4. Rozum a serce

Arnold Cytrowski

Rozum a serce.

Serce, rzecz jasna.

Zawsze serce, bo najpierw musi zrodzić się idea, za którą ktoś rozumnie podąży.

No, to by było na tyle, prawda? Wszystko wyjaśnione, wyłączamy laptopa, idziemy znowu w życie się zanurzyć, do widzenia, coś w ten deseń…
A tych z Was, którzy mają akurat więcej czasu, zapraszam na dalszą część mojego grudniowego wywodu.

Dla mnie, osobiście, szczerość przekazu zawsze będzie górować nad jego formą, bo po prostu wierzę, ba, nawet jestem przekonany, że to jedyna właściwa ścieżka, którą należy podążać w życiu, i jedyna, która gwarantuje satysfakcję, nawet jeśli ta miałaby okazać się bardziej gorzka niż słodka.

Nie bez powodu zamieściłem tutaj zdjęcie z „Disaster artist” – opowiadającego o „The Room”, to jest: filmie uznawanym za najgorszy w historii świata (całkiem słusznie, zresztą).

Pamiętam doskonale, gdy zabierałem się do seansu tego „dzieła” po raz pierwszy, parę lat temu.
Jako fan kina niskich lotów i kiczu wszelakiego nie mogłem sobie odpuścić najwybitniejszemu – podobno – przedstawicielowi filmów słabych.
Niestety (albo i stety) w przeciwieństwie do tworów zepsutych celowo, celowo słabych i generalnie prześmiewczych – „The Room” okazał się czymś innym.
Okazał się filmem stworzonym na poważnie, filmem, który jest po prostu niestrawny do oglądania.
Byłem wręcz wściekły, wyobraźcie sobie, w ś c i e k ł y, że zmarnowałem na niego półtorej godziny życia.

A potem upłynął czas – bo on zawsze jakoś tak upływa – i moja niechęć przeradzała się w fascynację. Zaczynałem czytać o tym, jak to w ogóle mogło powstać – dlaczego, do cholery, jest czymś tak kultowym, tak uwielbianym i tak szanowanym, aż wreszcie pojąłem, w czym tkwi cały ten magnetyzm.

„The Room” został stworzony przez Tommy’ego Wiseau, ekscentrycznego człowieka o absolutnie tajemniczej przeszłości, który – pozbawiony zupełnie talentu, gustu, czy poczucia estetyki – spełnił swoje największe marzenie – to jest nakręcił film, do którego samemu napisał scenariusz, wcielając się przy tym w główną rolę.

„The Room” to przypadek tragiczny, ale nie można odebrać mu tego, że został zrobiony z sercem – widać to na każdym kroku i pomimo parszywej jakości jego twórca osiągnął to, czego tak bardzo pragnął: uznanie całego świata.

Choć pewnie wyobrażał to sobie zupełnie inaczej.

Ale, no, jak to mówią: “nie mów na głos swoich życzeń, bo jeszcze kiedyś się spełnią”.

Reasumując, jestem szczerze przekonany, że to, co czyni sztukę czymś wyjątkowym, to miłość, która została włożona w proces twórczy. To miłość nadaje czemuś pozornie zwyczajnemu nadzwyczajny wyraz, nawet jeśli to coś samo z siebie jest po prostu kiepskie.

Może się to tyczyć nie tylko kultury, zresztą, ale i dowolnej sfery życia.

Spójrzcie: uwielbiam jeść jajecznicę. Uważam, że jej sukces tkwi w prostocie, że nie trzeba żadnych ekskluzywnych składników – wystarczą jaja, masło, sól, a także najważniejsze – czyli miłość, właśnie.

I chociaż ludzie typu Tommy Wiseau, czy inni, podobni mu marzyciele to przypadki skrajne, być może tragiczne, nie można odmówić im tego, że wskazują właściwą drogę, którą należy podążać w życiu.
Sam staram się pisać prosto z serca, uznaję to za podstawę procesu twórczego i mam nadzieję, że uda mi się przekazać wszystko to, co w środku, na tyle autentycznie, że czas spędzony przy lekturze będzie dla Was czymś magicznym, niezapomnianym.

A to chyba najcenniejsza dla twórcy rzecz.

A rozum

Część z Was może się ze mną nie zgodzi, ale to, co wskazuje rozum, jest… miałkie.

Posługując się prostym przykładem: wydaje się logiczne, że przy starciu Dawida z Goliatem rozsądniejsze jest, by postawić na Goliata, ale czy życie nie byłoby nudne?

Czy nie żyjemy dla chwil, w których to skazywany na pożarcie Dawid stawia czoła niepokonanej bestii?

Dlaczego najbardziej poruszają nas historie, gdy ktoś zmaga się z przeciwnościami losu?

Dlatego właśnie serce.

Zawsze.

 

Myślę, że to na tyle.

Zapraszam Was do dyskusji.

I życzę Wam wesołych świąt, podejrzewam.

Trzymajcie się ciepło,

autor

PS Korzystając z okazji, chciałbym namówić z Was, byście nie kupowali „rozsądnych” prezentów.

Najlepsza definicja prezentu, jaką usłyszałem, brzmi następująco:

Idealny prezent to coś, co człowiek bardzo chciałby dostać, ale nigdy by sobie tego nie kupił.

PS2 Jeśli kogoś z Was jakimś cudem (a Święta to czas cudów, podobno) zainteresowała historia filmu „The Room”, polecam przeczytać książkę „Disaster Artist” lub też obejrzeć film o tym samym tytule. Sama historia jest naprawdę dziwaczna, fascynująca i – co więcej – prawdziwa.

A o prawdziwe, porywające historie wcale nie tak łatwo.