Dziwność rzeczy martwych

Dziwność rzeczy martwych

Zastanawiacie się czasami, w jaki sposób uczymy się tego, że ludzie i zwierzęta umierają? Czy jest to wiedza, która magicznie na nas spływa? Założę się, że większość z Was nie pamięta okoliczności, w jakich poznało ideę śmierci. Przeważnie to nasi rodzice siadają z nami i cierpliwie, delikatnym głosem, uświadamiają nas, dlaczego już nigdy nie zobaczymy babci albo dziadka. W tych momentach najpierw długo płaczemy, po czym idziemy spać i nagle – nie wiadomo kiedy – w naszych młodych umysłach wszystko się klaruje i już wszystko do nas dociera… Później tylko przez resztę życia się z tym oswajamy.

To będzie historia o tym właśnie tajemniczym momencie, którego – jako dorośli – w ogóle nie pamiętamy.

To historia Martyny – dziewczyny, która nigdy nie zapomniała tego, czego doświadczyła pewnej wrześniowej nocy, i zrobiła coś, na co nikt nigdy wcześniej się nie odważył.

***

Dzień był ponury i lało jak z cebra. Wszystkie przedszkola zostały zamknięte, podobnie jak większość szkół. Wydawało się, że to istny kataklizm. Pogoda pogarszała się przez ostatnie dwa tygodnie i to, co obserwowała teraz przez okno mała Martyna, przerażało ją do szpiku kości. Nie odeszła jednak od parapetu, ponieważ miała bardzo poważny powód – można powiedzieć, że najważniejszy na świecie. Kilka dni temu chłopiec z przedszkola nazwał ją trzęsiportkiem, a ona musiała udowodnić całemu światu (i sobie samej), że nie dyga!

Tak w ogóle Martyna uważała, że ten Paweł to straszny matoł jest. Nie wiedziała do końca, co znaczy to słowo, ale ten chłopak cały czas jej dokuczał, więc dla niej na zawsze pozostanie matołem. Nic nie robił, tylko podchodził do niej i gadał, gadał i gadał tylko po to, by później się z niej śmiać i doprowadzać ją do złości. No matoł jak nic, mówiła do siebie Martyna za każdym razem, gdy myślała o tym nieznośnym chłopcu. Próbowała nawet poskarżyć się w domu, ale za każdym razem na twarzy jej mamy pojawiał się tajemniczy uśmiech, któremu towarzyszyło stwierdzenie, że Paweł po prostu ją lubi i chce być jej kolegą, tylko nie wie, jak inaczej to powiedzieć.

– Więc skoro tak bardzo mnie lubi, to dlaczego ciągle, ale to ciągle, mi dokucza?! – zawodziła Martyna już trzeci dzień z rzędu. – Ostatnio popłakałam się przez niego w łazience – dodała cienkim głosikiem, licząc na chociaż odrobinę współczucia.

Lecz mama tylko uśmiechnęła się pod nosem, podsuwając córce kanapkę z hummusem.

Tak więc teraz dziewczynka siedziała i obserwowała burzę, kuląc się w sobie za każdym razem, gdy rozlegało się uderzenie pioruna. Trwała jednak na stanowisku, dopóki coś miękkiego otarło się o jej dyndające w powietrzu stopy. Martyna była tak spięta, że podskoczyła na krześle i szybko zerknęła w dół, podciągając jednocześnie kolana pod brodę.

– Ka’kari! – krzyknęła drżącym głosem. – Mówiłam ci tyle razy, żebyś się do mnie nie zakradała, kiedy robię ważne rzeczy!

Ka’kari wydała z siebie tylko ciche stęknięcie i upuściła na podłogę zabawkę, którą jeszcze przed chwilą trzymała w pysku. Spojrzała wyczekująco na swoją właścicielkę, a gdy przez minutę nic się nie działo, miauknęła przeciągle, domagając się uwagi. Dziewczynka westchnęła i podniosła kotkę, wpatrując się w jej małą, czarno-białą mordkę i stojące uszy. Przejechała palcem po białej prędze, którą zwierzak miał przy prawym oku. Ka’kari zamruczała, próbując złapać palec Martyny, po czym zeskoczyła na podłogę i spojrzała niemal z wyrzutem najpierw na zabawkę, a potem na dziewczynkę. Martyna schyliła się, złapała małą wędkę ze sznurkiem, do którego przywiązane zostały piórka, i cisnęła nią z całej siły przed siebie. Kotka pognała za nią jak szalona, obijając się po drodze o wszystko, o co tylko mogła. Tak – Ka’kari była jedynym na świecie kotem, który potrafił aportować.

Zabawa trwała jakieś dwie godziny, aż do momentu, gdy za oknem zrobiło się całkowicie ciemno. Kiedy mama włączyła w domu wszystkie światła, dziewczynka zamiast atramentowoczarnych chmur zobaczyła w szybie własną, różową twarz z pełnymi policzkami, dużymi oczami i krótko obciętą, ciemnoblond grzywką, która lekko się wywijała. Martyna nie lubiła za bardzo swojego wyglądu, ale w końcu który przedszkolak go akceptuje? Jedyne, co jej się w sobie podobało, to dołeczki ukazujące się przy najmniejszym nawet uśmiechu.

Zrobiła kilka popisowych min do swojego odbicia i zeskoczyła z krzesła. Ka’kari od razu do niej podbiegła i zabawa rozpoczęła się na nowo. Dziewczynka z całej siły rzucała wędkę w każdym możliwym kierunku. Po paru chwilach elegancko urządzony salon wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan. Podnóżki zostały poprzewracane, poskładane koce, leżące wcześniej schludnie na fotelu, teraz były pomięte, a część z nich spoczęła na turkusowym dywanie. Na jasnej drewnianej ławie pojawiły się już ślady pazurów, a biała firanka wisiała krzywo na karniszu. Całe szczęście, że chociaż zasłony zostały oszczędzone. Książki co kilka minut wypadały z biblioteczki stojącej w rogu, a dziewczynka dwa razy w ostatniej chwili złapała lecące już na podłogę paprocie, które – w normalny dzień tygodnia i w chwilach, gdy nikogo nie było w mieszkaniu – dumnie prezentowały się na stojaku zrobionym z drewnianych skrzynek. Kanapa i fotele ze skóry… o tym lepiej nawet nie wspominać. Jedyne, od czego Martyna i Ka’kari trzymały się z dala, to kino domowe i pięćdziesięciocalowy telewizor będący skarbem jej ojca. Dziewczynka nawet nie chciała myśleć, co by się stało, gdyby cały sprzęt spadł na parkiet. Na pewno musiałaby się wyprowadzić z domu, ale to byłoby pewnie najmniejsze z jej zmartwień.

Trwał właśnie pojedynek o wędkę, gdy stało się najgorsze. Właściwie wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie i każda z nich – bez wyjątku – doprowadziła do katastrofy.

Najpierw w salonie pojawiła się mama. Stanęła w progu jak wryta i wydarła się na córkę, każąc jej się uspokoić, lecz dziewczynka była w wirze walki i nawet tego nie usłyszała. W tym samym momencie dało się słyszeć odgłos przekręcanego w drzwiach klucza, co zawsze zwiastowało powrót taty z pracy. Dokładnie w tym samym czasie Martyna wyrwała wędkę z pyska swojej kotki i zaczęła uciekać, nurkując pod wyciągniętą ręką mamy i rzucając w stronę korytarza. Ka’kari pognała za nią, odbijając się od nóg swojej pani. Dziewczynka odwróciła głowę, nie przerywając biegu i upewniając się, że kotka nadal ją ściga, po czym cisnęła zabawką przed siebie. Zwierzak tylko na to czekał. Wyrwał do przodu, a wędka przeleciała przez otwarte drzwi, którymi akurat wchodził tato. Zniknęła w strugach deszczu, porwana przez wiatr.

– Tato! Łap Ka’kari! – krzyknęła Martyna, lecz było już za późno.

Kotka wypadła za drzwi i zniknęła w ciemności. Ojciec dziewczynki upuścił parasol, który trzymał w dłoni, po czym wybiegł na podwórko, próbując złapać zwierzaka. Martyna stanęła w progu i poczuła, jakby niewidzialna ręka ścisnęła ją za serce. Czekała w napięciu, zagryzając wargi. Nagle usłyszała dźwięk ostro hamującego samochodu, a chwilę później huk, który niemal natychmiast został zastąpiony grzmotem.

Błyskawica przecięła niebo, oświetlając maskę auta oraz postać jej ojca, pochylającego się nad czymś maleńkim, leżącym bez ruchu na asfalcie.

***

– Dlaczego ona tak mocno zasnęła w trakcje zabawy? – zapytała dziewczynka, siedząc po turecku na dywanie w zdewastowanym salonie. – Tak bardzo ją zmęczyłam czy jak?

Rodzice Martyny wymienili ponure spojrzenia. Ojciec poluzował czarny krawat i odpiął guzik swojej najlepszej, białej koszuli. Poprawił okrągłe okulary na lekko garbatym nosie i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz słowa utkwiły mu w gardle. W dużych, ciemnych oczach mamy pojawiły się łzy. Mokre ciemnoblond włosy przykleiły jej się do czoła, a woda, kapiąca na kanapę z czerwonego swetra przesiąkniętego deszczem, zupełnie uszła jej uwagi. Starała się uśmiechnąć pocieszająco do swojej małej córeczki, ale dołeczki w policzkach, które dziewczynka po niej odziedziczyła, jakoś nie chciały pokazać się światu.

– Skarbie, ona nie śpi – zaczął delikatnie ojciec, pocierając kilkudniowy zarost.

– No, ale wygląda, jakby spała – upierała się Martyna.

Ka’kari leżała na dywanie, zwinięta w kłębek. Przez deszcz zrobiła się dwa razy mniejsza niż zwykle. Oczka miała zamknięte i rzeczywiście można było pomyśleć, że zwierzak śpi. Jej maleńka pierś jednak pozostała nieruchoma.

Mama wstała z sofy, podciągnęła nogawki granatowych dżinsów i usiadła koło córki, przyciskając ją do piersi. Dziewczynka próbowała się wyrwać, lecz mama trzymała ją mocno, delikatnie kołysząc. Nagle w głowie Martyny narodził się cień. Nie wiedziała, o co chodziło, ale instynktownie przeczuwała, że zaraz stanie się coś niedobrego. Mama zachowywała się w taki sposób tylko wtedy, kiedy dziewczynka była smutna albo płakała. Zerknęła na ojca, który też miał łzy w oczach, a później jej spojrzenie padło na śpiącą kotkę.

– Co się stało z moim kotem? – zapytała cicho Martyna.

– Ka’kari poszła do kociego nieba, skarbie – tłumaczył ojciec, przysuwając się nieznacznie.

– Nie wiem, co to znaczy – odparła dziewczynka. – Przecież widzę, że leży tutaj. O tu, na dywanie! Śpi sobie grzecznie!

– Kochanie, ona nie śpi – powiedziała mama, pociągając nosem.

– No, to w sumie trochę dziwne, bo jest mokra i powinno jej być zimno, ale ona zawsze tak wygląda, jak śpi. Poznaję po pyszczku!

– Ona umarła – oznajmił cicho mężczyzna, a jego żona się rozpłakała.

Martyna wyrwała się z objęć matki i spojrzała najpierw na jedno, a potem na drugie z rodziców. Zrobiło jej się smutno, ale nie wiedziała dlaczego. Dotknęła swojego zwierzaka. Kotka była zimna i w ogóle się nie poruszyła. Dziewczynka wsadziła jej palec w ucho – Ka’kari tego nienawidziła i za każdym razem, gdy się to działo – jakkolwiek mocno spała – budziła się w mgnieniu oka i atakowała. Teraz nic takiego się nie wydarzyło. Zwierzę nawet nie drgnęło.

– Co się dzieje z moim kotem? – spytała ponownie dziewczynka, czując, jak zbiera jej się na płacz. – Gdzie jest mój kot?! To nie jest Ka’ kari! To jakaś dziwna, mokra… rzecz!

Martyna nie miała ochoty więcej patrzeć na to, co leżało na dywanie. Nie chciała, żeby ją przytulano i mówiono do niej tym uspokajającym tonem, który zawsze sprawiał, że czuła się bezpiecznie. Teraz, po raz pierwszy w życiu, zapragnęła być sama. Przemknęła przez salon z oczami wypełnionymi łzami i wbiegła po schodach do swojej sypialni na piętrze. Padła na łóżko i schowała twarz w poduszkach, zrzucając przy okazji na podłogę wszystkie spoczywające tam miśki (a było ich naprawdę sporo). Leżała tak i płakała, nie mogąc chwilami złapać tchu. Nie rozumiała, co się stało z jej kotem, nie chciała wiedzieć, co to jest to kocie niebo, nie interesowało ją też, czym jest ta rzecz, która znajduje się w pokoju na dole. Jedyne, czego chciała,  to swoją Ka’kari z powrotem.

Z takimi myślami w głowie dziewczynka zasnęła, nie zdając sobie sprawy z tego, co miało się wydarzyć jeszcze tej nocy.

***

Obudził ją hałas. Coś spadło na podłogę – coś dużego. Zaraz potem Martyna usłyszała skrzypienie desek. Za oknem ciągle szalał wiatr, a deszcz bił w okna z taką zaciekłością, jakby za wszelką cenę chciał wedrzeć się do domu. Światło błyskawicy co kilka minut oświetlało wnętrze sypialni. Dziewczynka podciągnęła kołdrę pod brodę i obserwowała swój pokój. Wszystko wydawało się na miejscu, nikt niczego nie przestawił. Domek dla lalek był otwarty, tak jak Martyna go zostawiła. Lalki od kilku godzin siedziały na przyjęciu koktajlowym i bawiły się świetnie w basenie. Stojąca w rogu pokoju szafa pozostawała – jak zwykle – szczelnie zamknięta (dziewczynka bała się potworów), plakaty z jej ulubionymi bajkami wisiały w tych samych miejscach co wczoraj, a na biurku stał laptop, kubek po porannej herbacie oraz kilka innych rzeczy, których Martyna nie potrafiła teraz rozpoznać.

Nagle znów usłyszała ten odgłos, tym razem bliżej. Instynktownie wiedziała, że ktoś stoi pod drzwiami. Teraz dziewczynce spod kołdry wystawały już tylko oczy, które – wielkie jak spodki – wpatrywały się w klamkę. Sypialnię znów rozświetliła błyskawica, a chwilę później dołączył do niej grzmot. Gdy to wszystko ucichło, do uszu Martyny dobiegło delikatne skrobanie. Potrwało ono kilka sekund, a coś, co je wydawało – czymkolwiek było – zaczęło schodzić na dół. Kroki miało ciężkie i szurało butami, ale dla dziewczynki liczyło się tylko to, że zmierzało w stronę salonu.

Do Martyny dotarło bowiem, że przecież była tam jej kotka. W pierwszym momencie wyskoczyła z łóżka i chciała popędzić do pokoju na dole, lecz gdy wstała, wróciły do niej obrazy tej dziwnej, mokrej rzeczy leżącej na dywanie. To na pewno nie jest moja Ka’kari, pomyślała dziewczynka, przygryzając wargę i niepewnie przestępując z nogi na nogę. A może jednak? Może kotka rzeczywiście tylko spała, bo się zmęczyła? Przecież bawiły się w szaleńczym tempie przez kilka godzin. Martyna sama miała w pewnej chwili ochotę odpocząć, a co dopiero mały zwierzak, który z pewnością był mniej wytrzymały. Może Ka’kari wyschła, obudziła się i teraz siedzi wystraszona pod krzesłem, podczas gdy coś przechadza się po salonie? No ale tata powiedział, że kotka umarła (cokolwiek to znaczyło), przypomniała sobie dziewczynka, może nie powinnam jednak tam schodzić?

Jej spojrzenie padło na wędkę z piórkami, którą zabrała ze sobą na górę, gdy wcześniej uciekała z dużego pokoju. Ojciec przyniósł zabawkę razem z mokrą Ka’kari, a teraz spoczywała ona na poduszce. Na twarzy Martyny pojawiła się zaciętość. Zacisnęła zęby i podjęła decyzję: to moja kotka i będę jej bronić!

Szybko założyła na stopy pluszowe kapcie (podłoga w nocy była bardzo zimna), a na plecy sweter wiszący na oparciu fotela. Po chwili namysłu złapała również wędkę, po czym delikatnie otworzyła drzwi swojej sypialni. Wstrzymała oddech, spodziewając się, że tajemniczy nieznajomy będzie czyhał na nią tuż za rogiem i natychmiast się na nią rzuci. Korytarz jednak pozostał ciemny, pusty i pogrążony we śnie. Rozjaśniało go tylko światło błyskawic.

Martyna na paluszkach zaczęła się skradać w stronę schodów, mijając zawieszone na ścianach fotografie z rodzinnych imprez i wakacji. Dobrze, że mamy tutaj dywan, pomyślała dziewczynka, gratulując sobie pomysłu z założeniem ciepłych kapci. Ze zwinnością małego ninja zbiegła po schodach i uklęknęła przy futrynie drzwi do salonu. Wstrzymała oddech i – pomiędzy dźwiękami kropel deszczu uderzających o szybę a grzmotami – wychwyciła dźwięk poruszającej się istoty. To samo szuranie, które słyszała przed kilkoma minutami w korytarzu na piętrze! Ktoś coś podnosił, przestawiał i odsuwał na bok. Nagle z ciemności dobiegł złowrogi szept:

– Chodź do mnie, mały kotku. Zabiorę cię tam, gdzie twoje miejsce.

W odpowiedzi dziewczynka usłyszała tak dobrze znane jej miauknięcie. To była Ka’kari! Dziewczynka wiedziała, że jej kotka żyje! Teraz tylko musiała ją ocalić, ale co takiego mogła zrobić? Była mała i na pewno nie zaliczała się do najsilniejszych (co udowadniał jej codziennie Paweł), więc na pewno przegra, zanim bitwa tak na dobrą sprawę się rozpocznie. Musiała jednak walczyć! W grę wchodziło życie i wolność jej najlepszej przyjaciółki!

Martyna wzięła głęboki wdech i szybko wystawiła głowę zza framugi, żeby zobaczyć, jak przedstawia się sytuacja. Pokój został posprzątany, a na środku dywanu z zadartym do góry łepkiem siedziała Ka’kari wpatrzona w…

Dziewczynka złapała powietrze, wydając z siebie cichy świst. Nad zwierzakiem pochylała się jakaś stara kobieta w czarnej, długiej do ziemi sukni. Na głowie nosiła pogrzebowy welon, a sękatą ręką drapała kotkę za uszami. Jej dłonie były chude, a palce długie niczym szpony. Istota powoli zwróciła głowę w stronę drzwi. Już wiedziała, że nie jest sama.

– Kim jesteś i czemu mnie podglądasz? – Padło pytanie.

Dziewczynka zacisnęła mocno wargi, a kolana lekko się pod nią ugięły. Wiedziała, że przez głośny wdech dała się zdemaskować, ale nie miała już czasu na wymyślanie strategii i planu odbicia przyjaciółki.

– Wyjdź z mroku, kimkolwiek jesteś – zagrzmiała staruszka.

Pierwszym odruchem dziewczynki była chęć zawołania taty – najgłośniej, jak tylko się dało. Bała się jednak, że Ka’kari zostanie wtedy wzięta za zakładnika i stanie jej się krzywda.

– Wiem, że tam siedzisz i jeśli nie wyjdziesz, ja podejdę do ciebie.

Martyna wyobraziła sobie, jak zza drzwi wyłania się twarz zakryta czarnym welonem, a chwilę później ręka o długich szponach chwyta ją za gardło i unosi ją nad ziemią. Muszę przestać podglądać rodziców, gdy oglądają telewizję, pomyślała, przełykając głośno ślinę. Stanęła pewniej na nogach i wolno wystawiła głowę zza framugi. Czarna postać nie ruszyła się z miejsca. Stała tylko przygarbiona, a dziewczynka czuła jej złowrogie spojrzenie. Zerknęła szybko na dywan i zobaczyła swoją kotkę, siedzącą przy nodze nocnego stwora i myjącą się za uszami. To dziwne, pomyślała dziewczynka, Ka’kari w ogóle się jej nie boi.

– Wejdź do pokoju – powiedziała istota, wyciągając rękę i ponownie drapiąc zwierzaka po głowie.

Dziewczynka przygryzła wargi i poczuła, że strasznie, ale to strasznie, chce jej się siku. Miała wrażenie, że zaraz popuści, jednak wątpiła, żeby potwór dał jej chwilę przerwy na skorzystanie z toalety. Chciała też odzyskać kotkę, więc nie miała innego wyjścia, jak tylko opuścić kryjówkę i stanąć naprzeciwko przygarbionej kobiety.

– Bardzo ładnie. – Staruszka pochwaliła Martynę, gdy ta stanęła przed nią, lekko krzyżując nogi. – Powiedz mi, dziecko… Czy wiesz, czym jest śmierć?

Dziewczynka tylko pokręciła głową, bardziej myśląc o tym, że zaraz się posika niż o znaczeniu słów, które właśnie usłyszała. Istota zbliżyła się o krok, pocierając sękate dłonie.

– A czy chciałabyś się dowiedzieć?

Martyna ponownie zaprzeczyła, a jej umysł spowił strach. Nie znała znaczenia słowa „śmierć”, ale – wypowiedziane przez kreaturę bez twarzy – uruchomiło w jej mózgu wszystkie możliwe alarmy i kazało jej jak najszybciej uciekać. Nie zamierzała zmarnować już ani minuty – zwłaszcza że potwór cały czas się do niej zbliżał.

– Ka’kari, do mnie! – krzyknęła dziewczynka, wymachując wędką przed oczami Ka’kari.

Ta jakby tylko na to czekała. W momencie przybrała pozycję bojową i wystrzeliła do przodu, goniąc za swoją ulubioną zabawką. Dziewczynka zwiała z salonu z prędkością światła i rozpoczęła wspinaczkę po schodach, nawołując tatę ile sił w płucach. Złapała kotkę w momencie, w którym ta skoczyła, żeby pochwycić wędkę. Martyna wbiegła do swojej sypialni, zatrzaskując mocno drzwi i przekręcając klucz w zamku. Nie wolno jej było zamykać się w pokoju, ale uznała obecne okoliczności za wyjątek. Siedziała więc na łóżku ze zwierzakiem na kolanach, wpatrując się w klamkę i spodziewając się najgorszego.

– Uspokój się – warknęła do swojej kotki, która próbowała się wyrwać. – Nie rozumiesz, że gdyby nie ja, zostałabyś porwana?

Ka’kari w żaden sposób nie zareagowała na te słowa, nie okazała też nawet odrobiny wdzięczności. Po kilkunastu minutach się uspokoiła, a po pół godziny spała smacznie na poduszce. Martyna siedziała cały czas wyprostowana jak struna, nic się jednak nie działo. Nikt nie szarpnął za klamkę, nikt nie krzyczał, że ją dopadnie, nikt nie wtargnął też do sypialni i nie rzucił się na dziewczynkę z wyciągniętymi szponami. Martynę trochę dziwiło, że tato nie wstał z łóżka, żeby zobaczyć, co się dzieje, lecz nic teraz nie mogła z tym zrobić. Nie chciała ryzykować wyjścia z pokoju, żeby sprawdzić, co u rodziców. Nie mogła też zostawić kotki samej, ponieważ bała się o jej bezpieczeństwo, a ta spała tak słodko, że dziewczynka nie chciała jej budzić.

Po kolejnych trzydziestu minutach Martynie zaczęły ciążyć powieki. Była zmęczona – nigdy jeszcze nie siedziała do tak późnej godziny, a dodatkowo cały stres dzisiejszego dnia nadwyrężył jej wątłe siły. Postanowiła położyć się pod kołdrę, przytulić mocno Ka’kari i pilnować jej przez sen. No bo przecież na pewno by poczuła, gdyby ktoś chciał wyrwać jej kotkę!

Jak pomyślała, tak zrobiła. W momencie, w którym otuliło ją przyjemne ciepło, usłyszała, jak coś wspina się za jej plecami po łóżku. Otworzyła szeroko oczy, lecz było już za późno. Poczuła na swojej głowie zimną dłoń o długich palcach.

– Pokażę ci zatem, czym jest śmierć – Dziewczynka usłyszała szept tuż przy swoim uchu.

W następnej chwili mroczna istota szarpnęła nią mocno. Martyna spadła na podłogę, wciąż trzymając Ka’kari, po czym obie zostały wciągnięte pod łóżko.

***

Dziewczynka spadała. Leciała głową w dół, a jej ciało owionął chłód. Dźwięki burzy zupełnie ucichły. Było tak ciemno, że nie dało się niczego dostrzec. Martyna przytuliła kotkę mocniej do piersi i zacisnęła powieki, wyczekując momentu, w którym upadnie na ziemię. Nie chcę, żeby mnie bolało, pomyślała dziewczynka, czując, jak zbiera jej się na płacz.

Nagle zorientowała się, że coś zaciska się najpierw na jej ramionach, a później na kostkach, gwałtownie spowalniając jej lot. Nie otworzyła oczu aż do chwili, w której tajemnicza istota nie odstawiła jej na ziemię. Gdy uniosła powieki, usłyszała głośny świst, podmuch wiatru rozwiał jej włosy i została sama… sama pośród ciemności. Usiadła po turecku, tuląc Ka’kari jeszcze mocniej. Próbowała rozejrzeć się dookoła, lecz otaczający mrok nie pozwalał przebić wzrokiem bodaj centymetra pomieszczenia, w którym się teraz znalazła.

Martyna wiedziała, że trafiła do innego świata. To ten wyjątkowy rodzaj pewności, którą posiadają tylko dzieci. Jej mózg nie nauczył się jeszcze ignorować magii, a poza tym po prostu wiedziała, że w normalnych okolicznościach pod jej łóżkiem nie ziałaby dziura w podłodze.

W pewnym momencie zwierzak zaczął się szarpać i wierzgać, chcąc za wszelką cenę uwolnić się z objęć swojej właścicielki. Dziewczynka starała się, jak mogła, ale w końcu zbuntowana kotka wymknęła jej się z rąk i popędziła w ciemność.

– Ka’kari! – wrzasnęła Martyna, ale zdawało jej się, że słowa, jakie z siebie wyrzuciła, zawisły w powietrzu centymetr od jej ust i nie chciały polecieć dalej. – Ka’kari, nie zostawiaj mnie!

Lecz nieposłuszne zwierzę zniknęło, a dziewczynkę otoczył mrok – wydawać by się mogło – jeszcze bardziej gęsty i złowrogi niż przed kilkoma sekundami. Martyna wstała i na drżących nogach zrobiła kilka niepewnych kroków naprzód. Machała rękami przed sobą, starając się cokolwiek wyczuć, lecz jej dłonie natrafiały jedynie na pustkę. Zrobiło się też chłodniej.

– Na twoim miejscu nie robiłabym następnego kroku.

Złowrogi szept nie dobiegał z żadnego konkretnego miejsca. Dziewczynce zdawało się, że słowa, które usłyszała, cały czas krążą wokół niej, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi. Obróciła się kilkakrotnie wokół własnej osi, ale jej oczom nie udało się przebić gęstej ciemności. Poznała jednak ten głos – wiedziała, że należał do tej samej osoby, która wciągnęła ją i Ka’kari pod łóżko.

– Gdzie ja jestem? – zapytała piskliwym głosem.

– Jesteśmy w Magazynie Rzeczy Martwych.

Martynie w ogóle nie spodobała się ta odpowiedź. W jej głowie nie pojawiło się żadne olśnienie, gdy usłyszała wypowiedzianą nazwę. Natomiast niepokój, który wcześniej rozkwitł w jej sercu, powoli pokazywał swoje oblicze.

– Nie wiem, co to za miejsce – powiedziała głośno, nie mając pewności, w którym kierunku powinna się zwrócić. – Nigdy tutaj nie byłam. Chcę wrócić do domu!

– Wrócisz do domu, kiedy ja ci pozwolę. – Padła odpowiedź.

Dziewczynka poczuła, że zbiera jej się na płacz. Usta wykrzywiły się mimowolnie w podkówkę, a do oczu napłynęły łzy. To niesprawiedliwe, pomyślała ze złością, zostałam wciągnięta do jakiegoś magazynu, jest tu ciemno, rodzice mnie nie usłyszą, a do tego wszystkiego kot mi uciekł.

– Dlaczego muszę tutaj być?

– Każde dziecko raz w życiu odwiedza to miejsce – usłyszała w odpowiedzi. – To tutaj uczę dzieci, które mają jeszcze w sobie magię, czym jest śmierć. Każdy człowiek odwiedził to miejsce i każdy poznał ten sekret. To lekcja, którą wszyscy muszą odbyć.

– I… i moi rodzice też… też tutaj byli? – spytała Martyna, pociągając nosem.

– Tak – odparła istota. – Jeśli się nie mylę, to nawet ja ich tutaj przyprowadziłam, kiedy byli mniej więcej w twoim wieku.

To nieznacznie podniosło dziewczynkę na duchu. Łzy w jej oczach wyschły, a usta wróciły do swojego naturalnego kształtu. Skoro mama z tatą tutaj byli i wrócili do domu, to na pewno i ja wrócę, pomyślała, dodając sobie otuchy.

Tylko gdzie ten mój kot?

W pewnym momencie Martyna zaczęła dostrzegać zarysy figur. Stało się to tak niespodziewanie, że w pierwszej chwili w ogóle tego nie zauważyła. Dopiero po kilkunastu sekundach rozglądania się za zwierzakiem zdała sobie sprawę, że wypatruje go pod wielkim stołem, na którym leżało coś dużego. Obserwowała zapełnione po brzegi, ogromne półki, przyglądała się przedmiotom o niecodziennie wygiętych kształtach, przytwierdzonym do ściany. Gdy tak przesuwała wzrokiem wzdłuż i wszerz, spostrzegła istotę ubraną w czarną suknię. Przygarbiona stała w najdalszym kącie pokoju i patrzyła na dziewczynkę zza długiej woalki.

Martyna także utkwiła w niej spojrzenie i poczuła, że strach ją opuszcza. Przestała już myśleć tylko o tym, że ta kobieta (tak, wiedziała już, że to kobieta) zrobi jej krzywdę. Jej długie szpony zmieniły się w dłonie o nieco dłuższych palcach – lekko krzywych, to prawda, ale jednak palcach – postura przestała być złowieszcza, a stała się po prostu naznaczona przeżytymi latami. Gdy staruszka zaczęła się powoli zbliżać w stronę dziewczynki, jej ruchy nie przywodziły już na myśl mającego zaraz nastąpić ataku, tylko zwyczajny chód lekko nawiedzonej, dobrej ciotki.

– Gdzie my jesteśmy? – spytała Martyna, zadzierając głowę i próbując spojrzeć kobiecie w twarz.

– Mówiłam ci już – odparła ciepło staruszka. – To Magazyn Rzeczy Martwych. To pracownia Mistrza.

– No tak, ale co ten mistrz właściwie tu robi?

– Ostatnio? – zapytała chytrze kobieta. – Ostatnio zrobił Ka’kari.

***

Staruszka podeszła do wielkiego stołu, znajdującego się pośrodku pomieszczenia i zajęła miejsce na jednym z dwóch wysokich krzeseł. Gestem zaprosiła dziewczynkę do zajęcia drugiego, ale dopiero za którymś razem Martynie udało się na nie wspiąć. W międzyczasie na suficie zapłonęły światła i teraz wszystko, co do tej pory widziała dziewczynka, nabrało kolorów. Krzesła wykonane zostały z ciemnego drewna, a oparcie i miejsce do siedzenia, wyłożono miękką gąbką, obitą czarną skórą. Stół, przy którym siedziały (i na którym ni stąd, ni zowąd znalazły się dwa kubki z gorącą herbatą) był prosty, również wykonany z drewna, tak jak wszystkie meble znajdujące się w pracowni. To, czego Martyna nie potrafiła wcześniej rozpoznać na półkach, okazało się słojami, wypełnionymi różową cieczą. Coś w nich pływało, ale dziewczynka nie była w stanie dostrzec niczego konkretnego. Widziała za to pudełko ze sztucznymi szczękami oraz kilkadziesiąt różnych dłoni i stóp. Jedna ściana została w całości przeznaczona na peruki, a obok wisiały przeróżne narzędzia.

Rys. Martyna Nejman

– Mój tata ma podobne miejsce – odezwała się Martyna, chwytając kubek z herbatą, który wręczyła jej kobieta. – Robi tam karmniki dla ptaków, szafki dla mamy i takie tam. Ten cały mistrz też robi coś takiego?

– I tak, i nie – odpowiedziała staruszka.

– A co to za wielkie coś, co leży na stole? – Dziewczynka wskazała palcem na duży, długi kształt, ukryty pod płachtą tak szczelnie, że nie dało się nawet niczego podejrzeć.

– To najnowszy projekt mistrza. – Głos staruszki nagle posmutniał. – Musi być gotowy dopiero na jutrzejszy wieczór, więc mamy trochę czasu dla siebie.

– To coś jest wielkie… prawie jak mój tata, jakby się położył!

Martyna upiła łyk herbaty, zastanawiając się przez chwilę, czy zadać pytanie, które nagle pojawiło jej się w głowie. Kobieta siedząca naprzeciwko niej nadal nie odsłoniła swojej twarzy, lecz emanowała teraz ciepłem i bezpieczeństwem, które ostatecznie przekonało dziewczynkę.

– Czy ja i Ka’kari wrócimy jeszcze do domu?

– Musisz wrócić do domu przed świtem – odpowiedziała staruszka. – Takie są zasady i nikomu nie wolno ich łamać! Każde dziecko ma pozwolenie na odwiedziny tego miejsca za życia tylko raz, na kilka godzin, a później musi wrócić. W przeciwnym razie groziłoby ci wielkie niebezpieczeństwo.

– Jakie niebezpieczeństwo? – spytała zlękniona Martyna, opierając brodę na kolanach.

– Są tutaj istoty, które nie są przyjazne – tłumaczyła cierpliwie kobieta, odstawiając kubek na brzeg stołu. – Gdybyś złamała zasady, miałyby wszelkie prawo, by rzucić się za tobą w pogoń i cię pożreć.

Dziewczynce zrzedła mina, a następnie głośno przełknęła ślinę. Nie brzmiało to dobrze… oj, w ogóle. Wiedziała, że nie może zdenerwować żadnego potwora, bo była strasznie słaba w uciekaniu przed nimi… właściwie przed kimkolwiek, a to wszystko dlatego, że miała krótkie nóżki. Często o tym myślała i miała nadzieję, że kiedyś jej urosną i każdy będzie jej zazdrościł.

– A co z moją kotką? – rzuciła na wydechu, obawiając się odpowiedzi.

– Twoja Ka’kari musi niestety zostać tutaj – westchnęła staruszka. – Ona już nie należy do twojego świata.

– Ale widziałam przecież, jak biegała po domu! – oburzyła się Martyna. – Więc jak nie należy, jak należy?!

– Więc teraz pora na to, żeby cię wszystkiego nauczyć.

Kobieta zsunęła się z krzesła i ruszyła w stronę przeciwległej ściany pracowni. Dziewczynka szybko wypiła jeszcze łyk herbaty i pobiegła za swoją przewodniczką. Była bardzo ciekawa tego, co jest ukryte w tych wszystkich szafkach, ale trochę bała się sama zajrzeć do środka. Miała więc nadzieję, że jej nowa koleżanka otworzy chociaż jedną.

– Świat, w którym żyjesz, nie jest jedynym – podjęła staruszka, dotykając kilku słojów i biorąc do ręki jakieś drobiazgi, żeby się im przyjrzeć. – To, że kończymy życie w jednym świecie, nie znaczy, że nasze dusze po prostu znikają albo zostają zniszczone. Wiesz, czym jest dusza?

Martyna pokręciła przecząco głową, próbując jednocześnie dostrzec, co leży na blatach. Była niestety za mała i nawet gdyby skoczyła, w niczym by jej to nie pomogło.

– Niektórzy nazywają duszę tchnieniem Boga. To taka… mała iskierka, która sprawia, że żyjemy, możemy się poruszać i oddychać. Bez niej nasze ciała i narządy są tylko rzeczami martwymi. Lecz nasze ciała się zużywają – starzejemy się, stajemy się zmęczeni i w końcu umieramy.

– I wtedy przechodzimy do następnego świata? – zapytała dziewczynka, starając się nie uronić ani słowa.

– Bardzo ładnie! – Kobieta odwróciła się przodem do dziewczynki, lecz jej twarz pozostała zasłonięta. – Poza naszym światem jest jeszcze Cmentarzysko, Bagna i Kraina Demonów. Niektórzy z nas – jak na przykład ja – mogą się poruszać między wymiarami, ponieważ powierzono nam zadania… pracę, którą musimy wykonywać.

– Ty uczysz dzieci, czym jest śmierć, tak?

– Dokładnie. Jestem posłańcem. Gdy wrócisz do domu, będziesz wiedziała, co znaczy, że twoja kotka zmarła. W twojej głowie pojawi się też myśl, że trafiła do lepszego miejsca. Taka perspektywa pomaga uporać się ze smutkiem i tęsknotą po utracie tych, których kochamy.

– Ale czemu Ka’kari musiała umrzeć?

– Nie musiała… przynajmniej jeszcze nie teraz, ale tak się stało, bo byłyście nieostrożne. Za kilka godzin będziesz wiedziała, że życie trzeba cenić i o nie dbać, ponieważ – gdy jesteśmy lekkomyślni, gdy nie zastanawiamy się nad tym, co robimy – możemy sobie wyrządzić straszną krzywdę.

– Czemu moja mama nie mogła mi tego wszystkiego powiedzieć? Czemu nie mogłam tutaj przyjść z nią?

– Żaden człowiek nie ma wspomnień z tego miejsca – mówiła cierpliwie staruszka. – Każdy pobiera w tym miejscu naukę, lecz zapomina o okolicznościach, w jakich tę lekcję dostał.

– A dlaczego?

– Gdyby ludzie pamiętali… wiedzieli o tym, że są inne światy, nigdy nie szanowaliby daru, jakim jest życie. Ty z czasem nabierzesz strachu przed śmiercią, bo nie będziesz wiedziała, co jest dalej. To potrzebny strach. Uczy cię doceniać chwile spędzone z bliskimi. To bardzo ważne!

Staruszka ruszyła nagle wzdłuż ściany, dotykając od czasu do czasu niektórych przedmiotów leżących na półkach.

– Co to jest, to wszystko? – Martyna wskazała na regały piętrzące się od podłogi aż po sufit.

– Tutaj wytwarzane są przez Mistrza części zamienne. Gdy człowiek bądź zwierzę umiera, jego ciało zostaje zabrane do tego miejsca. Tutaj wydobywa się duszę i umożliwia się jej przejście na drugą stronę. Porywacze ciał nie mogą jednak ot tak kogoś zabrać, ponieważ zmarłego trzeba pochować. Ludzie muszą oddać cześć swoim bliskim. To jest dla nich bardzo ważne, dlatego w tym miejscu Mistrz wytwarza dokładną kopię martwego człowieka bądź zwierzęcia, a następnie porywacze ciał, czasem posłańcy, zostawiają taką kopię w twoim świecie.

– To była właśnie ta mała, mokra rzecz, którą widziałam na dywanie w salonie, tak?!

– Tak – przytaknęła kobieta. – Jutro zakopiecie ją w ziemi i jeszcze przez długi czas będziesz odwiedzać tamto miejsce.

– A po co? Przecież to nie będzie moja Ka’kari.

Staruszka westchnęła.

– Więc tutaj jeden człowiek wytwarza kopie wszystkiego, co umiera, tak? – Dziewczynka próbowała wspiąć się na jeden z blatów, ale jedyne, co osiągnęła, to obite o podłogę pośladki.

– Mhm – potwierdziła staruszka, obserwując, jak dziewczynka wstaje i rozmasowuje sobie pupę. – Powiesz mi, co zapamiętałaś z tego, co ci powiedziałam?

Dziewczynka zaczęła dreptać w miejscu, wyraźnie zakłopotana. Nie lubiła, gdy ktoś zadawał jej takie pytania, bo zawsze wtedy miała wrażenie, że nie słuchała i zaraz powie coś głupiego. Jej tata robił to samo.

– Noooo… Wiem już, że każdy człowiek ma duszę i że po śmierci tak naprawdę nie umieramy, tylko przynoszą nas tutaj, a w moim świecie zostawiają kopie – wyrecytowała Martyna, stojąc wyprostowana jak struna. – Wiem też, że nie będę pamiętać tego miejsca, ale zrozumiem, czym jest śmierć. Mam się też nauczyć szanować swoje życie i być dobrą osobą.

– Bardzo ładnie – powiedziała z zadowoleniem kobieta, głaszcząc dziewczynkę pod głowie. – Nasz czas tutaj dobiega już końca. Niedługo będziemy musiały wracać.

– Nigdy sobie tego nie przypomnę? Tak w ogóle, w ogóle?

Zapadła cisza. Staruszka wahała się. Nie powinna tego mówić, lecz łamała ten zakaz za każdym razem. Martyna – jak każde inne dziecko w tym wieku – była urocza i jej niewiedza chwytała kobietę za serce. Była świadoma tego, że przez lekcję, której udziela, odbiera malcom lekkość ducha. Kończyła pierwszy etap ich dzieciństwa i, mówiąc to, co miała zaraz powiedzieć, chciała chociaż odrobinę osłodzić tę bolesną prawdę.

– Jeśli będziesz dobrym człowiekiem, to wspomnienie wróci do ciebie na kilka chwil przed twoją własną śmiercią – powiedziała, zdejmując dłoń z głowy dziewczynki.

– A po co?

– Żebyś przestała się bać, kochanie.

– A mogę zabrać jedną z tych rzeczy? – Martyna zmieniła temat tak szybko, jakby w ogóle nie usłyszała tego, co przed chwilą zostało powiedziane.

– Jezus, oczywiście, że nie możesz! – odparła ze zgrozą kobieta, przyglądając się kolekcji oczu, wiszącej na ścianie.

– Meh… – jęknęła niezadowolona dziewczynka, wracając na stołek, na którym siedziała na początku.

Zapatrzyła się na wielką, długą rzecz, leżącą na stole. Obejrzała się przez ramię, sprawdzając, czy jej przewodniczka nadal zajęta jest sprawdzaniem zawartości słojów, po czym szybko podniosła kawałek płachty. Na blacie spoczywała stara dłoń. Palce były chude i nienaturalnie wygięte, a skóra – u Martyny tak jasna i delikatna – tutaj została poorana bliznami i pokryta brązowymi plamami. Dziewczynka już wyciągała rękę, żeby dotknąć pierścienia na palcu wskazującym, gdy usłyszała za sobą:

– Martyna, ani mi się waż tego dotykać!

Odskoczyła jak oparzona, a sekundę później została ściągnięta z krzesła i popchnięta w stronę drzwi wyjściowych, których wcześniej nie zauważyła. Staruszka pogrzebała w kieszeniach, wyciągnęła pęk kluczy i zaczęła szukać tego odpowiedniego.

– Zapomniałam, jak się nazywa to miejsce – odezwała się Martyna, gdy ciężkie drewniane wrota stanęły otworem.

Przyglądała się po raz kolejny wszystkiemu, co ją otaczało, nie chcąc przegapić nawet najmniejszego szczegółu. Musiała to wszystko zapamiętać. Po prostu musiała!

– Magazyn Rzeczy Martwych – odpowiedziała kobieta, odsuwając się na bok, by przepuścić dziewczynkę w drzwiach.

– Dziwne te rzeczy martwe – skwitowała dziewczynka, odwracając się i znikając w ciemności.

***

– Gdzie teraz jesteśmy? – zapytała Martyna, otulając się szczelniej swetrem i chowając dłonie w rękawy.

Po wyjściu z Magazynu Rzeczy Martwych znalazły się na ścieżce wysypanej kamieniami. Szło się niewygodnie i ostro pod górkę, więc nic dziwnego w tym, że dziewczynka po kilku minutach dość mocno się zasapała i została daleko w tyle. Jak to możliwe, że ona jest taka stara, tak się garbi, a mimo wszystko się nie zmęczyła?, pomyślała Martyna, potykając się o wystający z ziemi głaz, co niemalże skończyło się upadkiem na sam dół zbocza.

Gdy podnosiła się z kamieni, kątem oka dostrzegła, że nie jest sama. Po obu stronach ścieżki gęsto rosły krzewy i wysokie drzewa, które przesłaniały dosłownie wszystko, co znajdowało się po ich drugiej stronie. Lecz to właśnie pośród nich coś się poruszyło, a chwilę później dziewczynka usłyszała cichy, dziecięcy chichot.

Zmroziło jej to krew w żyłach, a po plecach przeszedł dreszcz. Spojrzała w górę, ale staruszka jakby w ogóle nie zauważyła, że jej podopieczna została w tyle. W krzakach znowu coś się poruszyło, podobnie jak za plecami Martyny. Spojrzała szybko za siebie, lecz nie dostrzegła niczego poza kołyszącymi się liśćmi.

– Kto tutaj jest?! – zapytała drżącym głosem, niepewnie przestępując z nogi na nogę. – Nie jestem tu sama! Będziesz miał kłopoty, zobaczysz!

Dziewczynka nie doczekała się odpowiedzi, ale po chwili spomiędzy gałęzi wypadła mała, zielona piłka, potoczyła się w jej stronę, a następnie zaczęła się turlać w dół. Martyna obserwowała ją przez chwilę, ale szelest za jej plecami spowodował, że poderwała się do góry. Miała coraz gorsze przeczucia, przypomniała sobie też, co mówiła jej opiekunka o tych wszystkich potworach tylko czekających na to, aby ją pożreć.

– Co ty tutaj jeszcze robisz?! – Głos staruszki przywrócił dziewczynkę do rzeczywistości. – Nie możemy tutaj długo zostać! Chodź do mnie natychmiast!Martyna pobiegła za swoją przewodniczką. Tempo kobiety było imponujące. Dziewczynkę niepokoiło to, że szelest liści stawał się coraz głośniejszy i wydawał się dotrzymywać im kroku.

– Gdzie my jesteśmy? – spytała ponownie.

– Na Cmentarzysku – rzuciła w odpowiedzi staruszka, nie zwalniając tempa.

– Jestem w innym świecie? – W głosie dziewczynki pojawiło się podniecenie. – Tak na serio?

– Nie jesteś tutaj mile widziana – powiedziała kobieta. – Myślałam, że uda mi się przyprowadzić do ciebie Ka’kari, żebyś mogła się z nią pożegnać, ale już nas znaleźli.

– Kto?

– Potwory. Idź szybciej!

W uszach Martyny nie zabrzmiało to dobrze. Mówiłem Wam już o jej umiejętności ucieczki… a właściwie jej braku. Ciekawość okazała się jednak silniejsza.

– Wszyscy, którzy umrą, przychodzą tutaj?

– Nie wszyscy. Na Cmentarzysku mieszkają tylko dobrzy ludzie.

– A ci źli?

– Ci źli idą na Bagna. Tam polują na nich bestie, przed którymi muszą uciekać do samego końca. Żyją w ciągłym strachu.

– To skoro tutaj są dobrzy ludzie, to czemu gonią nas potwory? – Nie dawała za wygraną dziewczynka. – Jak one się nazywają?

– To Niewidomce – odparła pośpiesznie staruszka. – To strażnicy Cmentarzyska. Pilnują, żeby nikt nieproszony tutaj nie wchodził. No! Jesteśmy na miejscu!

Wspięły się na szczyt wzniesienia. Dziewczynka miała nadzieję, że zobaczy całe Cmentarzysko jak na dłoni, ponieważ była bardzo ciekawa tego miejsca, lecz otuliła je mgła tak gęsta, że można by brać ją garściami. Martyna na próżno próbowała przebić ją wzrokiem. Jej przewodniczka tymczasem szukała kolejnego klucza. Jedyną rzeczą, którą dostrzegła dziewczynka, były eleganckie drzwi wykonane z czarnego drewna, zamykane wielką, zardzewiałą kłódką, której teraz nie można było otworzyć.

Gdy dziewczynka obserwowała wysiłki swojej opiekunki, usłyszała dźwięk, którego nie mogła pomylić z żadnym innym. To było miauczenie Ka’kari! Martyna w mgnieniu oka zlokalizowała miejsce, w którym siedziała jej kotka. Zwierzak czaił się skulony i wystraszony pod jednym z krzaków. Dziewczynka wiedziała, że kotka chciała do niej podbiec, ale się bała. Obejrzała się przez ramię, lecz kobieta cały czas mocowała się z kłódką, więc Martyna, niewiele myśląc, wyciągnęła z kieszeni pluszową wędkę i zamachała nią energicznie przed oczami zwierzaka. Cały strach i niepewność zniknęły, a Ka’kari była zwarta i gotowa do polowania. Rzuciła się w stronę właścicielki, a ta zręcznie ją pochwyciła, wsadziła wędkę do jej pyszczka, a samą kotkę upchnęła pod swoim dużym swetrem.

– No! Nareszcie! – powiedziała kobieta, odwracając się i szukając wzrokiem Martyny. – Musisz szybko przejść przez te drzwi, a potem iść schodami na samą górę! Będzie ciemno, ale nie musisz się bać. Gdy dojdziesz do końca, podnieś klapę, a znów znajdziesz się pod swoim łóżkiem. Żwawo!

Zerwał się wiatr, niosąc ze sobą przeciągłe wycie. Z powodu mgły nie dało się niczego zobaczyć, ale atmosfera wyczuwalnie się zagęściła. Coś nadchodziło i aż zanadto dawało o sobie znać. Krzaki, które można było dostrzec w oddali, przestały się poruszać, a dziewczynce przyszła do głowy myśl, że ktokolwiek wcześniej w nich siedział i obserwował, teraz ruszył w dół zbocza, biegnąc ile sił w nogach.

– Do środka! Natychmiast! – krzyknęła staruszka, łapiąc dziewczynkę za sweter i przerzucając ją przez drzwi.

Zatrzasnęła je mocno i nagle wszystko ucichło. Dziewczynka wyciągnęła Ka’kari zza pazuchy. Kotka nadal gryzła swoją wędkę i jakby w ogóle do niej nie dotarło to, co się przed chwilą wydarzyło. Martyna poczuła, jak łzy napływają jej do oczu, a w gardle rośnie wielka gula. Miała swoją przyjaciółkę z powrotem! Miała ją i wracały razem do domu!

***

Pamiętacie, jak mówiłem, że mała Martyna zrobiła coś, na co nikt nigdy wcześniej się nie odważył? Prawda jest taka, że nikt nigdy nawet nie wpadł na pomysł, żeby wykraść kogokolwiek ze świata umarłych.

Wspomnienia z tamtej nocy nigdy nie zostały wymazane z umysłu dziewczynki… teraz już kobiety. Co noc śnią jej się Niewidomce, szukające swojej zguby, a ze snu wyrywa ją złowrogie zawodzenie i chłód gęstej mlecznej mgły, otaczającej jej łóżko.

Teraz Martyna ma dwadzieścia osiem lat i jest psychologiem. Czy wiedzie szczęśliwe i spokojne życie? Musicie dojść do tego sami. Mogę Wam jednak powiedzieć, że mieszka ze swoim chłopakiem, a co wieczór na jej kolanach śpi mała czarno-biała kotka, która nie postarzała się nawet o dzień.

 

 

Autor:

Paweł Fijałkowski