2. Ponurzy jako animacja?

Paweł Fijałkowski

Hej.

Miałem dzisiaj napisać o tym, jak po raz pierwszy w życiu zostałem pracodawcą, ale przez te kilka tygodni trochę zdążyło się zmienić i pisanie tego tekstu nie miałoby już jakiegokolwiek sensu. Niestety.

Nie chcąc się jednak żalić i narzekać, bo nie po to mam swój mały kącik na kłobookowym portalu, chciałbym Wam opowiedzieć o czymś, co ostatnio wzbudziło we mnie silniejsze emocje. Nie zdarza się to wszak często, więc może to i dobry materiał na krótki wpis. 

Wraz z Martyną powołałem do życia Kłobooka wcale nie dlatego, że chciałem wydać książkę z pomocą własnych środków, wiedząc, że i tak żadne wydawnictwo tego nie zrobi. Tak myślą nasi ulubieni hejterzy i w sumie fajnie by było, gdyby tak zostało. Przynajmniej jest się z czego pośmiać, gdy dostajemy komentarze albo prywatne wiadomości od ludzi, których sami sobie zaprzeczają. Wiedziałem, że „Cmentarzysko” jest tekstem, który ma potencjał, ponieważ zanim w ogóle zacząłem się zastanawiać nad jego samodzielnym wydaniem, zapłaciłem profesjonalistce za jego recenzję – osobie zupełnie nieznajomej, która dostała kasę z góry, więc nie miała powodu, żeby kłamać. Wiedziałem też, że książka nie jest wybitna, ale że jest jednocześnie solidnym startem dla początkującego autora. To właśnie od tej Pani odpowiedź, w której było napisane, że jest to jedna z najbardziej oryginalnych historii dla dzieci i młodzieży, jakie czytała. To wtedy postanowiłem zaryzykować i puścić “Cmentarzysko” drukiem, jako pierwszą pozycję mojego raczkującego wydawnictwa. 

Tak, jak mówiłem kiedyś w jednym z wywiadów: nie chodziło tylko o wydanie książki! Chodziło przede wszystkim o pozostawienie przy sobie praw autorskich. Najczęściej jest tak, że gdy podpisuje się umowę z wydawnictwem, oddaje im się autorskie prawa majątkowe na okres nawet siedmiu lat. I jakkolwiek bardzo boli fakt, że nie można w tym czasie niczego z tym zrobić, tak wcale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że oddaje się też prawa do postaci, miejsc i ogólnie całego świata, jaki się stworzyło. Znaczy to tyle, że jeśli napiszesz osobną książkę z głównym bohaterem będącym jednym z bohaterów pobocznych książki, do której prawa wypożyczyłeś, i wydasz ją w innym wydawnictwie lub samodzielnie, to… masz kłopoty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na taką sytuację, ponieważ miałem na swoim komputerze cykl pod tytułem „Rodzina Ponurych”.

Zakładając Kłobooka, mogłem sobie pozwolić na coś zupełnie innego. Mianowicie stworzyłem cykl dwunastu połączonych wspólnym wątkiem opowiadań o rodzinie obłożonej klątwą. Gdy skończyłem ostatnie z nich i cała historia odleżała swoje, zabraliśmy się z Martyną za przerabianie pomysłu na propozycję dla firm zajmujących się animacją, dla telewizji i platform streamingowych. Zanim złapiecie się za głowę i powiecie, że porywamy się z motyką na słońce, zaczekajcie! Mieliśmy pomoc i rady profesjonalistki pracującej przy produkcjach telewizyjnych, która służyła nam nieocenioną pomocą na całym pierwszym etapie. W sumie na drugim i każdym kolejnym również. Okazało się, że sprzedaż Ponurych wcale nie jest niemożliwa! Pierwsze pozytywne opinie na temat całego projektu już wpadły. Kilka osób z branży wypowiedziało się na ich temat pochlebnie, a jedna z nich zaproponowała nawet konsultacje, radę i – być może – pomoc w developmencie (czyli pracach przy zbieraniu środków na realizację całej produkcji). 

Przyznam szczerze, że byłem niezmiernie zdziwiony, zwłaszcza że – z tego co słyszałem – jedyną odpowiedzią, jaką się dostaje przeważnie od tych ludzi jest… cisza. Nie ma w tym niczego niezwykłego, nie próbuję też tego krytykować. Wiem, że każdy jest zarobiony, a pomysłów podobnych do mojego jest tam pewnie u nich w szufladzie miliard. Tym bardziej cieszę się, że mój nie pozostał bez odpowiedzi. 

Niestety jest też zła wiadomość, ponieważ cały mój cykl będzie prawdopodobnie za drogi dla większości firm z naszego kraju. Nawet jeśli będzie w 2D. Tak miało być zresztą od początku. Dowiedziałem się tego z kilku niezależnych źródeł i miałem też niedawno przyjemność przedstawić swoją pierwszą mowę pitchingową, czyli próbę sprzedaży swojego pomysłu potencjalnym inwestorom i osobom zainteresowanym. Odbyło się to w ramach szkolenia, w którym brałem udział. Taka symulacja, po której ludzie z branży filmowej powiedzieli mi, co zrobiłem nie tak… a raczej ,ile rzeczy zrobiłem nie tak i ile trzeba poprawić, żeby w ogóle mieć szansę na sprzedaż mojego projektu. 

Może się wydawać, że wróciłem do domu załamany, ale stało się coś zupełnie przeciwnego. Wróciłem do domu z planem. Planem przerobienia serii opowiadań na typowy produkt sprzedażowy i nawiązania kontaktu z zagranicznymi agencjami. Powiedziano mi, że jeśli przetłumaczę wszystko na język angielski, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebym uderzał ludzi zza granicy. Prawdopodobieństwo, że mi odpiszą jest takie samo jak to, że odpiszą mi ci z Polski.

Odpisali jedni, odpiszą i drudzy! Wymyśliłem jeszcze kilka rzeczy, które mogą pomóc, ale na razie nic ,o nich nie powiem, żeby nie zapeszać.

Co na sam koniec? Chciałem Wam powiedzieć, że tłumacz już jest. Materiał też tylko muszę go przerobić i odświeżyć, zanim pójdzie dalej. “Dzienniki Ponurych” ukażą się drukiem jeszcze w tym roku! Jeśli bogowie pozwolą, to zrobimy komiks z przygodami pana Forge’a i jego parszywego pracodawcy. Po polsku i po angielsku. Po angielsku puścimy w wersji cyfrowej ze względu na utrudnienia logistyczne. Kontakt z grafikami mamy, a poza tym w ostatnim czasie przekonałem się, że ilustratorzy na grupach to ludzie z pasją, którzy aż palą się do twórczej roboty. Chwała im za to!

Zaczniemy zbierać wokół projektu ludzi, którzy w niego wierzą. Wiem, że dzięki nim w końcu uda się to przepchnąć, a ja i Martyna będziemy mogli pokazać faka wszystkim zarzucającym nam między innymi to, że potajemnie wyłudzamy pieniądze od naszych autorów i że jesteśmy gorsi, bo zaczęliśmy od selfpublishingu. 

Ufff… znowu się podekscytowałem. Ale może to i dobrze.

Mam nadzieję, że dobrze Wam się to czytało i nie uważacie tych kilku minut za czas stracony.

Paweł