3. O postępach w pisaniu nowej książki

Paweł Fijałkowski

Wstałem, jak co dzień, o szóstej rano, bo to jedyne godziny, jakie mogę poświęcić na pisanie. Od szóstej do dziewiątej w moim mieszkaniu panuje niemal idealna cisza i spokój. Dziewczyna przeważnie śpi, zagrzebana w kołdrę i koc, a czasami w dwie kołdry i koc, a Gandalf dzielnie jej towarzyszy. Te trzy godziny to mój twórczy czas, który zaczynam od nastawienia kawiarki i włączenia najdroższego jabłka na świecie. Plusem Maca jest to, że nie trzeba czekać piętnaście minut na to, aż wszystkie programy działające gdzieś tam w tle się załadują, a cały system przeciągnie zbolałe kości i łaskawie poinformuje, że jest gotów do życia.

Teraz, gdy piszę ten tekst, deszcz nawala mi w parapet, więc patrzę bezczelnie na świat, popijając spory łyk napoju bogów, i stwierdzam, że współczuję ludziom, którzy muszą przebywać na zewnątrz, podczas gdy ja mam idealne wręcz warunki do pisania. W sumie zawsze współczuję ludziom, którzy musza przebywać na zewnątrz.

No właśnie, a co z tym tworzeniem? Miałem tutaj mówić o książce, którą teraz piszę. „Niecodzienna fucha pana Forge’a” się ona nazywa i nadal bardzo podoba mi się ten tytuł. Co do samej powieści, to jej akcja dzieje się zaraz po zakończeniu wydarzeń przedstawionych w „Cmentarzysku”, lecz nie jest jego bezpośrednią kontynuacją. Skupia się na bardzo ważnej wyprawie pobocznej, do odbycia której został wynajęty pan Forge. Wynajęty przez kogo? Ano przez takiego jednego, który pojawia się w mojej debiutanckiej książce tylko na chwilę.

Niewiele osób wie, że zanim zacząłem pisać “Niecodzienną fuchę…”, wystukałem na klawiaturze prawie 70 stron tego, co działo się z Markiem, gdy porwał go Tropiciel. Chciałem polecieć sztampowo, jeśli chodzi o kontynuację. „Kilka lat później…” i tak dalej. Coś mi tam jednak ciągle nie grało i nieważne jak dużo razy bym to czytał i poprawiał, to ciągle czegoś mi brakowało. Jakbym pominął jakiś ważny okres, kluczowy dla całej historii. Zostawiłem więc rozpoczętą książkę, ponieważ domyśliłem się wreszcie tego, co mój nawiedzony umysł próbował mi powiedzieć.

Przez kilka tygodni nic się nie działo. W sensie na komputerze, w edytorze tekstu. W mojej głowie zachodził proces, który jest z jednej strony bardzo pożądany, a z drugiej denerwuje co niemiara. Musicie wiedzieć, że każdy pisarz przechodzi inaczej przez początkowy etap pisania powieści. Zresztą przez każdy następny też.

Artyści… Nic nie zrobisz. Można jedynie zepchnąć ze skały.

No więc w moim przypadku czuję takie denerwujące kłucie w mózgu, gdy kolejne, pojedyncze elementy wskakują na swoje miejsce. Później następuje etap: „Cholera, co to był za pomysł, ten wczoraj?! Dobry był!” Jest to nieprawda. Jeśli jakaś idea wyparowuje ci z głowy w ciągu dwudziestu czterech godzin, to znaczy, że była gówno warta. 

Najbardziej lubię ten etap, gdy zaczynam widzieć bohaterów głównych i drugoplanowych. Całe szczęście pojawiają się od razu. Gdyby wyłaniali się powoli, z odmętów mgły przy akompaniamencie podniosłej muzyki, to chyba bym oszalał. No, ale tak oto pewnego dnia zobaczyłem w swojej głowie Hansa – lokaja/alchemika i arcywroga pana Forge’a. Nie mogłem też postąpić inaczej, jak tylko skazać ich na przebywanie w tym samym miejscu. Później do głowy wpadł mi Ciastek, a z jednego z moich starych opowiadań sfrunął taki jeden kolega i zapytał, czy też mógłby wystąpić w tej historii.

Tak jak Arnold Cytrowski pisze, że lubi zaczynać pisanie książek od zakończenia, tak ja nigdy nie wiem, jak historia się skończy. Niby mam jakiś pomysł, ale przeważnie moi bohaterowie odwalą mi jakiś numer: pójdą tam, gdzie nie trzeba albo umrą. Dla przykładu: „Cmentarzysko” miało być, w pierwotnym zamyśle, jednym wielkim wesołym miasteczkiem dla umarłych, które dwójka rodzeństwa musi uratować przed zamknięciem. Nie chciałem też z tego zrobić książki, a scenariusz na animację pełnometrażową. Ci, który czytali moją powieść, wiedzą, że wyszło trochę inaczej.

Tym razem udało mi się przynajmniej zatrzymać część z początkowych postanowień, czyli to, że książka podzielona jest na dwie części i obie dzieją się tam, gdzie miałem nadzieję, że będą się dziać. Jest tam trochę magii, ale nie aż tyle, ile można by sądzić po przeczytaniu wcześniejszej książki. Zmienia się też sam pan Forge. Nie zrozumcie mnie źle. Koleś nadal będzie marudą nienawidzącym życia i wszystkich dookoła, ale stanie się z nim coś ważnego. Chciałbym powiedzieć, że dojrzeje, ale… to chyba nie to.

Pozostaje tylko czekać, żeby zobaczyć, czy coś z tego wyjdzie. Zostało pięć rozdziałów do końca, więc wszystko jeszcze może się zdarzyć. 

Miłego dnia,
Paweł

Paweł Fijałkowski

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności