#35 O pierwszych pracach redakcyjnych nad “Dziećmi Starych Bogów”

Martyna Ościk

Kiedy prawie trzy lata temu dostałam od Pawła pierwszą wersję jego maszynopisu, będącego wtedy tylko częścią „Cmentarzyska”, jednym z moich pierwszych pytań było to, czy mogę wprowadzać do tekstu jakiekolwiek poprawki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że otrzymane zielone światło będzie dla mnie początkiem niezwykłej podróży. Podróży przez słowa, litery i przecinki. Podróży redaktorskiej. 

Minęło wiele miesięcy intensywnej pracy połączonej z jeszcze bardziej intensywną nauką. Za nami dwie publikacje: TUTAJ i TUTAJ. Za mną miliony znaków ze spacjami i bez, oraz tysiące zadań ćwiczeniowych. Przed nami – i przede mną – jeszcze więcej. A przynajmniej taką mam nadzieję.

Przechodząc jednak do sedna: dziś chciałabym Wam opowiedzieć o pracy nad powieścią niezwykłą. Pierwszy tom „Dzieci Starych Bogów”, czyli „Śmiech Diabła” autorstwa Agi Skrzypczak – a już niedługo Agi Mieli – to książka, z której obecności w naszych planach wydawniczych jestem niesamowicie dumna. Jej wielowarstwowość, wykreowane postacie, zbudowany świat, osadzone w nim stworzenia, rozwiązania fabularne, sposób budowania akcji… Nie przesadzę, jeśli powiem, że rośnie nam bardzo, ale to bardzo, zdolna pisarka, a redakcja takiej popełnionej przez nią perełki to czysta przyjemność. Paweł akurat chyba nigdy nie będzie w stanie zrozumieć (bo wiecie, Paweł ma alergię na wprowadzanie do tekstów jakichkolwiek poprawek ;)).

Ale do rzeczy…

Początkowa podróż z Aine i Bertramem pochłonęła mnie do tego stopnia, że po pierwsze: przebyłam ją w niecałe dwie doby, a po drugie (bardzo ściśle związane z pierwszym): byłam przekonana, że nie ma tam praktycznie niczego do poprawy. Moje zdanie jednak zaczęło ulegać szybkiej zmianie, gdy jedną ręką sięgnęłam po wydrukowany maszynopis, a drugą po mój magiczny czerwony długopis – długopis, którego atrament począł bardzo gęsto wypełniać kolejne strony „Śmiechu Diabła”.

Nie chciałabym, żeby zostało to źle zrozumiane – tekst był napisany ładnym, obrazowym językiem, akapity zostały postawione w (zazwyczaj) właściwych miejscach, a dynamika rozmów bohaterów pozwalała na to, aby czytelnik niezwracający uwagi na kwestie poprawności językowej przepadł w świecie Kerhalory bez reszty. Co innego w przypadku, w którym książka dostała się do osoby, która miała ją rozłożyć na czynniki pierwsze.

Rozpoczęła się walka ze wszystkimi błędnie użytymi imiesłowami przysłówkowymi (to zdecydowanie ulubiony błąd popełniany przez Agę jakieś dziesięć razy na stronę ;)). Trzeba było wyeliminować pojawiające się gdzieniegdzie pleonazmy. Dużo pracy wymagało zróżnicowanie interpunkcji, a w szczególności moje ulubione stawianie przecinków we właściwych miejscach. Pojawiło się kilka nieścisłości logicznych, a parę fragmentów należało opatrzyć dodatkowym rozwinięciem autorskim – żeby były bardziej zrozumiałe dla czytelnika. Spora część wspomnianego wyżej koloru czerwonego była związana z umieszczaniem moich barwnych i (chyba tylko w moim rozumieniu) zabawnych komentarzy dotyczących tego, dlaczego tutaj jest tak, a nie inaczej i dlaczego owo „inaczej” nie ma prawa istnieć. Lubię też komentować muskulaturę bohaterów ;).

Moja solowa zabawa z powieścią Agi zakończyła się podczas ostatnich świąt, w międzyczasie natomiast rozpoczęłyśmy cykl spotkań, podczas których Aga cierpliwie wysłuchiwała moich uwag i jeszcze bardziej cierpliwie wprowadzała do pliku proponowane przeze mnie poprawki. No, przynamniej zazwyczaj je wprowadzała. Były bowiem takie momenty, w których – po krótkiej wymianie zdań – zgadzałam się na jej rozwiązania. W końcu to ona najlepiej wie, co pasuje, a co nie pasuje do jej stylu, a moim celem nigdy nie było pisanie książki od nowa (w tym temacie jestem akurat zupełnym beztalenciem ;)).

Myślę, że w ciągu tych kilku spotkań zdołałyśmy sobie wypracować optymalny model współpracy. Czasem wystarczy tylko, że powiem: „tutaj w pierwszej linijce masz wiesz co”. A ona naprawdę wie. 

I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zaczynam już niemal tęsknić za tym, co za trzy sesje stanie się jedynie historią. Później już tylko jakieś trzykrotne przeczytanie i doszlifowanie przeze mnie tekstu – już bez osobistego udziału mojej ulubionej Literoklikaczki.

Aga, jestem dumna. Serio.

Martyna

Martyna Ościk

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności