#29 O pierwszych tygodniach współpracy z Arnoldem Cytrowskim

#29 O pierwszych tygodniach współpracy z Arnoldem Cytrowskim

22 minuty. Dokładnie tyle czasu zajęło mi postawienie pierwszego znaku w prezentowanym poniżej artykule. Pomimo tego, że temat jest przecież dość wdzięczny i tak naprawdę jego treść nie stanowi dla mnie najmniejszego problemu, musiałam najpierw pozbyć się z głowy wszystkiego co niepotrzebne.

Jeśli śledzicie nasz fanpage na Facebooku albo profil na Instagramie, wiecie, że dzieje się u nas ostatnio niemało. Podcasty, targi książki, kursy, kombinowanie z niższą ceną dostaw… To wszystko zajmuje dużą część mojej uwagi i właśnie z tego powodu potrzebowałam chwili, żeby zacząć pisanie tekstu na temat naszej – a w zasadzie bardziej mojej – współpracy z Arnoldem Cytrowskim.

No ale dobrze, może zacznijmy od początku. Wiecie już, w jaki sposób nasz autor zachwycił nas swoją bajką i jak to się stało, że nawiązaliśmy ze sobą kontakt. A jeśli nie wiecie, serdecznie zapraszam Was do przeczytania wpisu na ten temat, co bym nie musiała po raz kolejny strzępić jęzora, tudzież stukać obolałymi od braku hybrydy paznokciami w klawiaturę.

Jako że wszyscy – to znaczy ja, Paweł oraz Arnold – w obecnym czasie obraliśmy sobie za punkt zakotwiczenia Wrocław, cieszyłam się niezmiernie na samą myśl o tym, że będę mogła naszemu autorowi zaproponować niejako dwie formy pracy nad jego książką. Ku mojemu ogromnemu zadowoleniu wybrał tę, na którą liczyłam najbardziej.

Po mojej stronie było oczywiście przeczytanie bajki oraz jej zredagowanie. Pierwsze redakcje tekstów zawsze wykonuję na papierze, przy użyciu mojego magicznego czerwonego długopisu. W sumie to już w podstawówce zapragnęłam mieć w przyszłości taki długopis jak moja ukochana wychowawczyni, i móc kreślić, komentować, poprawiać tyle, ile dusza zapragnie. Powiedzcie mi, że marzenia się nie spełniają ;). Ale wracając… Moje zadanie polegało więc na szczegółowym przeczytaniu tekstu od początku do końca oraz zaproponowaniu zmian koniecznych z punktu widzenia redaktora.

Arnold miał do wyboru dwie możliwości: mógł albo pozwolić mi na samodzielne poprawki, oczywiście w postaci komentarzy w pliku tekstowym, albo zdecydować o aktywnym uczestniczeniu we wprowadzaniu sugerowanych przeze mnie zmian. Pierwsza opcja wiązałaby się z odsyłaniem sobie pliku drogą mailową. Druga pozwalała na bezpośredni kontakt oraz pewnego rodzaju twórcze dyskusje. Jak już wspominałam: autor wybrał tę opcję, która dużo bardziej mnie ucieszyła – mianowicie opcję numer dwa.

Zaplanowaliśmy zatem serię spotkań, podczas których – rzecz jasna przy odpowiednio mocnej kawie – mieliśmy wspólnie nadać bajce jak najpiękniejszy kształt. Pracowaliśmy więc nad interpunkcją i ortografią; eliminowaliśmy podwójne spacje, zamienialiśmy dywizy na półpauzy, a niektóre półpauzy na dywizy; ujednolicaliśmy zapis myśli, pochyliliśmy się nad dialogami, staraliśmy się sprawić, żeby tekst płynął; pozbywaliśmy się nieścisłości logicznych, jedne zdania skracaliśmy, a inne wydłużaliśmy; pracowaliśmy nad formą.

Swoją drogą, śmieszna sprawa z tym wydłużaniem zdań. Od początku uważałam, że lepiej w niektórych przypadkach podzielić zdanie na pół, żeby uniknąć niepotrzebnego zamieszania oraz zacięć podczas czytania. Stało się jednak tak, że wraz z postępem prac nad „Przez czas i przestrzeń” nauczyłam się na tyle wyczuwać potrzeby Arnolda, że sama niekiedy proponowałam łączenie dwóch zdań w jedno. Ba! Zaczęłam nawet przy tym używać słów, jakie wiedziałam, że nasz autor zaaprobuje. Fajna sprawa – wejść na tyle głęboko w styl, żeby proponować zastosowanie takich zabiegów, które spotykają się z autorskim błogosłwieństwem.

W efekcie skorzystaliśmy na tym oboje, i to w podobnym stopniu, tak mi się przynajmniej wydaje. Arnold zagłębił się odrobinę bardziej w zasady poprawności językowej (do tej pory nie może przeżyć tego, że stosowanie imiesłowów jest absolutnie błędne, jeśli mówimy, np. o skutkach jakiejś czynności), a ja nauczyłam się w jeszcze większym stopniu tego, jak ważne jest uszanowanie osobistego i niepowtarzalnego stylu autora. Pod koniec naszych spotkań śmialiśmy się nawet, że może to ja powinnam zacząć wymyślać historie, koniecznie przy użyciu konkretnych zwrotów i zdań.

No ale ja tam sobie wolę zostać przy tej mojej redakcji. To ona w końcu sprawia, że jestem szczęśliwa :).

 

Martyna

Duet autor-redaktor.