Dzieci Starych Bogów – fragment

Aga Miela

Mrok panujący w tunelu sam w sobie nie przepełniał jej lękiem, a mimo to nie była w stanie ruszyć naprzód, sparaliżowana tym, co działo się na zewnątrz. Pierwszy raz w ciągu całego swojego życia Aine zetknęła się z walką.


Wszystko wyglądało inaczej, niż to sobie wyobrażała, a obrazy malowane przez rzeczywistość zupełnie zatarły sceny rozgrywające się w jej szczeniackich marzeniach. Tutaj dźwięczny odgłos uderzającej o siebie stali zastąpiły krzyki i łomot padających na ziemię ciał, a towarzyszący starciu pot został wyparty czystą, niewinną krwią. Ci, którzy nadeszli zza gór, przybyli, by zabijać, nie walczyć.


Osunęła się pod zimną kamienną ścianę, zamykając piekące od dymu oczy – jakby miało ją to oddalić od wściekłych pokrzykiwań ubranych na czarno mężczyzn lub choćby odrobinę stłumić płacz znajdujących się w domu dzieci. Niech przestaną, na bogów, niech w końcu zamilkną! Nie potrafiła znieść ich strachu i cierpienia. Cokolwiek opowiadali odwiedzający jej ojca przyjaciele – wszystkie te budzące grozę historie z pola bitew czy pobytu w niewoli zdawały jej się dawno zapomnianą dziecięcą opowieścią. Prawdziwy lęk nie rodził się bowiem z okrucieństwa przepełnionych rządzą krwi morderców i nie był udziałem pogrążonych w szaleństwie dowódców. Prawdziwe przerażenie nadchodziło wtedy, gdy twoje uszy przeszywał wrzask dzieci, a błagalne szlochy ich matek ucinano jednym ruchem miecza; to fala zalewająca cię gęstym strachem tych, dla których nie było już ratunku, wciągająca na dno, oblepiająca duszę palącymi wspomnieniami ich ostatnich chwil – dla pewności, że nigdy ich nie zapomnisz. Nie dało się od tego uciec, wyprzeć, odwrócić się plecami, by choć trochę zatrzeć wdzierające się w pamięć obrazy. Jedyne, co można było wtedy zrobić, to błagać o koniec – o jeden szybki cios, który skróci ich męki, sprawi, że płacz zamilknie, a krzyki przestaną odbijać się słabym echem od zajmujących się ogniem ścian…


Ten jednak nie nadchodził.


Rytmiczne pulsowanie w skroniach zdawało się ścigać z bijącym wściekle sercem Wilgi, niemal wyrywającym się z jej piersi. Nie mogła sobie pozwolić na szloch. Nie mogła też ruszyć im na pomoc, świadoma tego, że zniweczyłaby w ten sposób cały plan matki. Pozostawało więc tylko czekać na zakończenie, chroniąc od zapomnienia tych, którzy nie ujrzą już nowego świtu. Musiała przy nich zostać, zapamiętać wszystko, co miało tam miejsce; musiała zachować ich historię.


Kąsając rozgryzione do krwi usta, z głową wspartą na dygoczących chudych kolanach, liczyła każde uderzenie ciężkiej broni zwiastujące nadejście kolejnej śmierci. Znała wszystkie dzieci w mieście, więc dziękowała bogom za to, że nie dali jej ujrzeć ich twarzy. Mimo to złośliwy umysł na siłę starał się dopasowywać imiona do słyszanych co chwila krzyków – jakby chciał sprawdzić, ile jest w stanie znieść, zanim oszaleje.


Gdy odgłos młota zabrzmiał po raz piąty, do uszu Aine dobiegł tak straszliwy ryk, że nie sądziła, by mogła o nim kiedykolwiek zapomnieć. Tym razem pozbawiony litości kat postanowił zakpić z podziwiających jego widowisko gości i chybił, uderzając w bok główki bezbronnej ofiary.


– Ach! Jeszcze żyje! – zawołał niemal radośnie niskim głosem, z trudem przedzierającym się przez krzyki matki chłopca.


Wilga była pewna, że kobieta właśnie popadła w obłęd. Jej wrzaski nie ustawały, osiągając coraz wyższe rejestry, podczas gdy pilnujący więźniów mężczyźni swobodnie komentowali zaistniałą sytuację. Młot zmiażdżył jedynie połowę czaszki dziecka i wprawił jego drobne ciałko w chwilowe przedśmiertne drżenie, które dla oszalałej matki musiało trwać wieczność. Ktoś żartował z wybałuszonego od uderzenia oka, ktoś inny zgarnął z ziemi odgryziony przez chłopca język i otworzył drzwi, by rzucić go czatującemu na zewnątrz psu.


Siedząca w tunelu dziewczyna zamarła, spodziewając się tego, co miało zaraz nastąpić. Po drugiej stronie ściany, przy której siedziały kobiety, rozległo się nerwowe szuranie, a następnie jedna z nich zerwała się do biegu, zostawiła za sobą krzyczące przeraźliwie, przestraszone dziecko i ruszyła w stronę wąskiej szczeliny, jakby naprawdę liczyła na to, że uda jej się wyminąć wszystkich strażników.


– Kalia! Nie! – krzyknęła stojąca gdzieś dalej Shana, lecz było już za późno. Ktoś złapał uciekającą za włosy i powalił na podłogę, wymierzając jej błyskawiczny cios w twarz.


– Możecie wziąć tę sukę. – Obojętny głos Frithusa rozległ się w pobliżu miejsca, w którym przebywała matka Aine. – Chyba że żona wspaniałego Lisa chce zająć jej miejsce?


Coś złego stało się z otaczającym Aine światem. Miała wrażenie, że wszechobecna czerń wlewa się przez jej zaciśnięte powieki – jeszcze gęstsza, jeszcze bardziej nieprzenikniona niż w rzeczywistości; że wdziera się do nozdrzy i gardła; że utrudnia oddychanie. Wmawianie sobie, że to nie dzieje się naprawdę, nie miało sensu. Dobrze wiedziała, co się zaraz wydarzy – tak samo, jak nie pomyliła się w przypadku próbującej ucieczki kobiety – a jednak nie potrafiła się na to przygotować. Jeszcze mocniej zacisnęła oczy, przykładając do uszu pokaleczone dłonie.


„Nienawidzę cię! Nienawidzę! Nie możesz tego zrobić!”


Szalony śmiech Frithusa oznajmił wszystkim, że Shana się zgodziła.


Rozpaczliwe łkanie kobiet, wściekłe powarkiwanie mężczyzn, trzask ognia trawiącego sufit – to wszystko nie miało znaczenia. Umysł Aine sięgał jedynie dźwięków bezpośrednio związanych z jej matką: łoskotu, z jakim upadła pchnięta na podłogę, odgłosu rozszarpywanej sukienki, niestłumionego jęku, którego powodu nie chciała poznawać. Nie rozumiała, dlaczego kobieta się na to zgodziła. Nie chciała tego pojąć. Z jej perspektywy poświęcenie matki nie miało żadnego sensu, nie była już bowiem żoną Balora Warta, przywódcy Zielonej Kompanii, potomka Starego Rodu. Była więźniem, i tylko tym, a jako więzień nie miała żadnej wartości.


– Masz jeszcze czas, by się zastanowić… – odezwał się znów Frithus, a Wilga miała wrażenie, że najeźdźca stoi tuż obok, czając się gdzieś w ciemnościach, poza zasięgiem jej wzroku. – Jeśli powiesz mi, gdzie jest, pozwolę wejść tylko dwóm.


– Ziarna Relenvel nie istnieją – odparła zamiast tego Shana.


– Istnieją tak długo, jak ja tego chcę.


Rozległ się dźwięk opadającej na podłogę ciężkiej klamry pasa i przesuwania czegoś po drewnianej powierzchni, potem zaś zapanowała cisza, która dla ukrytej w przejściu dziewczyny zdawała się trwać bez końca. Gdyby nie wyraźne, następujące po sobie sapanie mężczyzn, nie pomyślałaby w ogóle o tym, że za bezpieczną zasłoną ściany coś się dzieje. Kobieta milczała, nie dając oprawcom satysfakcji z zadawanego jej bólu ani upodlenia, którym ją poddawali. Usilnie broniła swojej jedynej córki, nie wiedząc o tym, że mimo nakazu do pośpiechu, ta nie ruszyła się z miejsca. Czy gdyby przeczuwała, że Aine jest tuż obok, trudniej byłoby jej zachować spokój? A może chciała, żeby dziewczyna była tego świadkiem?


– Pytam po raz ostatni: gdzie jest twoja córka? – zapytał po jakimś czasie Armin, ale odpowiedziało mu tylko milczenie.


– Nie żyje – rzucił obojętnie ostatni z gwałcących kobietę mężczyzn, podnosząc się powoli z podłogi. – Trzeba było pytać wcześniej.


Frithus zaklął paskudnie, po czym szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia, zapewne świadom tego, że nie ma tu już czego szukać.


– Zabijcie wszystkie – warknął jeszcze przez ramię, po czym opuścił dom Wartów i dał zebranym na zewnątrz ludziom sygnał do opuszczenia płonącego miasta. Zrobili to, co trzeba. Nic nie trzymało ich dłużej w tym miejscu.


Aine odjęła ręce od uszu i drżącymi dłońmi zaczęła błądzić po wilgotnej kamiennej ścieżce. Musiała wcześniej upuścić gdzieś swoje ukochane, podarowane przez Gavina szable – dziwny taneczny rekwizyt, którego nigdy nie potrafiła zaakceptować jej matka. Wiedziała, że powinny się znajdować w zasięgu jej rąk, lecz palce nie mogły natrafić na uspokajającą chłodną stal. Z trudem stłumiła szarpiący pierś szloch, tocząc przy tym beznadziejną walkę z płynącymi z oczu łzami. Och, gdzie są te cholerne szable?! Dlaczego nie może ich znaleźć?!


Zmieniła pozycję, opierając się na obtartych poprzedniego dnia kolanach, starając się wymacać skryte w mroku ostrza. Musi je znaleźć, tylko tyle. Znaleźć je i odejść, poza nimi nic już się nie liczy, nikogo już nie ma…


Nierówny, urywany oddech przeszedł nagle w niepohamowany płacz i zmusił ją do przyciśnięcia twarzy do ziemi. Zagryzała usta, rwąc przy tym swoje splątane włosy i drapiąc paznokciami świeże rany na dłoniach, lecz fizyczny ból nie przynosił ukojenia. Ciężki szloch wstrząsał raz za razem całym jej ciałem, unieruchamiał ją, nie pozwalał zaczerpnąć tchu.


Dlaczego jej to zrobiła? Dlaczego nie pozwoliła jej ze sobą zostać? Mogła wysłać któregoś ze starszych chłopców, na pewno każdy z nich dałby sobie radę. Dlaczego kazała iść właśnie jej? Dlaczego ją zostawiła?


– Nienawidzę cię! Nienawidzę! – łkała, kąsając dłoń, pewna tego, że nigdy nie wybaczy matce, jednocześnie świadoma faktu, że nigdy nie kochała jej tak mocno, jak w tej chwili, i że nie mówiła jej tego, póki jeszcze mogła.


– Dlaczego?


Jej słaby szept odbijał się od pustych ścian tunelu, pozostawiając ją bez odpowiedzi.


– Dlaczego mu nie powiedziałaś?


Jej myśli zapełniły ostatnie chwile spędzone z matką: każdy jej uśmiech, zmarszczka, gest. Gdy płacz zmęczył ją na tyle, że nie miała już siły się podnieść, skupiła się na najdrobniejszych szczegółach wyglądu Shany, analizując je, przypominając sobie tak, by nigdy nie zapomnieć. Nie chciała zasnąć, w obawie przed tym, że po przebudzeniu nie będzie pamiętać właściwego odcienia jej oczu, że powracający we wspomnieniach ciepły matczyny głos z upływem czasu zmieni swą barwę; że zapomni towarzyszącego jej zapachu świeżego chleba i sposobu, w jaki odgarniała z jej twarzy niesforne pukle. Spróbowała więc sama odwzorować ten ruch, delikatnie przesuwając dłonią wzdłuż rozpalonego czoła, zakładając za ucho krótki kosmyk rudych włosów, po czym znów wybuchnęła płaczem, uświadomiwszy sobie, że nie potrafi zrobić tego tak, jak ona.


Jej już nie ma, Wilga. Ona nie wróci.


Zdradliwy sen skusił ją w końcu obietnicą wolności, chwilowego uwolnienia się od nękających ją koszmarów. Tej nocy jednak – jak każdej kolejnej w ciągu najbliższych kilku lat – towarzyszył jej płacz zabijanych dzieci i wrzaski kobiet, za które za każdym razem, z ręki pozbawionego twarzy Frithusa Armina, ginęła jej matka.


„Pamiętaj o Ziarnach Relenvel, Aine – mówiła, uśmiechając się do niej uspokajająco, zanim czarny miecz raz za razem przebijał jej pierś. – Ziarna Relenvel to coś, czego nie może dostać”.

>

Subskrybuj nasz kanał aby przeczytać pierwszy  fragment „Dzieci Starych Bogów”

Aga Miela

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności