Egzorcyzmy Atticusa Forge’a?

Egzorcyzmy Atticusa Forge’a?

I

Siedzę zamknięty w pokoju już od dwóch tygodni. Przynoszą mi tylko jedzenie i wodę. Całe szczęście, że mam sypialnię z łazienką, to nie muszę trzymać i czekać jak na zbawienie, aż mnie łaskawie wypuszczą i odeskortują do kibla. Zostawili mi też dostęp do Internetu i laptopa.

Jakim cudem moje życie osiągnęło całkiem nowy poziom parszywości? Zostałem opętany przez demona i teraz wszyscy się mnie boją. Diabelstwo o genezie owianej tajemnicą zagnieździło się gdzieś w moim ciele i ani myśli się wyprowadzić. Jeszcze do niedawna w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z jego obecności, dopóki nie zaczął przejmować kontroli nad moim ciałem. Na początku działo się to sporadycznie i trwało tylko kilka minut, a ja nic nikomu nie mówiłem. Niestety niewiele ponad dwa tygodnie temu odwalił numer, którego konsekwencje odczuwam do dzisiaj.

Gdy opisuję w dzienniku mojego pracodawcy to, co się działo, ciarki mnie przechodzą na samą myśl o tym, co demon ze mną wyprawiał.

Mianowicie ten wyposzczony zboczeniec znalazł sobie dziewczynę, i to najbrzydszą, najbardziej szurniętą na naszej ulicy. W normalny dzień, gdy świeci słońce, kwiaty pachną i w ogóle wszystko jest tak jak, być powinno, nawet listonosz nie chce do niej podchodzić. Ta raszpla ma chcicę jak królik na amfetaminie podczas rui, a że zawsze musi trafić na mnie, to któregoś dnia ocknąłem się nagi w jej łazience.

Obecnie stan rzeczy przedstawia się następująco. Po pierwsze mam dziewczynę. Chcąc być bardziej konkretnym – demon we mnie ma poroniony gust i zero szacunku do mego ciała, co udowodnił bezczeszcząc je bez reszty. Po drugie jestem uwięziony, a ona przyłazi pod drzwi domu państwa Ponurych z pięć razy dziennie i awanturą próbuje ich zmusić do tego, żeby ją wpuścili. Po trzecie ja naprawdę nie chcę jej nigdy więcej oglądać, ale nowy pasażer na gapę jęczy w moim mózgu i usycha z tęsknoty.

Mam ochotę się zabić.

II

Pan Ponury przychodzi do mnie co kilka dni, próbując nowych zaklęć i rytuałów. Poi mnie przeróżnymi eliksirami, lecz niestety nic jeszcze nie podziałało (no, poza tym, że sikam na kolorowo). Największy ubaw demon miał podczas pierwszego podejścia, czyli tradycyjnego katolickiego egzorcyzmu. Mały dureń śmiał się w mojej głowie tak głośno, że bałem się, iż wywali mi bębenki od drugiej strony. Mój pracodawca wydzierał się wniebogłosy, plując na wszystkie strony i grożąc mi krzyżem, a ja po prostu leżałem spokojnie, przywiązany pasami do łóżka, i patrzyłem na niego bez słowa. Zniechęcił się po godzinie. Demon zamilkł po półtorej.

Po siedmiu dniach mojego zniewolenia, pan Ponury zdjął pewnego popołudnia zaklęcia zabezpieczające z drzwi, żeby przez nie przejść. W tym samym momencie straciłem kontrolę. Gdy się wreszcie przebudziłem, okazało się, że staranowałem go w progu i wybiegłem na korytarz, wyznając przez okno dozgonną miłość i oddanie dla dziewczyny marzeń demona. Podobno moja wybranka schowała się w krzakach za domem i gdy tylko mnie usłyszała, popędziła w moją stronę, zapewniając, że mnie oswobodzi i nic nas już nigdy nie rozdzieli.

Mój pracodawca stał przede mną poobijany, zdając mi szczegółową relację. Nawet nie miałem się jak bronić.

Po trzech tygodniach i jeszcze dwóch próbach ucieczki, mój pracodawca zatrudnił dwa trolle do pilnowania drzwi mojego pokoju w dzień i w nocy. Żadne z jego zaklęć nie wywarło najmniejszego wrażenia na demonie.

– Nie wiem już, co mógłbym zrobić – powiedział do mnie zniechęcony szef. – Próbowałem wszystkiego, co udało mi się znaleźć, sam nawet wymyśliłem kilka eliksirów, ale nic na ciebie nie działa, panie Forge. Czas nagli. Niedługo musimy wyruszyć, a ja nie mogę sobie pozwolić na to, żebyś mi pan odpływał co chwilę i starał się uciec. To zbyt ważne.

Przez chwilę nie miałem pojęcia, o czym mówi. Dopiero po chwili w mojej głowie zapaliła się lampka. Szczęście Ponurych! W jednej z moich wcześniejszych opowieści przedstawiłem krótką historię tego, jak pierwszy z rodu oszukał Śmierć i spotkała go za to zasłużona kara. Od tamtej pory każdy członek rodziny noszący nazwisko Ponury automatycznie rodził się bez możliwości odczuwania radości, bądź tracił ją bezpowrotnie, gdy tylko związał swój los z którymś z prawowitych przedstawicieli rodu. Powszechnie sądzono, że fiolka ze szczęściem została zniszczona i dopiero mój aktualny pracodawca porządnie zabrał się za jej szukanie. Jak się okazało – kilka lat ciężkiej harówki i wypchane pieniędzmi koperty przechodzące z rąk do rąk w końcu przyniosły rezultaty.

Miejsce fiolki zostało potwierdzone. Mieliśmy po nią wyruszyć podczas najbliższej pełni, czyli dokładnie za tydzień.

III

Siedem dni to strasznie niewiele czasu, biorąc pod uwagę fakt, że mój stan nie pozwalał domownikom nawet na odwołanie straży spod drzwi. Już nie uciekałem i nie traciłem kontroli nad ciałem, lecz małe diabelstwo zaczęło do mnie przemawiać.

FORGE! FORGE, ŚPISZ?

Uniosłem zapuchnięte powieki, sięgnąłem po poduszkę i przykryłem sobie nią głowę.

BARDZO MĄDRE, zakpił demon. TERAZ NA PEWNO NIE BEDZIESZ SŁYSZAŁ TEGO, CO CHCĘ CI POWIEDZIEĆ.

Zrzuciłem poduszkę na podłogę i usiadłem z ciężkim westchnieniem. Moja niebieska piżama w kratę rozpięła mi się podczas snu i odsłoniła cały tors, a kołdra leżała zwinięta gdzieś w nogach łóżka. Przeczesałem chudą dłonią potargane włosy i przetarłem oczy.

DŁUGO SIĘ BĘDZIESZ JESZCZE SZYKOWAŁ, PIĘKNISIU?!

Czego ty ode mnie chcesz?, zapytałem w myślach, bo nie było sensu odzywać się na głos. Czemuś się na mnie uwziął?

PRZESTAŃ JOJCZYĆ!, zdenerwował się demon. JESZCZE NIGDY NIE OPĘTAŁEM TAKIEJ MĘCZYBUŁY. FACET JESTEŚ CZY MAŁA…

Czego ode mnie chcesz?! Jestem śpiący!

MUSIMY SIĘ DOGADAĆ, oznajmiła kreatura, a wszystkie systemy alarmowe w mojej głowie zapłonęły jaskrawym światłem.

Prawda stara jak cały magiczny świat – jeśli demon chce się z tobą dogadać, to na pewno nie wyniknie z tego nic dobrego.

Co masz na myśli?, zapytałem ostrożnie.

TY CHCESZ ŻYĆ W MIARĘ NORMALNIE I SPĘDZAĆ SWOJE DNI NA UŻALANIU SIE NAD TYM, JAK MASZ CIĘŻKO I ŻE NIKT NIE DOCENIA TWOJEJ PRACY, A JA CHCĘ BYĆ Z MOIM PYSZCZKIEM.

Zawsze możesz opuścić moje ciało i iść w cholerę, zaproponowałem z udawaną nieśmiałością. Wierz mi, nikt nie będzie tu za tobą tęsknił.

JA NIGDZIE NIE IDĘ, FORGE, zaparł się demon, a ja wyczułem narastający w nim gniew. JESTEŚ NIEŚMIERTELNY. WIESZ, JAK CIĘŻKO JEST ZNALEŹĆ KOGOŚ TAKIEGO?! A CO DOPIERO OPĘTAĆ!

Ja czułem, że ten kontrakt sprowadzi na mnie kłopoty. Nie poprawiło mi nastroju również to, że pan Ponury naprawdę próbował wszystkiego, co tylko mógł znaleźć, żeby pozbyć się mojego dzikiego lokatora. A jeśli mój pracodawca mówił, że sprawdził każdą znaną ludzkości formułę i każdy czar, to znaczy, że naprawdę nie pozostało już nic więcej. Mogłem nie lubić swojego szefa, ale pozycji najlepszego w swoim fachu nie zdobywa się ot tak.

Wstałem z łóżka i usłyszałem trzask własnych kolan. Przeszedłem do łazienki i oddałem mocz (tym razem był jasnoniebieski i pachniał jak guma balonowa), po czym siadłem przed komputerem w celu dokończenia jednego z moich opowiadań. Jeśli w życiu jest coś, co zapewnia mi spokój ducha i choć odrobinę radości, to jest to właśnie przelewanie opowieści na papier, tudzież ekran komputera. Obok laptopa stał brudny kubek z zimną resztką kawy i dzbanek z czarną, mocną herbatą, pokrytą już tygodniową pleśnią. Zdecydowałem się nie skorzystać z żadnej z opcji proponowanych przez demona. Może i jestem nieśmiertelny, ale swój honor mam.

WIESZ, ŻE NIE DA SIĘ MNIE ZIGNOROWAĆ, CO NIE?, odezwał się dokładnie w tej samej chwili, w której dotknąłem klawiatury.   JESTEM W TWOIM CIELE. NIE DA SIĘ ODE MNIE UCIEC.

Zacisnąłem dłonie w pięści kilka centymetrów nad klawiszami. Zgrzytnąłem zębami, wściekły, że ma rację.

Ja nie chcę zawierać z tobą żadnej umowy, zakomunikowałem. Pan Ponury w końcu znajdzie jakiś sposób. Zawsze znajduje.

CIEKAWE, CZY BĘDZIE TAKI SKORY DO POMOCY, GDY SIĘ DOWIE, ŻE PRÓBUJESZ ZERWAĆ SWÓJ KONTRAKT, FORGE.

Zamarłem, a krew odpłynęła mi z – i tak już bladej – twarzy. Skąd on mógł to wiedzieć?! Nie pisnąłem nikomu nawet słówka, a wszystkie badania robiłem samodzielnie w wolnym czasie. Zanim gdziekolwiek zniknąłem, upewniałem się trzy razy, czy nikt mnie nie śledzi.

Skąd to wiesz?, zapytałem. Przecież zawsze byłem ostroż…

SIEDZĘ WEWNĄTRZ CIEBIE, MATOŁKU. BEZ TRUDU MOGĘ SZPERAĆ PO WIĘKSZEJ CZĘŚCI TWOJEGO UMYSŁU. PRZYZNAM SZCZERZE, ŻE JAK NA ZDRAJCĘ I OSZUSTA, TO NIE PRZYKŁADASZ WIELKIEJ WAGI DO OCHRONY MÓZGU.

Miał rację. Izolowanie umysłu nigdy nie było czymś, w czym byłem dobry.  Nie żebym kiedykolwiek się do tego jakoś specjalnie przykładał. Rozsiadłem się wygodniej na krześle i złapałem brudny kubek z zimną kawą.

Jak niby chcesz się dogadać?

IV

Zaczęła mi złazić skóra. Spostrzegłem to następnego dnia, wychodząc spod prysznica. Pomieszczenie, ciężkie od pary, skutecznie utrudniało mi podziwianie w lustrze swojej atletycznej sylwetki i gdybym nie spojrzał na ręcznik tuż przed wyjściem, prawdopodobnie w ogóle bym się nie zorientował, że coś złego dzieje się z moim ciałem. Złapałem wielki płat „tego czegoś” pomiędzy palec wskazujący a kciuk i przyjrzałem się z obrzydzeniem.

Co to jest, do cholery?!

AHA… BO JA ZAPOMNIAŁEM CI POWIEDZIEĆ, mruknął od niechcenia demon. MOJA OBECNOŚĆ POWOLI WYNISZCZA TWOJE CIAŁO.

Co?!

JUŻ NIE HISTERYZUJ. NIE MOŻESZ UMRZEĆ, WIĘC WYSTARCZY OD CZASU DO CZASU WYPIĆ ELIKSIR I WSZYSTKO WRÓCI DO NORMY. NOOO… MOŻE NIE BĘDZIE TAK JAK DAWNIEJ, ALE SĄ JESZCZE ZAKLĘCIA MASKUJĄCE. NIKT SIĘ NIE ZORIENTUJE.

Jaki eliksir?!, wysyczałem wściekle, zrywając z siebie koszulę i stając przed lustrem.

Przetarłem jego wciąż zaparowaną powierzchnię i wytrzeszczyłem oczy z przerażenia. To wyglądało, jakbym się po prostu rozpadał. Mogłem palcami zrywać własną skórę. Odchodziła bez problemów i bolało jak jasny ch… W każdym razie nie było to przyjemne. W niektórych miejscach mogłem już dostrzec mięśnie i ścięgna. Badałem się jeszcze przez kilka minut, zerwałem i wrzuciłem do kosza to, co jeszcze odstawało lub wisiało, i rozdygotanymi rękami ubrałem z powrotem czarną koszulę.

Będę wyglądał jak żywy trup!, wrzasnąłem w myślach. Napraw to!

WSZYSTKO W SWOIM CZASIE, powiedział złośliwie demon. NAJPIERW DOBIJEMY TARGU, A POTEM POPRAWIMY CI MAKIJAŻ.

Cisnąłem ręcznikiem w kabinę prysznicową i dopiero, gdy się odwróciłem, moim oczom ukazał się pan Ponury stojący w progu. Twarz miał bladą i wystraszoną. Domyślanie się, ile zobaczył, nie miało nawet sensu. Uśmiechnąłem się tylko nieznacznie i… cała reszta wydarzyła się w momencie, w którym usiłowałem wyminąć go w drzwiach.

Najpierw dostrzegłem medalion na połach jego kraciastej marynarki. Przypominało to kilka poczerniałych kości i wysłużonych piór złączonych ze sobą bez ładu, a cała ta konstrukcja wisiała na pozornie zwyczajnym rzemieniu. Mój pracodawca nie nosił biżuterii na co dzień (poza zegarkiem od żony), więc założyłem, iż to jakieś kolejne ustrojstwo sklecone na szybkości. Nagle pan Ponury wykręcił mi rękę za plecy i poczułem, że nakłada mi coś przez głowę. W następnej chwili coś mną szarpnęło.

Pochłonęła mnie ciemność.

V

Staliśmy obok siebie, ja i mój pracodawca, w naszych klasycznych strojach podróżnych. Ja nosiłem czarny, cienki płaszcz oraz koszulę i materiałowe spodnie tego samego koloru, a pan Ponury przywdział swój tradycyjny kraciasty garnitur. Otaczał nas mrok. Mogłem wprawdzie dostrzec wyraźnie mojego szefa, lecz wszystko, co znajdowało się chociażby trzydzieści centymetrów od nas, ginęło bez reszty w ciemności.

Gdzieś mnie znowu przywlókł?, zadałem sobie pytanie w myślach, przełykając nerwowo ślinę.

– Jesteśmy we wnętrzu twojej głowy, panie Forge – odpowiedział niepewnie pan Ponury, pocierając dłonie. – Trochę tutaj pusto, nie powiem.

Wal się, Ponury.

– No i czuję się w obowiązku powiedzieć panu, że doskonale słyszę pańskie myśli – dodał pogodnie, drepcząc w miejscu. – Może trochę światła, co? Nie możemy tutaj stać w nieskończoność. Gdy kości się spopielą, będziemy zmuszeni do powrotu.

Spojrzałem na swoją pierś, a konkretniej na naszyjnik, który płonął maleńkim błękitnym blaskiem. Nie parzył mi skóry na klatce piersiowej ani na dłoni, gdy ująłem go delikatnie i uniosłem na wysokość twarzy.

– Tylko ostrożnie – odezwał się mój pracodawca, szarpiąc się za wąsy. – Zrobiłem go na szybko i trzeba uważać, żeby się nie rozpadł.

A jak się rozpadnie, to…?

– W sumie to… nie wiem – przyznał niechętnie pan Ponury. – Nie było czasu na testy.

Jestem w szoku, mruknąłem do siebie. Jak zwykle wpakujemy się w jakieś bagno.

– Panie Forge, nie życzę sobie takiego tonu! – skarcił mnie. – Ciesz się pan, że w ogóle poświęcam czas na to, żeby panu pomóc!

Gdyby nie jedna z tych twoich wypraw, to w ogóle bym się nie znalazł w takiej sytuacji! Poza tym… potrzebujesz mnie, żeby odzyskać szczęście swojej rodziny. Nikt inny ci nie pomoże!

Szef wytrzeszczył na mnie oczy i poprawił niepewnie okulary. Nigdy nie odezwałem się do niego takim tonem, nie zdarzyło się też, żeby usłyszał którąkolwiek z moich myśli. Czytał niektóre z moich zapisków, owszem, ale uważał, że są lekko podkoloryzowane i wyolbrzymione po to, by późniejsi czytelnicy mogli się przy nich rozerwać. Te dzienniki, w których zaczynałem planować i przygotowywać się do ostatecznego punktu mojej zdrady, trzymałem zamknięte bezpiecznie w swoim prywatnym sejfie. Nikt nigdy o nie nie zapytał, a nawet jeśli by się top wydarzyło, to zrobienie odpowiedniego duplikatu zajęłoby mi z minutę.

Dlaczego w ogóle spisywałem moje plany rzucenia tej roboty w cholerę, zapytacie? To przez ten przeklęty kontrakt! Musiałem pisać o wszystkim, co pośrednio lub bezpośrednio wiązało się z moim pracodawcą. Na szczęście miałem już w tej rodzinie taki staż, że nikomu nawet by nawet na myśl nie przyszło, że mogę chcieć ich zostawić.

– Tooo… tego – odezwał się niepewnie pan Ponury, gdy cisza zaczęła się niezręcznie przedłużać. – To jak z tym światłem?

Pomyślałem więc tylko o tym, że chciałbym, by zrobiło się jasno. Wyobraziłem sobie zwyczajny pstryczek i nagle naszym oczom ukazało się wnętrze mojej głowy.

– Jaki tu jest syf. – Wyrwało się z ust mojemu pracodawcy.

VI

Trudno się kłócić, panie Ponury, pomyślałem, zważając już na to, jak formułować zdania. Przyznam, że mógłbym się trochę ogarnąć.

Wszędzie walały się śmieci. Resztki mebli, opony, rowery, przegniłe jedzenie i… zwłoki. Wszędzie leżały martwe ciała wyglądające jak ja. Niektóre zmasakrowano tak, że stały się nie do poznania (całe szczęście, że wszystkie ubierały się dokładnie w ten sam sposób), głowy innych wystawały z niemal błogim wyrazem twarzy spod kilogramów odpadów.

Ja i mój pracodawca staliśmy na ubitej czarnej ziemi pośrodku wysypiska. Wylądowaliśmy na wąskiej ścieżce wijącej się pomiędzy górami śmieci. Ruszyliśmy przed siebie. Instynktownie przeczuwałem, w którym kierunku iść, żeby się stamtąd wydostać. W sumie nic w tym dziwnego, zważywszy na fakt, że przebywaliśmy w mojej głowie.

Pan Ponury rozglądał się z przerażeniem dookoła, blady jak ściana. Co chwilę wyciągał z wewnętrznej kieszeni marynarki materiałową chusteczkę i ocierał nią spocone czoło. Przyglądał się moim martwym sobowtórom i bezgłośnie poruszał wargami. Pozieleniał na twarzy, gdy z samej góry spadły nam pod nogi zwłoki z roztrzaskaną czaszką. Kolejny pan Forge leżał obok jak szmaciana lalka z rozrzuconymi kończynami, sterczącymi pod dziwnymi kątami we wszystkie strony. Najwyraźniej ktoś połamał mu ręce i nogi.

Ciekawe tylko, czy zrobił to przed, czy po śmierci?, zastanowiłem się, kucając przy nich.

Pan Ponury spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami i uciekł za najbliższy zbudowany ze śmieci pagórek. Chwilę później usłyszałem, jak głośno wymiotuje. Sądząc po odgłosach, musiał wyrzucać z siebie nawet jedzenie z komunii.

Kwadrans później doszliśmy do bram wysypiska. Chociaż brama to trochę za dużo powiedziane. Właściwie… hmmm, dziura w kamiennym murze wystarczyłaby, żeby ją opisać. Pociągnąłem swojego pracodawcę za rękaw, po czym obaj schowaliśmy się za połamanym dębowym biurkiem.

– Co pan robisz, na miłość…

Proszę się uciszyć! Nie mogą nas zobaczyć!

– Ale… ale kto? – spytał już szeptem.

Oni!

Wskazałem mu dwie postacie wyglądające jak ja, ubrane w identyczne jak moje ubrania. Każda z nich pchała przed sobą olbrzymią taczkę wyładowaną po brzegi martwymi ciałami. Zatrzymali się na skraju świeżo wykopanego dołu i bezceremonialnie zrzucili tam zwłoki. Otrzepali ręce z kurzu, odwracając się, i wtedy dostrzegliśmy ich twarze.

Nie żebym nie wiedział, jak wyglądam, ale jednak nienawistne miny i spojrzenia ziejące szaleństwem utwierdziły mnie w słuszności ukrycia się przed nimi. Pan Forge ze swoim kompanem, panem Forgem, stali tak przez chwilę, rozmawiając ze sobą przyciszonymi głosami, po czym opuścili wysypisko przez dziurę w ścianie. Odczekaliśmy z moim pracodawcą chwilę, upewniając się, że żaden z nich nie wróci, a następnie czmychnęliśmy tą samą drogą.

Przed nami rozciągała się, jak okiem sięgnąć, wyniszczona wioska. Gdzieniegdzie pobudowano drewniane chaty z lekko zapadającymi się słomianymi dachami. Okna nie miały szyb, a przez szpary między deskami sączyło się nikłe światło. Nikt nie położył tu chodnika; rzucono tylko na ziemię deski mające ułatwić przejście w głębokim mule. W jednej chwili ciężką ciszę unoszącą się w powietrzu przeciął ochrypły krzyk. Był to wrzask konającego człowieka, wiedziałem to. Czułem głęboko w sercu. Nie potrafię tego inaczej wyjaśnić. W jednej z chat kogoś torturowano.

Podkradliśmy się w stronę najbliższych krzaków. Gęste i wysokie mogły uchronić nas przed niechcianymi spojrzeniami, dając jednocześnie możliwość opracowania planu. Pan Ponury nadal nie odzyskał kolorów na twarzy, a jasne światło księżyca tylko potęgowało jego niezdrowy wygląd.

Po co właściwie mnie pan tutaj zaciągnął?

– To proste, panie Forge – odpowiedział mój szef, tłumiąc beknięcie. – Musimy złapać demona, który pana opętał. Próbowałem już wszystkiego, proszę mi wierzyć, i nie mam pojęcia, co to jest. Nie znam gatunku ani tym bardziej imienia tego diabelstwa, a to niezbędne, by jakikolwiek egzorcyzm zadziałał. Poszedłem nawet do Znachorek, żeby się z nimi skonsultować, ale poszczuły mnie ogarami. Pomyślałem więc, że jeśli nie da się tego załatwić tradycyjnym egzorcyzmem to… hmmm… złapiemy go własnoręcznie.

Gdy teraz o tym myślę, to plan był genialny. Podejście do sprawy też niczego sobie. Pan Ponury musiał się naprawdę postarać, żeby całe przedsięwzięcie miało ręce i nogi.

Ja… no cóż… chyba… dziękuję.

– Nie rozklejaj się pan – zganił mnie. – Jesteś pan rodziną. Trzeba chronić swoich.

W takich chwilach, jak ta, człowiek powinien czuć radość, wdzięczność i jednocześnie wstyd na myśl o zdradzie, którą planował. Zdradzie, która według najlepszego scenariusza miała się zakończyć śmiercią tylko jednej osoby. Całe szczęście, że ja człowiekiem już nie byłem, a sumienie strzeliło na mnie focha kilka stuleci temu. Liczyła się jednak gra i stwarzanie pozorów.

– Dlaczego mordujesz pan sam siebie we własnej głowie? – zapytał niespodziewanie pan Ponury, podczas gdy ja próbowałem zdecydować, co robić dalej.

W sumie pytanie jak najbardziej na miejscu, biorąc pod uwagę, że drzwi jednej ze zdewastowanych chat właśnie się otworzyły i wywożono z niej kolejne ciała. Zaskakujące również było to, że potrafiłem dokładnie odpowiedzieć na pytanie postawione przez mojego pracodawcę.

Winą obarczam mój magiczny kontrakt. Żaden z goblinów i magów, którzy brali udział przy tworzeniu dokumentu ,nie pomyślał o wewnętrznych konsekwencjach, jakie odciśnie owa umowa na mojej duszy. Nie da się unikać Kostuchy bez zapłaty adekwatnej do towaru, jaki się nabywa. We wszechświecie musi panować równowaga!

W czasie mojego nienaturalnie długiego życia doświadczałem wszystkich radości i trosk, jakie powinien poznać śmiertelnik. Kochałem i kochano również mnie. Posiadałem dzieci, a moje dzieci płodziły swoje. Cieszyłem się, doświadczając okresu ich dorastania i cierpiałem, grzebiąc w ziemi wszystkich po kolei. Każdy, kogo kochałem, umierał przede mną. Z każdym pochowanym ciałem znikała dobra cząstka mojej duszy, aż w końcu straciłem nad tym kontrolę. Teraz moje szaleństwo urządzało polowania na resztki moich dobrych cech, pozostałości współczucia i wszystko, co dobre we mnie pozostało.

Odpowiedziałem na postawione mi pytanie bez owijania w bawełnę. Pan Ponury słuchał z troską wypisaną na swojej wąsiastej twarzy, a ja mógłbym dać sobie obie ręce uciąć, że żaden z członków rodziny nigdy, nawet przez minutę, nie zastanowił się, jaka jest cena mojej nieśmiertelności. Beznamiętnie obserwowałem pochód dwóch Forge’ów w kierunku wysypiska. Smutne, że w ogóle mnie to nie ruszało.

– Panie Forge… Ja… ja nie wiedziałem – powiedział do mnie wstrząśnięty praodawca. – Przez tyle stuleci… tyle czasu…. Czy… czy da się pana jeszcze uratować? Można odwrócić jakoś ten proces?

Wzruszyłem ramionami. Nie zastanawiałem się wcześniej nad tym i teraz też mnie to nie obchodziło.

Nie wiem, panie Ponury. Może. W każdym razie… Mamy robotę do wykonania. Trzeba ruszać!

Nie czekając na reakcję, wypadłem z naszej kryjówki i popędziłem w stronę domostwa, które chwilę wcześniej opuściły moje dwa klony. Czułem, że nikt na nas nie patrzy, lecz pierwszy raz zwiedzałem wnętrze swojej głowy, więc nie ufałem wszystkiemu. Nikt nie dał mi gwarancji, że własny umysł nie zechce zrobić mnie w jajo. Mój szef pognał za mną i kilkanaście sekund później dopadliśmy do drewnianej ściany i schowaliśmy się tuż pod oknem. Nikogo zapewne nie zaskoczy, jak powiem, że zajrzeliśmy do wnętrza.

Kilka wersji mnie siedziało spętane pod ścianą. Nadgarstki przywiązano im do kostek, a w usta wepchnięto brudne szmaty. Każdy obity został w różnym stopniu, lecz wszyscy patrzyli z przerażeniem na to, co ustawiono centralnie na środku izby. Prosty metalowy stół do sekcji zwłok, skonstruowany tak, by krew mogła schludnie spływać rynienkami do wiader ustawionych na brudnej kamiennej podłodze. Rzeźnicy krojący kolejne ciała brawurowo popisali się brakiem umiejętności i doświadczenia, brudząc dosłownie wszystko dookoła, zakrzepłą już teraz, krwią.

Bezceremonialnie wszedłem do środka przez pozbawione szyby okno. Pan Ponury syknął za mną, lecz wiedziałem, że mam ładnych kilka minut, zanim tamci wrócą. Podbiegłem do sobowtóra siedzącego najbliżej i wyrwałem mu szmatę z ust. Rozkasłał się i zaczął pluć na ziemię ciemnobrązową śliną. Obserwowałem go beznamiętnie, dając mu chwilę.

Szukam demona, zacząłem bez ogródek. Kogoś, kto nie należy do tej… hmmm… rzeczywistości. Któryś z was go widział?!

– Pomóż nam! – pisnął w odpowiedzi. – Uwolnij!

Milcz, kretynie, bo nas usłyszą!, przerwałem mu, uderzając go w twarz otwartą dłonią. Odpowiedź na pytanie!

Mój klon przeżuł coś i wypluł na podłogę żółty ząb. Pan Forge siedzący obok domagał się głosu z zaciekłością godną podziwu. Doskoczyłem do niego i wyrwałem knebel.

– Wiem ,o kim mówisz – mruknął, próbując rozruszać szczękę. – Jakiś czas temu widziałem tu demona. Podła kreatura. Lepiej się do niego nie zbliżać.

Gdzie on jest?!, zapytałem twardo.

– Uwolnij mnie, a ci powiem.

– Panie Forge – syknął pan Ponury wystawiając głowę przez okno. Wszyscy spojrzeliśmy w jego stronę. – Zapytaj go pan o imię demona!

– On je zna – odpowiedział sobowtór. – Teraz masz dostęp do odpowiedzi na WSZYSTKIE nurtujące cię pytania – dodał, patrząc na mnie wymownie. – Jeśli kiedykolwiek czułeś, że rozwiązanie czai się gdzieś z tyłu twojej głowy, to teraz masz do niego dostęp. Musisz się tylko skupić.

Usłyszałem za drzwiami śmiech oprawców. Miałem tylko kilka sekund. Złapałem knebel i zatkałem usta pierwszemu z panów Forge’ów.

–Zamierzasz nas tak zostawić?! – zdążył jeszcze zapytać drugi.

Zawahałem się na chwilę, lecz nie miałem już więcej czasu. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku okna. Mój pracodawca przyglądał mi się zaniepokojony, a gdy podciągnąłem się do góry, zapytał:

– Naprawdę im pan nie pomoże?

– Nie mają znaczenia, odpowiedziałem, opadając miękko na ziemię. Dla nich i tak nie ma już ratunku.

VII

Biegliśmy przez gęsty las, a jakże. W takich momentach jak ten zawsze musi gdzieś być wyścig przez mroczny i niebezpieczny las. Ciekawe, czy gdybym wyobraził sobie piaszczystą plażę, to brnęlibyśmy po kostki w piasku, kląc siarczyście na żar lejący się z nieba? Wolałem tego nie sprawdzać. Tak naprawdę w dupie miałem otaczający mnie krajobraz.

Pędziliśmy na złamanie karku, ponieważ Dobroć (tak nazywał się klon, z którym rozmawiałem), a raczej jej nędzne resztki, udzielił mi niezbędnej wskazówki. Gdzieś tutaj krył się skuteczny sposób na złamanie mojego kontraktu! Czytałem go z milion razy i nie raz, nie dwa czułem, że mam odpowiedź na końcu języka. Domyślałem się, że moje problemy z wyciągnięciem odpowiednich wniosków mają coś wspólnego z klauzulą, która zabraniała mi działać na niekorzyść umowy i mojego pracodawcy. Teraz wszystko się zmieniło!

Dostanę to, czego chcę, chociażbym miał zdechnąć!

– Panie Forge, znajdziemy tego demona, spokojnie – wyspał pan Ponury z trudem dotrzymując mi kroku.

Ugryzłem się w język. Z tego wszystkiego całkowicie zapomniałem, że każdy tutaj może usłyszeć moje myśli. Dobrze, że dało się to dwojako zinterpretować.

Dopadliśmy bydlaka na niewielkiej polanie pośrodku lasu (oryginalność razy dziesięć). Nawet nie wyglądał tak paskudnie, jak go sobie wyobrażałem. Nie miał macek, widły też gdzieś schował, a rogi to raczej nie jego styl. Taki tam goblin, jak go w książkach pokazują: długie uszy, mendowaty pysk, obrzydliwy, brązowy odcień skóry, łapska idealne do kradzieży. Siedział sobie na zwalonym pniu, szczerząc długie zęby i dłubiąc zardzewiałym nożem myśliwskim w kawałku drewna.

Pan Ponury wyciągnął ze swojej torby gruby łańcuch. Każde ogniwo ozdobiono runami, z których rozpoznałem zaledwie kilka. Miały służyć do unieruchomienia w miejscu siły nieczystej. Skórzaną obrożę na końcu ozdobiono w ten sam sposób.

Ciekawe, jak zamierza mu pan to założyć.

Po prostu nim rzucił. Serio. Wywinął łańcuchem nad głową kilka razy i cisnął nim jak lassem. Musiał pomagać sobie magią! Kowboj zasrany. Niemożliwe, żeby mu się to udało tylko za pomocą własnych umiejętności. W każdym razie w momencie, gdy obroża dotknęła szyi demona, ożyła i zapięła się wokół niej bez niczyjej ingerencji. Goblin wrzasnął tak, że ziemia się zatrzęsła, po czym rzucił się w naszą stronę. Pan Ponury wypowiedział kilka szybkich słów, a runy na łańcuchu rozbłysły bladoniebieskim światłem.

To jednak nie powstrzymało kreatury. Dopadła nas i, chlasnąwszy nożem, rozcięła mi skórę na piersi. Syknąłem z bólu, lecz udało mi się uniknąć kolejnego ciosu. Przeturlałem się po ziemi, a gdy spojrzałem w niebo, demon pikował w dół z ostrzem skierowanym prosto w moją twarz. W tym czasie pan Ponury szarpnął mocno łańcuchem, a goblin, niczym marionetka, wyrżnął w ziemię i znieruchomiał na chwilę.

– Panie Forge! – wrzasnął mój pracodawca, nawijając łańcuch na ramię. – Potrzebujemy jego imienia. Inaczej runy nie zadziałają!

Jego imię to Harrakah!

Pan Ponury zadziałał ekspresowo. Wykrzyczał zaklęcie, używając prawdziwego imienia demona. Nagle goblin zaczął się przeobrażać. Kończyny mu się wydłużyły, a z głowy zaczęła złazić skóra. Po paru sekundach skręcał się przed naszymi oczami chudy jak szkielet dziad z długą brodą. Z pleców sterczały mu poczerniałe ostrza noży, tworząc iście śmiercionośny wachlarz. Łańcuch wyrwał się z dłoni mojego pracodawcy i oplótł demona. Potwór wierzgał i rzucał się, lecz nie stanowił już zagrożenia.

Rys. Martyna Nejman

– No! – powiedział mój pracodawca, stawiając na nim stopę w triumfalnym geście. – Zmywajmy się stąd.

Zdarł z szyi swój wisior i zmiażdżył go w dłoni. Zanim zdążyłem zadziałać, płomień spopielił kości mojego talizmanu i poczułem, że coś ciągnie mnie w górę.

VIII

Niech to szlag!, zakląłem, gdy ocknąłem się na podłodze we własnej łazience.

Usiadłem i rozejrzałem się w poszukiwaniu mojego szefa. Ten stał już wyprostowany, ściskając w dłoni buteleczkę z czarnego kryształu. Szarpnął się za wąsy i zacmokał z zadowolenia.

– Mamy go! Jak się pan czuje?

Czułem się lekki. Pod każdym względem. Chciało mi się też spać, a mięśnie paliły mnie żywym ogniem. Jęknąłem, wstając, i musiałem oprzeć się o drzwi, żeby nie upaść.

 – Właśnie. Ja nie wiem, jakie będą efekty uboczne naszej podróży – powiedział do mnie. – Nikt wcześniej tego nie robił. Niestety nie mamy czasu na odpoczynek. Ruszamy nad ranem.

Przekrzywiłem lekko głowę, patrząc na niego ze zdziwieniem. Nie chciało mi się nigdzie wychodzić przez najbliższą wieczność!

IX

W środku nocy obudził mnie głos. Na szczęście tym razem nie dochodził z wnętrza mojej głowy. Przyzywał mnie. Zerknąłem na zegarek stojący na nocnej szafce. Wskazywał trzecią. Lada moment miało zacząć świtać.

FORGE!

Włożyłem kapcie i opuściłem sypialnię. Trolle zostały odwołane spod moich drzwi, zanim naliczyły sobie kolejną dniówkę. Stałem u szczytu schodów sam, a posiadłośc spała snem głębokim. Wszedłem na palcach do gabinetu pana Ponurego. Sejf stał przede mną otworem, a na drugiej półce leżał falkonik zawierający esencję demona. Usiadłem po turecku przed nim i przeczesałem dłonią włosy.

Masz coś, co należy do mnie, powiedziałem w myślach.

SZYBKO SIĘ ZORIENTOWAŁEŚ. AHAHAHHAHA. CO MY Z TYM TERAZ ZROBIMY, FORGE?

Chcę moją odpowiedź!, zażądałem. Wiem, że wykradłeś z mojej głowy sposób na zerwanie kontraktu. Oddawaj!

NASZA UMOWA JEST CIĄGLE AKTUALNA. POZWOLISZ MI OPANOWAĆ SWOJE CIAŁO NA KILKA DNI W MIESIĄCU, A JA DAM CI MOŻLIWOŚĆ ZERWANIA UMOWY Z PONURYMI. OBOJE MOŻEMY DAĆ SOBIE ŻYCIE. CO TY NA TO?

Pamiętajcie – nigdy, ale to nigdy, nie zawierajcie umów z demonem. Każdy film i każda ksiażka pokazuje, że kończy się to katastrofą. Uważam, że jestem oczytanym skrybą i przerobiłem mnóstwo takich historii. Kilka nawet sam spisałem. Dlaczego więc podniosłem buteleczkę i wypiłem jej zawartość?

Słyszeliście demona. Chciałem znowu żyć.

Zatkałem pusty flakonik, odłożyłem go na miejsce i zamknąłem za sobą drzwi sejfu. Miałem pewność, że nikt go nawet nie sprawdzi. Mój pracodawca miał teraz ważniejsze sprawy na głowie. Sprawy, które nie mogły czekać ani chwili dłużej.

Za kilka godzin mieliśmy odzyskać szczęście Rodziny Ponurych.

 

Skryba: A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira