#31 O popularnym “hejcie” i jego konsekwencjach

Martyna Ościk

Zapraszam Was dziś do przeczytania tekstu, którego napisanie było dla mnie niezwykle trudne. Najczęściej dzielę się z Wami osiągniętymi przez nas celami, opowiadam Wam o etapach realizowanych przez nas planów, czy próbuję zarazić Was moją radością z działań dopiero podjętych. Od czasu do czasu przyznaję się Wam do tego, że nie zawsze wszystko nam wychodzi, jednak tych artykułów jest zdecydowanie mniej, co tylko utwierdza i mnie, i Pawła w przekonaniu, że chyba robimy całkiem niezłą robotę. Poniższy tekst natomiast będzie traktował o momencie, o którym wiedzieliśmy, że nadejdzie. Nie zmieniło to jednak niczego w naszym jego postrzeganiu, kiedy już faktycznie przyszedł. To będzie artykuł o hejcie.

Początek roku nie był dla nas jakoś wyjątkowo łaskawy. Weszliśmy w niego z widmem ciążących nad nami zmian, wynikających między innymi ze stale ewoluujących algorytmów serwisów społecznościowych. Ale ewoluują nie tylko platformy, ewoluują przede wszystkim odbiorcy, a my – jako twórcy treści – musimy za tymi odbiorcami nadążyć. To dlatego stale zwiększamy liczbę pojawiających się na naszych kanałach materiałów wizualnych – tak zdjęć, jak i nagrań video. Nie zapominamy jednak o tym, że jesteśmy wydawnictwem. To słowo pisane ma i zawsze będzie miało dla nas największe znaczenie. To dlatego niezwykle trudno było nam zmierzyć się z bezpośrednią krytyką wymierzoną w kierunku wszystkiego, co robimy.

Wyobraźcie sobie, że zaczynacie realizować swoje marzenie. Angażujecie się w to bez reszty, poświęcacie temu każdą wolną chwilę, wkładacie w to całe swoje serce. Jesteście szczęśliwi, mogąc budować coś, czego zawsze pragnęliście, i nic w życiu nie daje Wam większej motywacji niż świadomość tego, że wraz z tym wszystkim to Wy rozwijacie się najbardziej. Uczycie się na swoich własnych błędach, wyciągacie wnioski, jesteście przygotowani na to, że nie zawsze będzie idealnie – bo jak niby miałoby być?

Czas płynie tak szybko, że zanim zdołacie się zorientować, mija rok; a potem jeszcze pół. I nagle na tle tego ogromu małych celów, które postawiliście sobie na samym początku i które udało Wam się osiągnąć, pojawia się on – pierwszy tak druzgocący komentarz odnoszący się do tego, że w zasadzie cały Wasz projekt nie ma żadnego sensu.  Że próba sprzedaży książek bez udziału dużych sieci dystrybucyjnych to absurd, bo większość społeczeństwa jest ukierunkowana na znane księgarnie, w tym na przykład Empik. Że Polacy przecież i tak nie czytają, a zakładanie kolejnego „pseudo wydawnictwa innego niż wszystkie” to gra niewarta świeczki. Że wydana przez Was publikacja nie tylko nie miała prawa trafić na rynek, ale więcej – że nie miała prawa powstać w ogóle. Że najlepsze słowo na określenie tego typu tworów to po prostu „grafomania”. Że nie wciąga, że nie ma stylu ani języka, że redakcja w owej publikacji nie istnieje.

Jak byście się poczuli?

Tak myślałam. Nam też nie było miło.

Ten jeden kluczowy komentarz uruchamia w Waszych głowach mechanizm, który zmusza Was do odnalezienia w internecie wszystkiego, co ktokolwiek kiedykolwiek o Was powiedział – powiedział złego, rzecz jasna. Okazuje się, że Wasze niestandardowe podejście i poszanowanie dla pracy autora to na pewno próba oszustwa, bo już było pełno takich, co to najpierw wydawali własną książkę, a później kazali innym pisarzom płacić za wydanie swoich. Okazuje się, że Wasz wiek i to, że od samego początku stawialiście na przejrzystość i chcieliście, żeby Wasi odbiorcy po prostu wiedzieli, kim jesteście, ma formę wątpliwej jakości gazetki szkolnej; na szczęście na poziomie liceum, a nie gimnazjum.

Zostaliśmy ocenieni przez pryzmat w żaden sposób niepowiązanych z nami zaprzeszłych projektów, z którymi wiąże nas jedynie to, że żadne z nas nie jest i nigdy nie było wielkim wydawcą. Zostaliśmy niesłusznie oskarżeni o „ukrywanie self-pubu”, podczas gdy od samego początku otwarcie mówiliśmy o tym, że wydajemy „Cmentarzysko” samodzielnie. Przecież od tego wszystko się zaczęło. A wydawnictwo? Wydawnictwo to produkt wtórny, który dopiero później uczyniliśmy swoim priorytetem.

Ale żeby wprowadzić element humorystyczny – część tych opinii nie została nawet poparta wejściem na naszą stronę! Niektórym internautom za odniesienie wystarczyły komentarze innych internautów, bo przecież wcale nie trzeba czegoś przeczytać, żeby określić, jakie jest.

No dobrze, teraz chwila oddechu. Chciałabym, żebyście odpowiedzieli sobie na kilka pytań. Nie mi – sobie.

Co złego jest w tym, że zdecydowaliśmy się na samodzielne wydanie książki? Czy lepiej byłoby, gdybyśmy najpierw – na mocy umowy wydawniczej – zobowiązali się do wydania i sprzedania książki innego autora, nie mając wcześniej tego feedbacku, który zdobyliśmy na podstawie tak przez wszystkich znienawidzonego self-publishingu? Czy byłoby w porządku wziąć w swoje ręce los debiutanta, który i bez naszej „pomocy” ma wystarczająco pod górkę? Czy mieliście na którymkolwiek etapie kontaktu z naszym blogiem wrażenie, że staramy się coś przed Wami ukryć? No i w końcu: czy wyciąganie wniosków na temat CAŁEJ, ponad czterysta stronicowej powieści na podstawie pierwszych dwóch rozdziałów, jest w porządku?

Zdaję sobie sprawę z potknięć redakcyjnych i korektorskich. Biorę za nie pełną odpowiedzialność, nie mając najmniejszego zamiaru wymawiać się moim małym doświadczeniem. Dopuściłam do tego, że ludzie, którzy tak naprawdę nie potrzebują żadnych podstaw do krytyki, takie podstawy otrzymali. Jest to dla mnie niezapomniana lekcja, którą zatrzymam ze sobą do końca życia i która jeszcze przez długi czas nie będzie dawać mi spokoju. Jednak stanowi to również dla mnie największą możliwą motywację do dalszej nauki, rozwoju i czerpania z wiedzy, którą do przekazania mają osoby dalece bardziej doświadczone. Znienawidzony fragment „Cmentarzyska” powędrował więc do pani redaktor z osiemnastoletnim doświadczeniem. Ostatnia rzecz, na jakiej nam zależy to to, żeby nasi autorzy musieli się obawiać tego, że ich teksty będą w nieodpowiedni sposób przygotowane do publikacji. Zrobimy wszystko, żeby zapewnić im najwyższą jakość całego procesu wydawniczego.

Prawdą pozostaje również fakt, że obecny kształt naszej strony internetowej nie dla wszystkich jest do końca zrozumiały i że może wydawać się odrobinę chaotyczny. Doszliśmy do tego wniosku już pod koniec zeszłego roku, dlatego zdecydowaliśmy się na jej przebudowę. Trwają właśnie ostatnie prace nad dopieszczaniem nowego layoutu, dostosowywaniem grafik i tekstów. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, już na początku lutego będziemy mogli Wam wszystko zaprezentować. Nie możemy się doczekać! 🙂

Na koniec chciałabym jeszcze raz powtórzyć: przyjmuję krytykę dotyczącą warstwy językowej i stylistycznej tekstu, przyjmuję argument na temat naszej witryny. Ale nigdy, PRZENIGDY, nie pozwolę na to, żeby osoba niebędąca nawet najmniejszym autorytetem analizowała i podważała sens istnienia naszego wydawnictwa. Na to nie zgodzę się za nic w świecie.

Martyna

Drużyna.