała o bajce dla dzieci.

Informację przyswoiłem, a jako że i czas wciąż pozostawał korzystny – do zakończenia etapu nadsyłania prac pozostawało wciąż kilka miesięcy – na dłuższy moment o tym zapomniałem.

Przypomniało mi się o tym o wiele, wiele później, a ściślej rzecz biorąc – dzień przed nieubłaganym deadlinem.

Pech chciał, że tego samego dnia wpadł mi do głowy pomysł – idea, która wydawała się świetna, na tyle dobra, że brak jej wykorzystania byłby po prostu grzechem.

Cóż więc mi pozostało?

Zacząłem pisać.

Miałem na to niewiele więcej niż dwadzieścia cztery godziny.

Zrozumiałem wtedy, że człowiek zmuszony do niemożliwego jest w stanie dokonać niemożliwego.

Pisałem jak szalony, robiąc sobie przerwy to na kawę, to na jedzenie, to na zimny prysznic, a potem jak najszybciej wracałem do laptopa, by wściekłe stukać palcami o klawiaturę.

Musiałem zdążyć.

I wiecie co?

Zdążyłem.

Zapisałem pełne sześćdziesiąt stron A4.

Nieco na ponad godzinę przed zamknięciem systemu bajka była skończona, a mój zmęczony umysł, niezdolny do wykonania jakichkolwiek poprawek, musiał pogodzić się z faktem, że być może rzecz, którą właśnie stworzyłem, jest bardziej dziurawa niż ser szwajcarski.

Ale co z tego, skoro opowieść wydała mi się szczera i dobra?

Pisałem bez skreśleń, gdyż nie było na nie po prostu czasu, a żadne zagwozdki nad gramatyką czy sensem zdań nie mogły mnie spowolnić.

Pogląd ten, ukształtowany w ogniu walki, utrzymuję do dziś.

Szczerość przekazu jest wszystkim, a tysiące pięknych zdań nie mają najmniejszego sensu, jeśli jej zabraknie.

Jeśli myślicie, że to koniec historii, jesteście w błędzie.

Nie jesteśmy nawet przy epilogu.

Jako że nie pozostało mi nic innego, załączyłem bajkę na stronie konkursu, po czym kliknąłem Wyślij.

Tutaj właśnie rozpoczął się mój dramat, wyszła moja odwieczna wada, która nieomal zafundowała mi zawał serca.

Komputerowy system okazał się lodowato okrutny.

Mój tekst nie spełniał wymagań.

Był za długi.

Regulamin wymagał MAKSYMALNIE sześćdziesięciu tysięcy ZNAKÓW, a ja w swoim roztargnieniu ustawiłem licznik edytora tekstu na sześćdziesiąt tysięcy SŁÓW.

Moja bajka była co najmniej trzykrotnie za długa i w żaden sposób nie nadawała się do skrócenia.

Byłem smutny, zawiedziony i rozczarowany, jednakże wszystko to szybko minęło, wyparowało jakby.

Opowieść jest dużo ważniejsza niż głupi konkurs, a ja nabrałem świadomości, że właśnie udało się napisać jedną z nich, zaklinając ją w papier.

Pomimo tego, że byłem z niej zadowolony – zawsze kocham swoje dzieci, jakiekolwiek by były – nie zamierzałem jej nigdzie wysyłać, nigdy.

Jak więc się stało, że to zrobiłem?

Jak to się stało, że wysłałem ją właśnie Kłobookowi?

Nie wiem.

I pewnie nigdy się nie dowiem.

Cieszy mnie jednak, że stało się tak, jak się stało.

Tutaj wypadałoby postawić koniec; dowiedzieliście się, jak to było, a taki był przecież zamysł tego wpisu.

No dobrze…

A epilog tej historii?

Każda staromodna opowieść ma przecież epilog.

Cóż, mam wrażenie, że on właśnie się pisze i nie powiem wam, jak to właściwie się skończy.

Przecież wszystko właśnie trwa.

 

Dziękuję za lekturę.

Serdecznie pozdrawiam,

 

                                                                                                                      Arnold

W opozycji do rzekomego braku skreśleń.