#32 O szukaniu nowych ścieżek

Martyna Ościk

Dzisiaj zacznę odrobinę nietypowo, bo na początek chciałam Wam się do czegoś przyznać. Kiedy zastanawialiśmy się z Pawłem nad formułą, jaką powinna mieć nasza strona internetowa – wiecie, wtedy, kiedy jeszcze byliśmy na etapie planowania całego naszego przedsięwzięcia – za nic w świecie bym nie pomyślała, że pisanie artykułów pod publikacje będzie mi to sprawiać taką frajdę. Tymczasem: odkąd niejako oddaliśmy „miejsce” naszym autorom i liczba moich wpisów miesięcznie zmniejszyła się o połowę, zaczęłam odczuwać lekkie braki ;). Teraz chciałabym Wam opowiadać o wszystkim na raz, ale spokojna głowa, nie zamierzam zarzucać Was tym milionem informacji, które pewnie nie do końca byłyby ze sobą powiązane. Dzisiaj opowiem Wam pokrótce o tym, w jaki sposób nasze wydawnictwo stale się rozwija i w jakich kierunkach próbujemy podążać.

Zaczęło się od self-publishingu – nie powinno to być dla nikogo obcującego z naszym blogiem, czy mediami społecznościowymi niespodzianką. Zaczęło się od tego, że Paweł postanowił po prostu wydać swoją książkę – na swoich własnych zasadach, sprawując nad tym pełną kontrolę. Po drodze spotkaliśmy mnóstwo ludzi, którzy zawzięcie nam kibicowali, a my jednocześnie mieliśmy przez cały czas z tyłu głowy myśl o tym, żeby spróbować wydać coś zupełnie nie naszego. To znaczy moje to to akurat nigdy nie było, ale to przywiązanie emocjonalne do czegoś, w co wkładacie tyle serca i czasu… Sami rozumiecie ;).

Staliśmy się więc pełnoprawnym wydawnictwem. Malutkim, rozwijającym się, wrocławskim wydawnictwem. Najpierw podpisaliśmy umowę z Arnoldem Cytrowskim (którego bajki premiera już za miesiąc, dacie wiarę?!), a następnie z Agnieszką Skrzypczak (no do tej pory pamiętam, jak pochłonęłam maszynopis tej powieści). 

Od początku wiedzieliśmy, że będziemy chcieli rozwijać się w różnych kierunkach. To dlatego początkowo figurowaliśmy w sieci nie jako „Wydawnictwo Kłobook”, ale jako „Projekt Kłobook” – bo mieliśmy świadomość, że nigdy nie będziemy chcieli się zamykać na żadne opcje. Pod warunkiem, że te opcje będą dobre, rzecz jasna.

I tak oto minęło półtora roku. Podejmowaliśmy różne próby współpracy z różnymi ludźmi i firmami. Udzielaliśmy odpowiedzi na pytania w niezliczonej ilości wywiadów, wzięliśmy udział w kilku odcinkach podcastów traktujących zarówno o literaturze bezpośrednio, jak i po prostu o kreatywnych inicjatywach, na które warto zwrócić uwagę. To, o czym chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć, to potencjalny udział w projektach, które z założenia miałby być niezwykle obiecujące. Żaden z nich nie zakończył się tak, jak zakładaliśmy.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim okazja, która otworzyła się przed nami z początkiem grudnia. Zostaliśmy zauważeni przez człowieka, którego działania były ściśle związane z teatrem. „Cmentarzysko” wzbudziło na tyle duże zainteresowanie, że zaproponowano nam stworzenie na jego podstawie scenariusza sztuki teatralnej. Wiedzieliśmy, że jest to szansa, którą trzeba wykorzystać. Jedyne, co nas martwiło, to zamknięcie czterystustronicowej powieści w dwugodzinnym przedstawieniu. Stwierdziliśmy więc, że warto zacząć prace nad scenariuszem od napisania jego konspektu. Już na tym etapie upewniliśmy się w naszych obawach – nie chodziło nawet o samą ilość treści, co bardziej o nagłe zmiany lokacyjne, których w żaden sposób nie można było obejść bez szkody dla tekstu. Teoretycznie mogliśmy jeszcze próbować, uznaliśmy jednak, że nie chcemy tej historii spłycać – a to niestety było nieuniknione. 

Zaproponowaliśmy więc w zamian rozbudowanie scenariusza, od którego w zasadzie zaczęło się tworzenie całego uniwersum, w którym rozgrywa się akcja zarówno „Cmentarzyska”, jak i „Dzienników Ponurych”. Oryginalny tekst „Daniela” miał osiem stron A4, zostaliśmy jednak poproszeni o rozciągnięcie go na 40-50 minut. Paweł uznał, że jest w stanie to bez większych problemów wykonać. Scenariusz powstał, a my przeszliśmy w fazę negocjowania warunków kontraktu.

Do tej pory nie wiem, co tak naprawdę się wydarzyło i jakie były powody takich, a nie innych decyzji. Tak czy inaczej, kiedy mieliśmy już wszystko dopinać, kiedy zostało nam tak naprawdę podpisanie umowy… kontakt się urwał. Nie dostaliśmy żadnej informacji na temat, tego, że sprawa jest nieaktualna, żadnej odpowiedzi, absolutnie nic. I tak się tylko przez jakiś czas zastanawialiśmy, czy to naprawdę wymagało aż takiego wysiłku. Pogodziliśmy się już z myślą, że to pytanie już na zawsze pozostanie pytaniem otwartym.

W żaden sposób nie wpływa to na nasze chęci do dalszego rozwoju. Cały czas nawiązujemy kontakty z nowymi ludźmi i firmami, interesujemy się ciekawymi inicjatywami, z którymi moglibyśmy się związać, próbujemy dać się poznać nie tylko od strony bezpośrednio związanej z literaturą. Mam nadzieję, że już wkrótce będę mogła podzielić się z wami wpisem, w którym opowiem Wam o tym, że w końcu nam się udało. Ale, jak to mówią, wszystko w swoim czasie… 😉

Martyna