Awers

Awers

Awers.

Jedno z dwóch oblicz monety.

Jedno z dwóch oblicz, które można wybrać, wylosować, gdy ktoś takową monetę podrzuca.

Jedno z dwóch oblicz, które może ujrzeć światło dzienne, podczas gdy to drugie – zwane rewersem – przygwożdżone zostanie do ziemi; lub na odwrót.

Bo widzicie, tak jak i na monecie, tak i w życiu wszystko ma dwa oblicza.

Są one… współzależne.

Im mocniejsze jest światło rzucane przez obiekt, tym cień za nim rozrasta się potężniej, i odwrotnie – nawet największy mrok bez światła istnieć nie może.

Jeśli powyższe rozważania wydają się Wam zbyt skomplikowane, wykażcie odrobinę empatii – dla mnie są trudniejsze jeszcze bardziej, ponieważ tkwię w tym wszystkim po same uszy.

Mam na imię Adrian.

Mam dwanaście lat.

Oddałem swoją duszę siłom nieczystym.

Na początku, na samiuśkim początku, nie widziałem w tym nic złego, a raczej widziałem więcej dobrego niż złego.

Awers.

Tak.

Pomówmy o awersie.

Póki co, przynajmniej.

* * *

Nigdy się o to nie prosiłem, niestety jednak ten dzień nadszedł.

Spider-Man mówił, że z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność, i chociaż podejrzewam, że człowiek-pająk nie istnieje – przynajmniej nigdzie indziej poza kartami komiksu – to miał niewątpliwie rację.

Jakiś czas temu pewien potwór – monstrum dorównujące rozmiarem wieżowcom – demolowało moje miasto i prawdopodobnie skończyłoby się to wszystko jakąś straszną masakrą, gdyby nie ja, Adrian, dwunastolatek.

Spytacie: dlaczego, na wszystkie świętości, mały chłopiec wziął na swoje barki tak wielki ciężar?

Ano dlatego, że tym wielometrowym monstrem okazała się moja mama, a nikt przecież mamy – poza jej niedorosłym synem – uratować nie może.

Powiem nieskromnie, że owszem, udało mi się.

Jak doskonale pamiętacie – lub jak doskonale możecie wywnioskować – kosztowało mnie to niemało.

Podpisałem pakt z demonem o imieniu Pazuzu i tylko dzięki temu wszystko wróciło do normy.

No, może nie tak do końca wszystko.

Kilka rzeczy trzeba przyznać.

Nikt nie zginął, a nawet jakimś cudem nikt nie ucierpiał, choć doskonale wiedziałem, że to prawdopodobnie dzięki czemuś cudowi przeciwnemu.

Zniszczenia zostały bardzo szybko odbudowane.

Burmistrz tak się ucieszył z opanowania kryzysu, że aż ogłosił moją mamę – teraz znowu wzrostu metr sześćdziesiąt – honorowym obywatelem miasta, wręczając jej wielki, złoty klucz do metropolii, który to teraz dumnie wisi na ścianie, u nas w salonie.

To trochę dziwne i jakby udowadnia tezę, że wystarczy najpierw zrobić coś bardzo złego, a potem przestać, by ludzie byli Ci niezmiernie wdzięczni.

Mama zyskała parę dni chwały, ludzie robili sobie z nią zdjęcia, poklepywali po plecach, bili brawo, komplementowali, a nawet ta sąsiadka – wiecie, ta wredna – przestała charkać na chodniki i jakby tego było mało, zaczęła kłaniać się mamie w pas, rozumiecie.

A potem cała sprawa została zamieciona pod dywan i życie toczyło się dalej, tym samym nudnym trybem co wcześniej, oprócz jednego, jedynego faktu, o którym wiecie Wy, o którym wiem ja i o którym nie wie nikt więcej, a przynajmniej tak podejrzewam.

Pewien dwunastolatek, Adrian, został opętany przez siły nieczyste, a jego nieśmiertelna dusza przestała do niego należeć.

Drobnostka.

* * *

Oczywiście nie mogłem powiedzieć o tym nikomu, przecież nikt by mi nie uwierzył – zupełnie nikt, a już zwłaszcza rodzice.

Dorośli mają to do siebie, że z reguły nie dowierzają w to, co mówią dzieci, tylko kiwają tymi swoimi mądrymi głowami, myśląc, że to wystarczy, odbierając słowa swoich pociech jako żart.

Cóż więc mogłem uczynić?

Robiłem dobrą minę do złej gry, uśmiechałem się, opowiadałem o ocenach w szkole, o filmach, które obejrzałem, o tym, jak nowo kupiony komputer przydaje mi się do nauki (chociaż to oczywiste kłamstwo), szczękałem sztućcami przy obiedzie, czasem udawałem, że sprzątam bałagan w pokoju, wyprowadzałem psa na spacery, a także szczotkowałem zęby trzy razy dziennie, choć osobiście uważam, że to zdecydowanie za dużo. Wystarczy raz.

Jednak pod fasadą tego zwykłego nastolatka kryło się moje prawdziwe ja, moje alter ego, Batman mojego Bruce’a Wayne’a, mroczna istota, która wpadła w konszachty z samym diabłem.

Zaczęło się od wyparcia – udawania, że wszystko jest zupełnie w porządku.

Z czasem jednak wszystko zaczęło się intensyfikować, a każdy kolejny dzień był tylko czymś dziwniejszym.

Widziałem cienie.

Długie, cieniste postacie o palczastych mackach, bezładne plamy układające się w kształty, których żaden zdrowy na umyśle człowiek widzieć nie powinien; cienie, których było coraz więcej; cienie, które były coraz bliżej; cienie, które pokrywały mój radosny dziecięcy świat mrokiem.

Widziałem twarze, mnóstwo twarzy.

Dziesiątki, setki, tysiące może, wyrastały z każdej dowolnej powierzchni, ściany, muru, sufitu, lustrzanej tafli jeziora, namalowane jakby ręką opętanego malarza; część z nich wykrzywiona była w przestrachu, niemym przerażeniu, część zaś uśmiechała się szeroko, patrząc na mne wybałuszonymi oczyma w sposób absolutnie zatrważający i jeśli spytalibyście mnie o zdanie, te drugie były czymś dalece straszniejszym.

W pewnym momencie było tego wszystkiego na tyle dużo, czułem się tym na tyle przytłoczony, że nie mogłem tego dłużej ignorować.

Zaakceptowałem to, zacząłem traktować jak coś zwyczajnego, i tak sobie myślę, że to jakaś uniwersalna prawda, także zapiszcie sobie:

Gdy cały świat wariuje, musisz zwariować razem z nim, żeby pozostać całkowicie normalnym.

W końcu cóż złego mogły uczynić mi cienie czy twarze, skoro sam byłem zaprzedany diabłu?

* * *

Wydaje mi się, że najbliżej prawdy była moja mama; mamy jakoś mają ten instynkt.

Aż szkoda, że tak rzadko mu wierzą.

– Wszystko w porządku, Adrian? –spytała mnie istota, która jeszcze miesiąc temu demolowała w najlepsze miasto.

Podniosłem głowę znad talerza, posiłku, którgo prawie nie tknąłem.

Moje oczy zdradzały prawdę, ale usta kłamały:

– Tak, mamo. – Na co rodzicielka tylko zmrużyła oczy.

– Zakochał się! – Zachichotał ojciec. Nie widziałem jego twarzy dlatego, że czytał gazetę przy stole, chociaż tyle razy upominał mnie, bym nigdy tego nie robił, bo to niekulturalne.

– Wcale nie! – zaprzeczyłem. Posiadanie uczuć jest dla młodego chłopca tym, czym dla psa kąpiel – lepiej unikać.

– Nie wiem, Adrian, dziwnie się zachowujesz. To pewnie przez te czipsy – mruczała osoba znana jako moja mama. – Nie wiem, nie wiem, coś jest nie tak, chłopcze. Na pewno się źle odżywiasz. Czipsy w szkole kupujesz! Ja wiem, że to przez czipsy! – Rwała sobie włosy z głowy. – Słyszysz, mężu?! Na co nasz syn wydaje kieszonkowe?! – fukała, oskarżając mnie o coś, czego nie zrobiłem.

Ojciec odłożył gazetę.

Dzień był ciepły, wiosenny, toteż od tradycyjnego ojcowskiego ubioru odjęta została pozbawiona ramion koszulka – tak, że staruszek prezentował się dumnie w samych jedynie bokserkach i klapkach – grecki bóg schabowego z mizerią.

– Jak to jesz czipsy?! – podchwycił. – Obiadu nie chce jeść, ale tą… tą chemię!

Widzicie – to oburzające, bo ja naprawdę nie lubię czipsów, nigdy ich z własnej woli nie kupiłem.

Tymczasem nawet nie zaprotestowałem, miałem na głowie poważniejsze zmartwienia, na przykład to, że tuż za ojcem, pod sufitem, wyrastała płaska, szyderczo śmiejąca się facjata.

Zamrugałem.

– Przepraszam? – rzuciłem magiczne słowo.

Mama chwyciła mnie za przegub.

Spod wewnętrznej strony chłopięcego przedramienia ział na nią czarny, okrągły piekielny znak – pieczęć cementująca moją więź ze wspomnianym wcześniej demonem.

Kobieta bez ceregieli pośliniła palec, po czym, przyłożywszy go do znamienia, potarła intensywnie.

– Tatuaże? Nie za wcześnie, chłopcze? Pewnie w tych czipsach znalazł! –Teraz naprawdę była wściekła. Całe szczęście, że nie miała już tych pięćdziesięciu metrów. – Masz mi to natychmiast zmyć!

– I wyprowadź psa! Przemyśl swoje zachowanie! – dorzucił ojciec.

– Dobrze, już dobrze – odparłem.

Grzebałem się, ubierając się do wyjścia, a ona cały czas mnie obserwowała.

Mama wiedziała, że coś jest nie tak.

Problem w tym, że o ile matczyny instynkt nie mylił się co do tego, że coś mnie trapi, o tyle pudłował zupełnie, jeśli chodzi o przyczynę.

– To te szczepionki – szepnęła do ojca. –Po co my szczepliśmy nasze dziecko?

Westchnąłem tylko, po czym gwizdnąłem na kundelka, domowego pupila, aby ten podążył za mną.

Zwierzak nosił imię Azor, co tylko dobitnie pokazuje, że studnia wyobraźni moich staruszków wyschła już bardzo dawno temu.

– Drogi panie! – zawołał za mną tata.

– Tak? – zapytałem.

– Nie zapomniał pan aby czegoś?

Westchnąłem.

Ale po co mi czapka?

No po co?

Jest wiosna przecież.

* * *

Rzecz jasna ściągnąłem ją już na podwórku.

Mogłem tu przecież spotkać jakieś dziewczyny, a nie byłem wobec nich tak obojętny, jak to chciałem udowodnić rodzicom.

Spuściłem Azora ze smyczy, ten polizał mnie po twarzy, zamerdał kilkukrotnie swoim krótkim ogonem, po czym odbiegł, jakby opętany przez bukiet zapachów, który oferowała mu wolność.

Wbiegł w alejkę, a po chwili straciłem go z oczu.

Nie musiałem czekać długo, aby pies zawył, a potem zawarczał.

Było to nietypowe, bo Azor nie należał do zwierząt tego typu – wiecie, głównie to merdał ogonem, cieszył się, jadł i spał, ni mniej, ni więcej.

Cudowna istota.

Dogoniłem go, dopadłem do uliczki, która wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle – wyglądała jak porzucona przez ludzi i cywilizację ulica – brudny, ceglany tunel jakby wyjęty sprzed dwustu lat, a na samym jego środku stał przystrojony w czerń człowiek, ubrany staromodnie bardzo, wsparty ciężko na lasce równie czarnej, co jego ubiór.

Na prawym jego ramieniu siedział czarny jak sama noc kruk.

Jedynym elementem wybijającym się z tej ponurej toni kolorów były ich oczy – zarówno mężczyzny, jak i zwierzęcia – jednolite twory pozbawione białek, źrenic i tęczówek, przypominały ziejące własnym, złotym światłem piekielne latarnie.

– Witaj, Adrianie – zawołał Pazuzudemon, któremu oddałem swoją duszę.

– Kra! – dodał jego zwierzęcy chowaniec, kracząc mimo rozwartego dzioba, w którym to znajdował się ludzki, ciągle wijący się palec.

Wzdrygnąłem się.

– Nie zapomniałeś aby o mnie? – spytała potępiona istota, po czym rozejrzała się po okolicy. – Mam nadzieję, że nie.

– Nie mogłem zapomnieć. – Spoglądałem na niego spode łba. Widziałem go dopiero drugi raz w swoim życiu, od czasu naszego pierwszego spotkania więcej się nie ukazał. – Widzę koszmary. Sterczące ze ścian twarze. Cienie, które poruszają się między ludźmi, przenikając przez nich.

– Jasne, w porządku – mruknął, lekceważąc moje słowa. – Trochę mi to zajęło. – Otrzepał czarne jak bezgwiezdna noc rękawy. – Miałem trochę pracy, wyobraź sobie. Setki umów, którymi musiałem się zająć…

Kra!

– To znaczy? – dopytałem, zupełnie zbity z gniewnego tropu.

– To znaczy, że interes się kręci i coraz więcej duszyczek chce się oddać w ręce Pazuzu, mój drogi.

– Czyli po świecie kroczy coraz więcej pięćdziesięciometrowych mam?

– Nie, skądże znowu – zapewnił. – Jeszcze tego brakowało. Wiesz, wasz rodzaj sprzedaje dusze z wysoce bardziej prozaicznych powodów. Klasyka: pieniądze, władza, kariera… – Zmrużył swoje piekielne oczy, po czym wzruszył ramionami, jakby zawiedziony. – Ludzie są za to w stanie zrobić wszystko. Mało kreatywne wykorzystanie diabelskich mocy, jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie. – Uśmiechnął się. Dopiero teraz zauważyłem, jak przerażający był to grymas – każdy z jego czterech kłów nie pasował zupełnie do reszty uzębienia, nadając Pazuzu urody odyńca, to znaczy niezbyt atrakcyjnej i strasznej raczej.

– A skoro już o tym mówimy – kontynuował – jak pożytkuje diabelskie siły Adrian, mój pierwszy klient? – powiedział pieszczotliwie, po czym podniósł do mojej twarzy swoją przystrojoną w rękawicę dłoń, by mnie potarmosić; cuchnęła siarką, co logiczne. – Jak się bawi mój dzielny chłopczyk?

– Źle! –fuknąłem. – Słabo sypiam, słabo jem, jestem rozkojarzony!

– Nie korzysta ze swoich piekielnych mocy? – dopytywał zdziwiony.

– Kra! – nie mógł nadziwić się kruk.

– Nie! –moje adrianowe oburzenie słabło, zastępowane przez równie adrianowe zwątpienie. – To znaczy… nie rozumiem?

– Przecież oddałeś mi swoją duszę! Oznacza to, że dopóki żyjesz, oczywiście, a ona – to znaczy nieśmiertelna dusza – ciągle jest w twoim śmiertelnym ciele, możesz używać cząstki mojej mocy i robić to, co zechcesz! – wyjaśnił.

– Naprawdę?

– Naprawdę! – Machnął ręką. – Cudowne, prawda? A te wszystkie twarze, te wszystkie cienie i koszmary… Czym to jest wobec potęgi, którą cię obdarowałem?

– No… Możliwe – przytaknąłem. Jak wspominałem, i tak przywykłem do koszmarów, stały się dla mnie normą dnia codziennego i podejrzewam – podkreślę to jeszcze raz – że na tym właśnie polega życie.

– To w porządku, jasne. –Wytarmosił moją, i tak już wytarmoszoną, czuprynę. – Czy możesz skłonić tego kundla, żeby przestał na mnie szczekać? –Wyszczerzył zęby.

Faktycznie, Azor darł się w najlepsze. O dziwo, nie zwracało to niczyjej uwagi, ludzie przechodzili, mijając nas jak gdyby nigdy nic.

– Azor, siedź cicho! – rozkazałem.

A rozkaz ten był potężny.

Azor spojrzał na mnie wymownie i posłuchał, choć nie robił tego nigdy wcześniej.

Pazuzu zachichotał.

– Bardzo ładnie! – przyznał demon. – Teraz rozkaż mu, żeby zatańczył!

Posłuchawszy diabelnego podszeptu rozkazałem niewinnemu psu, co nastepuje.

Azor spoglądał na mnie tymi swoimi brązowymi oczyma, po czym, jak gdyby nigdy nic, stanął na dwóch tylnych łapach i zaczął tańczyć, imitując kocie ruchy Michaela Jacksona.

Robił to bardzo dobrze, muszę przyznać. Nie mogłem oderwać od niego oczu.

Pazuzu zaklaskał.

– Myślałem, że się tego domyśliłeś, chłopcze! To tylko początek! Korzystaj z tego do woli! Przecież już za to zapłaciłeś, prawda?

Zapomniałem o żalu, o gniewie, o głodzie, zapomniałem o wszystkim tym, co nieistotne i przyziemne.

Czułem się wszechmocny, a musicie wiedzieć, że nie jest to normalny stan cechujący dwunastolatka.

– To ja się zawijam – powiedział demon. – Miło było cię spotkać. Do zobaczenia w piekle, podejrzewam! – Uchylił rąbka kapelusza. –Adios!

– Kra! – dodał od siebie kruk.

– Zaraz! – zawołałem za nimi, ostatnią nitką świadomości przytrzymywany przy ziemi.

– Tak?

– Kra?

– Dlaczego właściwie przybyłeś? Ale tak naprawdę?

– Nie wierzysz mi, że chciałem po prostu sprawdzić, co u ciebie?

– Nie mogę ci wierzyć. Jesteś diabłem.

– Demonem – poprawił mnie Pazuzu, po czym zagryzł wargę; wydawał się zakłopotany.

Podszedł do mnie, przykucnął, i szepnął:

– Tak się składa, chłopcze, że ja naprawdę sprawdzam, co u ciebie. – Spojrzał na mnie wzrokiem rozpalonym gwiezdnym światłem. – Wiem już, kto mógł rzucić urok na twoją mamę. Coś… coś przebudziło siły nieczyste. Wszędzie, nie tylko tutaj, ale na całym świecie. Ze snu budzą się koszmary, które powinny być dawno zapomniane, pozostawione w spokoju, bo na to zasłużyły – mówił nieskładnie. – A ja muszę dbać o swoje podwórko. Ja naprawdę dbam o swoich klientów. Rozumiemy się? – zapytał.

– Tak.

– To w porządku – odparł, po czym mrugnął do mnie porozumiewawczo.

Wystawił w górę szponiastą dłoń i pstryknął palcami.

Alejka zanikła, piekielne postacie także, a ja znowu byłem w normalnym świecie.
Azor zawarczał, obrzucając pełnym nienawiści spojrzeniem ścianę, jak gdyby ta ubodła go jakoś osobiście.

* * *

Większość baśni, legend, czy po prostu opowiadań z morałem mówi o życzeniach, o tym, jak te – niewłaściwie wykorzystywane – obracają się przeciw pazernym właścicielom, wszystko to jakby w myśl słów:

Uważaj, czego sobie życzysz, bo pewnego dnia może się to spełnić!

Rozumiem, że ma to na celu uczyć człowieka od najmłodszych lat, by zważał na słowa, by zdawał sobie sprawę z tego, jak to potęga bywa zgubna.

I choć doskonale to wszystko rozumiałem, bo przecież – prócz matematyki – całkiem pojętny ze mnie chłopak, przy zderzeniu teorii z praktyką poniosłem druzgocącą porażkę.

Adrian nie zamierzał bawić się w konwenanse, nie zamierzał iść na żaden kompromis.

Adrian chciał żyć jasnym życiem wschodzącej gwiazdy.

Adrian…

Widzicie, poczułem się tak poteżny, że aż mówię o sobie w trzeciej osobie.

* * *

Zaczęło się od szkoły.

Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej tak niecierpliwie czekałem na budzik.

Byłem tak podniecony, że nawet wstałem, zanim zadzwonił, gdy za oknem było jeszcze ciemno.

Bez żadnego protestu zjadłem śniadanie, a potem, gdy ojciec zatrzymał wóz przed frontowymi drzwiami głównego budynku, wystrzeliłem z auta niczym z procy.

– Czapka! – zawołał za mną (bo przecież nie mógł zrobić inaczej), a ja nie posłuchałem go w ogóle, machnąłem tylko lekceważąco głową, bo byłem panem swojego losu, kolejnym wcieleniem Napoleona Bonaparte, najpotężniejszą istotą, jeśli nie na świecie, to przynajmniej w klasie 6B.

* * *

– Super buty, Adrian! –wołali za mną ludzie, którzy nigdy wcześniej nie przejmowali się ani mną, ani tym bardziej moimi butami.

– Łał, ale masz super krok, Adrian! Chciałbym mieć takie księżycowe ruchy! – zawołał za mną nauczyciel wychowania fizycznego, gdy tylko go minąłem; był to ten sam facet, który jeszcze wczoraj naśmiewał się z mojego “kaczkowatego” chodu.

– Jesteś strasznie przystojny, Adrian, i taki umięśniony, zupełnie jak postacie z filmów, a nie jak dwunastolatek, który jest za młody na muskulaturę! – piszczały spotykane na korytarzu dziewczęta, momentalnie odrywając twarze przyklejone zwykle do smartfonów i omiatając swoimi oczyma moje metr sześćdziesiąt siedem wspaniałości.

Tak.

Czułem się wspaniale.

A to dopiero początek moich piekielnych zdolności.

Wyobraźcie sobie, że siadam sobie na języku polskim w pierwszej ławce (bo nigdy nie byłem zbyt fajny, by siadać w tej ostatniej) i ledwie o tym pomyślałem, a tu podchodzi do mnie Artur – ten wielki, popularny siatkarz.

– Słuchaj, Adrian! – krzyczy do mnie, pełen entuzjazmu. – Jesteś taki super mądry, zabawny, przystojny i muskularny – wyliczył – że chętnie zamienię się z tobą miejscami!

A jakby tego było mało, dodaje po chwili:

– I uważam jednocześnie ,iż jesteś dużo wspanialszym siatkarzem ode mnie! Gdybyś grał tyle co ja, byłbyś osiem razy lepszy, jak nie więcej!

– Hura! – zakrzyknęła mu reszta klasy, jakże więc mogłem mu odmówić?

Festiwal niesamowitości dopiero się rozpoczynał.

Do klasy weszła spóźniona pani nauczycielka, a gdy tylko usiadła w swoim nauczycielskim krześle, gdy już sprawdziła obecność, zapytała iście nauczycielsko:

– Klaso, kim był Adam Mickiewicz?

A gdy tak wszyscy milczeli, z dziką pewnością siebie uniosłem rękę.

– Słucham, Adrian. Kim był Adam Mickiewicz? – ponowiła pytanie.

– Nie wiem! – odparłem.

Kobieta szeroko rozwarła swoje oczy, a potem zawołała:

– Wspaniale! Jesteś taki mądry! Piątka! – Jeszcze nie widziałem, by ktoś tak zapalczywie wpisywał ocenę do dzienniczka.

– Hura! – krzyczała reszta zebranej gawiedzi.

No cóż, jeśli tak właśnie wygląda potęga – a wygląda tak, ponieważ sam jej uświadczyłem – nie dziwcie się, proszę, że tak ludzi upija, że tak ich obezwładnia.

A to był tylko ułamek moich piekielnych mocy.

W tamtym momencie wydawało mi się, że nie ma ona ograniczeń.

Zupełnie żadnych.

* * *

Do końca lekcji dostałem tyle piątek, że starczyłoby ich na tyle, żeby ze dwadzieścia osób otrzymało świadectwo z czerwonym paskiem.

Aż nie mogłem się nadziwić, że ta dzielna kobieta, pani nauczyciel, ciągle znajdowała w dzienniku miejsce na kolejne.

Dostałem nawet jedną za podrapanie się po nosie.

Niebywałe.

Zrobiło mi się nawet przykro, gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę, ale natychmiast o tym żalu zapomniałem; w końcu skoro język polski był tak fajny, to co dopiero kwadrans darowanej wolności.

Nie myliłem się.

Zbiłem niezliczone ilości grab i uścisków, i dopiero wtedy, gdy puścili mnie dalej, oprowadzony szpalerem pełnych zachwytu spojrzeń dotarłem na dwór, gdzie czekał na mnie szepczący komitet powitalny.

Rówieśnicy i rówieśniczki wołali:

– Łał!

– To Adrian!

– Jest taki super!

– Życie jest dużo lepsze, gdy mogę bawić się tak blisko Adriana!

A ja wyskoczyłem w sam środek moich fanów, upijając ich swoją wspaniałością, dzieląc się nią, obdarowywując cały świat uśmiechem – ja, Adrian, wspaniałomyślny władca.

Było mi tak dobrze, że aż zakrzyknąłem:

– Chwilo, trwaj! – Nie wiedząc nawet, że cytuję coś bardzo, ale to bardzo, znanego.

A gdy zabrzmiał dzwonek oznajmiający koniec przerwy, pognałem czym prędzej na matematykę, wprost nie mogąc doczekać się tego, co dostanę za najbardziej nawet błahą odpowiedź.

I gdy tak pędziłem w stronę frontowych drzwi, coś nakazało mi zatrzymać się na moment.

Metr, może półtora metra nad płotem okalającym granice szkoły unosiła się dziwaczna postać.

Była to wyszczerzona w upiornym uśmiechu, zgarbiona kobieta.

Cała jej głowa zakryta została starą, płócienną chustą – tak, że spod narzuty wystawała tylko wiekowa, wysuszona twarz.

Dziwaczna, pociągła, o wielkich, wybałuszonych w wiecznym uśmiechu oczach i zadziwiająco okazałych, prezentowanych w całości, zaciśniętych zębach.

To jednak, co najdziwniejsze i co dodawało jej pikanterii, znajdowało się nie na jej głowie, a wyrastało wprost jakby z przedramion, bezwstydnie wystając z rękawów.

Kobieta miała cztery dłonie, po dwie wyrastające z każdego przegubu, a każda z tych dłoni posiadała nienaturalnie długie palce, których było zdecydowanie więcej, niż być powinno.

Wpatrywałem się w niemym przerażeniu, podświadomie zdając sobie sprawę z tego, że tym razem było to coś więcej niż tylko zwykły obraz.

To nie zwykłe cienie czy twarze, to nie iluzja albo niegroźne, namalowane twory.

Postać była realna.

Równie realna, co Pazuzu, o ile nie bardziej, nawet.

Coś klepnęło mnie w plecy, na co wzdrygnąłem się niesamowicie.

– Adrian, wszystko w porządku? – zawołał Artur, wspaniały siatkarz i do niedawna bożyszcze tłumu numer jeden.

Zamrugałem.

Żeńska postać zniknęła.

Znowu było normalnie.

– Tak, jasne – odpowiedziałem niepewnie.

– Łał, ale jesteś super, strasznie cię podziwiam – dodał Artur, zupełnie bezkrytycznie i zupełnie bezsensu.

Kolejna lekcja pozwoliła mi zapomnieć o całym zajściu.

Nic nie tłumi lęku tak silnie, jak nauczyciel, który wpisuje ci piątkę przy głośnym okrzyku: „wspaniale!”, zaraz po tym, jak udowodniłeś całemu światu, że dwa dodać osiem równa się tysiąc sto.

* * *

Nie wspominałem Wam jeszcze – bo to rzecz całkiem wstydliwa – ale w życiu Adriana, już rok wcześniej, chwilę po jedenastych urodzinach, pojawiła się Ania.

Tyle przynajmniej wiedziałem.

Chodziła obecnie do klasy 6C – o ile się nie mylę – i była bardzo ładna– a tu już nie mylę się na pewno.

Wiecie, należała do tego typu dziewczyn, na które taki młody człowiek, jak ja, patrzy sobie z zadowoleniem, po czym – jakby dochodząc w głowie do pewnego konsensusu – uświadamia sobie pewną myśl:

Za wysokie progi.

To smutne, tak myślę, że człowiek z góry narzuca sobie jakiś limit.

To smutne, że nawet taki dzieciak uznaje, że coś jest niemożliwe do wykonania.

Oczywiście myślałem tak tylk odo momentu uzyskania moich piekielnych mocy.

Teraz było inaczej.

Skończyłem właśnie lekcję historii, na której to nauczyciel uznał mnie za najzdolniejsze dziecko nie tylko w dziejach szkoły, co i całego wszechświata, i wiedziałem, że po historii – tuż przed ostatnią lekcją – czeka mnie długi, powolny marsz obok klasy 6C, która to czekała właśnie na język polski.

Rzecz jasna odprowadzał mnie łańcuch łzawych, dziecięcych spojrzeń, jednakże to jedno, jedyne interesowało mnie najbardziej.

A potem dziewczyna, o której tak się tu rozpisuję, dziewczyna, która nigdy wcześniej na mnie nie spojrzała, nawet gdy staliśmy razem obok siebie w kolejce do szkolnego sklepiku, dziewczyna, do której wzdychał co drugi szóstoklasista, a być może nawet co pierwszy, podeszła do mnie, sama, z własnej, nieprzymuszonej woli, jakby ją podkusił sam diabeł.

– Cześć! – powiedziała.

– No… cześć. – Po raz pierwszy od uświadomienia sobie swojej własnej potęgi poczułem się nieswojo.

– Jesteś Adrian, prawda?

– Tak – przytaknąłem.

– Jesteś bardzo inteligentny.

– Tak – skłamałem.

– I wysportowany – dodała z uznaniem.

– Tak – załgał ponownie człowiek, który nigdy z własnej woli nie wykonał ani jednej pompki.

– Nie chciałbyś odprowadzić mnie po szkole do domu? – zagaiła, a mi nawet nie przyszło do głowy, że Ania mówiła dokładnie to, co chciałbym usłyszeć.

– Eeee… chciałbym.

– To super!

– Super!

– Jesteśmy umówieni?

– Jesteśmy – potwierdziłem.

–  Hura! – zawołał kordon otaczajacych nas ludzi, banda dwunastoletnich klakierów.

A potem zadzwonił dzwonek, zamykając kolejny rozdział ze szkolnego życia.

Zaczął się angielski.

Nie mogłem się skupić nic a nic.

Oglądałem tylko przesuwające się wolno wskazówki zegara.

Za wolno.

Poruszały się zdecydowanie za wolno.

* * *

Ania mieszkała po drugiej stronie wielkiej wody – rzeki, która wstęgą przecinała miasto jakby na pół.

Zaproponowała, żebyśmy wybrali jedną z bocznych ścieżek – drogę prowadzącą nie przez dumny, gęsto uczęszczany most, a traktem idącym przez park, w którym to można było przekroczyć granicę wody przez pozarastaną mchem tamę.

Co oczywiste – natychmiast się zgodziłem, bo chociaż nie miałem zielonego pojęcia, kim był pan Mickiewicz, doskonale pojmowałem, czym w istocie jest romantyzm.

Po pewnym czasie zostaliśmy zupełnie sami, a w starym parku, gdzie byliśmy tylko my i zupełnie stare drzewa, nie było słychać nic prócz naszych kroków.

I gdy sobie to uświadomiłem, zauważyłem, jak znika moja brawura, jak znika moc, której byłem tak pewien jeszcze ze czterdzieści minut temu.

Ania mówiła coś, mówiła przez naprawdę długi czas, a gdy zauważyła, że ledwie jej odpowiadałem, zafrasowała się.

– Adrian, wszystko w porządku? Jesteś jakiś nieswój. Gdzie ten wspaniały chłopak, o którym tyle słyszałam? – spytała, a ja nie zdawałem sobie sprawy, że mówi nie to, czego pragnąłem, ale to, czego w istocie najbardziej się obawiałem. – Adrian –kontynuowała – chyba nie masz nawet metr siedemdziesiąt, co? Dziwne. W szkole wydawałeś się wyższy. I mądrzejszy. Myślałam, że jesteś, wiesz, wygadany – powtarzała z wyrzutem.

Dlaczego ona w ogóle mówiła to na głos?

Dlaczego tak bardzo chciała mnie poniżyć?

Dlaczego moje piekielne moce przestają działać?

Przełknąłem ślinę.

– Odpowiesz mi coś? – Wydawało mi się, że w jej głosie pobrzmiewa zawód. – Szczerze mówiąc, myślałam, że będę się lepiej bawić.

Dalej, upominałem się w myślach.

Pazuzu, spraw, żeby ona się dobrze bawiła!, rozkazywałem.

Ale nic się nie działo.

Każda kolejna chwila składała się z nieubłagalnie rosnącego zakłopotania.

A potem, gdy nadal milcząc, zadarłem głowę, aż zamrugałem ze zdziwienia.

Wysoko ponad nami, na wysokości koron drzew, ujrzałem ją znowu.

Zaskakująco realną zjawę o czterech dłoniach i uśmiechu tak serdecznie przerażającym, że chyba tylko cudem moje serce się nie zatrzymało.

Byłem sparaliżowany.

Wydawało mi się, jakby nagle zrobiło się ciemniej, mroczniej i niebezpiecznej.

Lewitująca kobieta pomachała mi dwojgiem rąk i jakby obniżyła się odrobinę.

Przełknąłem ślinę.

Mój oddech przyspieszył.

Rys. Martyna Nejman

Ania wpatrywała się we mnie z charakterystycznym dla kobiet brakiem cierpliwości.

– Tak – przemogłem się.

Przed nami wyrastała owa zarośnięta tama, bariera ograniczająca wodzie przepływ.

– Musimy przejść przez rzekę.

– Coś się stało? – zapytała dziewczyna, obiekt moich westchnień.

– Nie, zupełnie nic – kłamałem jak najęty, chociaż tajemnicza kobieta obniżała swój nieruchomy lot, chociaż była coraz bliżej i – ku mojemu przerażeniu – jej postura nie rzucała absolutnie żadnego cienia.

– Idźmy – ponaglałem. – Idźmy, byle szybciej.

Ania wzruszyła tylko ramionami i już miała przechodzić przez rzekę, gdy nagle podchwyciła mój wzrok, podążyła za nim, a gdy jej oczy ujrzały to, co moje, zawyła.

Wiedziałem już wtedy, że wielopalczaste monstrum nie jest przewidzeniem, nie jest iluzją, tylko czymś zupełnie prawdziwym, i czymś zupełnie…

Niebezpiecznym.

A potem dziwaczna ręka zjawy uniosła się, dziesiątki palców rozprostowało swoje powykrzywiane stawy, a potem pstryknęły o siebie.

Słońce zgasło.

Byliśmy tylko my – dwoje dzieci, wisząca w przestrzeni kobieta i ciemność.

Krzyknąłem.

A potem chwyciłem dziewczynę za ramię i szarpnąłem.

Zerwaliśmy się do biegu.

* * *

Biegłem na oślep poprzez mrok, kluczyłem między drzewami, czując wyraźnie, jak prastare gałęzie biją mnie po twarzy, jak zahaczywszy o materiał koszulki, rozdzierają ją na strzępy.

Mało brakowało, ażebym po drodze wywrócił się kilkukrotnie, tym bardziej, że nie uciekałem sam; ciągnąłem za sobą Anię, która wydawała się zupełnie bezradna.

Chyba cudem tylko wciąż utrzymywaliśmy się na nogach.

Nieprzyzwyczajone do wysiłku płuca wyły z bólu, a mi samemu zaczęło się kręcić w głowie.

Zapomniałem zupełnie o składanych przez demona obietnicach o potędze, zapomniałem, że wszystko to – przynajmniej czysto teoretycznie – jest w zasięgu moich możliwości.

Byłem ponownie nijakim, szarym dwunastolatkiem, pozbawionym pewności siebie dzieckiem, które zagubiło się w lesie zwanym życiem.

Chciałem tylko uciec, przetrwać, po prostu przestać się bać.

Wiedziałem, że nie mogę się obrócić, że nie mogę się obejrzeć.

Byłem przekonany, pewny właściwie, że ujrzę coś strasznego – coś, co mogłoby zatrzymać moje serce w bezruchu, gdyby tylko tego chciało.

Przed sobą usłyszałem plusk wody – wiedziałem, że zbliżamy się ku niej, jednak ciągnęło się to w nieskończoność, a ja nie miałem już sił – musiałem się zatrzymać, musiałem odetchnąć.

Włosy na moich plecach zjeżyły się nagle.

Poczułem, jakby coś ślizgało się po nich, jak gdyby muskało mnie coś obrzydliwie chłodnego, coś obrzydliwie wilgotnego, muskało mnie tak, jak mógłby muskać wielopalczasty dotyk topielca…

Sztywne jeszcze przed chwilą nogi ożyły nagle i jakby same mnie poniosły, rozpaczliwie prowadząc nas w stronę wartko płynącej rzeki.

I dopiero wtedy zauważyłem, że nigdzie nie było tamy.

Byliśmy w innym lesie – w innym czasie i przestrzeni, w miejscu, którego nie znałem, i miejscu, które być może powinno zostać zapomniane.

– Skacz! Skacz do wody! – krzyknąłem do Ani.

Ta posłuchała mnie, puściła moją rekę i skoczyła.

Wrażenie dotyku na moich plecach nasiliło się.

Opadłem na kolana.

A potem, z bezsilności, odwróciłem głowę…

Twarz upiornej kobiety była naprawdę blisko, na odległość oddechu nieomal.

Rosła, rosła i rosła, a mnie pożerała wizja tego makabrycznego uśmiechu zaciśniętych zębów.

Spod przemokniętej lodowatą wodą chusty wystawały kępki zlepionych, brudnych włosów.

Zrobiło się strasznie, ale to strasznie, chłodno.

Zbliżyła się do mnie jeszcze bardziej.

Jej oddech…

Cuchnął siarką.

Może to właśnie dlatego  –a może dlatego, że sam byłem przeklęty – nie przywołałem imienia ani taty, ani mamy, ani żadnej świętości, tylko demona, który był za to wszystko odpowiedzialny:

– Pazuzuuu! –zawyłem i gdy wydawało mi się, że nic to nie dało, gdy wielopalczaste dwudłoniowe ramię zjawy uniosło się, gdy byłem już pewien, że serce moje za moment przestanie bić, usłyszałem:

– Kra!

A potem czarnoskrzydłe stworzenie o złoto świecących oczach sfrunęło znikąd z olbrzymią prędkością, uderzając w upiornie uśmiechniętą twarz.

Zjawa zawyła skrzekliwym, obłąkanym głosem przypominającym śmiech.

Dwie mroczne istoty zatrzepotały w walce, to kracząc, to śmiejąc się na zmianę, przy czym ruchy ich były na tyle szybkie i na tyle brutalne, że nie sposób było zauważyć, kto aktualnie przeważa.

A gdy już mogło wydawać się, że pojedynek będzie trwał w nieskończoność, ptak zawył triumfalne:

– Kra!

A potem rozległ się niski męski głos, który zabrzmiał tuż za moim prawym uchem.

– Światło!

Usłyszałem pstryknięcie palców.

Nie było już wiedźmy – jakby się rozpłynęła.

Słońce znowu pojawiło się na zachodzącym niebie, a jego pomarańczowe promienie prześwitywały przez poszycie drzew, które ponownie stały się niższe i bardziej przyjazne.

Nurt wyraźnie zwolnił, rzeka zwęziła się, ponownie przypominając niewinny strumyczek.

Na swoje miejsce powróciła tama, a tuż obok niej, właściwie poniżej, stercząc z płaskiej, wodnej toni, znajdowała się Ania.

Nie poruszała się.

Wszystko właściwie, prócz biegu strumienia, stało w miejscu.

Skierowałem wzrok na kruka, w którego dziobie znajdował się ociekający świeżą krwią palec.

Ptak sfrunął na ramię właściciela.

Obejrzałem się w stronę demonów, wybałuszajac na nich oczy.

* * *

– Co… co to było? – zapytałem.

Pazuzu z zainteresowaniem oglądał wnętrze swojej dłoni, przybierając rzadką pozę zakłopotanego demona.

– Siła nieczysta, tak jakby – mruknął, chowając swój wzrok za rąbkiem czarnego melonika. – Na imię jej Sybilla.

– Co ona chciała mi zrobić?! – oburzyłem się.

– Kra! – Nawet kruk domagał się odpowiedzi.

Pazuzu wzruszył ramionami, a potem uniósł głowę, wpatrując się we mnie swoim przeklętym, świecącym spojrzeniem.

– Nie obwiniaj starej Sybil, chłopcze – przestrzegł mnie. – Kiedy śpisz bardzo długo, nie dzień, nie dwa, nie sto lat, lecz lat tysiące, nachodzą cię różne myśli. Jesteś zagubiony. Zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co cię otaczało, przestało istnieć. I kiedy nagle się budzisz, czujesz ból. A z niego rodzi się tylko nienawiść. I strach. – Westchnął. – Myślę, nie owijając w bawełnę, że chciała cię skrzywdzić.

– Więc dlaczego ty tego nie zrobiłeś? Dlaczego zawarłeś ze mną cyrograf, zamiast po prostu mnie pożreć?

Demon uśmiechnął się, prezentując światu swoje drapieżne kły.

– To pierwsza reakcja – nienawiść – tak, jak mówiłem. A potem, gdy się już zastanowisz, wiesz już, że przede wszystkim nie chcesz tam powrócić. Do Niebytu – wyjaśnił, nim zdążyłem go spytać. – Nie chcesz być zapomniany. Chcesz istnieć. Sybil dopiero się przebudziła, chłopcze. Jest rozdrażniona. Potrzeba jej czasu – zastanowił się – i dobrej rady.

– Dobrej rady?! – oburzyłem się. – To tylko demon!

Na to już mi nie odpowiedział, zamyślił się tylko, po czym rozejrzał się po okolicy.

W tym samym czasie jego kruk bezwstydnie przechylił dziób i połknął odcięty palec, po czym przełknął z zadowoleniem ten całkiem niezły posiłek.

– W porządku – mruknął Pazuzu, wracając do swojej klasycznej, ironicznej formy. – Zatrzymałem Czas, chłopcze, jednakże nie mogę tego czynić w nieskończoność. Niebawem ponownie pstryknę palcami, a on dalej popłynie tak, jak płynie ta woda –wyjaśnił, po czym spojrzał na mnie poważnie.

– A moje piekielne moce?! – zawołałem z wyrzutem. – Dlaczego nie zadziałały?! Wybrałem się z dziewczyną na spacer! Dlaczego nagle mnie opuściły?! Dlaczego nie mogłem powstrzymać starej wiedźmy, skoro siłę nieczystą można zwalczyć tylko siłą nieczystą? Pomimo tego, że obiecałeś mi potęgę?

Demon spojrzał na mnie surowo.

– Nie oszukałem cię, chłopcze. Ta potęga cały czas jest w twoich rękach. Po prostu przestałeś z niej korzystać.

– Nie chciałem przestać z niej korzystać! – przerwałem.

– Nie chciałeś, owszem. Ale bałeś się. Sparaliżował cię strach. Możesz mieć wszelką moc tego świata, ale nic, absolutnie nic ci nie wyjdzie, jeśli tylko się boisz i wahasz – oznajmił. – Bo, widzisz, wielkość wynika główni ez przeświadczenia o tym, że jesteś wielki. Ni mniej, ni więcej. Rozumiesz?

Z zakłopotania potarłem prawą dłonią o lewe ramię.

– Tak. – Pokiwałem głową. – Co się teraz stanie?

– Przed tobą trudny okres, chłopcze. Czeka cię izolacja, smutek i odrzucenie. Fala niesprawiedliwości, na którą nie zasłużyłeś. Nie jesteś pierwszy w historii. Musisz sobie jakoś poradzić. Ciężko jest żyć, gdy nikt nie wierzy w to, co widzisz i w to, co czujesz.

Nie wiedziałem jeszcze, co miał na myśli, nie do końca, przynajmniej.

– A tymczasem… – urwał, po czym uniósł dłoń.

– Czekaj! – zawołałem, ale było za późno.

Usłyszałem pstryk.

Świat powrócił na swoje tory.

Pazuzu, razem ze swoim piekielnym chowańcem, zniknął.

I w końcu, jakby równolegle z rzeką, popłynął Czas.

Wróciłem do rzeczywistości.

* * *

Usłyszałem dziewczęcy, pełen bólu krzyk.

– Moja noga! – wrzeszczała Ania. – Moja noga! – powtarzała.

Podbiegłem do niej.

Siedziała zanurzona po pas w zimnej wodzie, obejmując dłońmi uszkodzoną kończynę.

– Spokojnie, spokojnie, nic się nie stało… – wołałem.

– Stało się! – ryczała. – Moja noga!

Zbliżyłem się do niej na tyle, by móc się jej przyjrzeć.

Miała rację.

Prawa kostka skręcona była pod tak nienaturalnym kątem, że aż zrobiło mi się słabo.

Ugiąłem się pod ciężarem odpowiedzialności, który nie powinien spoczywać na ramionach dwunastolatka.

Wiedziałem, że stała się jej krzywda, i jakby tego mało, wszystko to wydarzyło się tylko z mojej winy.

Nikt przecież nie uwierzy w historię o demonach, o opętaniu i o ucieczce przed Sybillą – wielopalczastą, wiecznie uśmiechniętą wiedźmą.

Wszyscy będą widzieć tylko Adriana – lekkomyślnego chłopca, przez którego innym dzieje się krzywda.

Będą krytykować, szydzić i ubliżać.

W tamtym momencie chciałem zapłakać.

Wydawało mi się, że na własne życzenie wkroczyłem do koszmaru, z którego nie ma już ucieczki.

A przecież chciałem dobrze.

Uratowałem mamę.

I miasto!

A potem chciałem się po prostu cieszyć.

Zaznać chwili triumfu, owacji na stojąco od Wielkiego Świata…

Czy to aż tak wiele, naprawdę?

Dlaczego piekło zawsze wybrukowane jest dobrymi chęciami?