1. Prolog

1. Prolog

Hej tam, no cześć.

Chyba czas, żebyśmy się poznali.

Mam na imię Arnold.

Nigdy nie przepadałem za swoim imieniem, które przez większość życia bardziej mi ciążyło, niż pomagało (tak, jeśli chodzi o wytykanie odmienności wszelakiej, dzieci bywają nader okrutne).

Wszystko zmieniło się, gdy kiedyś – przez przypadek zupełnie – wyczytałem jego znaczenie.
Oznacza ono  wznoszącego się orła.

Stwierdziłem, że to całkiem w porządku.

Zawsze fajnie być wznoszącym się orłem, tak myślę.

Coś więcej o mnie?

Co lubię?

Czym się zajmuję?

Tak pokrótce?

No dobra, niech będzie.

Kończę studia.

Lubię wiele rzeczy, nic wymyślnego: książki, filmy, komputerowe gry…

Lubię też dużo jeść i lubię sport.

Prawdę mówiąc, lubię też klocki lego, co trochę dziwne, co trochę nie wypada tak starym ludziom jak ja.

I zwierzątka lubię.

Strasznie śmieszą mnie zwierzęce ryjki.

To naprawdę całe kompendium wiedzy o mnie i więcej nie trzeba.
Gdyby Was odpytywali z arnoldologii, na podstawie powyższego wywodu dostalibyście tą wymodloną czwórkę wprost do indeksu.

Ale jestem tutaj z innego powodu.

I z tego, co się orientuję – Wy także.

Przejdźmy więc płynnie do sedna, dobrze?

Pisanie.

Moim odwiecznym marzeniem – jedynym takim, wiecie, no, poważnym – była kariera pisarza.

Tworzenie historii, które poruszałyby serca i umysły, po których lekturze człowiek stwierdziłby, że jego życie stało się przynajmniej odrobinę lepsze.

Swoją przygodę z literaturą zacząłem od szkolnej lektury.

Tak, prawdopodobnie opowieść pt. „O psie, który jeździł koleją” była tym czynnikiem, który zdeterminował moje pragnienia.

Niedługi czas po ukończeniu lektury zacząłem tworzyć małe, krótkie, spisywane na wyrwanych z zeszytu kartkach opowiadania.

Mijały lata, czytałem całe mnóstwo książek – tych fantastycznych i tych fantastycznych jakby mniej – przez cały czas okazyjnie tworząc kolejne miniaturowe historie, układając je raz za razem w głowie, a wszystko to z niemym, cichym marzeniem:

Chcę zostać pisarzem.

Niestety, bardzo długo nie traktowałem swoich marzeń nader poważnie – z czcią, na które zasługują.

Proza życia, która wkradała się do głowy dziecka coraz to silniej, mówiła, że to niepoważne, że w życiu trzeba być zupełnie sensownym, rzeczowym, i kiedyś nie będzie czasu na zajmowanie się takimi dyrdymałami jak spełnianie marzeń.

Punktem zwrotnym okazał się początek moich studiów.

Wtedy to po raz pierwszy usłyszałem w głowie jasny imperatyw, niezwykle silne pragnienie napisania książki – własnej, niepowtarzalnej historii.

I tak.

Zacząłem traktować swoje marzenia naprawdę poważnie; poważnie na tyle, że z powodu tych marzeń wziąłem dziekański urlop, by tylko skończyć swoją powieść.

Ale to już inna historia, która czeka tylko na swój finał. Kiedyś bardzo chętnie Wam o niej opowiem – a coś mi mówi, że wszystko skończy się dobrze.

Tymczasem jesteśmy tutaj przecież, by pomówić o bajce – opowieści, która – jak się cudownie złożyło – znalazła swojego wydawcę, opowieści równie bliskiej mojemu sercu, która powstawała przecież w okolicznościach nader dziwnych, naprawdę niesamowitych, i to w ogóle cud, że powstała!

Tak.

„Przez czas i przestrzeń”– bo taki jej tytuł – będzie tym, czym skromny twórca – czyli ja – zadebiutuje na okrutnym rynku wydawnicznym.

Będzie pierwszym naprawdę poważnym krokiem w stronę spełniania swoich marzeń.

I – szczerze mówiąc – nigdy bym się nie spodziewał, że ta historia potoczy się w ten sposób.

Ale widocznie tak miało być i – jak wspomniałem już wcześniej – wierzę, że wszystko skończy się dobrze; w końcu – jak to pisał niegdyś świętej pamięci sir Terry Pratchett:
„(…) szanse jedna na milion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.”.

W tym miejscu warto zakończyć, zanim się zrobi jakoś, no wiecie, pompatycznie.

To wszystko z tego powodu, że się bardzo, ale to bardzo cieszę.

Do następnego spotkania.

 

                                                                                   Arnold

PS. Ach, i najważniejsze: bardzo mi miło Was poznać. Mówię to zupełnie szczerze.

Jeszcze raz dzięki.