#25 O składzie, łamaniu i druku “Cmentarzyska”

#25 O składzie, łamaniu i druku “Cmentarzyska”

Rozmawiałam ostatnio z dawno niewidzianym znajomym. Wpadliśmy na siebie oczywiście przypadkiem, bo przecież w wielkim mieście niektóre osoby łatwiej spotkać przypadkiem niż celowo (nie to żebym nie chciała celowo, po prostu tak jakoś wychodzi). No więc wpadliśmy na siebie na środku ulicy, oboje stwierdziliśmy, że to znak od niebios i poszliśmy na kawę. No dobra, nie na kawę, bo pora była wielce nie-kawowa. Poszliśmy na drinka, a żeby już być całkowicie szczerym – poszliśmy na kilka drinków.

Tak czy inaczej – odpowiadając na pytania typu „Co u Ciebie?”, „Gdzie teraz mieszkasz?” i „Co teraz robisz?”, uderzyło mnie, że tak w zasadzie to jestem wydawcą. Najwięcej moich aktualnych działań opiera się wprawdzie na pisaniu bloga i redagowaniu tekstów, które na owym blogu mają się pojawiać, no ale ta najważniejsza rzecz – ta wisienka na torcie, którą już za trzy tygodnie mam zamiar połknąć w całości – to „Cmentarzysko”. Wydaję książkę. WydajeMY książkę. Na razie jedną, ale najbliższa przyszłość – mam nadzieję – pozwoli mi użyć tego słowa w liczbie mnogiej.

Przez ostatni rok opowiadałam Wam o poszczególnych etapach, z jakim wiąże się proces publikacji powieści. Zasadniczo nie spotkaliśmy na swojej drodze zbyt wielu trudności. Wszystko szło sobie swoim tempem, a my nie mieliśmy potrzeby pospieszania tego w żaden sposób, ponieważ zaplanowaliśmy każdy krok z co najmniej kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Mówię oczywiście o tych dużych krokach. Nie o tym, co akurat danego dnia ma zostać opublikowanie na Facebooku albo Instagramie. Jak to jednak zazwyczaj w życiu bywa, przyszedł taki moment, który spowodował, że zaczęliśmy się bardzo denerwować. BARDZO.

Kilka miesięcy temu rozpoczęliśmy intensywne poszukiwania drukarni oraz firmy od składu i łamania. Chcieliśmy wszystko dograć dużo wcześniej, żeby później nie martwić się tym, że nie zdążymy. Wysyłaliśmy więc maile z pytaniami zarówno o warunki finansowe, jak i o terminy. Na podstawie otrzymanych odpowiedzi zdecydowaliśmy się na szczecińską drukarnię oraz wrocławską firmę mającą wykonać dla nas skład i łamanie powieści.

Jakkolwiek ze strony drukarni kontakt był więcej niż profesjonalny, tak skład i łamanie… no cóż. Bardzo nie lubię mówić i pisać rzeczy niepochlebnych na jakikolwiek temat. Uważam, że Internet jest już bez tego przepełniony wszechobecnym hejtem. Poza tym rozumiem, że każdemu może się zdarzyć wpadka. Jestem chyba najbardziej wyrozumiałą osobą na świecie – Paweł do tej pory mnie zmusza do tego, żebym walczyła o swoje. Nie mogę jednak powiedzieć Wam, że jesteśmy zadowoleni z naszej współpracy z firmą składającą dla nas „Cmentarzysko”. To byłoby po prostu kłamstwo, a ja już na samym początku obiecałam Wam, że będziemy z Wami szczerzy.

Wybraliśmy firmę XYZ (nie użyję tutaj nazwy, gdyż niniejszy artykuł nie ma stanowić antyreklamy, a jedynie relację z naszej – niestety – nie do końca udanej współpracy) , ponieważ spodobał nam się początkowy kontakt – szybki, rzeczowy, w stu procentach rozwiewał nasze wątpliwości i dawał odpowiedzi na każde zadane pytanie (a mieliśmy ich całkiem sporo – w końcu to nasza pierwsza publikacja, o wielu rzeczach nie wiedzieliśmy i wielu nadal uczymy się na bieżąco). Dodatkowo firma była polecona na blogu Michała Szafrańskiego, a – jak wiecie – to dla nas kopalnia wiedzy i bezcennych informacji. Jeśli dołożymy do tego fakt, że firma była wrocławska i – w razie jakichkolwiek pytań z naszej strony – mogliśmy się po prostu spotkać i o nich porozmawiać – nie wahaliśmy się długo.

Kiedy dokonałam w „Cmentarzysku” ostatnich redakcyjnych poprawek, 1 sierpnia, umówiliśmy się na spotkanie przy kawie (tym razem to była kawa, żebyście nie myśleli, że skończyło się tak, jak w historii z początku wpisu). Omówiliśmy szczegóły, dostaliśmy informację na temat przewidywanego czasu realizacji naszego zamówienia – wszystko super.

Problemy zaczęły się już dzień później, kiedy to nie mogliśmy się doczekać maila z umową dotyczącą poufności. Jak mogliśmy wysłać obcym ludziom choćby fragment książki, uprzednio się nie zabezpieczając? No nie mogliśmy. Czekaliśmy prawie tydzień, a czekalibyśmy pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie nasze mailowe i telefoniczne ponaglenia. No okej, myślałam sobie, najważniejsze, że tekst już się łamie.

Gucio. Powiedziano nam, że projekt layoutu zostanie nam przedstawiony w ciągu tygodnia. Przypominam, że od momentu pierwszego spotkania minęło już wtedy dokładnie 13 dni. Po naszych wielokrotnych interwencjach dostaliśmy w końcu tak wyczekany przez nas plik… Opadły nam ręce. Layout nie miał nic wspólnego z opowieścią, elementy graficzne były niedopasowane do klimatu ilustracji, sam układ tekstu też nie pozostał wolny od naszych uwag. W porządku okazała się jedynie czcionka – poza nią wszystko należało zmienić. Na Boga – nawet nazwisko autora było pomylone!

W tym momencie chylimy czoła przed naszą ilustratorką – to ona zaprojektowała czcionkę, którą zapisane zostały tytuły części i rozdziałów, to ona narysowała separatory tekstowe, to dzięki niej dolna pagina wygląda tak, jak chcieliśmy, żeby wyglądała od samego początku. Droga Martyno – jesteś wielka. Serio. Tak naprawdę projekt tej książki powinien się znaleźć w Twoim portfolio.

Projekt: Martyna Nejman

Nasza droga pod górę jednak cały czas trwała. Termin wysłania pliku do drukarni zbliżał się wielkimi krokami, a my nawet nie otrzymaliśmy pliku z naniesionymi poprawkami.  A przecież musiałam jeszcze zrobić po złamaniu dwie korekty. Zaczynaliśmy się poważnie niepokoić. Pisaliśmy maile – nie odpowiadano. Dzwoniliśmy – nie odbierano. Dopiero półgodzinna rozmowa, przeprowadzona dość mocno podniesionymi głosami, spowodowała, że otrzymaliśmy poprawiony według naszych wskazówek plik „Cmentarzyska”. Był 21 sierpnia.

Korekta zajęła mi 3 dni. Mogłaby zająć mniej, ale chciałam być jak najbardziej dokładna. Bo to, czego nie wyłapałabym tym razem, skutkowałoby koniecznością kolejnych korekt, a my już naprawdę chcieliśmy posłać plik do drukarni. Nie wiadomo, ile musielibyśmy znowu czekać.

Końcowy etap współpracy z firmą XYZ był jednak taki, jaki powinien być od samego początku. Moje poprawki zostały wprowadzone w ciągu 24 godzin. Wątpliwości były konsultowane na bieżąco za pośrednictwem maila, co umożliwiło uniknięcie pojawienia się kolejnych chochlików. I gdyby tak to wszystko wyglądało od samego początku, to moglibyśmy się pogodzić z nietrafionym layoutem. Moglibyśmy się nawet pogodzić z niedotrzymywaniem terminów. Ale to, z czym z całą pewnością nie możemy się pogodzić, to brak kontaktu.

Niech sam za siebie przemówi fakt, że fakturę otrzymaliśmy po trzech mailach i dwóch telefonach z naszej strony. Chyba nie tak powinno się prowadzić firmę.

Miłą odmianą była współpraca ze wspomnianą przeze mnie wcześniej drukarnią. Odpowiedzialny za kontakt z nami pan Łukasz to naprawdę złoty człowiek (serio brzmię jak 60-latka, używając takich określeń? :D). Już podczas pierwszej rozmowy zaproponował nam wysłanie egzemplarzy próbnych, na podstawie których mogliśmy dokonać wyboru rodzaju oprawy, papieru, czy techniki druku. Gdy mieliśmy jakiekolwiek pytania, nawet najbardziej trywialne, odpowiedź otrzymywaliśmy najpóźniej wieczorem tego samego dnia. Nawet przez wypełnianie formularza zamówienia zostałam przeprowadzona telefonicznie krok po kroku. I nie miało znaczenia to, że akurat przerwałam panu jakiś super trudny trening na siłowni albo znieczulenie po leczeniu kanałowym zęba jeszcze nie przestało działać.

Mniej istotne było dla nas to, że rzeczona drukarnia nie zaproponowała nam najtańszej oferty. Podejście do klienta i obecność na każdym etapie przygotowywania pliku do druku znaczyła dużo więcej. Wprawdzie paczki z pięcioma setkami „Cmentarzyska” mają dotrzeć do nas dopiero za kilka dni, ale na tym etapie bez wahania zdecydowalibyśmy się jeszcze raz na współpracę z BooksFactory.

A Wy jak myślicie? Jakie będzie „Cmentarzysko”? 🙂

 

Martyna