8. Kiedy przeszłość nie chce odejść

Aga Miela

Sama nie wierzę, że jednak wam o tym wszystkim piszę. Od kilku dni powtarzałam sobie, że
to głupie, że w sumie to sprawy rodzinne, a z drugiej strony i tak pewnie nikt mi w to nie uwierzy, i
odsuwałam od siebie ten durny, kotłujący mi się we łbie pomysł. Walczyłam z nim, jak tylko mogłam,
naprawdę. Zaczynałam chyba z osiem różnych tekstów, ale każdy z nich zatracał w połowie swój
klimat i nie wiedziałam w ogóle, w jakim kierunku je dalej prowadzić, a ta natrętna, wibrująca myśl
ciągle kręciła mi się pod czaszką, doprowadzając mnie do szału. No i stało się. Uległam, choć sama nie wiem dlaczego. Ostatnimi czasy nie działo się nic, co przypominałoby mi o przeszłości, a jednak
czułam, że po prostu muszę się z wami tym teraz podzielić. Może za jakiś czas dotrze do mnie, co było tego prawdziwym powodem, ale na razie pozwólcie, że skupię się na historii, dobrze?

W każdym dobrym dokumencie przedstawiają na początku głównych bohaterów, więc i ja
dostosuję się nieco do tego schematu.

Moi drodzy czytelnicy, mam na imię Aga i pochodzę z niewielkiego Sierakowa Wielkopolskiego. Ta opowieść nie jest jednak o mnie, a o miejscu, z którym byłam długo związana, z pierwszym lokum moich rodziców. Mieszkaliśmy tam przez kilkanaście lat, ale nigdy nie byliśmy tak naprawdę sami. Mieszkanie to było bowiem nawiedzone.

Zdaję sobie sprawę, że część z Was pewnie uśmiechnęła się teraz pobłażliwie, traktując to jako próbę zwrócenia na siebie uwagi albo spóźniony prima aprillisowy dowcip, ale uwierzcie mi: to nie jest żart. Takie rzeczy zdarzają się
częściej, niż się Wam to zdaje, choć wiele osób, których to w jakimś stopniu dotyczy, po prostu się z
tym nie obnosi. Świat duchowy istnieje i często ingeruje w nasz własny, ten, któremu nadajemy
miano „realnego”, choć w moim osobistym odczuciu, oba są równie prawdziwe i ma co określać
poziomu ich rzeczywistości. To, że czegoś nie widać, nie znaczy jeszcze, że nie istnieje: ja przekonałam się o tym aż za dobrze i być może dlatego właśnie wyrosłam na dziwaka. Kto wie, może gdyby nie mój dom, nigdy nie wzięłabym się za pisanie książek? Mogę sobie o tym tylko gdybać, ale pewnie i tak mało kogo to zainteresuje. Przejdźmy więc do konkretów. Porozmawiajmy o duchu.

Z tego, co dowiedziałam się z relacji moich rodziców, po raz pierwszy pojawił się jeszcze przed
moim narodzeniem. Którejś nocy tata obudził się, po prostu czując, że ktoś go obserwuje, a kiedy
podniósł się z posłania, nie budząc przy tym mamy, zobaczył siedzącego na krześle naprzeciw łóżka
mężczyznę. Nie wnikając w szczegóły: członka rodziny, który mieszkał kilka ulic dalej, częstego
bywalca w naszym domu, którego codzienna obecność była tam czymś normalnym. No, przynajmniej, gdy miało to miejsce za dnia. Pierwszą, senną reakcją taty, miało być zapytanie go o to, co właściwie robił, dlaczego był w ich pokoju, ale po tym, jak mężczyzna z łagodnym uśmiechem na ustach kazał mu spokojnie położyć się spać, zmęczony umysł taty natychmiast go posłuchał. Dla niego był to tylko sen, przynajmniej do pierwszych chwil po przebudzeniu. Na rano okazało się bowiem, że na strychu, tuż nad mieszkaniem rodziców, które dzielili wtedy z dziadkami, wiszą zwłoki mężczyzny. W momencie, kiedy tata z nim rozmawiał, mężczyzna ten był już martwy. Uznajmy to więc za pierwszą manifestację jego ducha.

Jakiś czas potem przyszłam na świat ja i tu znów mogę powołać się jedynie na opowieści
rodziców dotyczące drobnych incydentów, które miały wtedy miejsce w naszym domu. Kiedyś bardzo modnym nabytkiem dla małych dzieci były nocniki, które grały, kiedy sadzało się na nich dziecko, żeby zachęcić je tym samym do nauki odstawiania pieluch. Podobno w naszym przypadku to muzyczne ustrojstwo nie zagrzało zbyt długo miejsca, ze względu na jego tendencję do samodzielnego uruchamiania się w trakcie nocy. Nie wiem, jak często się to działo, ale zakładam, że wykraczało to znacząco poza normy pozwalające sądzić, że jest to tylko drobna usterka. W każdym razie: nocnik zniknął, zaś niedługo potem z mieszkania zniknęliśmy też my, wyprowadzając się na kilka lat do bloku.

Do naszej kamienicy powróciliśmy kilka lat później, kiedy dziadkowie przeprowadzili się na
wieś, zostawiając nam wolne mieszkanie. Do tej pory nie wiem, czy rodzice nie dostrzegali, że działo
się coś dziwnego, czy taktownie dusili to wszystko w sobie, byle tylko nie wywoływać w nas strachu.
W nas – bo niedługo po powrocie do tego miejsca na świat przyszła moja pierwsza siostra, Justyna.
Wtedy też, z mojej perspektywy, wokół nas zaczęło dziać się więcej nietypowych rzeczy. Początkowo były to drobnostki, coś w rodzaju wyczuwania czyjejś obecności. Nie wiem, jak dokładnie to określić, bo w okresie, którego dotyczą te sytuacje miałam jakieś 7 lat. Nie jestem w stanie przywołać szczegółów, ale z jakiegoś powodu to właśnie wtedy zaczęłam bać się kłaść spać. Zawsze, a ciągnęło się to przez wiele lat, nie byłam w stanie zasnąć, jeśli nie skryłam się zupełnie pod kołdrą. Wciąż miałam też wrażenie, że coś, czego nie jestem w stanie zobaczyć, obserwuje mnie pośród mroku. Niemal czułam ślizgające się po kołdrze spojrzenie i bałam się, że mimo to mnie dostrzeże. Nie było to wywołane żadnym filmem, bo moi rodzice konsekwentnie pilnowali, żebym nie oglądała niczego nieodpowiedniego, a ja nie byłam dzieciakiem, który żywił jakąś miłość do ruchomych obrazów. Lęk po prostu się pojawił i trwał aż do momentu późniejszej wyprowadzki w gimnazjum.

W święta po narodzinach mojej siostry miałam też do czynienia z pierwszą zarejestrowaną
przeze mnie emanacją ducha, po której nocne lęki tylko się nasiliły. W okresie Gwiazdki nasze
mieszkanie połyskiwało ozdobami – mama od zawsze miała skłonność do pięknego przyozdabiania
wnętrza na modłę amerykańskich, świątecznych filmów. Na framugach drzwi wisiały więc czerwone i złote kokardki, błyskały światełka, a na szafie, tuż za wezgłowiem dzielonego wtedy przeze mnie z
rodzicami łóżka, stała piękna lalka Świętego Mikołaja. Pamiętam, że ją uwielbiałam – po przesunięciu zamontowanego u jej podstawy przycisku, Mikołaj zaczynał grać mix świątecznych melodii, sunął przed siebie na doczepionych pod stopami rolkach i podzwaniał wesoło trzymanym w dłoni złotym dzwonkiem. Dla mnie, dla rozkochanego w Gwiazdce dziecka, było to istne cudo. Uwielbiałam go jeszcze przez wiele długich lat, ale wtedy, w grudniu, najzwyczajniej mnie przerażał.

Do tej pory pamiętam paraliżujący strach, który ogarnął mnie, kiedy leżałam sama w łóżku,
oglądając dobranockę, a tuż za moją głową rozległa się muzyka. Pamiętam głośne, przeraźliwe „Jingle bells”, dźwięk dzwonka, mechaniczny chrobot małych rolek i łoskot, z jakim lalka runęła na podłogę. Pamiętam stukot leżącej na boku figurki, nieustannie wygrywającej kolejne melodie. Miałam wrażenie, że nigdy nie umilknie, a ja, mała, skulona z przerażenia, nie byłam w stanie się poruszyć, by ją wyłączyć. Wiem, że jakiś czas potem z kuchni wyszła mama, podniosła lalkę, wyłączyła i odstawiła na półkę. Chyba nigdy potem o tym nie rozmawiałyśmy. Nie pamiętam. Chyba nie wiedziałam nawet, co mam jej właściwie powiedzieć.

Sytuacja z Mikołajem powtarzała się jeszcze kilkukrotnie, zawsze wtedy, gdy byłam w pokoju
sama bądź z siostrą. Kiedy miałam ją obok, leżącą w łóżeczku, nabierałam nieco więcej odwagi i
pomimo strachu sięgałam po tę cholerną lalkę, by ją wyłączyć i odstawić. Nie wiem, co chodziło mi
wtedy po głowie. Może tak pojmowałam odpowiedzialność ciążącą na starszym rodzeństwie? Albo
tak jak rodzice czułam, że o tym po prostu się nie mówi, żeby nikogo nie straszyć?

Wkrótce minął jednak grudzień i styczeń, a sędziwy, grający Święty wrócił na swoje miejsce,
do kartonu z gwiazdkowymi ozdóbkami. Rok upłynął raczej spokojnie, nie licząc nocnych lęków, które po świętach zyskały swego rodzaju usprawiedliwienie. Nim się jednak obejrzałam, kalendarz znów ogłosił nadejście grudnia, a moja siostra dostała wtedy jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie prezentów – figurkę Mikołaja. Wydaje mi się, że w ciągu roku zapomniałam o tych kilku
nocnych nieprzyjemnościach sprzed kilku miesięcy, bo nie pamiętam, bym zareagowała na nią jakimś lękiem czy niechęcią, a stary, grający Mikołaj mojej mamy, wciąż dawał mi masę radości pomykając na swoich rolkach po podłodze mieszkania. Figurka Justyny zupełnie się od niego różniła: była raczej dość tandetną plastikową lalką, zaopatrzoną w plastikowy bębenek i przytwierdzone w miejscu rąk pałeczki. Uruchamiało się ją na kluczyk – im mocniej ją nakręciliście, tym szybciej i dłużej bębniła.

Problem, przynajmniej dla mnie, pojawił się w momencie, gdy zaczynała bębnić sama z siebie.
Wyobraźcie sobie, że macie osiem lat, siedzicie sobie spokojnie przy biurku i odrabiacie lekcje, kiedy niedaleko was, na szafce, rozlega się przeraźliwy terkot uderzającego o siebie plastiku.
W pokoju jesteście tylko wy i wasza półtoraroczna siostra, śpiąca dotąd w łóżeczku. Opiekująca się
wami babcia ogląda telewizję tuż za ścianą, ale wiecie, że ona na pewno nie nakręciła zabawki –
pałeczki lalki idą w ruch od razu po puszczeniu kluczyka, a mimo to bębenek wciąż terkocze jak
oszalały. Wiecie, że ktoś musiał nim poruszyć, choć nie widzicie winnego. I znów brakuje wam
odwagi, by z kimś o tym porozmawiać.

Takich sytuacji było wiele. W międzyczasie urodziła się moja druga siostra, Ola, potem mój
brat, Michał, w domu pojawiło się więcej grających zabawek, które co jakiś czas zdawały się fiksować, a ja, idąc za przykładem dorosłych, po prostu o tym nie mówiłam. Po prostu wyłączałam zabawkę, poprawiałam spadającą z półki maskotkę i udawałam, że jest dobrze. To było czymś normalnym. Skoro nikt nie reagował, tak właśnie musiało być, prawda? Nie pytałam z resztą rodziców, czy oni też czegoś doświadczają, czy dzieje się to tylko przy nas, dzieciach. Wciąż kładłam się spać nakrywając kołdrą głowę, praktycznie do czasu, aż doczekałam się drugiego psa, który co noc zasypiał wraz ze mną – wtedy lęki zaczęły odrobinę słabnąć. Może miało to jednak związek z tym, że jakiś czas potem, ze względu na wielkość naszej rodziny, połączyliśmy nasze mieszkanie z mieszkaniem zmarłej sąsiadki, a nam, dzieciom, przydzielono pokoje właśnie w tej nowej części. W każdym razie przez pewien czas był spokój, aż do pewnych wakacji.

Nie chcę, żebyście pomyśleli, że naciągam was na słabe, ograne chwyty, choć zdaję sobie sprawę z tego, że tak może tak to wyglądać, zwłaszcza po tym, co teraz napiszę. Musicie mi jednak uwierzyć, że mówię prawdę, bo o tym samym opowiadałam też kilka lat później mojemu księdzu, on zaś nie poddał moich słów pod wątpliwość.

Jeśli zadacie losowym osobom pytanie o to, co jest najbardziej przerażającą rzeczą na świecie, to większość z nich bez wątpienia wskaże na klauna. Ja osobiście nic do nich nie mam, nie przerażają mnie gdy widzę ich w cyrku, czy w telewizji, ale nie potrafię znieść widoku stylizowanych na nie maskotek. Właśnie taką, sporą, bo grubo ponad półmetrową, lekko spłaszczoną, poduchowatą
maskotkę klauna dostała kiedyś jedna z moich sióstr. Z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego dla mnie powodu mama postanowiła, że powinna ona zawisnąć na ścianie w moim pokoju. Nie wiem, może miało to coś wspólnego z wilgocią w pomieszczeniu sióstr, albo z jasnym strojem klauna i obawą o to, że dzieciarnia szybko go zniszczy – nie mam bladego pojęcia. Fakt jest taki, że maskotka ozdobiła właśnie moją ścianę. Nie przeszkadzała mi zbytnio, wisiała tuż obok wejścia do pokoju, jakieś półtora metra od krawędzi mojego łóżka i praktycznie nie zwracałam na nią uwagi. Aż do tego feralnego dnia, kiedy postanowiłam się chwilę zdrzemnąć.

Było lato, dzieciaki pojechały na jakiś czas na wakacje do babci, a ja zostałam w domu sama z
rodzicami. To musiał być naprawdę nieznośny, gorący dzień, bo nigdy nie miałam w zwyczaju kłaść się w południe spać, a tym razem jednak to zrobiłam. Pamiętam, że obudziłam się przerażona, choć nie zarejestrowałam, co mi się śniło, z uczuciem ucisku na ciele. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam
leżącego na mnie klauna, którego martwa, materiałowa twarz znajdowała się dokładnie na mojej
własnej. Klauna, który powinien wisieć wtedy na ścianie. Maskotkę, której nie miał kto ściągnąć.
Nie jestem w stanie przypomnieć sobie tego, co z nim wtedy zrobiłam: czy nim rzuciłam, czy odwiesiłam go na miejsce, czy ktoś zrobił to później za mnie. Pamiętam tylko, że wybiegłam z domu i
resztę dnia spędziłam w bibliotece i zakładzie fryzjerskim mamy. Bałam się wracać tam sama. Ta
manifestacja różniła się zupełnie od wcześniejszych zachowań zabawek i przeraziła mnie nie na żarty.

Chyba poprosiłam potem o to, żebym mogła pojechać do babci, bo nie wydaje mi się, żebym spędziła
resztę wakacji w domu.

Minęło też nieco czasu, zanim rodzice opowiedzieli mi o samobójcy, który odebrał sobie życie na strychu naszego mieszkania. O mężczyźnie, który podobno kochał to miejsce, a moich dziadków
traktował jak własnych rodziców. Do momentu wystąpienia sytuacji z klaunem nie wiedziałam, kto za to wszystko odpowiadał, choć nawet dla mnie, dzieciaka, było jasne, że musi to mieć jakiś związek z duchami. W tym okresie poszukiwania odpowiedzi mocno zainteresowałam się spirytyzmem i
różnymi odmianami szamaństwa, co w znaczącym stopniu przełożyło się na moje wczesne teksty i
miłość do książek z gatunku horrorów. Wydaje mi się, że w ten sposób starałam się oswoić z tym, co
się wokół mnie działo i uchronić się przed kolejnym atakiem strachu.

Niedługo potem znów się wyprowadziliśmy, a ja nie wróciłam już nigdy do tego mieszkania.
Rodzice wynajmowali je różnym osobom, a za jakiś czas prawdopodobnie zamieszka w nim po raz
kolejny moja siostra. Nie wiem, czy podczas naszej nieobecności działo się tam coś jeszcze, bo wątpię, by któryś ze skuszonych niską ceną lokatorów zawracał gospodarzowi głową rozmowę o możliwych duchach. Z rozmów z moimi rodzicami i innymi członkami naszej rodziny wynika jednak, że po obu stronach rodzin działy się różne dziwne rzeczy, związane choćby z wyczuwaniem czyjejś śmierci, czy z nawiązywaniem często niechcianych kontaktów z duchami. Jest to też jeden z powodów, dla których nigdy, przenigdy nie namówicie mnie na udział w sensie spirytystycznym czy „zabawę” z udziałem tabliczki ouija – istnieją zbyt wielkie szanse, że intensywność tych działań znacznie przekroczy Wasze oczekiwania.

Tak więc skończyłam. Przynajmniej na razie. Jak pisałam wam na samym początku tego
tekstu, nie wiem, dlaczego właściwie postanowiłam się tym z wami podzielić, bo początek kwietnia jest raczej kiepskim terminem na wypuszczenie w świat opowieści z dreszczykiem. Mimo to od wielu dni,
pomimo naprawdę wielu prób, nie potrafiłam się uwolnić od myśli o tym, co działo się w naszym
domu, zupełnie, jakbym po prostu musiała to wszystko spisać. Nie czułam potrzeby opisywania Wam innych zdarzeń, których byłam uczestnikiem, tak jakby to stare mieszkanie i zamieszkujący je duch wymusiły na mnie tę decyzję. Miałam opowiedzieć tylko o nich. Inne zjawiska, inne duchy, nie miały żadnego znaczenia. To miał być ich czas.

Za kilka dni jadę do domu i będę miała okazję porozmawiać sobie z rodziną o tym, co się wtedy działo. Tym razem nie zawaham się zapytać taty o to, dlaczego wtedy, gdy to wszystko miało miejsce, nigdy nie poruszaliśmy tematu dziwnych zjawisk i czy w ogóle, poza dwoma emanacjami, o których wspominał mi razem z mamą, doświadczyli czegoś jeszcze. Może rzeczywiście w ich obecności nie działo się aż tyle dziwnych rzeczy. Może to tylko my, dzieci, miałyśmy z tym stale do czynienia…


Aga Miela

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności