Kłobuk

I

Obserwowałem pana Ponurego z kąta pokoju. Chodził to w jedną, to w drugą stronę, zgarniając do swojej podręcznej walizki przeróżne rzeczy, bez których nie mógłby się obejść. Miał na sobie swój tradycyjny strój służbowy, czyli kraciasty garnitur z przykrótkimi spodniami, naciągnięte do połowy łydek skarpety, nieskazitelnie białą koszulę i wyczyszczone na wysoki połysk, czarne buty.

Moim zdaniem wyglądał nieco śmiesznie – szczególnie, że jest wysoki jak tyczka i tak samo chudy. No i mógłby coś zrobić z włosami, ale to właściwie nie moja sprawa. Ja mam tylko to wszystko spisywać, a że robię to skrupulatnie i nigdy nie nawalam, to mój pracodawca pozwala mi zawierać w dzienniku również swoje opinie o niektórych rzeczach. To, że coś zapisane na tych kartkach nie może zostać nigdy wymazane, to już nie mój problem. Wiedzieli, na co się decydują, wykupując ten diabelny abonament. Ale wracając…

Pan Ponury zebrał się szybciej niż kiedykolwiek. Sprawa musiała być poważna, skoro nie zmarnował na przygotowania połowy dnia. Wyprostował się nagle i zaczął dotykać dłońmi każdej ze swoich licznych kieszeni, upewniając się po ostatni raz o tym, że zabrał wszystko. Było to zbyteczne, ponieważ nigdy niczego nie zapominał. Gdy skończył, chwycił swoją walizkę i spojrzał na mnie poważnie. Kiwnął głową, a ja kiwnąłem jemu.

Oczywiście, jestem gotowy do drogi, pomyślałem. Mam do zabrania tylko dziennik i pióro. Ile niby czasu może to zająć?

Wyszedłem za moim pracodawcą do korytarza i cierpliwie czekałem, aż znajdzie płaszcz i parasol. Zerknąłem kątem oka na półpiętro. Znajdowało się tam wielkie okno, zasłonięte teraz ciężką zasłoną. Zmrużyłem delikatnie oczy i wychwyciłem prawie niedostrzegalny ruch kotary.

Dzieciak pana Ponurego, pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem. W sumie zawsze był dla mnie miły i ciągle próbował wywęszyć, czym zajmuje się jego ojciec. Może nie stanie się nic złego, jak się tego dowie? W końcu to jemu będę kiedyś towarzyszył jako skryba.

Nic więc nie powiedziałem i z grzeczną miną obserwowałem, jak mój pracodawca otwiera przede mną drzwi i gestem zaprasza mnie do wyjścia. Kiwnąłem mu głową i zniknąłem w ciemnym przedsionku.

– Synu, połóż się wreszcie do łóżka i spróbuj zasnąć – krzyknął pan Ponury w stronę zasłony i zatrzasnął za sobą drzwi.

Moim skromnym zdaniem to trochę bezsensowne polecenie, zważywszy na to, że cała rodzina pozbawiona została zdolności snu. Ale cóż… nie ja jestem ojcem, a zakładam, że coś powiedzieć należało.

Udaliśmy się do garażu. Wewnątrz stały dwa samochody, przy czym tylko jeden był używany regularnie. Pani Ponura woziła nim i odbierała ze szkoły dzieci. Na drugim, znacznie starszym i pordzewiałym, osiadła gruba warstwa kurzu. To auto należało do mojego pracodawcy, lecz praktycznie w ogóle nim nie jeździł. Przez ostatnie dwa lata odpalił silnik może ze trzy razy, ale kto by tam mu to wyliczał. Na ścianach wisiało mnóstwo narzędzi, a pod jedną z nich stał stół do skręcania mebli i naprawiania przeróżnych rzeczy. Zapasowe opony zawieszono na hakach; poza tym garaż zapełniało jeszcze wiele innych, nigdy nieużywanych rzeczy, które zostały zakupione tylko na pokaz.

W końcu, jak się mieszka na osiedlu pełnym zwyczajnych ludzi, warto sprawiać pozory, że jest się takim samym, pomyślałem i przeszedłem za panem Ponurym przez tylne drzwi do ogrodu.

Tam mój pracodawca otworzył portal, dzięki któremu przenieśliśmy się do miejsca zupełnie innego niż to nudne ludzkie osiedle. Pamiętam, że ledwo uszliśmy stamtąd z życiem, ale o tym za moment.

II

Pierwszą rzeczą, jaką poczułem, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie, był straszliwy wręcz smród. Druga rzecz to uczucie delikatnego zapadania się w ziemię.

Mam tylko nadzieję, że nie wylądowałem w jakimś wielkim jeziorze błota, pomyślałem z obrzydzeniem i spojrzałem w dół.

No cóż… nie było to błoto, na moje nieszczęście. Przynajmniej wyjaśniło się, co tak okropnie śmierdzi. Wierzcie mi – bywałem z panem Ponurym w takich miejscach, że mała obora wyglądająca na niesprzątaną zawsze stanowiła miłą odmianę.

Oboje otrzepaliśmy buty i ostrożnie skierowaliśmy się w kierunku małych drewnianych drzwi, wiszących tylko na górnym zawiasie. Rzadko zdarzało się, że zawczasu wiedziałem, co będziemy robić i ten przypadek nie stanowił wyjątku. Po prostu szedłem ramię w ramię z moim pracodawcą, nie skarżąc się i nie odzywając nawet słowem.

Obserwowałem za to wszystko to, co mnie otaczało. Rzeczywiście znajdowaliśmy się w oborze. Utrzymanej w fatalnym stanie, to prawda, ale za to wypełnionej po brzegi klatkami z magicznymi zwierzętami. Gdybym chciał opisać szczegółowo wszystko to, co nas tam otaczało, musiałbym spędzić przy biurku całą noc. Dłużej zatrzymałem spojrzenie tylko na dwugłowym lwie ze skrzydłami, wielkim boa dusicielu, któremu wyhodowano trzy pary krótkich nóg, i kiwającym się na żerdzi feniksie. Wiedziałem już, gdzie jesteśmy. Poczułem dreszcz ekscytacji.

Znaleźliśmy się w domu Tworzyciela!

III

– Ileż można na ciebie czekać, Ponury?! – warknął do nas na powitanie mężczyzna z wydatnym brzuchem.

Miał na sobie zwyczajne dżinsy, biały T-shirt i uwalany krwią rzeźnicki fartuch. Z gładkiej czaszki wystawało kilkanaście cienkich włosów, zaczesanych od lewej do prawej przez całą długość głowy.

Ktoś tutaj nie może pogodzić się z faktem, że już na zawsze pozostanie łysym tłuściochem, pomyślałem złośliwie, ale grzecznie uścisnąłem wyciągniętą dłoń, uśmiechając się uprzejmie.

– Tego tutaj też musiałeś za sobą przywlec?! – burknął gospodarz.

– Romanie, po co te złośliwości? – zagadnął przyjaźnie pan Ponury. – Wiesz doskonale, że skryba towarzyszy mojej rodzinie od pokoleń.

Tworzyciel tylko machnął na mnie ręką i gestem nakazał nam, żebyśmy poszli za nim. Nie był w dobrym nastroju, lecz mój pracodawca zdawał się tym w ogóle nie przejmować. Szedł za nim dziarskim krokiem, jednak z tym samym wyrazem twarzy, co zawsze.

Przechodziliśmy przez pogrążone w mroku gospodarstwo wiejskie. Księżyc przykryły gęste chmury, a od pól wiał lodowaty wiatr, który sprawiał, że ja i mój pracodawca trzęśliśmy się z zimna. Tylko Roman szedł nieporuszony, pomimo tego swojego cienkiego fartucha.

Mam nadzieję, że dostaniesz zapalenia płuc i wciągną cię utopce, pomyślałem, pocierając ramiona.

Wszędzie walały się pozostałości rozsypanego ziarna i karmy dla zwierząt. Co chwilę coś przelatywało nam nad głowami, a raz pan Ponury podskoczył gwałtownie i obrócił się wokół własnej osi, tłumacząc nam, że jakaś macka właśnie dotknęła go w pośladek.

Moim skromnym zdaniem było to nawet możliwe, ponieważ akurat przechodziliśmy obok stawu całkiem zacnych rozmiarów, a niewykluczone, że Roman wreszcie zabrał się do stworzenia i hodowli małych krakenów. Przekonywał wszystkich na kilku ostatnich zjazdach miłośników i hodowców magicznego świata, że wie, jak to zrobić.

Gospodarstwo Tworzyciela było naprawdę rozległe. Nawet mój pracodawca patrzył na to wszystko z nieskrywanym podziwem, a zdarzało mu się to niezwykle rzadko. Jak okiem sięgnąć, wszędzie pobudowane zostały obory i wybiegi dla zwierząt. W kilku miejscach postawiono dojarki. Widzieliśmy nawet tarcze do strzelania z łuku i wypełnione strzałami kołczany. Na każdym kroku leżały magiczne (i nie tylko) stworzenia pogrążone we śnie. Z gałęzi drzew zwisały nietoperze niespotykanych rozmiarów, z pobliskiego stogu siana wystawał potężny, zakrzywiony dziób, pokryty błyszczącą zieloną łuską, a na płocie spał tygrys, leniwie machając wyciągniętą łapą.

Tygrys. Na wsi. No bo czemu nie?

– Jesteś pewny, że mogę to spokojnie przetransportować? – odezwał się cicho pan Ponury do pleców Romana.

– Oczywiście, że tak! – prychnął głośno gospodarz, a śpiący na płocie kot zawarczał cicho przez sen. – Za kogo ty mnie masz?!

– Pytam tylko – syknął mój pracodawca, poprawiając okulary na nosie.

– Poza tym to tylko zmokły kogut. Co ci może zrobić?

– Jeśli ty go wyhodowałeś, to na pewno nie jest to TYLKO zmokły kogut. Ty zawsze dodasz coś do siebie.

– To nieprawda! – zaprotestował Tworzyciel.

– Tak jak z tą jaszczurką, która ziała ogniem – powiedział z przekąsem pan Ponury. – Do tej pory połowa wsi spuszcza na mnie psy za każdym razem, gdy się tam pojawię.

To mogę potwierdzić. Ziejąca ogniem jaszczurka była jednym z bardziej przykrych doświadczeń, jakie przeżyłem razem z moim pracodawcą. Włosy w niektórych miejscach do tej pory mi nie odrosły.

Podeszliśmy do obory niewyróżniającej się niczym szczególnym spośród kilkunastu innych. Była z tego samego drewna, z tak samo zapadniętym dachem i…

Jezu, całe to miejsce śmierdzi jak jedno wielkie…

– To tutaj – oznajmił Roman, otwierając i zdejmując z zamka wielką, złotą kłódkę. – Musimy być cicho. Niektóre stworzenia w laboratorium śpią i nie lubią, kiedy się je budzi.

Drzwi otworzyły się, nie wydając z siebie nawet najcichszego dźwięku. W środku było bardzo czysto. Przyćmione światło jarzeniówek rozjaśniało pomieszczenie na tyle, żeby przechadzający się tamtędy człowiek widział, dokąd idzie i nie zniszczył niczego po drodze, a jednocześnie panował tam odpowiedni mrok, żeby zwierzęta znajdujące się w klatkach mogły spokojnie spać. To rzeczywiście było laboratorium. Na biurku długości całej ściany stały komputery, a probówki wirowały w jednej z maszyn z niezwykłą szybkością. Do ścian poprzykręcane zostały korkowe tablice z wykresami, odręcznymi rysunkami różnych istot, kodami genetycznymi i notatkami gospodarza. Klatki stały na blatach ze stali nierdzewnej, a podłoga pokryta była śnieżnobiałymi kafelkami (podobnie jak ściany).

Powiem Wam, że jak się patrzyło na tego rzeźnika, to ostatnią rzeczą, jaką można było o nim pomyśleć, to że jest naukowcem i zbudował sobie laboratorium w stodole. W czasie mojego pierwszego spotkania z nim wątpiłem w to, czy wie, do czego służy prysznic.

– Gdzie on jest? – zapytał mój pracodawca, nie kryjąc ekscytacji.

Roman Tworzyciel wskazał palcem w odległy kąt pokoju. Stało tam kilka klatek – w większości pustych, lecz jedną z nich przykrywał ciężki czarny materiał. Pan Ponury i ja zbliżyliśmy się ostrożnie, ale żaden z nas nie chciał sprawdzić, co znajdowało się w środku.

– On tam siedzi – powiedział gospodarz, drapiąc się po brodzie i wycierając ręce w swój, i tak już ubrudzony, fartuch. – Możesz mi zaufać.

Mój pracodawca odwrócił powoli głowę w stronę Tworzyciela. Jego spojrzenie mówiło tak wiele…

Musicie wiedzieć, że pan Ponury nie ufał nikomu i niczemu, co żyło lub po prostu istniało czy to w magicznym, czy w zwyczajnym świecie. Nie stał się taki bez powodu. Jako najbardziej błyskotliwy i skuteczny handlarz i poszukiwacz magicznych przedmiotów i zwierząt bezustannie padał ofiarą chciwości oraz nieuczciwości innych ludzi. Gdyby nie sprawdzał wszystkiego sam po kilka razy, jego reputacja bardzo szybko ległaby w gruzach.

– Czyń pan honory, panie Forge – zwrócił się do mnie, kierując swoje smutne spojrzenie na moją twarz.

Coś czułem, że to się tak skończy, pomyślałem z rezygnacją. Zawsze jako pierwszy muszę dostać po dupie.

Nie mogłem się jednak sprzeciwić. Złapałem więc za materiał i szarpnąłem szybko. Niech się dzieje, co chce. Jeśli miałem zostać opluty, dostać jadem po oczach albo Bóg jeden wie co jeszcze, wolałem mieć to już za sobą i koncentrować się na późniejszym wylizywaniu ran.

Jak się okazało – w środku klatka była… pusta. No, może nie pusta, ponieważ całe jej dno uwalone zostało czymś czarnym, lepkim i gęstym.

– To ma być jakiś żart?! – Pan Ponury odwrócił się w stronę Romana.

Gospodarz był chyba nie mniej niż my zaskoczony tym, co miał przed oczami. Błądził spojrzeniem od jednego rogu klatki do drugiego, a jego oblicze nieznacznie straciło na kolorze.

Mam wrażenie, że dopiero teraz usłyszymy coś śmiesznego, pomyślałem ironicznie i przełknąłem ślinę.

– To niedobrze – mruczał pod nosem Tworzyciel, obchodząc klatkę ze wszystkich stron. – Bardzo, ale to bardzo niedobrze. Niedobrze.

Im dłużej przyglądaliśmy się Romanowi, tym jego twarz stawała się bledsza i bardziej przerażona. Pan Ponury wpatrywał się w niego bez słowa, lecz z jego oczu strzelały iskry zapowiadające powstanie olbrzymiego pożaru. Nie dość, że nigdy się nie uśmiechał, to jeszcze teraz był wściekły jak sto diabłów.

Jeśli spotkaliście kiedyś jednego z takich czortów, to wiecie, jak nieprzyjemnie mogło się zaraz zrobić.

– Chciałeś mnie oszukać?! – wysyczał cicho mój pracodawca, a ja mimowolnie zrobiłem pół kroku w tył.

– Skądże! – zaprotestował gwałtownie gospodarz.

Schylił się i badał teraz czarne, gęste ślady na podłodze. Podreptał za nimi na ugiętych nogach, nie odzywając się już do nas ani słowem.

Może nie będziemy musieli isć…

Pan Ponury pomaszerował za nim żwawo i pstryknął na mnie palcami.

A jednak, pomyślałem zrezygnowany, ruszając z opuszczoną głową i zwieszonymi ramionami za moim pracodawcą.

Podążanie śladem naszego małego przyjaciela trwało dłuższą chwilę. Myślę, że jest to najlepszy czas na to, żeby przybliżyć Wam pokrótce sylwetkę Romana Tworzyciela. Zrozumiecie wtedy, dlaczego najchętniej uciekłbym stamtąd, gdzie pieprz rośnie.

Mianowicie idący przed nami rzeźnik-naukowiec był tak samo genialny, jak nieprzewidywalny. Obdarzony został również nienormalnym i niebezpiecznym poczuciem humoru. Potrafił połączyć i wyhodować każde stworzenie. Zleceniodawcę kosztowało to majątek, ale skądś musiały się brać pieniądze na utrzymanie całego tego burdelu. Jedzenie dla zwierząt też się samo nie kupi. Jeśli chodzi o wspomniane poczucie humoru, to Roman zawsze dodawał od siebie do kodu genetycznego jakąś magiczną zdolność i nigdy, ale to NIGDY nie wspominał kupującemu, co może go spotkać. Ta jaszczurka, o której wcześniej wspomniałem? Był to podarunek od pana młodego dla jego przyszłej małżonki. Nie pytajcie mnie o znaczenie i sens owego prezentu, bo go nie znam. Chodzi o to, że to małe, niewinne stworzonko siedziało posłusznie na wyciągniętej dłoni narzeczonego w trakcie sakramentalnego „tak, biorę Ciebie za żonę”, czy jak to tam leci. Gdy tylko małżonkowie się pocałowali, rozczulony ksiądz podrapał jaszczurkę pod bródką, a ta wpadła w szał i zaczęła ziać ogniem dookoła… No bo czemu nie?

Wyszliśmy daleko poza laboratorium. Kilkukrotnie zgubiliśmy drogę, musieliśmy wracać i poświęcać długie minuty na znalezienie prawdziwych śladów.

– Co dodałeś od siebie?! – krzyknął w końcu pan Ponury, chwytając Tworzyciela za rzeźnicki fartuch.

Gospodarz omal nie stracił równowagi, lecz wyprostował się, strzepał na ziemię niewidzialne pyłki ze swojego uwalonego krwią okrycia i odchrząknął, żeby dodatkowo zyskać na czasie.

– Nooo… hmmm… wasz Kłobuk nie jest zwyczajnym zmokłym kogutem i patronem dobrobytu i ogniska domowego – zaczął, wypinając dumnie pierś. – Poza tym, że ma niezwykły talent do gromadzenia złota i pieniędzy dla swojego właściciela, jest też niezwykle inteligentny.

– Co to znaczy?!

– No na przykład specjalnie zostawia fałszywe ślady, żebyśmy nie mogli go znaleźć tak łatwo. Lubi też czytać książki i sam czasem coś pisze, ale wszystko, co weźmie w łapy, jest uwalone smarem i nadaje się tylko do wyrzucenia. Bywa przez to lekko sfrustrowany.

– Co jeszcze?! – warknął mój pracodawca w stronę Romana i w ostatniej chwili cofnął wyciągnięte ręce.

– Nooo… w sumie to już nic – zająknął się Tworzyciel, ale żaden z nas mu nie uwierzył. Musiał to zauważyć. – Nooo… ma jeszcze kły jadowe i bywa trochę agresywny.

Pan Ponury stanął w pół kroku, wyprostowany i groźny. Odwrócił wolno głowę, a ja już wiedziałem, co zaraz nastąpi.

– Chcesz mi powiedzieć, że poluje na nas nadzwyczajnie inteligentny drapieżnik z kłami jadowymi i podniesionym poziomem agresji?! Czyś ty do reszty zdurniał, staruchu?! Musiałeś dodać swoje trzy grosze, prawda?! MUSIAŁEŚ?!

– Już nie histeryzuj. – Roman podniósł obie ręce w obronnym geście. – Jaki znowu super inteligentny drapieżnik? To przecież tylko zmokły kogut.

– TO CZEMU, DO CHOLERY, NIE MOŻEMY GO ZNALEŹĆ?!

– No bo… no bo… no zmylił nas – zaczął się jąkać gospodarz. – To nie jest znowu takie trudne, żeby go odnaleźć. Spokojnie, Ponury. Odetchnij głęboko i…

Nawet nie kończ, pomyślałem, lecz nie odezwałem się słowem.

– … i uśmiechnij się – dokończył, nie zdając sobie sprawy z nietaktu.

Mój pracodawca spochmurniał jeszcze bardziej – jak zawsze, gdy ktoś beztrosko radził mu, żeby przestał się dąsać. Zacisnął tylko mocniej palce na uchwycie swojej podręcznej walizki i wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby.

– Powiedz mi, Roman – zaczął. – Jaki jad występuje w kłach mojego Kłobuka? Co się stanie, gdy zostaniesz ugryziony?

Tworzyciel podrapał się mocno po głowie i spojrzał w niebo, nieudolnie próbując sobie coś przypomnieć. Po dłuższej chwili stało się jasne, że nie wychodzi mu to najlepiej. Zapadliśmy się o parę centymetrów w miękkim błocie, lecz pan Ponury zdawał się tym w ogóle nie przejmować, a ja nie śmiałem się ruszyć bez jego zgody. Dostrzegłem za to coś, co mnie zaciekawiło.

Mianowicie niedaleko miejsca, w którym staliśmy, rozciągał się drewniany, zbity byle jak płot – granica farmy. Z zewnętrznej strony porastały go gęste krzewy, w których coś się poruszyło. W pierwszym momencie dostrzegłem tylko delikatny balans kilku liści, lecz po chwili ruszało się już pół zarośli. Coś tam było, a ja od razu domyśliłem się, co może to być.

Zerknąłem na mojego pracodawcę, który również co chwilę rzucał szybkie spojrzenia ponad ramieniem Romana.

Czy pan Ponury zamierza zrobić dokładnie to, co ja bym zrobił w takiej sytuacji?, zastanowiłem się. Czasami wydawało mi się, że wcale nie jesteśmy tacy różni.

Nagle spomiędzy krzaków wyjrzała maleńka główka z ostro zakończonym dziobem i krwistoczerwonymi oczami. Kogut rzeczywiście cały pokryty był ściekającym wielkimi kroplami na ziemię smarem, który wydawała się niewyczerpana. Zaraz za głową i dziobem pojawiła się reszta śmiesznie małego, zmokłego ciałka i zaczęła się skradać w kierunku swojego właściciela.

– Już wiem! – wykrzyknął gospodarz, celując palcem w niebo. – Wiem, co się stanie, kiedy ukąsi cię Kłobuk!

Mój pracodawca spojrzał na niego wyczekująco. Całe napięcie i złość wyparowały z niego zaraz po tym, gdy ptak przytknął mokre i ciężkie skrzydło do swojego dzioba, nakazując nam ciszę.

– To mów!

– Gdy ugryzie cię Kłobuk, następuje całkowity paraliż trwający co najmniej dwanaście godzin – wyrecytował Roman. – Do tego wszystkiego… AŁA!

Kogut zaatakował błyskawicznie. Podszedł bezszelestnie do swojego stwórcy i dziabnął go trzy razy w łydkę. Reakcja była natychmiastowa. Tworzyciel zzieleniał na twarzy i zwalił się ciężko na ziemię. Po kilku sekundach zaczął drżeć jak w gorączce, by w następnym momencie całkowicie znieruchomieć. Wodził tylko dookoła przerażonymi oczami.

– Nie cierpię tego kolesia – mruknął Kłobuk i machnął krótko skrzydłem, obryzgując całą twarz gospodarza smarem. – Nic nie robi, tylko przechwala się do nas, jaki to jest mądry i zdolny. Ile można tego słuchać?!

Ja i pan Ponury staliśmy jak wryci, słuchając gadającego koguta. Wściekłego, plującego jadem koguta. W żaden sposób nie uspokajał nas fakt, że z miejsc, na które padały krople jadu, unosiły się cienkie, niewiarygodnie śmierdzące strużki zielonego dymu.

Ja wiem, jak absurdalnie może wyglądać w waszej wyobraźni to, co teraz czytacie, ale zapewniam Was, że nie było w tym nic śmiesznego.

Mój pracodawca niezwykle powoli postawił swoją walizkę na ziemi i delikatnie podwinął rękawy kraciastej marynarki. Poprawił okulary na nosie i zrobił niepewny krok naprzód.

– Nawet się do mnie nie zbliżaj! – syknął Kłobuk i obnażył długie kły jadowe.

– Spokojnie – powiedział pan Ponury łagodnym głosem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie słyszałem. – Tylko spokojnie. Zaraz zabierzemy cię do domu.

Kogut prychnął i wyciągnął do góry szyję, strosząc pióra.

– Ja nigdzie z tobą nie idę! – obruszył się. – Już raz siedziałem w klatce! Spadówa!

Później wszystko potoczyło się w jakby przyśpieszonym dziesięciokrotnie tempie. Kłobuk skoczył w bok i popędził w kierunku ogrodzenia. Wyglądało to komicznie, ponieważ musiał stawiać swoje łapy lekko na bok i jednocześnie wyciągać je nienaturalnie do przodu. Skrzydła rozłożyły mu się na całą szerokość i podskakiwały w rytm tego dziwacznego biegu, rozbryzgując dookoła czarną maź.

Miałem ochotę parsknąć śmiechem i potrzebowałem całego swojego opanowania, by zachować kamienną twarz.

– Łap go pan, panie Forge! – rozkazał mój pracodawca.

Skoczyliśmy do przodu. Jak się okazało, chlapanie smarem na wszystkie strony nie było przypadkowe. Dotarło to do nas w momencie, w którym obaj poślizgnęliśmy się na trawie i wywinęliśmy orła.


Rys. Martyna Nejman

– Złaź żesz ze mnie! – sapnął pan Ponury, próbując wyplątać się spomiędzy moich kończyn.

Pogoń za Kłobukiem trwała z godzinę, a na sam koniec byliśmy cali czarni i klejący. Nie zliczę nawet tego, ile razy upadliśmy, wpadliśmy na siebie, bądź uderzyliśmy w ścianę stodoły. Ja zaliczyłem nawet kąpiel w stawie. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

Gdy byliśmy już totalnie zasapani i kolki rozrywały nasze boki, kogut przeszedł do właściwego ataku. Najpierw rzucił się na mnie. W zasadzie skoczył z dachu stodoły w chwili, w której na głowę kapnęło mi coś gęstego i lepkiego, co naturalnie sprawiło, że spojrzałem w górę.

Wierzcie mi – widok otwartego dzioba i jadowych kłów tuż przed własną twarzą to nie jest rzecz, jaką chcecie zobaczyć. Ja, Atticus Forge, mogę z podniesioną głową, nie wstydząc się nikogo i niczego, powiedzieć, że zdygałem.

Oczywiście nie zdążyłem się uchylić w porę i zostałem ugryziony. Nie raz i nie dwa. To brudne ptaszysko ukąsiło mnie czterokrotnie! Działanie jadu było bolesne jak nie wiem co. Czułem, jakby w moich żyłach płynęła lawa. Chciałem krzyczeć ile sił w płucach, lecz nie mogłem dobyć głosu, a moje szczęki nie chciały się poruszyć. Nie czułem nawet następstw upadku na ziemię i liczne kamienie, które z niej wystawały.

Ta, pokonał mnie zmokły kogut. Co z tego?! Nie było was tam! Nie wiecie!

Kątem oka widziałem jeszcze, jak pan Ponury walczy z Kłobukiem. Próbował go spacyfikować swoją walizką, a później – równie nieskutecznie – się nią bronić. Kłobuk bardzo zręcznie wszedł mu na głowę i zaczął go dziobać z całej siły. Krzykom i wrzaskom nie było końca, ale mojemu pracodawcy w końcu jakoś udało się złapać ptaszysko za skrzydła i zrzucić je z siebie. Kogut nie dał wytchnąć. Rzucił się od razu z kłami i pazurami. Nie minęło wiele czasu, a pan Ponury leżał nieopodal, sparaliżowany i zdany na łaskę naszego przeciwnika.

– Nie poradzisz sobie na wolności – wystękał pan Ponury w stronę oddalającego się ptaka. – Złapią cię i będziesz gwiazdą w cyrku.

Kłobuk zatrzymał się w pół kroku i odwrócił zmoczony łeb z wyraźnym zainteresowaniem.

– Będę gwiazdą? – zapytał podniecony.

– Będziesz mieszkał do końca swoich dni w jeszcze ciaśniejszej klatce niż ta, którą miałeś do tej pory – sapnął mój pracodawca.

– Nie będę tego lubił – powiedział kogut bardziej do siebie niż do któregokolwiek z nas. – Nie mogę też żyć na dworze. Jest zimno i nigdzie nie ma książek.

– Jedź ze mną – zaproponował natychmiast pan Ponury. – Dostaniesz wszystko, czego będziesz chciał, a w zamian będziesz robił tylko to, do czego cię stworzyli.

– Chcesz pieniędzy i złota – stwierdził ponuro Kłobuk. – Dlaczego?

– Przyjdzie czas, że będę potrzebował złota i pieniędzy, żeby chronić swoją rodzinę – wyjąkał mój pracodawca.

– Oto moje warunki – zaczęło ptaszysko, doskakując do pana Ponurego i siadając tuż przed jego twarzą. – Chcę mieć pokój, a nie klatkę. Sprzątaczkę, bo cały czas coś ze mnie kapie i wszędzie, gdzie pójdę, jest brudno. Tyle książek, ile tylko będę chciał. Dostęp do komputera i Internetu, bo czasem lubię popisać. Nooo… i to chyba tyle. Zgoda?

Nie wierzę, że tylko tyle było trzeba, pomyślałem, podczas gdy moje ciało szarpane było potężnymi skurczami.

– Zgoda. – Pan Ponury przystał na warunki koguta.

Kłobuk poklepał go skrzydłem po twarzy, żeby przypieczętować umowę, a później oddalił się o kilka metrów i zapadł w sen.

IV

Po dwunastu godzinach od ugryzienia (u mnie minęło trochę więcej czasu), mój pracodawca odzyskał władzę we własnym ciele. Po nieudanych próbach doczyszczenia swojego garnituru, udał się do Romana Tworzyciela, żeby dopełnić warunków kontraktu (tak przynajmniej mi powiedział). Kiedy wrócił, ja siedziałem już na trawie, rozmasowując sobie mięśnie, a Kłobuk spacerował wolno wokół, szukając robaków i… cokolwiek on tam jadał na śniadanie.

– Wszyscy gotowi? – zapytał pan Ponury swoim zwyczajnym, pozbawionym chęci życia tonem.

Kiwnęliśmy głowami i przeszliśmy przez świeżo otwarty portal.

V

Tak oto mój pracodawca stał się właścicielem potężnego magicznego stworzenia, które pomagało mu mnożyć i gromadzić bogactwa oraz potrzebne wpływy. Ja doszedłem do siebie po jakichś dwóch dniach, a zacząłem jeść dopiero po czterech.

Odkąd zamieszkał z nami Kłobuk, pani Ponura nie robi nic, tylko się na nas wydziera z powodu tego, że wszędzie jest brudno. Po tygodniu moim dodatkowym obowiązkiem stało się sprzątanie razem z nią i zanoszenie mu jedzenia.

Nienawidzę tego ptaka.

Skryba: Pan A. Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira