#21 O uruchomieniu newslettera

#21 O uruchomieniu newslettera

Macie czasem w życiu do załatwienia takie sprawy, które – pomimo tego, że są ważne i powinny być zrobione jak najszybciej – odkładacie z nikomu nieznanych powodów na później? Założę się, że nie raz zdarzyło Wam się rzutem na taśmę oddać pracę zaliczeniową na studiach, w ostatnim momencie zapłacić za ubezpieczenie samochodu albo zamknąć jakiś projekt w pracy tuż przed samym deadline’em. Jeśli zaś chodzi o nas, to my w taki właśnie sposób zwlekaliśmy z uruchomieniem naszego newslettera.

Teraz będę się przez moment popisywać, więc jeśli nie przepadacie za mądrzeniem się, możecie pominąć kilka kolejnych akapitów ;). Ale nic nie poradzę, że zawsze lubiłam o tym opowiadać znajomym, więc teraz mogę opowiedzieć i Wam. W końcu już jesteśmy trochę znajomymi, co nie?

Prokrastynacja to takie zabawne zjawisko odwlekania realizacji planów i rzeczy z naszego punktu widzenia istotnych. Dlaczego tak robimy? Podam Wam przykład. Jeżeli student wie, że ma do zaliczenia bardzo trudny egzamin, może się do niego bardzo skrupulatnie przygotowywać i tym samym zapewnić sobie zaliczenie na całkiem niezłą ocenę. Może też odkładać naukę na ostatnią chwilę. Wtedy – pomimo stresu, na jaki z własnej, nieprzymuszonej woli sam się naraża – pójdzie na taki egzamin i najpewniej albo go nie zda, albo zda, ale z bardzo miernym wynikiem.

Co jednak w przypadku, kiedy taki opieszały student, który ledwie zerknął do notatek, zdaje egzamin na ocenę bardzo dobrą? No wtedy istnieje przecież tylko jedno wytłumaczenie – koleś jest geniuszem. Po co ma tracić czas na coś, co najwyraźniej wychodzi mu tak dobrze samo z siebie? A co jeśli pomimo trudu włożonego w naukę pilnemu studentowi nie udaje się osiągnąć pożądanego wyniku? No najwyraźniej jest jakimś tłumokiem. Przecież tyle nad tym ślęczał i nic z tego nie wyszło.

W obydwu przypadkach w grę wchodzi… samoocena. Cwaniak, który po prostu miał szczęście, przekonuje sam siebie, że jest mądry, a biedak, któremu powinęła się noga może myśleć tylko, że najwyraźniej pomylił kierunek studiów i do niczego się nie nadaje.
To dlatego człowiekowi po prostu z natury łatwiej odkładać rzeczy na później. Staramy się zachowywać w sposób, który postawi nas w lepszym świetle. Nieważne, ilu mechanizmów obronnych będziemy musieli do tego użyć. Logiczne, nie?

Ale gdzie ja to byłam? Ach, no tak. O uruchomieniu newslettera pisałam przecież.

To nie jest tak, że my się do tego nie zabieraliśmy. Może na początku lekko prokrastynowaliśmy, ale jednak w takich projektach, gdzie samemu jest się „swoim szefem”, wewnętrzna mobilizacja staje się kluczem do sukcesu. Nie jest łatwa, ale jest super efektywna.

Jeśli śledzicie na bieżąco naszego bloga, wiecie, że podjęliśmy co najmniej dwie wcześniejsze próby uruchomienia newslettera. Do pierwszej – delikatnie mówiąc – najlepiej się nie przygotowaliśmy i zarzuciliśmy działania na zdecydowanie zbyt długi czas. Pewnie myśleliśmy, że samo się zrobi. Drugie podejście zaowocowało stworzeniem całkiem przyjaznego interfejsu, ale przeszkodziło nam to całe zamieszanie z RODO. Nie chcieliśmy gromadzić Waszych danych w sposób niezgodny z prawem, dlatego uznaliśmy, że najpierw dopełnimy wszystkich formalności, a dopiero potem ruszymy pełną parą. Poza tym, kiedy na ten krótki moment włączyliśmy możliwość subskrypcji… jakoś nie było chętnych. Zorientowaliśmy się, że jest jeszcze cała masa szczegółów, które należy dopracować, jeśli chcemy zdobyć Wasze serca… znaczy adresy mailowe ;).

W międzyczasie czytaliśmy artykuły, słuchaliśmy podcastów, przeglądaliśmy szablony, a wszystko po to, żeby stworzyć newsletter, do którego – po pierwsze – będziecie się chcieli zapisać, a po drugie – który będziecie chcieli czytać, jak już się zapiszecie. Chcieliśmy, żeby przykuwał uwagę swoją formą oraz zawartością. Pomyśleliśmy sobie, że musimy Wam zaoferować coś w zamian – jakiś drobiazg, który zachęci Was do subskrypcji.

I tak doszliśmy do tego, że każda osoba zapisująca się do naszego newslettera otrzymuje od nas w prezencie KONTRAKT PANA FORGE’A wraz z jego odręcznymi notatkami, komentującymi poszczególne ustępy. Umowa rzuca odrobinę więcej światła na warunki współpracy pomiędzy naszym autorem a Romualdem Ponurym (oraz jego następcami, rzecz jasna). Nieźle, co? 🙂

Nie obyło się oczywiście bez pomocy naszego niezastąpionego Józka (o naszej współpracy przeczytacie tutaj), ale z dumą przyznamy, że lwia część tego, w jaki sposób to wszystko finalnie wygląda, jest naszą własną zasługą.

Oj, dobra – zasługą Pawła. Ja sobie tylko siedziałam pewnego niedzielnego wieczora w fotelu z półlitrową szklanką wody, wspominając jeszcze weselną zabawę poprzedniej nocy, a Paweł tam dziabał w tych wszystkich okienkach na MailChimpie. Myślę, że wyszło całkiem zacnie :).

A Ty jesteś już subskrybentem?

Martyna

Kontrakt Pana Forge’a