3. Poranek, kawa i jajecznica

Poranek, kawa i jajecznica – sekretne składniki, bez których nie wyobrażam sobie procesu twórczego.

Żeby tworzyć, trzeba mieć wenę.

Jest to prawda stara jak świat, prawda tak oczywista jak to, że woda wrze w stu stopniach.

Ale czym jest wena?

Szczerze mówiąc, nie znam oficjalnej regułki, która by ją określała, mam jednak własną, prywatną, może niepopularną:

“Wena to stan umysłu, w którym nie musimy walczyć o przetrwanie, w którym – przynajmniej na moment – nie istnieją żadne zmartwienia; stan, w którym kreatywne myśli mogą się po prostu narodzić.”

Wena jest czymś, co dopada każdego człowieka, od czasu do czasu przynajmniej. Z chwilowego, słodkiego rozkojarzenia wyłania się miliard abstrakcyjnych myśli i tylko od nas zależy, czy je wykorzystamy, czy nie, przy czym warto zauważyć, że znikają one równie niespodziewanie, co się pojawiają.

Wena jest darem, wybitnie nieelitarnym, wspaniałym darem.

Rzecz jasna można z niej korzystać z doskoku – wtedy, gdy zaistnieje na ten króciutki moment. Ale czy nie lepiej byłoby ją okiełznać?

Całe swoje życie, chcąc nie chcąc, walczymy o przetrwanie. Myślimy o pracy, o jedzeniu, o rodzinie, stercie codziennych czynności większych i mniejszych, którym stawić musimy czoła.

O zmęczeniu, które jest tego wszystkiego zwieńczeniem.

To naturalne.

Ale możemy się od tego uwolnić, przynajmniej na chwilę, na moment, wkroczyć do tej mistycznej krainy abstrakcji, w której nie istnieje ani cierpienie, ani głód, ani żadne inne zmartwienie.

Kluczem do tego, by taka duchowa podróż się udała – moim skromnym zdaniem – jest systematyczność.

Trzeba zrozumieć, że czas, który poświęcamy na tworzenie, na czynienie tego, co kochamy, jest święty i nienaruszalny.

Że wszystko to wymaga energii i poświęcenia.

Że trzeba się wtedy wyciszyć, odciąć się od świata, dać swoim myślom popłynąć wolno – po prostu dać im szansę.

Może być ciężko, z początku. Mogą pojawić się narzekania, że nic nie wskakuje do głowy.

Ale wystarczy być cierpliwym i wyrozumiałym.

Bezmyślnym, w pewnym sensie.

Bo niespodziewanie przychodzi ten moment, gdy umysł odpływa, odcina się od biologicznego ciała, a my tworzymy.

Czasem trochę więcej, czasem trochę mniej, nie ma to znaczenia żadnego – to i tak przyjdzie. Trzeba być tylko cierpliwym.

A gdy będziemy tą umiejętność pielęgnować – sumiennie, bez wymówek – z każdym kolejnym dniem stan bezmyślności będzie przychodził odrobinę łatwiej.

Nie rozumiem, dlaczego jest to dla mnie ważne, nie rozgryzam tego, po prostu jest i tyle; uznaję to za dogmat.

Czuję się lepiej sam ze sobą, czuję się odrobinę mniej zagubiony, czuję, że wbrew rozsądkowi moje życie ma jednak jakiś sens.

Tworzenie jest dla mnie świętem, a święta należy celebrować hucznie, z pełnym szacunkiem.

Poranek to najlepsza pora dnia, moim zdaniem.

Wszędzie jest cicho i spokojnie, a człowiek – jakkolwiek krótko by spał – gdy tylko zaparzy sobie kawy, gdy tylko sobie zje coś tłustego – czuję się nieśmiertelny.

Przez jeden, jedyny moment wszelkie warunki niezbędne do przetrwania zostają zaspokojone, a obowiązki dnia wydają się jeszcze bardzo daleko stąd.

Wtedy właśnie piszę.

W zależności od dostępnego czasu ustawiam stoper na godzinę lub półtorej, czasem dwie, i jest to czas dla mnie, i tylko dla mnie.

Czasem stron przybywa, a czasem nie.

Gdy czuję zastój, nie naciskam; czytam, co napisałem wcześniej, słucham muzyki, odpływam powoli.

Wiem, że wena nadejdzie.

Wystarczy być cierpliwym.

I z każdym dniem przychodzi to coraz łatwiej.

Oczywiście poranek, kawa i jajecznica (obowiązkowo na maśle, okraszona niczym więcej jak solą) nie jest jakimś uniwersalnym sposobem na okiełznanie weny.

Każdy celebruje święto na własny, unikalny sposób, nie ma tu żadnej złotej zasady.

Trzeba o tym pamiętać, mieć na uwadze i przyzwyczajać swój umysł do tego, że przychodzi taka wspaniała pora, gdy możemy zapomnieć o wszystkim i po prostu starać się tworzyć.

Dać szansę.

Rzecz jasna niczego to nie daje, materialnie przynajmniej, nie jest niezbędne do życia tak, jak tlen, sen, czy pożywienie.

Ale jednak… Jest ważne, prawda?

A być może najważniejsze.

Gdybyście uważali inaczej lub nie mieli nawet ku temu żadnych wątpliwości, nie dotrwalibyście do końca tego wpisu.

 

Pozdrawiam serdecznie.

 

PS Jedzcie dużo jajek. Pal licho nawet i wenę, po prostu jajka są cholernie zdrowe, i tyle w temacie.

Artefakty Arnolda.