Kobieta z zaszytymi ustami, cz.2

Kobieta z zaszytymi ustami, cz.2

I

Na czym to ja ostatnio skończyłem? Aha, próbowałem pięściami wybić okno, ukrywając się pod postacią otyłej góralki w obrzydliwie jaskrawej ludowej sukience, podczas gdy jakieś monstrum znajdowało się kilka centymetrów ode mnie i mojego pracodawcy, i najprawdopodobniej chciało nas zabić. Ciężkie życie skryby.

Pochyliło się nad nami, wyciągając te swoje owrzodzone, obrzydliwe łapska, które domagały się choćby najtańszego rodzaju manicure. Wtedy pan Ponury otworzył mały portal, bezceremonialnie wepchnął mnie do środka, po czym sam w niego wskoczył. Z racji tego, że budynek należący do tych starych górskich kozic z reumatyzmem został szczelnie zapieczętowany zaklęciami, nie mogliśmy teleportować się poza jego granice. Spadliśmy więc na pyski z sufitu, metr za plecami zakapturzonego demona, czy co to tam, u diabła, było. Mój pracodawca zerwał się na nogi, chwycił mnie za sukienkę na plecach i pociągnął za sobą. Usłyszeliśmy głośne pęknięcie materiału, lecz tylko ja uświadomiłem sobie przerażony, że jeśli szybko czegoś nie zrobię, to zaraz będę stał przed towarzyszami, dumnie wyprostowany, świecąc obwisłym dupskiem.

– Rusz się pan! – warknął na mnie pan Ponury i wyskoczył na korytarz.

Przyciskając materiał do olbrzymich piersi, pokracznie wybiegłem za szefem dokładnie w momencie, w którym zakapturzona postać zaczęła się powoli obracać w naszą stronę. Wypadłem do holu i poczułem na sobie spojrzenia dwóch nocnych marków (niespecjalnie pamiętam jak wyglądali, lecz to chyba nie jest ważne), którzy przechadzali się tędy wcześniej. Modliłem się o to, żeby marna iluzja stworzona przez pana Ponurego wytrzymała tę próbę.

Nie wytrzymała.

Zanim mój mózg przyswoił, że waga spadła mi o jakieś sto kilo, a ja sam i na powrót stałem się mężczyzną, dwójka rezydentów już łapała oddechy, żeby wszcząć alarm. Machnąłem krótko ręką (druga cały czas zajęta była ochroną mojej prywatności) i oboje padli bez przytomności na miękki dywan, nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu. Zorientowałem się, że mój pracodawca wyprzedza mnie i zaczyna zaciągać śpiących (mężczyznę i kobietę – tyle udało mi się zapamiętać) do pobliskiej sypialni. Nigdy jeszcze nie widziałem, by uwijał się tak szybko i sprawnie. On również odzyskał już swoją naturalną postać.

– Musimy zejść z powrotem do piwnicy, panie Forge – oznajmił napiętym jak struna głosem. – Nie mam już w sobie tyle magii, żeby zmienić nas po raz drugi. Szybko!

Mieliśmy cholerne szczęście, że Znachorki, tak pewne swoich zaklęć ochronnych, robiły obchód tylko raz na jakiś czas. Przebiegliśmy na palcach dwa piętra w dół i zbiegliśmy z powrotem do podziemi.

Wspaniałe uczucie – być znów w swoich własnych ubraniach. Szkoda tylko, że mieliśmy tak przerąbane.

II

Podczas gdy tak siedzieliśmy w zakurzonej i zagraconej piwnicy, dowiedziałem się, kim był demon, przed którym musieliśmy tak szybko uciekać. Zakapturzona postać, krążąca gdzieś tam na górze, to opiekunka. Jeśli ktokolwiek zna prawdziwą nazwę tej istoty, to się tym nie pochwalił, a one same raczej niewiele mówią. Do perfekcji za to opanowały umiejętności wykrywania, identyfikowania i wydobywania na powierzchnię magicznych talentów noworodków. Prawdopodobnie ten właśnie rytuał przeprowadzano wcześniej w sypialni na piętrze. Warto mieć na swoich usługach kogoś takiego, jeśli zależy ci na szybkim określeniu ceny i sprzedaniu dzieciaka. Nigdy nie wiadomo, kto może go szukać, więc lepiej się go pozbyć i zgarnąć kasę najszybciej, jak się da.

Sam rytuał jest dość mroczny, wymaga namalowania za pomocą świeżej krwi pieczęci oraz użycia brudnej magii (o tym pewnie kiedyś Wam opowiem, ponieważ wiąże się z tym pojęciem całkiem ciekawa historia). Do tego wszystkiego noworodek zostaje naznaczony, co ma swoje poważne konsekwencje w przyszłości. Jeśli chodzi o ten rodzaj czarów – nigdy nie ma niczego za darmo.

Ciarki przeszły mi po plecach na wspomnienie sceny rozgrywającej się na górze. Nigdy nie czułem tak obezwładniającej i jednocześnie kuszącej mocy. Atmosfera wydawała się aż ciężka od mrocznej magii, krew na podłodze sprawiała upiorne wręcz wrażenie, a pośrodku tego wszystkiego znajdowało się najbardziej niewinne stworzenie na ziemi.

– Panie Forge, nie mieszamy się bardziej niż to konieczne! – upomniał mnie mój pracodawca. – Dzieciak jest już stracony, ale możemy uratować innego.

Po chwili wahania kiwnąłem twierdząco głową. Cóż innego mogłem zrobić?

Nasze aktualne położenie nie napędzało do działania. Każdy, nawet najlepszy plan ma co najmniej jedną niewiadomą, lecz nasz składał się z nich cały. Siedzieliśmy w piwnicy, nie mieliśmy pojęcia, czy opiekunka doniosła Znachorkom o intruzach, nie wiedzieliśmy też, jak wygląda sytuacja na piętrze. Położenie żony przyjaciela mojego pracodawcy przedstawiało się jako znak zapytania, podobnie jak jej aktualny stan zdrowia i możliwość poruszania się. Jedyny plus tego całego zamieszania to otaczająca nas noc. Większość pacjentów spała, a personel oglądał w telewizji jakieś seriale dla ułomnych.

– Kiedyś będziemy musieli stąd wyjść – powiedział wreszcie pan Ponury. – Czas ucieka, a w dzień raczej wiele nie zrobimy.

III

– Opiekunki zachowują się jakoś dziwnie. – Usłyszeliśmy głos zza ściany.

Udało nam się pokonać pewną odległość, lecz gdy wyłoniliśmy się zza rogu jednego z korytarzy, naszym oczom ukazały się plecy dwóch raszpli. Wpadliśmy więc do najbliższej sypialni i przymknęliśmy drzwi najciszej, jak się tylko dało. Pozostawiliśmy tylko strategiczną szparę służącą do podsłuchiwania. Harpie przystanęły w pobliżu, rozmawiając ze sobą, a my, z duszą na ramieniu, próbowaliśmy oddychać możliwie jak najciszej.

– Oczywiście nic nie powiedziały? – zapytała jedna drugą.

– A nie znasz ich? Robią sobie, co chcą i kiedy chcą. Do tej pory nie wiem, w jaki sposób ordynatorka skłania je do przeprowadzania rytuałów.

– Szkoda, że nie możemy się ich jakoś pozbyć. Ciarki mnie przechodzą za każdym razem, kiedy jestem w ich pobliżu.

– Mnie to mówisz? Jeszcze akurat dzisiaj zachciało im się patrolować korytarze. Zastanawiałam się nawet, czy nie mieliśmy włamania.

– Nikt nie przerwał zaklęć ochronnych, sprawdziłam. Poza tym bariery są doskonałe i nie wydaje mi się, żeby to w ogóle było możliwe. Jestem przekonana, że nie ma tu intruzów, a jak opiekunki chcą spędzić noc na wałęsaniu się po korytarzach, to ich sprawa.

Zapadła chwila ciszy, podczas której przełykałem z trudem ślinę i wznosiłem modły do wszystkich znanych mi bogów, oferując im duszę mojego pracodawcy pod warunkiem, że uda nam się ujść z tych opresji z życiem.

– To co? – spytała ta, która rozpoczęła dyskusję. – Może jeszcze kilka odcineczków tej całej Milagros, co?

– A z wielką chęcią, kochana – odpowiedziała ochoczo druga. – Myślisz, ze w końcu spikną się czy nie?

I tak chrzaniły o jakiejś telenoweli, stopniowo się od nas oddalając. Mój puls powoli zwalniał.

Znaleźliśmy się w sypialni wyglądającej identycznie jak ta, w której byliśmy poprzednio. Na łóżku leżała kobieta i jęczała przez sen. Pan Ponury wystawił głowę na korytarz, po czym na palcach podszedł do zwróconej plecami śpiącej. Ciekawska menda chciała oczywiście zapuścić żurawia. Wsadziłem sobie pięść do ust, zagryzając z nerwów knykcie. Miałem ochotę złapać go za fraki i wyciągnąć stamtąd, zanim szczęście zmęczy się ułatwianiem nam życia. Mój pracodawca tymczasem oparł ręce o ścianę, do której przystawione zostało łóżko i pochylił się nad kobietą, próbując dostrzec jej twarz.

– To nie ona – oznajmił po powrocie pod drzwi. – Musimy szukać dalej. Nie dygaj pan, tylko podnoś tyłek z podłogi!

Chyba ty nie dygaj!

Gdzieś głęboko w mojej podświadomości zaczęła rozkwitać myśl, że może elita skrybów magicznego świata nie jest tak nieustraszona, jak mi się wydawało. Szybko jednak rozgniotłem tę refleksję obcasem. To jakiś nonsens musiał być!

Podniosłem się na drżących nogach i wraz z panem Ponurym wyszliśmy z powrotem do holu. Okazał się przyjemnie dla oka pusty. Musieliśmy sprawdzić jeszcze cztery sypialnie znajdujące się w budynku. Przy każdym otwarciu drzwi dostawałem mikro zawału. Przeczesanie całego piętra nie przyniosło oczywiście nic poza rozczarowaniem. Jak to często bywa w takich sytuacjach, zastaliśmy poszukiwaną wprawdzie nie w ostatnim, ale w przedostatnim pokoju. Do tej pory straciłem już pewnie większość włosów, lecz gdy mój pracodawca wreszcie wychylił głowę na korytarz i oznajmił mi, że to ona, na krótka chwilę odetchnąłem z ulgą.

Czemu złapałem głębszy oddech tylko na moment? Bo właśnie w tym momencie szczęście, o którym wcześniej wspomniałem, postanowiło kopnąć nas w dupę. Serio, nawet ja nie wybrałbym lepszej chwili.

Żona przyjaciela pana Ponurego siedziała po turecku pod ścianą, pogrążona w transie. Naprawdę była w zaawansowanej ciąży. Ręce oparła na udach i na pierwszy rzut oka wyglądała na odprężoną i spokojną. Ten jakże harmonijny obraz nieodwracalnie bezcześciła jednak cała reszta. Mianowicie skrzyżowane nogi związano ze sobą w taki sposób, że kobieta nie mogła ich wyprostować. Jej skóra miała niezdrowy żółtozielony odcień, a w ciele zrobiono otwory, do których przyłączono mnóstwo rurek, pompujących do organizmu różnego koloru substancje. Drugie końce przewodów zanurzone zostały w licznych słojach, ustawionych na półkach dookoła. Gdzieniegdzie tliły się niewielkie palniki podtrzymujące stałą temperaturę niektórych eliksirów. Najgorsze, co zrobiły Znachorki, to zaszycie ciężarnej ust i powiek grubą, czarną nicią. Biedaczka nie była nawet w stanie zobaczyć tego, co jej robią. Nie mogła również krzyczeć z bólu.

Alchemia to makabryczna gałąź magii, pomyślałem z obrzydzeniem, zbliżając się nieznacznie do kobiety. Jak niby mamy ją teraz stąd wyciągnąć?! Ja na pewno nie będę jej dźwigał na plecach!

Rys. Martyna Nejman

Mój pracodawca zbliżył się ostrożnie do ciężarnej. Usiłował zapoznać się z całym otaczającym ją ustrojstwem. Bezustannie szarpał się za wąsy i poprawiał okrągłe okulary, lecz ni cholery nie miał pewności, którą z rurek ruszyć jako pierwszą.

W sumie to się nie dziwię, pomyślałem, oswajając się z sytuacją. Sam najchętniej bym ją tutaj zostawił i uciekł z tego miejsca najdalej, jak się da.

– Panie Forge, jest problem – powiedział pan Ponury, ruszając w moją stronę. – Właściwie to jest kilka problemów, ale chyba nie ma większego znaczenia, od którego zacznę. Zużyłem całą moja magię na rzucenie zaklęć usypiających, gdy sprawdzaliśmy kolejne pokoje, więc nie jestem już w stanie otworzyć portalu. Mam tylko jeden przenośny, ale muszę go zostawić na ucieczkę z tego parszywego miejsca, gdy już opuścimy budynek. Nie wiem też, co to za przewody i co się stanie, kiedy wyciągnę je z ciała tej biedaczki. Możliwe, że jako osoba najbardziej umięśniona w całym towarzystwie, będziesz ją pan musiał spacyfikować.

To dopiero będzie zabawna historia do opowiadania przy rodzinnym stole.

– Nie wiem też, co się stanie, kiedy rozetniemy jej szwy na ustach i oczach – kontynuował swój wywód. – Ostatnie, czego chcemy, to żeby zaczęła drzeć japę, więc proponuję zostawić na razie nici w stanie nienaruszonym.

Z tym akurat trudno się nie zgodzić.

Siedzieliśmy więc na podłodze naprzeciwko ciężarnej kobiety i jakoś żaden z nas nie mógł znaleźć chętnego, który odczepiłby choć jedną najmniejszą rurkę. Urządziliśmy nawet głosowanie, ale że było nas dwóch, a każdy oddał głos na sąsiada, to dyskusja i tak spełzła na niczym. Pan Ponury próbował wejść mi na ambicję, nazywając mnie tchórzem, ale nie dałem się wpuścić w maliny. Wolałem być żywym tchórzem niż martwym herosem. Założę się, że ten stary kanciarz nie napisałby o mnie nawet pieśni pochwalnej.

W końcu pan Ponury powstał, mówiąc, że wpadł genialny pomysł i że zaraz wróci. Ja w tym czasie miałem przygotować kobietę do transportu. Zerwałem się na nogi i próbowałem go złapać, lecz ten był już przy drzwiach i rzucił tylko na odchodne:

– Odczepisz pan tylko te rurki i sprawa załatwiona. Ja będę za chwilę.

Dlaczego? Dlaczego zgodziłem się pracować dla tej nienormalnej rodzinki, pomyślałem, pomstując na swój los.

IV

Podczas gdy z duszą na ramieniu wyrywałem kolejne przewody z ciała ciężarnej kobiety, mój pracodawca realizował swój najgenialniejszy w całej karierze plan.

Tak gwoli ścisłości – powyższe zdanie to jeden wielki sarkazm był. Ten idiota wrócił z taczką budowlaną.

Stała w piwnicy, w której wcześniej się ukrywaliśmy, cała zakurzona i brudna, a na jej dnie leżały resztki czegoś galaretowatego i śmierdzącego. Tymczasem pan Ponury sterczał nad nią dumnie wyprostowany, czekając na pochwały. Popatrzyłem znacząco na uwaloną taczkę, a następnie na ciężarną i potarłem lekko zarośniętą brodę.

– No co? – zapytał głupio mój pracodawca. – Wsadzimy ją do środka, sprowadzimy na dół i będzie po problemie.

W takich chwilach zastanawiam się, kto jest głupszy. On – święcie przekonany, że to dobra idea, czy ja – dlatego, że dla niego pracuję.

Niestety było już za późno na to, żeby się kłócić. Złapaliśmy kobietę (ja za związane nogi, pan Ponury pod pachy) i bez trudu podnieśliśmy ją z podłogi.

Dobra, skłamałem. Nie udało nam się jej unieść nawet na centymetr. Kto by pomyślał, że brzemienne baby są takie ciężkie?

Mój pracodawca złapał się za dolną część pleców, lecz samo moje spojrzenie wystarczyło, żeby zaprzestał jakichkolwiek prób udawania kontuzji. Nie zamierzałem sam jej dźwigać!

Położyliśmy taczkę na boku i wturlaliśmy nieprzytomną kobietę do środka. Galareta na dnie wydała mlaszczący odgłos dezaprobaty. Zaparliśmy się z całych sił i w końcu udało nam się postawić nasz środek transportu w odpowiedniej pozycji. Pot spływał nam po skroniach, a wszystkie stare urazy kręgosłupa (również te zmyślone) odezwały się jednocześnie na znak protestu. Unieśliśmy taczkę i zaczęliśmy posuwać się do przodu.

– Widzisz, panie Forge, jakoś idzie – wystękał pan Ponury, siląc się na chytry uśmiech. – Czekaj pan. Otoczę ją jakimś czarem ochronnym, czy coś. Na to chyba mogę sobie pozwolić.

Szło jak krew z nosa, szczególnie gdy dotarliśmy do dywanu. Gdyby teraz ktokolwiek stanął nam na drodze, nie zdołalibyśmy zrobić nawet pół kroku. Głowa ciężarnej latała z boku na bok, a my posuwaliśmy się do przodu bez krzty dumy, rozstawiając szeroko nogi i człapiąc jak paralitycy. Prawdziwy problem pojawił się jednak dopiero wtedy, gdy stanęliśmy u stóp schodów i zerknęliśmy w dół.

Kto by pomyślał, że one takie strome?

– No nic, trzeba próbować, panie Forge – wysapał mój pracodawca.

No to spróbowaliśmy. Kobieta wypadła z taczki i stoczyła się w dół jak worek kartofli. Środek transportu wyślizgnął nam się ze spoconych dłoni i podążył z łoskotem jej śladem. Zatrzymał się na dole, bezpośrednio na plecach ciężarnej. Całe szczęście, że mój szef użył tego czaru ochronnego. Na samą myśl, że kobieta mogłaby stracić przez nas dziecko, zrobiło mi się słabo.

Rzuciliśmy się do przodu, zbiegając po dwa stopnie naraz. Serca w nas zamarły, lecz szybko ściągnęliśmy taczkę z nieprzytomnej i ustawiliśmy ją na szczycie kolejnej kondygnacji schodów. Musieliśmy wymyślić coś innego, bo ten sposób najwyraźniej nie zdał egzaminu. Najbardziej martwił mnie jednak rumor, którego narobiliśmy. Miałem jedynie nadzieję, że Znachorki oglądają tę swoją Milegros (czy cholera ją wie, jak miała na imię) i nie słyszały tego, co wydarzyło się dwa piętra wyżej.

– Panie Forge, musimy ją jakoś zsunąć – wyjąkał mój szef, ciągle przestraszony. – Chyba nie wypada nam jej tak zrzucać z tych schodów.

Co ty nie powiesz, pomyślałem, próbując rozmasować kolkę.

Po kilku propozycjach pana Ponurego oraz moich stanowczych sprzeciwach, postanowiliśmy przywiązać kobietę do mnie. Wyciągnęliśmy paski ze spodni, usiadłem plecy w plecy z ciężarną, a mój pracodawca związał nas tak, jak umiał. Uprząż była wysoce niestabilna, lecz musiała wystarczyć. Stanąłem na drżących z wysiłku nogach i właśnie wtedy dostrzegliśmy opiekunkę lewitującą u szczytu schodów. Mroczne wnętrze kaptura patrzyło na nas groźnie z góry.

– Ona musi tu zostać. – Usłyszeliśmy suchy głos.

– No na pewno – krzyknął pan Ponury, popychając mnie nieznacznie. – Biegnij pan, a ja spróbuję ją zatrzymać.

Dostrzegłem jeszcze tylko, jak mój pracodawca wyjmuje z wewnętrznej kieszeni kraciastej marynarki szklaną fiolkę z niebieskim gazem. Otworzył ją i zaciągnął się głęboko zawartością. Oczy rozbłysły mu w półmroku, ale co stało się dalej, nie wiem, ponieważ zbiegłem na dół tak szybko, jak tylko mogłem. Gdy znalazłem się (z wciąż nieprzytomną zgubą na plecach) piętro niżej, pan Ponury pojawił się u mego boku, taszcząc naszą taczkę budowlaną. Na parterze szybko ściągnęliśmy ciężarną z mych biednych, nadwyrężonych pleców, usadziliśmy ją z powrotem w środku i zaczęliśmy nieporadnie pchać w kierunku wyjścia.

Jeszcze tylko jeden korytarz, powtarzałem sobie w myślach. Tylko jeden i wszystko będzie w porządku.

Nawet nie doszliśmy do połowy, gdy zza rogu na drugim końcu wyłoniła się ordynatorka ośrodka wraz ze swoja koleżanką. Dyskutowały o czymś zażarcie i przez kilka pierwszych sekund w ogóle nas nie zauważyły. Stanęliśmy w miejscu, cały czas trzymając nasz środek transportu z nieprzytomną pasażerką wewnątrz. Nogi kobiety się rozczepiły i jedna z nich zwisała teraz żałośnie z krawędzi tej pożal się Boże karocy. Nagle obie Znachorki popatrzyły przed siebie, otwierając usta ze zdumienia.

– Ty… – zaczęła ordynatorka, patrząc zmrużonymi oczami na mojego pracodawcę. – Ty glizdo… złodzieju parszywy…

Nie czekaliśmy na dalszy ciąg obelg. Szczerze mówiąc, zaczynały mnie już nudzić. Popchnęliśmy taczkę do przodu i nabraliśmy rozpędu. Niewerbalnie postanowiliśmy, że nic nas to nie obchodzi i że po prostu staranujemy stare raszple. Te kilka sekund szoku, w jakim się znalazły, widząc nas pędzących w ich stronę, było wszystkim, czego potrzebowaliśmy. Pan Ponury rzucił zaklęcie, które poderwało je w powietrze i grzmotnęło nimi o sufit z niewyobrażalną wręcz siłą. Nigdy wcześniej nie widziałem, by mój pracodawca zrobił coś takiego.

Ciekawe, jaki dopalacz znajdował się w tej szklanej fiolce.

Wypadliśmy na zewnątrz (drzwi wejściowe wyrwaliśmy z futryny) i ledwo udało nam się wyhamować tak, żeby nic się nikomu nie stało. Pan Ponury zaczął gorączkowo szukać przenośnego portalu, a ja po raz kolejny dostrzegłem opiekunkę. Nie wiem, czy to ta sama co wcześniej, bo w tych mrocznych i złowrogich szatach chyba wszystkie wyglądały identycznie.

– Ona musi pozostać tutaj – powtórzyła.

Poczułem znajomy powiew wiatru na plecach – mój pracodawca otworzył portal, w którym zniknęliśmy, zanim ktokolwiek zaczął nas ścigać.

Pamiętam swoje wrażenie, że opiekunki nie miały wobec nas złych zamiarów. Nie zaatakowały nas ani nie ścigały, chociaż z dziesięć razy mogły nas złapać podczas naszej mozolnej wędrówki po schodach. Pamiętam też, że byłem ciekawy, dlaczego tak było.

No cóż, za jakiś czas miałem się tego dowiedzieć.

V

Znaleźliśmy się z powrotem w ogrodzie Ponurych i popędziliśmy do domu. Brzemienna kobieta zaczynała odzyskiwać przytomność, rzucając się na lewo i prawo. Wpadliśmy do przedpokoju i ułożyliśmy ją na podłodze. Z kuchni wyjrzała żona mojego pracodawcy.

– Coś ty znowu przywlókł do domu?! – wrzasnęła na powitanie.

– Zamilcz, babo, i lepiej pomóż – warknął. – Ona się dusi! Trzeba jej rozciąć szwy! Natychmiast!

Pani Ponura uniosła wysoko brwi. Nie słyszałem jeszcze, żeby kiedykolwiek ktokolwiek odezwał się do niej w taki sposób. Posłusznie jednak wykonała polecenie. Parę chwil później wcisnęła mi w rękę ostre nożyczki, a sama uklękła i przytrzymała szamoczącą się ciężarną. Pewnym ruchem rozciąłem szwy, czemu towarzyszył świst pierwszego głębokiego wdechu.

Spomiędzy rozciętych warg kobiety wypełzła czarna mgła i natychmiast ruszyła w moją stronę. Wszystko odbyło się w takim tempie, że zanim zdążyłem zareagować, zniknęła w moich ustach. Mlasnąłem głośno i poczułem dziwne swędzenie w gardle. Mgła pozostawiła po sobie metaliczny posmak. Państwo Ponurzy patrzyli na mnie, wytrzeszczając oczy.

– Co to było? – zapytał mój szef.

Wzruszyłem tylko ramionami. Pomimo, że czułem się normalnie, pierwszy raz wpadła mi wtedy do głowy myśl o tym, że może nie powinniśmy rozcinać zaszytych wcześniej ust.

VI

Nazajutrz przyjaciel pana Ponurego odebrał swoją żonę. Dziękował mi po stokroć przez łzy i zapewniał, że jeśli kiedykolwiek będziemy czegoś potrzebować, on z pewnością nam pomoże. Mój pracodawca w tym czasie dochodził do siebie w łóżku. Zażycie dopalaczy wycieńczyło jego organizm i pozbawiło przytomności na kilka następnych dni. Teraz opiekowała się nim żona.

Jeśli chodzi o ciężarną, to jej skóra odzyskała normalny wygląd. Kobieta nadal była zbyt słaba, żeby poruszać się samodzielnie, ale miałem pewność, że wkrótce dojdzie do siebie. Stanąłem w progu drzwi wejściowych i nieznacznie pomachałem małżeństwu na pożegnanie.

Nagle usłyszałem dobiegający skądś złośliwy śmiech. Rozejrzałem się czujnie dookoła, lecz nikogo nie zauważyłem.

A zresztą… Może mi się tylko wydawało?

Skryba: A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira