Kobieta z zaszytymi ustami, cz.1

Kobieta z zaszytymi ustami, cz.1

I

Po incydencie z Wieszczym ja i pan Ponury zaszyliśmy się na jakiś czas w domu. Duży budynek z małą wieżyczką i strychem wymagał ciągłych napraw – tutaj coś przeciekało, tam trzeba było przybić gwoździa, gdzieś indziej wyrównać ściany. Trawnik na zewnątrz sam się nie skosi, a krzaki nie przytną. Jakby zebrać wszystko do kupy, to pracy na cały dzień. Tak więc wraz z moim pracodawcą spędziliśmy dobry tydzień na poszukiwaniu w gazetach i Internecie kogoś, kto mógłby zrobić to za nas. Niestety nikt nam nie przypasował – wszyscy chcieli za robotę pieniędzy.

Podczas bezsennych godzin nocnych wałęsałem się po posiadłości, unikając kontaktu z kimkolwiek. Ostatnia drzemka pana Ponurego odbyła się w trakcie polowania na Mariusza Wronę, więc następna nastąpi pewnie za kilka ładnych miesięcy. To oznaczało, że musiałem być bardzo ostrożny z realizacją mojego planu.

Pierwsza faza poszła świetnie. Mój pracodawca stał się celem Wieszczego, który noc w noc stał w pobliżu domu i czekał na moment, gdy będzie mógł rozszarpać pana Ponurego na strzępy. Faza druga okazała się trudniejsza, ponieważ nie mogłem dopuścić, by upiór dopadł go zbyt szybko. Plan, dzięki któremu miałem odzyskać wolność, pozostawał mocno niedopracowany i jeśli teraz coś by się stało temu staremu naciągaczowi, to Śmierć upomniałaby się o mnie stanowczo za szybko… No dobra, padłbym trupem natychmiast.

Potrzebowałem sposobu na to, żeby nie tyle oszukać Kostuchę i moich przełożonych z urzędu, co lekko ich zmylić. Bułka z masłem, co nie?

Po tygodniu poszukiwań dokopałem się jedynie informacji o tym, jak zrobić talizman, który sprawi, że ten stary, wąsaty dureń zniknie z radaru upiora. Niestety każdy magiczny obiekt ma swoje wady – ten akurat z czasem działał coraz słabiej. Najważniejsze jednak było dla mnie to, że przez jakiś czas miał pomóc. Wszyłem go we wszystkie pary spodni i każdą marynarkę, jakie posiadał mój pracodawca.

Drażniło mnie, że nie mogłem póki co zrobić nic więcej. Może postąpiłem zbyt pochopnie? Mogłem sobie tak gdybać, ale, tak czy inaczej, było już za późno.

II

Siedziałem schowany w szafie. Żona mojego pracodawcy w końcu pękła, a ja miałem na tyle oleju w głowie, żeby czmychnąć z kuchni w momencie, w którym jej twarz dopiero zaczęła robić się purpurowa. Nawet piętro wyżej słyszałem, że pan Ponury został zagoniony do naprawiania domowych usterek. Dlaczego siedziałem w szafie? Bo jeśli ten oszust obiecuje coś zrobić, to jest więcej niż pewne, że wykonać tę czynność będę musiał ja. A mi się po prostu nie chce. Zapakowałem sobie więc kilka batonów, zgarnąłem pod pachę laptop i zacząłem stukać w klawiaturę, poprawiając jeden ze swoich wpisów i zapoznając się ze statystykami bloga, na którym publikuję wraz z dwójką pasożytów, która się do mnie przyssała.

Mój pracodawca przez godzinę łaził, nawołując mnie półgłosem. W końcu, przeklinając, odnalazł skrzynkę z narzędziami i zabrał się do pracy.

III

– Panie Forge, chodź pan, mamy robotę! – oznajmił dzień później, wtykając głowę do mojej sypialni.

Wyskoczyłem z łóżka kompletnie ubrany. Bezczynność zaczynała mnie powoli dobijać – brakowało mi świeżego powietrza i zmiany otoczenia. Chwilę później znaleźliśmy się na dole. Pan Ponury, ze swoją nieodłączną walizką, miał na sobie swój standardowy, kraciasty garnitur i błyszczące pantofle. Ja narzuciłem na siebie tylko cienki, czarny płaszcz, po czym oboje wyszliśmy tylnymi drzwiami do ogrodu.

– Masz pan jakieś doświadczenie z kobietami w ciąży i z dziećmi? – zapytał niespodziewanie mój szef, otwierając portal.

Pokręciłem przecząco głową. Nigdy się nie ożeniłem i nie miałem potomstwa. Jednym z „uroków” mojego kontraktu było to, że z czasem zostawało się samemu.

– Żona mojego dobrego przyjaciela jest w ciąży i miała wypadek – zaczął wyjaśniać pan Ponury w momencie, w którym oboje przeszliśmy przez magiczne wrota. – Bardzo poważny. Nasi lekarze radzili mu tylko pożegnać się z nią i z dzieckiem, dopóki jeszcze jest taka możliwość.

Teraz następuje chwila, w której mi mówisz, że twój znajomy robi coś głupiego, pomyślałem sobie i…

– Mój przyjaciel poprosił o pomoc Znachorki.

No i proszę! Chociaż… Właściwie to nie było takie głupie, pomyślałem sobie, zagryzając wargi. Akurat one znają się na rzeczy.

– Problem pojawił się, gdy odmówiły mu widzenia – kontynuował mój pracodawca, prostując się i wdychając rześkie, leśne powietrze. – Wysłały mu tylko list, w którym napisały, że stan jego dziecka jest stabilny. Jednocześnie poradziły mu zapomnieć zarówno o żonie, jak i o dzieciaku, znaleźć sobie nową rodzinę… i tak dalej.

To znaczy, że bachor nie jest zwyczajnym, małym człowieczkiem. Znachorki zawsze ostrzyły sobie zęby na dzieci z magicznymi zdolnościami. Nic dziwnego. Jest ich coraz mniej, a to znaczy, że ich cena bezustannie szła w górę.

Zbyłem wszystko, co powiedział pan Ponury wzruszeniem ramion, lecz ten nie przejął się jakoś specjalnie. Przyzwyczaił się już do tego, że niewiele mówię.

Nie uśmiechało mi się też spotkanie jednej z tych bab. Każde pokolenie Ponurych przynajmniej raz w swoim życiu miało do czynienia z tymi raszplami, a biorąc pod uwagę, że jeden przedstawiciel tej pochrzanionej rodzinki był wart drugiego, to… No, powiedzmy, że Znachorki miały powody, by wystrzelać nam na powitanie po mordach bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. Cóż miałem jednak zrobić? Powlokłem się przez błoto za moim pracodawcą, który oczywiście pogubił się już na starcie.

– Panie Forge, nie wiesz… – zaczął, a ja wskazałem kierunek przeciwny do tego, który został obrany przez niego. – No tak, zapomniałem, że był pan tu już kilka razy.

I wolałbym więcej nie wracać, odpowiedziałem w myślach.

– Proszę mi powiedzieć – odezwał się pan Ponury, próbując wyplątać się z krzaków jeżyn, w które wpadł chwilę wcześniej. – Czy w przeszłości któryś z moich przodków zrobił coś, czym mógłby podpaść Znachorkom? To strasznie pamiętliwe baby.

Czy zrobił coś, żeby im podpaść? Hmmmm… Nie licząc drobnego pożaru i złamanego serca, to niewiele się zdarzyło. Wprawdzie jest jeszcze ten bękart, ale na to nie mam akurat żadnych dowodów. Oczywiście żaden z wcześniejszych Ponurych nie pisnął na ten temat nawet słówka, ale wszyscy jednakowo brali nogi za pas, gdy przychodziło do udzielenia odpowiedzi na niewygodne pytania.

– W sumie niepotrzebnie pytam – odpowiedział sobie mój pracodawca, gdy już otwierałem usta. – Nasza reputacja jest nieskazitelna! Na pewno zrobiliśmy dobre wrażenie!

Pfffff…

Znachorki otworzyły swoją klinikę w samym środku lasu w okolicach Zakopanego. Dzicz, brak dostępu do bieżącej wody, prądu, a także niemożność spełnienia jakichkolwiek wymogów prawnych i BHP nie stanowi jednak żadnego problemu, jeśli umie się otumanić magią każdego urzędnika, jaki zapuści się w te strony. Szamanki nie zabiegały nawet o utwardzoną drogę. Lubiły swoją prywatność, a jeśli ktoś naprawdę potrzebował ich pomocy, to odrobina błota w czasie wędrówki pod górę nie powinna mu sprawić zbyt dużego kłopotu.

Było cholernie zimno i przez cały czas miałem wrażenie, że jesteśmy obserwowani. Zapewne byliśmy i to nie przez jedną parę oczu. Pan Ponury zasapał się niemal od razu. Ja, jako skryba żelaznej formy, o którą dbałem w każdej wolnej chwili – dostałem kolki równie szybko.

No co? Powiedziałem, że dbam o nią w każdej wolnej chwili! Nie moja wina, że zawsze znajdę sobie coś do roboty!

Warto było wspinać się przez tyle czasu chociażby po to, żeby zobaczyć, jak mój pracodawca na śmierć wystraszył się wiewiórki zbiegającej z drzewa. Podskoczył jak oparzony i cisnął swoją walizką w pobliskie krzaki, aby ubić maszkarę. Biorąc pod uwagę fakt, że sam po nią poszedł, świadczył o tym, że musiało mu się zrobić strasznie głupio.

Wreszcie dotarliśmy do wielkiego, betonowego ogrodzenia, upiększonego dodatkowo drutem kolczastym i tabliczką informującą o wysokim napięciu. Pan Ponury obrzucił mur uważnym spojrzeniem i mruknął pod nosem coś, czego nie dosłyszałem. Przed masywną żelazną bramą znajdował się wideofon. Mój pracodawca poprawił marynarkę, otarł pot z czoła i przygładził krzaczaste wąsy. Wyglądał teraz jak komiwojażer tuż przed akcją.

– Słucham? – Dobiegł śpiewny głos, jeszcze zanim którykolwiek z nas zdążył nacisnąć przycisk domofonu. Kamerka wydała z siebie cichy szum towarzyszący wyostrzaniu obrazu. – W czym mogę panom pomóc?

– Eeeee… dzień dobry – przywitał się pan Ponury, obracając głowę i nie bardzo wiedząc, gdzie patrzeć. – Ja do ordynatorki.

– Był pan umówiony?

– Nooo… nie, ale to nagły wypadek. Moja… moja żona jest ciężko chora. Potrzebuję pomocy.

Ciekawe, jakby zareagowała pani Ponura, gdyby się dowiedziała, że jej mąż posłużył się nią w jednym ze swoich szwindli, pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem.

– Nazwisko? – Padło po dłuższej chwili pytanie.

– Nazywam się Ponury, a to pan Forge.

Czekaliśmy chwilę, po czym brama otworzyła się przed nami cicho i płynnie. Przekraczając ją, poczułem, jakbym świadomie zagłębiał się w pułapkę. Obrzuciłem jeszcze szybkim spojrzeniem najbliższy teren, lecz nigdzie nie dostrzegłem mechanizmu kontrolującego to ciężkie żelastwo.

Magia, pomyślałem z niechęcią. Jestem ciekawy, ile czasu minie, zanim ugryzie nas w dupę?

Musicie wiedzieć, że ja sam posiadałem w sobie niewiele magii. Potrzeba lat ćwiczeń albo potężnych, magicznych artefaktów, żeby zwiększyć swoją moc. No i oczywiście talent do sztuk tajemnych. Ja na swoje nieszczęście nie posiadałem żadnej z wyżej wymienionych rzeczy. Jedyne, co byłem w stanie zrobić, to zatrzasnąć jakieś drzwi albo nieznacznie złagodzić upadek. Mój pracodawca był potężnym czarownikiem – głównie z pomocą artefaktów, które towarzyszyły mu w każdej podróży. Talentu też mu nie brakowało. Był po prostu zbyt leniwy, żeby ćwiczyć w młodości.

Przed nami wyrósł czteropiętrowy, surowy budynek z betonu. Gdzieniegdzie tylko dobudowano balkony. Mijaliśmy liczne drewniane ławki, rozsiane po schludnie przystrzyżonym trawniku. W niektórych miejscach rosły bujne krzaki, poprzycinane na kształt zwierząt, dinozaurów i… Cholera wie, co autor miał jeszcze na myśli. Do środka prowadziły jedyne drewniane drzwi, które właśnie w tamtej chwili się otwierały. Na ich progu stanęła wysoka, wiekowa kobieta o surowej twarzy i siwych włosach upiętych w ciasny kok.

– Że też zaraza nie wypleniła jeszcze waszego przeklętego rodu – powitała nas stara jędza.

Tak jak mówiłem wcześniej – pamiętliwe harpie to są.

IV

Mówią, że Znachorki przybyły do nas ze Świata Demonów tysiące lat temu. Chodziło o jakąś Wielką Karę czy coś w tym stylu. W każdym razie globalny kataklizm, totalne unicestwienie. Nikt nie poznał szczegółów, a one nie raczyły się wytłumaczyć. Były potężne i wredne – to wystarczyło, żeby nikt nawet nie próbował odesłać ich z powrotem.

Muszę kiedyś dokładniej zbadać tę historię.

Tymczasem siedzieliśmy w pokoju dla interesantów. Znajdował się na parterze i miał charakter typowego domowego saloniku. Kilka puf, kanapa, fotel, stolik do kawy… Wiecie, jak to leci. Każdy mebel od innego kompletu, jakby wszystkie kupione zostały na wyprzedaży. Jak widać Znachorki – poza niesamowitą wiedzą magiczną – odznaczają się również totalnym brakiem gustu.

Stara harpia wpatrywała się w pana Ponurego zmrużonymi oczami węża. Tylko czekałem aż się na niego rzuci i zacznie żreć w całości. Pewnie największy problem miałaby z tymi jego stopami. Mój pracodawca siedział jednak całkowicie wyluzowany. Zarzucił nogę na nogę i czekał z uprzejmym uśmiechem.

– Powiesz wreszcie, po coś przyszedł, czy będziesz się szczerzył jak idiota i marnował cały mój dzień?! – warknęła szamanka i przez chwilę wydawało mi się, że pokazała groźnie zęby. – Wiem, że skłamałeś, żeby się tutaj dostać.

– No i po co zaraz te złośliwości? – zagadnął pogodnie pan Ponury, lecz mina trochę mu zrzedła.

– Zawsze jak któryś z was się tutaj pojawia, moje interesy i rodzina na tym cierpią!

– Droga pani, toż to niemożliwe! – zaprzeczył mój pracodawca z nieskrywanym zdziwieniem.

Ehhh… to życie w wyparciu, westchnąłem.

– Twój dziadek zbrzuchasił mi córkę i uciekł, łgarzu jeden! – krzyknęła Znachorka, wytrzeszczając oczy. – Nagadał jej głupot jakichś i do łóżka zaciągnął! Zrobić dziecko, to każden jeden umie, ale wziąć odpowiedzialność…. Ja się pytam, gdzie są alimenty za te wszystkie lata?! Płać mi tutaj natychmiast albo psami poszczuję!

Pan Ponury zbladł lekko na twarzy, a ja czułem, że zaraz uduszę się ze śmiechu. A już myślałem, że nic przyjemnego mnie tu nie spotka. Mój pracodawca nie posiadał umiejętności niezbędnych do brania odpowiedzialności za własne przekręty, nawet nie wspominając o cudzych. Ja pamiętałem wydarzenia z tamtych czasów i uważam, że jak się ma córkę z mózgiem trolla, to trzeba jej lepiej pilnować.

Stara harpia ziała nienawiścią, a mój szef bezskutecznie próbował ją uspokoić. Zanim przeszliśmy do rozmowy o celu naszej wizyty, musiał ustąpić w kwestii alimentów, zobowiązać się do uiszczenia horrendalnie wysokiej opłaty jednorazowej i oczywiście powstrzymać się od komentarza na ten temat.

Znachorka, w zdecydowanie lepszym humorze niż na początku, wysłuchała tego, co mieliśmy do powiedzenia w sprawie żony przyjaciela pana Ponurego. Uprzejmym tonem oznajmiła, że nie przyjęli do swojej placówki nikogo o takim nazwisku i może nam zapewnić dostęp do komputera, jeśli chcemy się przekonać na własne oczy. Rzecz jasna skorzystaliśmy z propozycji i po następnej godzinie byliśmy zmuszeni przyznać jej rację. Żywiliśmy jednak przekonanie, że harpia kłamała, lecz to spostrzeżenie wymieniliśmy tylko między sobą w formie znaczących spojrzeń.

– Załóż pan to i zgnieć wtedy, kiedy powiem – szepnął do mnie mój pracodawca w momencie, w którym wychodziliśmy z biura Znachorki.

Wcisnął mi w rękę maleńką klepsydrę, zawieszoną na rzemieniu. Nie miałem czasu dokładniej się jej przyjrzeć. Przełożyłem naszyjnik przez głowę i upchnąłem pod koszulą. W międzyczasie pan Ponury ściskał na pożegnanie dłoń szamanki.

– Teraz – szepnął do mnie, gdy mijaliśmy Znachorkę w progu.

Udałem napad kaszlu i uderzyłem się pięścią w klatkę piersiową, miażdżąc tym samym maleńki artefakt. Nagle poczułem, jak tajemnicza siła wyrywa mnie z ciała, a w następnej chwili obserwowałem z drugiego końca korytarza siebie i pana Ponurego, opuszczających teren ośrodka. Uniosłem półprzezroczystą dłoń na wysokość oczu, a potem bez najmniejszego trudu zanurzyłem ją w pobliskiej ścianie. Byłem duchem.

– Szybko, projekcja za chwilę przestanie działać – powiedział mój pracodawca, materializując się obok i ciągnąc mnie w stronę najbliższego schowka. – Za kilka minut przestaniemy być duchami i ponownie przybierzemy normalne postacie. Będzie lepiej, jeśli do tego czasu się gdzieś ukryjemy.

Pobiegliśmy w stronę najbliższych drzwi, przepłynęliśmy przez nie, a następnie pan Ponury pociągnął mnie w dół. Zanurkowaliśmy w podłodze. Przenikanie przez kolejne warstwy budowli było jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń w moim życiu. Widziałem przekrój drewnianych podłóg, fundamentów, każdego mebla – wszystkiego, przez co przeszedłem. Bez przeszkód znaleźliśmy się w piwnicy i chwilę później na powrót odzyskaliśmy swoje ciała.

Znaleźliśmy się w budynku i nikt o tym nie wiedział. Tylko co dalej?

V

Rupieci leżała tutaj cała masa i każdy z przedmiotów był bardziej nieprzydatny od kolejnego. Łaziłem po piwnicy w poszukiwaniu czegoś, czego moglibyśmy użyć. Otaczały nas narzędzia po remoncie, worki z cementem, jakieś stare zabawki i ubrania. Mój pracodawca siedział cierpliwie, co chwilę poprawiał na nosie okrągłe okulary i szarpał się za wąsy. Był zdenerwowany, a ja domyśliłem się, że także nie wiedział, co począć.

– Myślisz pan, że zapadła już noc? – zapytał mnie kilka godzin później.

Kiwnąłem twierdząco głową, budząc się z letargu. Nudziło mi się jak diabli. Najgorsze jednak było nie to, że to ja nie miałem pojęcia, jak wydostać stąd kobietę, po którą przyszliśmy. Przerażało mnie to, że pan Ponury też tego nie wiedział. Przynajmniej tak mi się wydawało. Utknęliśmy w piwnicy fortecy Znachorek, bez zarysu jakiegokolwiek planu.

W sumie brzmi trochę jak my, co nie?

– Przyznam, panie Forge, że postąpiłeś pan trochę pochopnie z tą klepsydrą – zaczął mój pracodawca, a ja utkwiłem w nim spojrzenie zmrużonych oczu. – Dobrze, niech będzie, że to moja wina. Rzecz w tym, że teraz coś trzeba zrobić, a ja nie wiem co.

Idiota, mruknąłem w myślach i już wyobraziłem sobie te wszystkie rzeczy, które nam zrobią, gdy nas złapią. Dlaczego akurat na mnie padło, żeby służyć najgłupszemu z Ponurych? Mogły mnie dwieście lat temu rozszarpać te gryfy.

Skończyło się na tym, że mój szef stworzył marną iluzję. Jego oblicze przedstawiało teraz łysego, starszego człowieka z lekką nadwagą. Miał trądzik i obwisłą skórę, naznaczoną nieznacznie plamami wątrobowymi. Mnie zamienił… Nie powiem Wam w co, bo to upokarzające. Czar maskujący był naprawdę kiepski, nawet ja to widziałem. Jednak bez specjalnych eliksirów i towarzyszących jego wypiciu rytuałów trudno o lepszy efekt. Transformacja to trudna i skomplikowana rzecz. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że nie przyciągniemy niczyjej uwagi.

Pan Ponury zaczął grzebać w starcie ubrań leżących pod ścianą i chwilę później wyciągnął dla siebie jakiś stary, luźny sweter, marynarkę z lat nie wiadomo jakich i brązowe spodnie. Dla mnie zaś…

Cofnąłem się z obrzydzeniem, widząc, co kazał mi na siebie włożyć i pokręciłem zdecydowanie głową. Nie było mowy, żebym nosił góralską sukienkę w rozmiarze XXXXL z licznymi wstążkami, falbankami i podkolanówkami do kompletu.

– Panie Forge, nie bądź pan sztywniarą – powiedział do mnie poważnym tonem, lecz kąciki ust mu drgały. – Przecież widzisz pan, że i rozmiar odpowiedni, i pasuje do całokształtu.

Niestety miał rację.

Nienawidzę cię, pomyślałem, wyrywając mu z ręki suknię i ściągając swoje ubranie. Jak to dziadostwo się niby zakłada?!

VI

Mój pracodawca ostrożnie uchylił drzwi i obrzucił pogrążony w mroku i ciszy korytarz szybkim spojrzeniem. Oświetlały go nagie, słabe żarówki. Gdzieś w oddali dało się słyszeć przytłumiony śmiech, piętro wyżej ktoś coś przesunął, ale poza tym panował spokój. Idealne warunki na misję dla ninja. Szkoda, że nie mamy żadnego na swoich usługach.

Ostrożnie wyszliśmy z ukrycia. Postanowiliśmy, że jeśli ktoś nas zobaczy, będziemy po prostu udawać pacjentów spacerujących po korytarzu w celu zabicia czasu. Przyjaciel mojego pracodawcy zrobił dla niego świetny wywiad środowiskowy, więc zarówno nasza transformacja, jak i stroje nie były przypadkowe. Dowiedziałem się też, że wielu pacjentów cierpi na chroniczną bezsenność, więc szwendanie się po nocy nie było w tej placówce niczym niezwykłym. Znachorki każdego wieczoru zabezpieczały szpital zaklęciami zapobiegającymi ucieczce, więc teraz z pewnością siedziały w jakimś gabinecie i piły sobie herbatkę, czy co one tam robią w wolnym czasie.

Przechodziliśmy na palcach przez pomalowany na zielono korytarz. Na ścianach wisiały okropnie brzydkie prace plastyczne wykonane przez pacjentów, a na nielicznych półkach zawieszonych na ścianach stały wykonane przez nich figurki (niewiele ładniejsze od wspomnianych bohomazów). Co kilka metrów postawiono wąskie ławeczki, a obok nich duże wazy z kwiatami. Podłogi pokryto grubymi dywanami co zapewniało dodatkowe wytłumienie naszych kroków. Pewnie za dnia wyglądało to też całkiem estetycznie.

Gdy weszliśmy na górę, rzeczywiście dostrzegliśmy dwóch pacjentów spacerujących kilka metrów od nas. Hol wyglądał dokładnie tak samo jak ten piętro niżej. Jedne z drzwi po mojej prawej stronie były otwarte i, przechodząc obok, rzuciłem okiem na to, co znajdowało się w środku. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz, stanąłem jak wryty, poczułem też nagłą suchość w ustach i niekontrolowaną miękkość w nogach.

Pomijając niewielką kołyskę i jednoosobowe łóżko w rogu, pomieszczenie ziało pustkami. Nie miało nawet zasłon. Ktoś spał w łóżku, zwrócony twarzą do ściany i po samą szyję przykryty kołdrą. Światło księżyca sączyło się przez wąskie okno, oświetlając kiwającą się lekko kołyskę ze śpiącym w środku niemowlęciem. Widoczne było też to, co wprawiało ją w ruch.

Dziecięce łóżeczko tkwiło pośrodku wymalowanej na podłodze pieczęci, składającej się z symboli, które już gdzieś wcześniej widziałem. Wysoka zakapturzona postać siedziała na niskim taborecie, a jej czarne szaty rozlewały się po drewnianych panelach. Szeroki rękaw opadł jej do połowy przedramienia, w efekcie czego odsłaniał pokrytą bąblami i bliznami rękę o nabrzmiałych na powierzchni dłoni żyłach i długich, brudnych, żółtych paznokciach. Nad kołyską – poza wirującymi wesoło samolocikami i pluszakami – kłębiła się smoliście czarna chmura, z której sączyły się pełznące w dół stróżki dymu, wnikające w ciało dziecka poprzez maleńki nos i lekko rozchylone usta. Postać pochyliła zakapturzoną głowę, zaglądając do wnętrza łóżeczka. Owrzodzona dłoń bezustannie wprawiała kołyskę w ruch, a z wnętrza kaptura dobiegła nagle seria pocharkiwań i jakiś niewyraźny bełkot. Dym wdzierający się w niemowlę zalśnił srebrzystym blaskiem i rozwiał się w nicość.

Rys. Martyna Nejman

W sypialni zapadła cisza, smolista chmura zniknęła bez śladu, a ja nadal stałem jak sparaliżowany i nie mogłem zrobić nawet pół kroku.

Czym było to coś?!

Widziałem w swoim długim życiu wiele stworzeń, ale jeszcze żadne nie obudziło we mnie takiego przerażenia jak to, które pochylało się w tamtej chwili nad niemowlęciem. Pan Ponury szarpnął mnie za rękaw mojej góralskiej sukienki, lecz nie mogłem zdobyć się nawet na to, by obrócić głowę.

– Panie Forge, idziemy stąd! – syknął mi w ucho mój pracodawca. – Nie wolno na nie patrzeć!

Pociągnął mnie ponownie, tym razem silniej, i wreszcie udało mi się oderwać stopę od ziemi. Gdy już prawie zniknąłem za ścianą korytarza, zakapturzona istota podniosła błyskawicznie łeb i przekrzywiła go nieznacznie. W miejscu twarzy widziałem tylko mroczną otchłań. Czułem jak mnie przyciąga. Byłem pewien, że te oczy, jakkolwiek głęboko skrywane, wpatrywały się właśnie we mnie.

Gdy przesłonięta ścianą postać zniknęła mi z oczu, udało mi się wreszcie zrównać z panem Ponurym. Był wściekły. Jego obwisłe, starcze policzki pokryły się szkarłatnym rumieńcem, a zaciśnięte wargi przypominały teraz cieniutka kreskę. Jeśli mam być szczery, nie obchodziło mnie, że był zły.

Czym było to coś?, zapytałem sam siebie po raz kolejny. Jak straszne monstra potrafi wypluć ten świat?

Obejrzałem się w kierunku drzwi, a w momencie gdy odwracałem z powrotem głowę, dostrzegłem kątem oka palce o brudnych paznokciach, zaciskające się na futrynie. Zaraz za nimi wychynął łeb. Mój pracodawca ponownie szarpnął mnie za sukienkę, patrząc na mnie na mnie z irytacją. Wtedy również i jego wzrok popłynął w kierunku pokoju.

– Chodź pan natychmiast! – warknął i przyśpieszył kroku. – Może nie idzie po nas!

Przyśpieszyliśmy. Pokonaliśmy połowę korytarza tak szybko, że iluzja lekko się rozmywała i gdyby dostrzegła nas jedna ze Znachorek, wpadlibyśmy jak śliwki w kompot. Pan Ponury zerknął za siebie. Ja również nie mogłem się powstrzymać. Zakapturzona istota lewitowała kilka centymetrów nad ziemią. Wyraźnie podążała naszym śladem, roztaczając wokół siebie poczucie zatracenia.

– Niech cię szlag, panie Forge – warknął mój pracodawca, otwierając z kopa pierwsze drzwi z prawej. – Jesteśmy zgubieni!

Ale dlaczego?

Wpadliśmy do pustego pokoju, po czym pan Ponury natychmiast rzucił się do okna. Siłował się z nim, cały czerwony na twarzy, lecz ramy nie dało się podnieść nawet na centymetr. Przyłożył otwartą dłoń do szyby, rozległo się przytłumione huknięcie, lecz okno nadal pozostawało nietknięte. Nie dało się zauważyć nawet najmniejszego pęknięcia. Nagle drzwi za naszymi plecami się zatrzasnęły i oboje domyślaliśmy się, co właśnie przez nie przeszło.

Postać płynęła w naszym kierunku, wyciągając ku nam zaropiałe dłonie. Wyglądało to tak, jakby chciała nas uściskać na powitanie po długiej nieobecności.

Po moim trupie, jak się przytulę z takim czymś, pomyślałem i zacząłem walić histerycznie w okno, którego nie dało się ruszyć. Prędzej mnie piekło pochłonie, jeśli pozwolę, żeby znaleźli moje martwe truchło w góralskiej sukience o pięć rozmiarów za dużej.

Waliłem w szybę jak opętany, co zaskutkowało tylko bolesnymi ranami na dłoniach. Mój pracodawca robił dokładnie to samo, lecz mieliśmy już świadomość, że się stamtąd nie wydostaniemy. Pierwszy poddał się pan Ponury. Opuścił ręce i odwrócił się powoli w drugą stroną. Po kilku sekundach poszedłem w jego ślady.

Żeby cokolwiek zobaczyć, musiałem zadrzeć głowę wysoko do góry – tak blisko nas stała zakapturzona istota. Górowała nad nami niczym kat z wyciągniętymi szeroko rękami. Otuliło nas zimno, a ja poczułem jakby pękała mi skóra.

– Nie powinno was tu być – wychrypiała postać.

Skryba: A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira