9. Sztuka składania historii. Część II. Autentyczność postaci.

Arnold Cytrowski

„O, cholercia, coś wysoko, panie autor. A gdzie niespodziewane zwroty akcji?”

„Gdzie intryga szyta nićmi tak cienkimi, że naszycia widać tylko pod ultrafioletem?”

„Gdzie świat tak oryginalny, że nie wymyśliłby go nigdy-nikt?”

„Ty się, autor, puknij w głowę, bo się nic nie znasz. A tak w ogóle, to oddaj mi pieniądze.”

Tak sobie właśnie wyobrażam Wasze krzyki oburzenia, ale Cytrowski jest Cytrowski i myśli po swojemu, on naprawdę rozebrał opowieść na czynniki pierwsze, postarał się.

A pieniędzy nie oddam, bo nie mam.

Jakby nie patrzeć, nawet w normalnym, realnym życiu, w tej naszej szarej rzeczywistości  wszystkie problemy i zawiązania akcji rodzą się z tego, że ktoś popełnia głupotę, i gdy nawet o danej głupocie opowiadamy, nadziwić się nie możemy temu, czemu w ogóle do takiej sytuacji doszło.

Rozważmy teraz koncept tego, że coś głupiego zdarzyło się Waszemu przyjacielowi. 

Ja przyjaciół nie mam, Wy pewnie tak, mam nadzieję, dlatego łatwo to będzie sobie Wam wyobrazić.

Przyjaciel ten był rozkojarzony, powiedzmy, czy zdenerwowany, zmęczony, przez co wywinął kozła, poślizgnął się na skórce od banana, zjadł jogurt razem z wieczkiem, cokolwiek.

Dowolna, nieżyciowa sytuacja, no. Mini absurd.

Podejrzewam, że skoro ta osoba jest Waszym przyjacielem, musicie tą osobę lubić, uwielbiać, kochać może, i gdy ona to opowiada, cieszycie się, śmiejecie, albo nawet, wręcz przeciwnie, martwicie, bo stało się coś groźnego.

THAT’S THE CLUE!

THAT’S THE SPIRIT!*

(* nie umiem nic po angielsku ale fajnie brzmi)

Opowieść ta jest interesująca dzięki wytworzonej między Wami więzi, a ładunek emocjonalny może unieść nawet tak prozaiczne czynności jak parzenie herbaty do rangi heroicznego postępku.

Ale emocje nie są tylko i wyłącznie pozytywne. 

Według jednej z moich ukochanych teorii psychiatrycznych człowiek rodzi się z trzema emocjami: miłościąstrachem wściekłością.

Równie chciwie dowiadujemy się czegoś, co spotkało kogoś, kogo bardzo nie lubimy, kogoś, kto nam dopiekł.

Chętnie się słucha takich ploteczek, co?

No nie mówcie, proszę, że nie, bo z tego co mi mówiono, kłamstwo jest grzechem.

Nie grzeszcie.

Widzicie? Nie zniechęca Was to, że ktoś postąpił nielogicznie, głupio, byle-jak, czujecie się porwani opowieścią, jej serduchem, a jej serducho stanowi w a s z  p r z y j a c i e l.

No, albo Wasz śmiertelny wróg, jeśli takiego macie, Wy nienawistnicy.

I tak samo jest w książkach, przecież, opowiadaniach, historiach zmyślonych, istniejących tylko w głowie autora przelewającego to wszystko na papier. 

Jeśli nie poczujesz mięty (taka roślina) do bohaterów, skonstruowana wokół jego losów intryga jest warta tyle, co nic, mało, w każdym razie niewiele. Dlatego właśnie uważam autentyczność postaci za coś absolutnienajważniejszego.

Poza szczerością przekazu, rzecz jasna, ale wychodzę z założenia, że bez niej nie ma niczego.

No, dobrze, warto byłoby poprzeć moją tezę jakimś przykładem, czymś znanym i lubianym, coby wyszło, że jestem oczytany, chociaż trochę.

W porządku.

Taki Wiedźmin, na przykład.

Zastanówmy się:

Czy Wiedźminma wysoce skomplikowaną, nieprzewidywalną fabułę?

Oczywiście, że nie ma.

Zauważcie, że jeżeli podeszlibyście do popularnego Wieśkachoć z odrobiną rozsądku, o którym tak się rozprawia, to historia nie należy ani do szczególnie skomplikowanych, ani do szczególnie nieprzewidywalnych.

Ale i tak kocham te powieści. Wszyscy je kochają, do cholery jasnej.

Geralt jest wybitnie rozpisaną postacią, właściwie każdy mógłby się z nią utożsamić, a przechodząc przez kolejne strony prozy Sapkowskiego kochamy to, co Geralt kocha i przychodzi nam nienawidzić tego, czego on nienawidzi.

Samemu uwielbiam postać Geralta tak bardzo, że gdyby nawet Pan Andrzej S. wydawał kolejne tomy na siłę, gdyby wypuszczał do druku takie dzieła sztuki jak „Wiedźmin wiesza pranie, tom II”, i tak bym to kupował, i tak bym to czytał, przypuszczalnie z wypiekami na twarzy.

Bo chciałbym odrobinę dłużej pobyć z moim przyjacielem.

Bo co, prócz tego? Co prócz bliskich, nawet tych zmyślonych?

Smutek, podejrzewam, całe jego oceany.

No, to by było na tyle, dzięki, kłaniam się ślicznie.

PS TAK TYLKO WSPOMINAM: Premiera mojej debiutanckiej książki o wdzięcznym tytule „Przez czas i przestrzeń” będzie miała miejsce 2 kwietnia tego roku, dzień po prima aprilis.

PS 2 Cholera jasna, wcale nie mam pomysłu na drugie post scriptum, dlatego zwróćcie uwagę na to pierwsze.

YO!

Arnold Cytrowski

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności