4. Dobry, zły i brzydki

Aga Skrzypczak

Wspominałam Wam miesiąc temu, że od dzieciaka miałam niekontrolowaną skłonność do uważnego obserwowania wszystkiego, co się dookoła mnie dzieje, prawda? Ani słowem nie zajęknęłam się jednak przy tym, że jakaś nieznana mi siła, Bóg, los albo znudzony pośmiertnym życiem przodek, popycha mnie zazwyczaj w kierunku, gdzie dzieją się rzeczy zupełnie zaskakujące, a toczone przez ludzi rozmowy przekraczają wszelkie poziomy absurdu. Nie wiem, z czego to wynika, ale jeśli ktoś postanowi nagle przeprowadzić szybką eksmisję swoich szarych komórek, to możecie być niemal pewni, że będę akurat w pobliżu, a mój szwankujący w innych okolicznościach słuch zacznie mi niemal umożliwiać echolokację. Zakładam więc, że nie było też zbyt wiele przypadku w tym, że pracuję jako sprzedawca. W końcu jaki inny zawód pozwala na tak szeroko zakrojoną obserwację ludzkich zachowań? No, może poza byciem Panią z Urzędu, ale one czerpią z tego faktu znacznie większą przyjemność, zwłaszcza, kiedy w ich ręku pojawia się Karta Zagłady z potężnym zaklęciem „Stanowisko nieczynne”…

Dobra, ale o czym to ja chciałam?… A, miało być o ludziach. O obserwacji. I o tym, jak się sprawy mają z ocenianiem innych, bo to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie pojawiły się ostatnio w moim życiu w związku z dwoma wcześniejszymi zagadnieniami.

Pisałam kiedyś na swoim fanpage’u, że pracuję w sklepie z artykułami do kuchni i jadalni. Wiecie, generalnie chodzi o gary, zastawę stołową i wszystko, co pomiędzy, w tym kubki termiczne. Mamy nawet całkiem fajną kolekcję takowych z postaciami z Gwiezdnych Wojen, a że uwielbiam to uniwersum, to jestem szczególnie wyczulona na rozmowy rozgrywające się przed zajmowanymi przez te gadżety półkami. Ta, o której będzie teraz mowa, miała miejsce jakoś pod koniec roku.

Minęło kilka miesięcy, ale pamiętam to jak dzisiaj. Drzwi sklepu przekroczyła normalnie wyglądająca rodzinka: Tata, stosownie niższa od niego Mama, będący gdzieś na początku swej przygody ze szkołą Syn i zawieszona w chuście na piersi Taty kilkumiesięczna Córka. Dowodzona przez Mamę familia od razu skierowała się do regału z nieszczęsnymi kubkami, w celu nabycia takiego, który służyłby Synowi. Buchający płomieniami spod kół Zygzak McQueen już na wstępie spotkał się z pogardliwym spojrzeniem i cichym pomrukiem, że nie przystoi on do wieku Potomka, a prężący mięśnie Hulk i reszta Avengersów odpadli w przedbiegach ze względu na bijącą od nich brutalność. No, ale widocznie słowo się rzekło i kubek musiał zostać nabyty. Wzrok Mamy niemal natychmiast powędrował ku ekipie George’a Lucasa.

– To może taki – powiedziała, biorąc do ręki pojemnik z biało-niebieską podobizną R2D2. – Zobacz, jaki ładny robocik.

Już słysząc tego „robocika” powinnam wiedzieć, co się szykuje, ale z jakiegoś powodu postanowiłam się nie wtrącać i pozostać na stanowisku. Sam Chaos chyba tylko wiedział, w jakim kierunku podążą te poszukiwania.

Syn tylko się skrzywił, zupełnie nieprzekonany propozycją rodzicielki. Być może był to kolejny zły znak, który nieświadomie przegapiłam, skupiając się wtedy wyłącznie na tym, jak wielką ignorancją wykazał się chłopiec. Widać młode pokolenie nie zdaje sobie w ogóle sprawy z ważności funkcji pełnionej przez poczciwe droidy naprawcze.

– Nie chcę takiego – odezwał się, szukając wzrokiem pomocy u ojca.

Stojący nieco na uboczu Tata chyba tylko na to czekał. Jego oczy rozbłysły, jakby dotarła do niego świadomość, że oto ma przy okazji szansę spełnić swoje własne marzenie.

– Weź tego obok – podpowiedział swojej małżonce, zajęty uspokajającym bujaniem marudzącej Córki.

– Ten z rycerzem? – zapytała Mama, podnosząc do góry kubek ze Szturmowcem.

Mogłabym przysiąc, że w tym momencie ja i Tata stęknęliśmy boleśnie niemal równocześnie.

– To szturmowiec… –  starał się jej podpowiedzieć, ale Mama zbyła go ruchem ręki.

– Wojownik może być? – zwróciła się zamiast tego do Syna, ale młody nawet na nią nie patrzył. Biała zbroja imperialnego żołnierza widocznie nie zrobiła na nim wrażenia.

– Ten bym chciał! – odezwał się, wskazując palcem na półkę, gdzieś pomiędzy najgorzej wykonaną podobiznę Chewbaccy jaką w życiu widziałam, a czerwonego Kylo Rena i moje serce zabiło mocniej, pokrzepione nieco po jego wcześniejszej wpadce. Spokojny wzrok Mistrza Yody podążał za drobną dłonią dziecka ku jego zarumienionej twarzy, jakby rozumiejąc, że Moc w nim jeszcze nie przebudziła się, ale szansę dać mu należy.

Mama zmarszczyła brwi i bardzo niechętnie ściągnęła z półki mędrca z Dagobah, z niezrozumiałego powodu trzymając jego zielony wizerunek z daleka od swojej twarzy.

– Chcesz tego potwora? – upewniła się, posyłając dziecku lekko karcące spojrzenie, na co młody skwapliwie pokiwał głową. Widocznie nie takiej odpowiedzi się spodziewała. – Ale potwora?…

– To Yoda… – odezwał się znów Tata, ale tak jak poprzednio nie dała mu dokończyć.

Było mi go autentycznie szkoda. Tak samo jak chłopca, na którym skupiła się wtedy cała surowość matczynego wzroku.

– No ale zobacz, to przecież potwór. Jest zły. Chyba lepiej wziąć rycerza?

Twarz syna jeszcze bardziej pociemniała, choć radość ustępowała już miejsca narastającemu rozżaleniu. Chyba nie pierwszy raz znalazł się w podobnej sytuacji.

– Chcę tego zielonego… – rzucił nieśmiało, a jego chwilowe wahanie wystarczyło, by dać Mamie czas na zebranie oddechu.

– Ale to jest potwór. Jest brzydki. No zobacz. Potwory są złe. Należą do Diabła. Też chcesz być zły? Chcesz należeć do Diabła?

Młody najwyraźniej tego nie chciał, bo po krótkiej, przeprowadzonej tym razem szeptem rozmowie Yoda wrócił na swoje miejsce, odprowadzając wzrokiem opuszczającego swych towarzyszy Szturmowca. Uznany za złego ze względu na swoją aparycję Mistrz nie miał żadnych szans w starciu z niezachwianą matczyną logiką. Był brzydki, więc był potworem. Musiał być zły. Musiał należeć do Diabła. A jego jedynym życiowym powołaniem było zapewne oddawanie niewinnych duszyczek swemu mrocznemu Panu.

O słodka Nutello!

Mimo swojej niewątpliwej absurdalności ta rozmowa dała mi sporo do myślenia. Może niekoniecznie popchnęła mnie do tego, by wgapiać się w swoją twarz w pierwszym napotkanym lustrze i oceniać swój poziom atrakcyjności w skali od Wybrańca Bogów do Kultysty Szatana, ale rzeczywiście zmusiła mnie do zastanowienia się nad tym, co wpływa na to, że kogoś lub coś lubimy (czy przeciwnie) i dotarło do mnie, że mam, łagodnie mówiąc, przesrane. Tu już nawet nie chodzi o kwestię wyglądu, ale ogólnie pojętego pierwszego wrażenia. Być może wyłapaliście to sami z moich nagrań, a jeśli jakimś cudem Wam to umknęło (bo, umówmy się, ludzie korzystają z internetu będąc w różnym stanie, nie zawsze pozwalającym na odpowiednie przyswajanie informacji), to podpowiadam, że materiał na osobnika medialnego jest ze mnie kiepski. Tak to już jest, że niektórzy ludzie jednym tylko spojrzeniem kradną serca milionów, a inni… No, im pozostaje literoklikanie albo szukanie innych sposobów na pokazanie się światu od tej lepszej, ich zdaniem, strony.

Zupełnie inaczej sprawy mają się w przypadku bohaterów książek. Ci nie muszą się zbytnio wysilać, by wzbudzić jakiekolwiek emocje u czytelników – to autor musi się nagimnastykować, żeby rzucić ich w odpowiedni czas i miejsce i zapewnić całą masę atrakcji dla odbiorców ich przygód. Człowiek wypruwa sobie dla nich żyły, zarywa noce, by nadać im ostatecznego szlifu, ale to oni, jeśli książka okaże się dobra, będą spijać całą śmietankę. Pojawią się pytania o to, kiedy będzie można przeczytać kolejną część przygód Zabójczego Żigolaka, Który Przychodzi z Deszczem, a nikt nie zainteresuje się, czy jego twórcy nie potrzeba czasem stałych dostaw obiadów o drugiej nad ranem, czy choćby masażu przygarbionych od ślęczenia nad klawiaturą pleców. To na losach bohaterów skupi się cała uwaga czytelników, na nich spłynie ich sympatia. Sytuacja dość podobna do pojawiania się młodszego rodzeństwa. Wierzcie mi, wiem o czym mówię: swojego mam trójkę. I chociaż wyprzeć się ich nie zamierzam, to nie raz od aktu morderstwa powstrzymywał mnie jedynie brak odpowiedniego miejsca do ukrycia zwłok. W przypadku stworzonych przeze mnie postaci jest niemal tak samo – póki co walczymy o to, kto kogo pierwszego wykończy. I chociaż oni podchodzą do naszego starcia z typową dla fikcyjnych tworów nonszalancją, ja wciąż muszę mieć się na baczności. Być strażnikiem nieoczywistości. Wszystko po to, żeby potencjalni czytelnicy nie przyklejali im tak szybko łatek. Żeby nie przeczytać za kilka miesięcy czy lat :„Jest ładna, więc pewnie musi być dobra”. Po moim trupie!

Pisząc to popijam kolejną porcję kakao z mojego kubka z Yodą, a mój wzrok mimowolnie ucieka w kierunku zrobionego przez siostrę portretu Bertrama, bohatera „Dzieci Starych Bogów”. I tak patrzę na te jego przeszywające spojrzenie, słyszę pełne zachwytu westchnięcia siedzącej na moim ramieniu Muzy i dociera do mnie, jak bardzo gościa nie cierpię. Widać robi aż takie wrażenie, że ludzie rysują jego podobizny, bo zachciało mi się, cholera jasna, wczepić mu ten nieznośny gen przystojności. Nic dziwnego, że się tak rozpanoszył, gałgan jeden.

– Przyznaj się, jesteś po prostu zazdrosna – złośliwy głos Muzy przypomina mi o stygnącym kakao.

– Ani trochę – odburkuję pod nosem, sięgając wolną ręką po notes i obie dobrze wiemy, że kłamię. Kiedy po chwili namysłu odstawiam kubek i chwytam za długopis, los Bertrama jest już praktycznie przesądzony.

– Zazdrosna i wredna – mruczy mi do ucha Muza, choć jej nogi podrygują z aprobatą do rytmu skrobiącego po papierze wkładu. – Ooo, to akurat brzmi nieźle. Naprawdę chcesz mu to zrobić?

– To tylko lekcja pokory.

– Dla niego?

– Dla wszystkich. Nie warto oceniać książki po okładce.

Mogłabym nawet przysiąc, że obserwujący mnie ze stołu Yoda uśmiechnął się słabo.

Pokaż mi swój kubek termiczny, a powiem Ci, jakim jesteś człowiekiem 😉