Moja mama ma 50 metrów i demoluje miasto

Moja mama ma 50 metrów i demoluje miasto

Moja mama ma pięćdziesiąt metrów i demoluje miasto.

Musicie przyznać, że nieczęsto można usłyszeć coś równie niedorzecznego, prawda?

Aby do tego jednak doszło – żeby takowy sygnał dotarł do mózgu wprost jakby przez uszy – potrzebne są dwa czynniki.

Po pierwsze: własna mama; taka wielkości wieżowca, mniej więcej.

Po drugie: powód, dla którego owa mama sprowadza destrukcję na Bogu ducha winną metropolię.

– Masz ci los – mruknął ojciec zasiadający niezmiennie przed telewizorem, obserwując na srebrnym ekranie, jak jego monstrualnej wielkości małżonka chwyta w olbrzymią rękę budkę telefoniczną, by po chwili wcisnąć ją sobie do ust i zmiażdżyć w równie monstrualnych zębiskach.

Nagle, w naszym niewielkim mieszkaniu po drugiej stronie rzeki od owego nietypowego zajścia, rozdzwoniły się telefony:

– Halo, Adrian, to ty? – pytały grzecznie, a gdy potwierdzałem, kiwając przy tym głową, zaraz potem dorzucały:

– Adrian– mówiły stonowanym głosem, jak gdyby chciały mi przekazać coś niezwykle ważnego – twoja mama demoluje miasto.

Jakbym sam o tym nie wiedział!

Dlaczego ludzie traktują mnie tak wysoce niepoważnie?

Czy oni naprawdę myślą, że tego nie widzę?

Że o tym nie wiem?

Że nie mam telewizora?

Że nie opłaciliśmy kablówki?

Bo co?

Bo mam dwanaście lat?

Musiałem za każdym razem opanowywać swoje oburzenie i odpowiadać:

– Tak, tutaj Adrian. Tak, wiem, że moja mama demoluje miasto – potwierdzałem plotki, które mogli przecież dojrzeć w każdej telewizji; moją mamę doprawdy ciężko z kimkolwiek pomylić, nawet nie będąc mną. – A o co chodzi? – Pytanie to zwykle ucinało dalszą niepotrzebną dyskusję, a po drugiej stronie następowała krótka cisza, skwitowana końcowo jedną z form zwrotu „do widzenia”.

Westchnąłem, odkładając plastikową słuchawkę z powrotem na widełki, po czym ponownie skierowałem swoje oczy na ekran.

Mama bawiła się w najlepsze, o ile za świetną zabawę można uznać wspinanie się okrakiem na wieżowce i ściganie namolnych niczym muchy telewizyjnych helikopterów.

Podrapałem się po udręczonej głowie.

Mama zawsze zazdrościła różnym gwiazdom i gwiazdeczkom, że niby nic nie robią, a tylko ciągle o nich plotkują i plotkują, poświęcają im uwagę bez przerwy, a teraz, o, proszę!

Żadnych gwiazdeczek.

Żadnych filmów.

Żadnych romansów.

Żadnych skandali obyczajowych.

Tylko twarz mamy na każdym szanującym się kanale telewizyjnym, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Tego właśnie chciałaś, mamo?

Sądząc po tym, jak dopiero co cisnęła w eter żółtą, miejską taksówką, zaczynałem mieć poważne obawy, że być może jednak nie.

Ojciec spoglądał na mnie spode łba z niechęcią, naburmuszony, jakbym to ja był wszystkiemu winien.

Jego nastroszone, krzaczaste brwi zdawały się wytykać w moją stronę oskarżycielski palec i mówić: „Adrian, coś ty zmalował tym razem?”

– Nie wierzę w takie czary. – Kręcił głową z niedowierzaniem. – Nie wierzę! – powtarzał swoją mantrę.

Warto tutaj wspomnieć, że mówiąc to, jednocześnie popijał stygnącą na stole herbatę.

Czego już nie warto wspominać, to fakt, że czynił to jedynie w samej koszulce, bokserkach i klapkach.

No cóż, tak już mają ojcowie, a kto uważa inaczej, niech pierwszy rzuci kamieniem.

– No nie wierzę, Adrian –mówił dalej, akcentując przy tym moje imię.

Choć nie byłem niczemu winien – a przynajmniej nie mogłem sobie takiej zbrodni przypomnieć – spoglądałem lękliwie pod własne nogi, czując narastającą presję.

– Nie wiem, co przeskrobałeś, synu – kontynuował swój wywód tata, wymachując łyżeczką od cukru niby orkiestrmistrz wymachujący batutą – ale natychmiast masz to odkręcić, drogi panie! – oświadczył sędzia sprawiedliwy, tata Adriana, czyli mnie.

No tak, skoro to już powiesili mnie za niewinność, skoro już wszystko tak doskonale zostało wyjaśnione, to pomimo tego, że otrzymałem niesłuszną naganę, powinienem coś jeszcze z tym zrobić!

Niedoczekanie.

No bo niby jak powstrzymać pięćdziesięciometrową osobę przed podobnymi wyczynami?

Co miałem uczynić?

Stworzyć odpowiednio wielką wersję taty?

Albo tej wrednej sąsiadki z naprzeciwka, która tak bezmyślnie charka na chodnik?

I niby jak miałbym to zrobić?

Nie jestem genialnym naukowcem.

Mało tego! Ledwie radzę sobie z matematyką!

To zdecydowanie za dużo.

Jeśli dorośli mają tyle zmartwień, to ja się nie dziwię, że siwieją.

Czy właśnie wyrasta mi pierwszy siwy włos?

Wziąłem głębszy wdech, odganiając tę upiorną wizję.

Oczywiście – dla sprostowania, dla niezbędnej jasności – moja mama nie była pięćdziesięciometrowym miejskim utrapieniem jeszcze dzień wcześniej.

Wręcz przeciwnie – to zwykle naprawdę drobna kobieta; już teraz – to znaczy do wczoraj – przewyższałem ją o głowę!

– Może do niej pojedziemy? – zapytałem nieśmiało, ja – Adrian – strażak pożaru obyczajowego.

– W żadnym wypadku! – skarcił mnie ojciec, po czym, spurpurowiały na twarzy, zapił nerwy herbatą. – Jest zimno, jeszcze się przeziębisz! Poza tym jest siedemnasta.– Zmrużył oczy, jakby to czynił ktoś naprawdę cwany, przynajmniej w jego mniemaniu. – Wiesz, jaki jest ruch o tej porze na mieście? A przecież zdajesz sobie sprawę, jak ja nienawidzę stać w korku! – wrzasnął.

Była to najprawdziwsza prawda.

Każdego popołudnia, przy każdym obiedzie, ojciec klął na każdego kierowcę, który tego dnia tylko ośmielił się stać przed nim na drodze; używał do tego takich słów, których żaden z dwunastolatków tego świata nie powinien usłyszeć przed osiągnięciem pełnoletności.

– Pewnie znowu nie posprzątałeś w pokoju! – dalej obrzucał mnie metaforycznymi kamieniami – jakby fakt utrzymywania porządku we własnych czterech ścianach był filarem tego świata.

– Tato, tysiąc razy nie posprzątałem pokoju już wcześniej i nie przypominam sobie, żeby… – mówiłem, choć nie było dane mi dokończyć.

– HA! – ryknął z triumfem. – I doigrałeś się! O jeden raz za dużo! – Tata podrapał się czubkiem łyżeczki po łysiejącej głowie.; oczywiście resztka jego włosów była siwa – tyleż to staruszek przeżywał zmartwień.

– I co my będziemy jeść na kolację? – nadąsał się. – Pomyśl raz o innych!

W moich oczach zalśniły łzy upokorzenia.

– Przepraszam – bąknąłem.

– Teraz to przepraszam! – mówił z mściwą satysfakcją.

Pragnę tylko przypomnieć, że gdy on tak pastwił się nad tymi wszystkimi małostkami, gdzieś tam biegała pięćdziesięciometrowa wersja mojej mamy, depcząc budynki; gdzieś tam pod nią ludzie wielkości mrówek uciekali w popłochu; gdzieś tam dyrektorzy stacji telewizyjnych ostrzyli sobie zęby, oglądając windujące w górę słupki oglądalności.

– Najpierw pomyśl, zanim coś zrobisz! Zawsze ci to powtarzam!

– Tak, tato – odparłem, choć wcale nie byłem pewny, aby mama zamieniła się w potwora właśnie przez to.

Ojciec ochłonął.

– No – mruknął z zadowoleniem. – To pozmywaj po obiedzie. A wieczorem pojedziemy do sklepu.

– Tak, tato – odpowiedziałem przeciągle.

Widzicie, dorośli mają to do siebie, że skupiają się na zupełnie nie tych rzeczach, co trzeba.

Poświęcają uwagę normalności, stałemu lądowi rozsądku, podczas gdy dookoła dzieją się rzeczy zgoła przecież rozsądkowi przeciwne!

Gdyby przed oczyma mojego ojca ukazał się ósmy cud świata, on pewnie tylko by ziewnął, a potem – nie wiem – poszedł na drzemkę, chrapiąc oczywiście.

Westchnąłem ciężko.

Wiedziałem, że tylko ja mogę pomóc mamie.

Nie miałem tylko pomysłu jak.

Kto wie, jak skończyłaby się ta przygoda, kto wie, jak dalej potoczyłby się losy skazanego na zagładę miasta, gdyby nie telewizyjny spiker, który oznajmił nam wprost przez ryczący głośnik:

– W tym momencie na ulice miasta wyjeżdża wojsko – mówił zafascynowany, ubrany w swój szary prochowiec, ukryty pod parasolką, zwrócony plecami do karambolu zdarzeń; w tle szalała moja wielkoludzia mama, zachowując się niby dziecko niszczące plac zabaw. – Cała nadzieja w rękach armii – ciągnął, przykładając do obiektywu kamery zaciśnięty kciuk.

Zza jego pleców wyłonił się kordon wyglądających nad wyraz bojowo czołgów.

Ojciec przyklapnął ciężej w skórzanym fotelu, jak to zwykle czynił, stojąc naprzeciw bardzo poważnych, życiowych decyzji.

– A niech to, ta kobieta nigdy nie da mi odpocząć – burknął w słusznym gniewie, po czym spojrzał strapionym wzrokiem na zegar, wskazujący nieubłaganą siedemnastą.

Jednym płynnym ruchem wyłączył telewizor.

– Ubieraj się, młody. Twoja matka znowu wpakowała się w kłopoty. Przez ciebie! – Wycelowałwe mnie paluch. – Masz z nią pogadać. I wszystko odkręcić. Zrozumiano? – zapytał głosem nie znoszącym sprzeciwu.

– Tato… – zacząłem, chcąc wtrącić się jako głos rozsądku, ale coś takiego niestety nie ma miejsca, gdy tata Adriana podejmuje decyzję.

– Tylko załóż kurtkę! I czapkę– mruknął, zbierając się z fotela. – Jeszcze tylko tego brakuje, żebyś się przeziębił.

* * *

Ojciec nie rzucał słów na wiatr, nawet tych niechlubnych – tych, do których później za żadne skarby nie chciał się przyznać; wszakże samego siebie miał za jednostkę wybitnie nieomylną.

Faktycznie były korki.

I faktycznie było to irytujące.

Deszcz nieznośnie bębnił o rozgrzaną przednią szybę samochodu, a wściekła wycieraczka tańczyła raz za razem po tym samym łuku, na nowo wyostrzając nam widok.

Mieszkaliśmy w tym mieście od bardzo dawna – rodzice przeprowadzili się tutaj jeszcze przed moimi narodzinami, jednakże krzyżówka miejskich ulic ciągle bywała kłopotliwa, zwłaszcza po drugiej stronie rzeki.

W normalnych warunkach ojciec niechybnie sięgnąłby po nawigację, ale tym razem nie musiał.

Ujrzeliśmy mamę w pełnej krasie.

Dłubała sobie w zębach sygnalizacją miejską.

Wyraz jej twarzy był wysoce zafrasowany – należał do rodzaju tych, które po chwili przechodzą w irytację, a potem, bez żadnego ostrzeżenia, we wściekłość.

W oczach taty widziałem rosnący strach – emocję, która zwykle towarzyszyła chwilom, gdy mama biegała zagniewana po mieszkaniu; trzeba przy tym pamiętać, że tym razem była ona ponad dwudziestokrotnie większa i co najmniej miliard razy groźniejsza.

– Oho – mruknął bardziej z ulgą niż z rozgoryczeniem. – Dalej chyba nie pojedziemy.

Miał rację.

Droga, która zwykle prowadziła do usianego wieżowcami serca miasta, zablokowana została przez łańcuch policyjnych radiowozów, przy których funkcjonariusze w ciężkich kurtkach uwijali się jak w ukropie, by zawrócić wściekle buczące na nich auta.

– Zaparkuję gdzieś tutaj, tam, przy tej restauracji – oświadczył tata. – No, na co się jeszcze gapisz? Telefon wziąłeś?

– Tak.

– No to jesteśmy w kontakcie. A teraz zmykaj i napraw to, co zepsułeś! – fuknął, po czym nachylił się nade mną, otwierając drzwi od strony pasażera.

Zawiało chłodem, siąpiącym z zewnątrz deszczem.

Do samochodu wkradł się jazgot żyjącej ulicy.

Wyskoczyłem na chodnik, nieomal wdeptując w kałużę.

– Halo, drogi panie! – zawołał za mną ojciec.

Obróciłem się.

– Nie zapomniał pan czegoś?

Westchnąłem.

Myślałem, że tym razem ujdzie mi to na sucho.

A potem wróciłem do auta i sięgnąłem po brzydką, dziecinną, zimową czapkę, i nasunąłem ją na uszy.

Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, jak bardzo zrujnuje to moją pozornie niesforną fryzurę.

Ojciec zatrzasnął drzwi, machnął mi byle jak przez okno, po czym odjechał.

Wiedziałem, że gdy tylko zaparkuje, zaciągnie hamulec ręczny, wyłączy silnik i wyciągnie ze schowka wyświechtaną gazetę, którą będzie czytał przy świetle latarni dopóki, dopóty nie zrobię tego, co do mnie należy.

Ale co właściwie miałbym zrobić, co?

Pytam śmiertelnie poważnie.

Wyglądało jednak na to, że na powyższe pytanie nie dostanę nawet najmniejszej podpowiedzi i podejrzewałem nieśmiało, że życie nigdy ich nie dostarcza.

Wysunąłem zza czapki kosmyk włosów, po czym z hardą miną ruszyłem przed siebie w stronę wyjących, policyjnych syren.

* * *

Policjant miał wszystko to, czego potrzebował do pracy dobry glina: policyjną czapkę, sumiasty wąs i solidną nadwagę.

– Pod żadnym pozorem! – ryknął z troską, gdy tylko stanąłem przed nim, przebiwszy się uprzednio przez szereg nieznośnych gapiów. – To nie miejsce dla dzieci! – wydał rozkaz, całkiem rozsądny, swoją drogą. Chociaż to nie miejsce na rozsądek – powtarzam – gdy to twoja własna mama demoluje miasto!

– Ale… – zacząłem swój niezwykle retoryczny wywód, który nigdy nie został dokończony.

– Żadnego ale! Do domu! – fuknął na mnie. – Lekcje odrabiać! I popraw czapkę! Jeszcze się przeziębisz! – rzucił rozkaz na do widzenia.

Jak widzicie – z jakiegoś powodu wszyscy się mnie czepiali.

Stałem przez chwilę w miejscu zrezygnowany, po czym przytaknąłem głową, oddalając się od policyjnych barier.

* * *

Wielki Świat nie zdążył się jeszcze przekonać, jaką Adrian potrafił być niepokorną duszą.

Nie poprawiłem czapki.

Nie ruszyłem do domu.

Obchodziłem kordon radiowozów to od jednej, to od drugiej strony, przeciskając się między gapiami wszelakich rozmiarów i maści, aż w końcu dziwnym zbiegiem okoliczności dotarłem do wąskiej, jakby zapomnianej, niepozornej uliczki – uliczki, która nie powinna się znaleźć w wielkim, żyjącym mieście.

Wyglądała, jakby ktoś ją żywcem wyrwał z zupełnie innego czasu i zupełnie innej przestrzeni.

Wzdłuż niej, pomiędzy tańczącymi na wietrze stronami gazet, świeciły zakrzywione, wieczorowe lampy.

Wydawała się zupełnie pusta – zupełnie pusta prócz jednej, jedynej istoty.

Jeden, jedyny, raczej niski mężczyzna, oparty nonszalancko o mur z czerwonej, kruszącej się cegły.

Jeden, jedyny mężczyzna w smoliście czarnym garniturze, z czarnym melonikiem nasuniętym aż na czarne brwi rodzaju krzaczastego, z czarną laską umieszczoną w prawej ręce, uzbrojonej w czarną aksamitną rękawicę.

Na jego prawym oku spoczywał monokl w czarnej oprawie, umieszczony na łańcuszku z czarnego złota.

Druga z rąk – lewa – w równie czarnej rękawicy, zręcznie przebierała złotą, tańczącą w podskokach monetą.

U jego stóp, obutych w eleganckie, czarne mokasyny, spoczywał wielki, czarny kruk, który swoim wielkim, czarnym dziobem wyjadał rozrzucone po chodniku ziarno.

Mężczyzna, gdy tylko mnie zauważył, leniwie podniósł głowę.

Jego oczy były złote – nie piwne, nie żółte, tylko złote – przypominały bardziej dzierżoną przez niego monetę aniżeli źrenicę.

Gdy tylko mnie zauważył, wysoko podrzucił pieniążek, po czym złapał go w powietrzu i ostatecznie schował do kieszeni.

Uśmiechnął się.

Co drugi ząb błyszczał blaskiem szczerego złota.

Był to uśmiech zawadiacki, drapieżny, nad wyraz nietypowy i…

Straszny.

Stanąłem jak wryty.

Był to doskonały moment na to, żeby się odwrócić; doskonały moment na to, żeby wymamrotać pod nosem: „to ja już sobie pójdę”, doskonały moment na to, by rzucić się w tył z dzikim wrzaskiem, udając, że nic takiego nie miało miejsca, i dalej żyć swoim nudnym życiem, wmawiając sobie i wszystkim dookoła, że pięćdziesięciometrowa mama to tylko…

Otóż to.

Wydaje mi się, że to wszystko wydarzyło się przez moją mamę właśnie.

Gdyby nie ona, nie byłoby mnie w tym miejscu.

Nie to, że się tłumaczę…

– Co tam, młody? – charknął mężczyzna, bo ciężko inaczej nazwać chropowaty dźwięk, który wyrwał się zza jego wąskich, otoczonych zmarszczkami ust.

Nie odwracałem się za siebie, głównie z obawy, że niczego tam, prócz pustki, nie będzie.

– Nie…. – wyjąkałem, po czym wykrzywiłem twarz, udając kogoś, kim nie byłem – to jest pewnego siebie Adriana. – Nie rozmawiam z obcymi.

Mężczyzna wzruszył kościstymi ramionami, po czym splunął brzydko na ziemię i przestał mnie obserwować.

Złote oczy – niby dwie ziejące latarnie – wpatrywały się w ścianę naprzeciw.

– Jak tam chcesz, Adrian. W porządku – powiedział.

I jakby mnie poraziło piorunem.

– Zaraz! – wypaliłem. – Skąd pan zna moje imię?! – zadałem jedyne sensowne pytanie, na jakie było mnie stać. – Żądam odpowiedzi!

– Och – zafrasował się, po czym splunął ponownie, trafiając flegmą w głowę kruka, który fuknął z wściekłością:

– Kra!

– Wydawało mi się, że nie rozmawiasz z obcymi. – Uśmiechnął się obelżywie, po czym mówił dalej, najwyraźniej doskonale się bawiąc widokiem moich czerwieniących się uszu. – Przecież jesteś takim odpowiedzialnym chłopcem, prawda?

Dziwnym trafem nikt nie szedł tą ulicą,nie było tam nawet jednej żywej duszy.

Nie dochodził nas gwar ulicy, policyjnych syren, ryk gapiów.

W oddali widziałem sylwetkę mojej upojonej destrukcją mamy, była jednak odległa, bardzo odległa, z naprawdę innego świata, była tam…

tu?

Tylko ja, dziwny, mroczny jegomość i wielki, czarny kruk, który niezdarnie próbował strącić z siebie gęstą plwocinę.

– Ja… Muszę się dostać do centrum miasta – nakreśliłem swoją sytuację.

– Pewnie. – Uśmiech tylko się poszerzył, a zmarszczki na bladej twarzy tylko się pogłębiły. – Gdyby to moja mama niszczyła miasto, też starałbym się coś z tym zrobić – mruknął zaczepnie, po czym ziewnął, zakrywając biało-złotą klawiaturę ust rękawiczką i pokazując tym samym, jak bardzo ta cała sprawa go ciekawi.

– Tak – przytaknąłem, kiwają cgłową. – Właśnie tak.

Kra! – wtrącił się triumfalnie kruk, który w końcu uporał się z obrzydliwą flegmą; dopiero teraz zauważyłem, że również i jego ptasie, okrągłe oczy błyszczą własnym, złocistym blaskiem.

– Głupi ptak. Zjeżdżaj stąd! – Mężczyzna zmarszczył się, szturchając zwierzaka butem, na co tamten tylko wściekle załopotał czarnymi skrzydłami.

Mierzyli się gniewnie wzrokiem przez dłuższą chwilę, złoto naprzeciw złotu, po czym, w niemym jakby rozejmie, jednocześnie odpuścili.

– Skąd pan ma o tym wszystkim pojęcie? Jak mam na imię, kim jest moja mama… – zacząłem wyliczać.

Obcy ponownie sięgnął do kieszeni marynarki, ponownie wyciągnął monetę i ponownie zaczął się nią bawić.

– Przecież wiesz to, prawda? – zapytał bezwiednie. – Wiesz, tylko boisz się to przyznać.

Przełknąłem ślinę.

– Niczego się nie boję!

– Ach, no tak. Pewnie. – Ziewnął. – Węży pewnie też nie, twardzielu?

Trafił.

Albo wiedział!

Jasne, że boję się węży.

Wreszcie zrozumiałem.

Spuściłem nos na kwintę.

– Pan jest diabłem, prawda?

Uśmiechnął się promiennie.

– Brawo, młodzieńcze. Jeszcze będą z ciebie ludzie. Bałem się, że pomylisz mnie z kominiarzem. – Zmarszczył brwi. – To nie aż tak rzadkie, jak można by się spodziewać. Wy, ludzie, nienawidzicie niesamowitości, nie zauważacie ich, nawet gdyby wyrosły przed wami niby wielobarwne kwiaty. Ale tak ściślej rzecz ujmując, jestem raczej demonem.

– A jaka to różnica?

– Wiesz, chłopcze, że jak na jawną rozmowę z siłami nieczystymi, mówisz nad wyraz śmiało? – upomniał mnie, zbywając sensowne pytanie dygresją. – To niepokojące. Ja bym na twoim miejscu – znowu wzruszył ramionami – martwił się o własną duszę, na przykład. Albo chorobę umysłową!

Kra! – dodał triumfalnie kruk, cokolwiek miał na myśli.

– Zamknij się – syknął demon. – Nie do ciebie, chłopcze – sprostował – tylko do tego głupiego ptaszyska.

– Przecież niczego nie zrobiłem – mruknąłem w zastanowieniu. – I pan też niczego nie zrobił – dodałem po chwili.

– A propos tego drugiego: śmiem wątpić. – Przyjrzał się swojej rękawicy; teraz dopiero zauważyłem, że ukryte pod nią palce mogły przypominać szpony. – Zostałem powołany do życia jako zły duch dawno, dawno temu, gdy ziemia była jeszcze młoda, i uwierz mi, chłopcze,że zrobiłem naprawdę wiele złego. A co do twoich uczynków, niech pomyślę… – Przymknął oczy. – Nie posprzątałeś wczoraj pokoju, prawda? Czy się mylę? – Wyszczerzył zęby, z których co drugi był pozłacany. – Czy się nie mylę?

– To prawda. – Podrapałem się z zakłopotaniem po skroni. – Czy to naprawdę coś złego?

– Oj tak – mruknął beznamiętnie. – Zbrodnia najcięższa z najcięższych. Tylko pozostawienie po sobie brudnych naczyń jest równie haniebne. Siódmy krąg piekła, jeśli o mnie chodzi – powiedział nonszalancko rzeczowym tonem, sugerującym, że albo mówił śmiertelnie poważnie, albo sobie ze mnie jawnie kpił, co znaczyło, że raczej to drugie, z pewnością.

– I to przez to moja mama jest taka wielka i wściekła?

Milczał przez chwilę, jak gdyby poważnie zastanawiając się nad doborem słów.

– Nie – powiedział w końcu. – To akurat nie twoja wina.

– Ha! – wrzasnąłem z radością, choć domyślam się, że nie była to właściwa reakcja; wszakże moja mama dalej demolowała miasto i na tym powinienem się skupić.

– No ale…  Wie pan, czyja to wina?

Przekrzywił głowę, niby koneser przewinień i zbrodni, kustosz występku, mecenas grzechu…

– Tak się składa, że wiem.

– A wie pan, jak można to naprawić?

Spojrzał na mnie wyjątkowo paskudnie.

– Oczywiście, że tak. – Jego złote oczy rozpaliły się, były teraz niby dwie świetliste latarnie, które wgryzały mi się jakby wprost w duszę. – Bo widzisz, siłę nieczystą można zwalczyć tylko siłą nieczystą.– Zamrugał, po czym zacmokał z zadowoleniem. – Ty dalej nie rozumiesz, chłopcze, prawda? Nie kapujesz z tego nic a nic?

Spoglądałem na niego bezrozumnie.

– Nie, proszę pana.

Kra!

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, prezentując cały garnitur drapieżnego uzębienia.

– Możemy sobie nawzajem pomóc – ja tobie, a ty mi – podkreślił. – Ktoś rzucił urok na twoją mamę, kochanieńki. Potrafiłbym się tego pozbyć. – Pokiwał głową z miną fachowca
budowlanego – Ale nie za darmo. Przez wiele lat byłem… uśpiony – wyznał. – Gdy się przebudziłem, widzisz, Wielki Świat się trochę zmienił…

Kra!

– No dobrze, więcej niż trochę, w porządku, jasna sprawa– przyznał niechętnie. – Widzisz, straciłem naprawdę wiele wpływów – mówił coraz szybciej, coraz bardziej nerwowo, coraz bardziej chrapliwie. – Co ja mówię! Straciłem wszystkie wpływy. Śmiertelnicy nawet mnie nie dostrzegają. – Tu znowu rzucił mi życzliwe spojrzenie, o ile przestępstwo i występek można by za życzliwe uznać. – Oprócz ciebie. To dobry start, tak myślę. Potrzebuję… inwestorów.  Jestem ambitnym demonem. Chcę… chcę zostać Księciem Ciemności – wypalił.

– Ale… – wtrąciłem się w ten galopujący monolog, co chyba rozmówca mój odebrał opacznie.

– Ale, że to niemożliwe? Ha! Odpowiedni plan, przygotowania, motywacja, kilka lat i po sprawie! Ja…

– Ale co musiałbym zrobić? – zadałem pytanie, które od dłuższego czasu wisiało w powietrzu.

– Ach – poprawił się i wyprostował; przypominam, że cały czas podrzucał tę durną monetę. – No przecież klasycznie. Dobijemy targu. Wystarczy tylko cyrograf. I po sprawie. – Puścił mi oczko. – To co? Gotowy sprzedać swoją duszę? Byłbyś pierwszy!

– Kra! – dodał kruk, czarnoskrzydły mistrz marketingu.

Wszystko toczyło się jakoś strasznie szybko.

Cofnąłem się o krok, właściwie mimowolnie.

Powinienem się bać, ale…

Nie bałem się.

Czy ten dziwaczny demon miał rację?

Może moja dusza i tak była już zgubiona?

– Nie będę podpisywać paktu z siłą nieczystą! – powiedziałem równie przekonującym tonem, którym mógłbym wypowiedzieć frazę „Nigdy w życiu nie zjem już czekolady!”.

Mężczyzna w czerni zmarszczył się.

– Ach tak? – wrócił do znudzonego tonu i ponownie splunął. – To w porządku, jasne. To poczekaj tu na mnie, skoczę tylko do sklepu po popcorn i colę, pooglądamy sobie, jak to twoja mama demoluje miasto. Zaraz do akcji wjedzie wojsko. Cóż to będzie za widowisko! Fiu, fiu! Podobnych sensacji nie zobaczysz nawet w kinie!

Rys. Martyna Nejman

Zmartwiłem się.

Rzuciłem spojrzenie w stronę mamy.

Nad jej głową z olbrzymią prędkością śmigały wojskowe myśliwce, znacząc swój ślad skłębionymi, białymi smugami roztrąconego powietrza.

– Nie ma innej opcji? – zapytałem ze smutkiem.

Demon zagryzł wargi.

– Co ja mam ci odpowiedzieć? Nie mam pojęcia, czy nie ma! Jestem złym duchem i wiem tylko, że siłę nieczystą da się zwalczyć siłą nieczystą! – powtórzył swoją maksymę. – Znam tylko takie metody działania!

– No… dobrze. –zgodziłem się.

– Co? – zapytał zdezorientowany.

– No dobrze.

Naprawdę się zgadzasz?

– Tak. Tylko uratuj moją mamę – przytaknąłem, po czym, w przypływie dobroduszności, skoro i tak już sprzedałem własną, niewinną duszę:

– I miasto. Miasto też uratuj.

Demon zacisnął dłoń wkoło monety, po czym zbliżył się do mnie, ciężko powłócząc lewą nogą.

– Nie pożałujesz, Adrianie! Nawet nie wiesz, jak się cieszę z podjętej współpracy. – Nachylił się do mnie.

Pachniał jak siarka.

Zakręciło mi się w nosie.

A czego się niby miałem spodziewać?

– Wyciągnij prawą rękę – rzucił.

Zrobiłem to, co rozkazał.

Mężczyzna w czerni, zły duch z piekielnych otchłani, położył na niej roztańczoną monetę, po czym zacisnął wokół niej moje palce, składając dłoń niby w pięść.

– A teraz… – wziął głęboki oddech. – Powtarzaj za mną.

I powtórzyłem.

* * *

– Ja, Adrian, biorę tego oto ducha za swojego sługę, aby spełniał wszelakie moje zachcianki i prośby. W zamian za to – na podstawie piekielnej umowy zwanej tutaj cyrografem – zobowiązuję się oddać mu moją bezcenną nieśmiertelną duszę, uwięzioną w śmiertelnym ciele. Moja dusza należy do Pazuzu.

Jego imię to Pazuzu.

Pazuzu.

Zastanowiłem się.

– A teraz – podjął demon – wyprostuj palce.

Zrobiłem to.

Na spodniej stronie mojej dłoni nie było już złocistej monety.

Znajdowało się tam czarno-czerwone, wypalone piekielnym ogniem, okrągłe znamię.

Pieczęć naszej piekielnej umowy.

Westchnąłem.

Żegnaj duszo.

Będę tęsknić.

Kocham cię, twój Adrian.

* * *

– I co teraz? – zapytałem, pogodzony ze stratą, gdyż istniały sprawy ważne i ważniejsze.

– A teraz pstryknę palcami, cała ta ulica zniknie, a ty ockniesz się w swoim wymiarze. Poczujesz wracające do zmysłów chłód i wilgoć. Usłyszysz hałas miasta, które nigdy nie śpi. Nie napotkasz już więcej żadnych trudności. Idź do niej. I dotknij jej pieczęcią. Tą od naszej umowy. Tak – powtórzył na wszelki wypadek, gdybym okazał się głupszy, niż przypuszczał – tą, którą wypaliłem ci na ręce.

– I tylko tyle? – dopytałem.

Nie odpowiedział, nie odezwał się – wyręczył go kruk:

Kra!

Po czym usłyszałem pstryknięcie.

Ulica zniknęła.

Ocknąłem się w swoim wymiarze.

Poczułem wracające do zmysłów chłód i wilgoć.

Usłyszałem hałas nigdy nieśpiącego miasta.

Spojrzałem na swoją prawą dłoń, na znamię świadczące o tym, że jestem przeklęty.

Tyle poświęcenia, prawda?

Ale ojciec miał rację.

Ktoś musiał to naprostować, a tak się złożyło, że musiałem to być ja.

Ruszyłem w stronę mamy.

Nie było to specjalnie trudne.

Nie dało się jej przeoczyć.

* * *

Wąsy, nadwaga i policyjna czapka.

Zmierzenie wzrokiem.

– Przecież mówiłem… – zaczął mówić.

– Idę do mojej mamy.

Wyraz jego twarzy przybrał nagle naprawdę tępy wyraz.

– A, to chyba w porządku. Przepuśćcie tego chłopca! – ryknął do pozostałych mundurowych. – Idzie do swojej mamy!

Sznur męskich ramion nagle jakby się rozwiązał, torując mi drogę.

– Nie no – słyszałem głosy.

– No oczywiście! – dodawały otuchy.

– Idź do swojej mamy, zupełnie obcy chłopcze – mówili.

– Jasna sprawa, że też o tym wcześniej nie pomyślałem – dodał ktoś.

– Powodzenia! – rzucali przyjaźnie.

Nawet gdy ktoś próbował mnie zatrzymać, natychmiastowo go upominano, mówiąc rzeczy typu:

– Jak możesz?! Ten chłopiec idzie do swojej mamy!

A zaraz potem ten, który jeszcze chwilę temu chciał mi przeszkodzić, mrugał zdezorientowany, po czym tępym głosem odpowiadał coś w stylu: „Ach, no tak, jasne, to w porządku”, lub inne rzeczy, wypowiadane w podobnym kontekście, w podobnie absurdalnych okolicznościach.

Posuwałem się naprzód, otoczony szpalerem gapiów wszelakiej maści i zawodów – ludzi, którzy przerywali natychmiast swoje dotychczasowe czynności tylko po to, żeby zrobić mi wystarczająco dużo miejsca.

– Świetna sprawa, zupełnie nieznany mi chłopcze!

– Idziesz dalej, dobrze ci idzie! Twoja mama ma wspaniałe pięćdziesiąt metrów wzrostu, doprawdy imponujące, to super, że idziesz z nią pogadać, a my, zupełnie dorośli, nie próbujemy cię powstrzymać, ma to sens!

– Dobra nasza, nigdy nie czułem się bardziej odpowiedzialnie! – ryczał chór gardeł.

Cały świat zwariował, a wszystkie napotkane przeze mnie istoty także zdawały się wariować, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Gdzieś nad ich głowami przelatywał wielki, czarny jak same czeluści piekieł kruk, a ja byłem dziwnie przekonany, że pewna siła nieczysta nie tylko – zgodnie z umową – mi pomaga, co wręcz świetnie się przy tym bawi.

* * *

Zwątpiłem dopiero wtedy, gdy wkroczyłem w krąg ustawiony przez wojskowe maszyny.

Wprost na mnie – w sumie to bardziej wprost przeze mnie – spoglądał niezwykle postawny mężczyzna, o podbródku wykutym jakby z granitu, ubrany w elegancką, zieloną rogatywkę i mundur, na którego marynarce spoczywała niezliczona ilość świecących metalowych medali, przyznanych pewnie za sumienne i uporczywe zabijanie innych ludzi.

– Czego tutaj, chłopcze? – zapytał.

– Muszę dostać się do mojej mamy – wyjaśniłem.

Lecz nawet on uległ czarciemu urokowi.

Zamrugał trzykrotnie.

Poprawił czapkę na głowie i podrapał się po zafrasowanym czole.

– Rozumiem, że to ta pięćdziesięciometrowa kreatura?

– Tylko nie kreatura! – oburzyłem się.

– Ach, no tak. Przepraszam – zawahał się, zagryzając wargi, jakby nie chcąc powiedzieć tego, co pewne nieczyste siły kazały mu przekazać – proszę pana.

Uśmiechnąłem się promiennie, rosnąc w oczach.

Sięgałem mu pewnie niewiele powyżej wysokości pasa.

– Nie szkodzi – machnąłem lekceważąco ręką – drobnostka.

– Tylko jest pewien problem, chłopcze… znaczy, proszę pana. – poprawił się. – Widzisz, kiedy ktoś przeskakuje z wieżowca na wieżowiec, ciężko się do tego kogoś dostać. – Zastanowił się. – No dobrze… proszę pana – podjął w końcu. – Niech pan spróbuje z nią porozmawiać, czy coś. Jeśli się panu nie uda… – Rozłożył ramię, pokazując szereg otaczających nas wojskowych maszyn. – Wkraczamy my. Umowa stoi?

Zastanowiłem się.

Chyba nie było wyjścia, prawda?

– Stoi.

Wystawił swoją prawą rękę.

Ja wystawiłem swoją.

Przyjrzał się jej.

Miał naprawdę przenikliwy wzrok, który w tej chwili wwiercał się w dowód mojej diabelskiej współpracy.

– Tatuaż? W tym wieku? – zapytał. – To niecodzienne, proszę pana – przyznał, mrugając jak opętany, pewnie dlatego, że opętany właśnie był.

A potem przysłali po mnie helikopter.

* * *

Wiecie, kiedy przekonujemy się o lęku wysokości?

W samym środku ognia.

W cyklonie tornada.

Wtedy, gdy znajdziemy się sto metrów nad ziemią.

Opierałem stopy o podnóżek latającej maszyny, wiatr łopotał moją kurtką, tam, u góry, było naprawdę zimno, a ja – Adrian, nad wyraz dojrzały dwunastolatek – starłem się z całych sił nie patrzeć w dół.

Załoga machiny krzyczała coś do mnie przez gęsty, nieprzepuszczający niczego hałas śmigła, ryczący wiecznym WOB–WOB–WOB–WOB, a do mnie nie docierało zupełnie nic.

Jakieś ręce przywiązały mnie do solidnie wyglądającej liny, a potem, gdy helikopter zawiesił się nad jednym z drapaczy chmur, zaczęli mnie opuszczać.

Tak mi się przynajmniej wydawało; nie wiem do końca, co się wtedy działo, bo doprawdy trudno orientować się w czasie i przestrzeni, gdy masz oczy szeroko zamknięte!

W końcu moje stopy trafiły na stały ląd.

Stałem na najwyższej iglicy najwyższej budowli w mieście.

Budynek był prawie trzykrotnie większy niż mama.

A ona…

Gdy tylko mnie zauważyła, cisnęła dzierżoną w prawej dłoni cysterną z mlekiem, po czym doskoczyła do wieżowca.

Po chwili wspinania, od którego wierzchołek budynku drżał jak tektoniczna płyta, stanęliśmy twarzą w twarz.

Ja – niezdarna, filigranowa figurka na tle zdarzeń.

A ona, to znaczy moja mama

Ona była tłem.

Jeśli mówię, że w jej oczach można by utonąć, to tym razem mówię to absolutnie dosłownie.

* * *

Gdy ja wstrzymałem powietrze, ona oddychała, a nozdrza wielkości ciężarówek wypuszczały z siebie kłęby rozgrzanego dymu.

Nie wiem zupełnie, czy mnie rozpoznawała, czy nie.

To chyba cały problem z potworami, prawda?

Są tak wielkie i straszne, że człowiek jest zbyt pochłonięty lękiem, by o tym myśleć.

Czy monstra mają uczucia?

Niech najpierw nie próbują mnie zdeptać!

Gdzieś nad moją głową czarny kształt zatoczył zgrabny krąg – jakby zupełnie przeciwstawiając się siłom wiatru – a jego rozpalone niby dwie pochodnie oczy wpatrywały się we mnie z zainteresowaniem.

– Dotknij jej pieczęcią – mruknąłem pod nosem. – Łatwo powiedzieć.

A może właśnie o to chodziło siłom nieczystym?

Może umowa z nimi zawsze zawiera pewien haczyk?

Może gdyby mi się nie udało, on dostałby szybciej we władanie moją nieśmiertelną duszę?

Ale z drugiej strony…

„Ale z drugiej strony co, Adrian?”, mówił do mnie głos rozsądku, o barwie zadziwiająco podobnej do tej, którą posługiwał się mój ojciec. „Poza tym”, mówił dalej, „to wszystko brzmi niedorzecznie. Bądź rozsądny. Przecież to tylko sen.”

Sen.

Tak!

Istniała przecież szansa, że to tylko sen.

Demony, diabły, siły nieczyste, a zwłaszcza pięćdziesięciometrowe mamy – nie istnieją.

Przecież to wszystko jest snem!

Tym, co skłoniło mnie do działania, tym, co powstrzymało lęk, był zdrowy rozsądek.

Logika mówiąca, że przecież wszystko to nie miało prawa się wydarzyć.

Otworzyłem oczy i postąpiłem w przód malutkim krokiem.

Każdy następny był szybszy i pewniejszy.

* * *

Gdy stanąłem tuż przed jej nosem, między jednym nozdrzem a drugim, gdy tylko zadarłem głowę, ujrzałem największego zeza w historii świata.

Mama wpatrywała się we mnie bezrozumnie, z zainteresowaniem, jakim człowiek mógł obdarzyć jedną, pojedynczą mrówkę.

Spojrzałem na wnętrze swojej prawej dłoni.

Tak.

Było tam znamię.

Okrągłe, czarne piętno lśniło jakby własnym, mrocznym światłem.

Wziąłem głębszy oddech.

To tylko sen.

Głupi, fantastyczny sen.

Byłem gotów.

I tak oto stanęliśmy naprzeciw siebie, na dachu świata.

Adrian naprzeciw mamie.

Dawid naprzeciw Goliatowi.

Siła nieczysta naprzeciw sile nieczystej.

* * *

Przełknąłem ślinę.

Pomyślałem jeszcze, że dobrze byłoby się przeżegnać, jednakże w mojej obecnej sytuacji nie tylko niewiele by to dało, co byłoby wręcz niesmaczne.

Wystawiłem prawą dłoń, rozwierając ją odpowiednio szeroko, po czym przyłożyłem ją do olbrzymiego nosa.

Czego oczekiwałem?

Błyskawic i gromów?

Szatańskiego śmiechu?

Tańca sztucznych ogni?

Nie wiem, czego się spodziewałem, ale spodziewałem się…

Czegoś.

Nie nastąpiło nic.

Prócz dźwięku do bólu przypominającego głuche pstryknięcie palcem o palec.

A chwilę później, zamiast pięćdziesięciometrowego, żądnego krwi monstrum, stała przede mną mama, w stanie naturalnym, niższa ode mnie o głowę.

Zamrugała dwukrotnie oczami.

A potem jej źrenice gwałtownie się poszerzyły.

– Adrian! – zawołała. – Co my robimy na szczycie wieżowca?

Zastanawiałem się, co jej odpowiedzieć, ale milczałem, uznając, że informacja brzmiąca: „Mamo, jeszcze chwilę temu miałaś pięćdziesiąt metrów wzrostu” nie wydaje się odpowiednio delikatna.

– Chyba… – zadrżała z zimna. – Chyba jestem przepracowana, prawda?

Pokiwałem ostrożnie głową.

– Tak może być, mamo – powiedziałem. – Tak może być – powtórzyłem, boprzecież mogło to być prawdą, przynajmniej częściowo; mało kto harował równie mocno, co moja mama.

Zdezorientowana kobieta wpatrywała się we własne stopy, znajdujące się zdecydowanie za blisko krawędzi dachu.

– Mam lęk wysokości, Adrian. – Spojrzała na mnie. – Nigdy o tym wcześniej nie wiedziałam. – Wybuchnęła histerycznym śmiechem.

Rozluźniłem się.

– Ja też, mamo – parsknąłem.

Kolory powróciły na jej bladą do tej pory twarz, zamrugała nagle dwa razy – podobnie, jak czynili to wcześniej wszyscy dorośli na dole, jakby czas szaleństwa minął, a powrócił dobrze znany, stary, wyświechtany, niezmienny ład.

– A posprzątałeś pokój? – zapytała podejrzliwie.

Westchnąłem.

Wszystko wróciło na dawne tory.

Pomimo że znajdowaliśmy się w miejscu tak niedorzecznym, w okolicznościach równie niedorzecznych, ona martwiła się głównie o porządek, a wszystko inne zdawało się nie mieć znaczenia.

To właśnie cały problem z dorosłymi, pomyślałem.

Kimkolwiek był Pazuzu– czy to prawdziwym demonem, czy też wytworem mojej sennej wyobraźni – w jednym się nie mylił.

Ludzie nienawidzą niesamowitości, nie zauważając ich nawet wtedy, gdyby te, niby wielobarwne kwiaty, wyrosły tuż przed nimi.

Cały świat wracał do zdawna wyczekiwanej normalności.

Gdzieś przez skłębione szarością chmury przedzierały się promienie zachodzącego słońca.

Oczywiście mogłem skłamać, prawda?

Wszakże albo moja dusza nie należała już do mnie, albo też to wszystko było snem.

Kolorowym, wielobarwnym, ale jednak snem.

Prawda?

Czy kłamstwo?

Ani jedno, ani drugie.

Wybrałem tę trzecią opcję.

Odwleczenie w czasie – coś, co lubię najbardziej.

– Jutro to zrobię – wyjaśniłem jej ja, Adrian, maestro ucieczki przed odpowiedzialnością.

Przytaknęła głową w geście mówiącym: „Oby to był ostatni raz, Adrian!”,  po czym w milczeniu czekaliśmy, aż ktoś nas z tego dachu w końcu ściągnie.

* * *

Gdy wróciliśmy do domu, poczułem zatrważające zmęczenie.

Czym prędzej umyłem się, po czym wskoczyłem do łóżka, wtulając się w rozkosznie ciepłą pościel.

Zapadłem w głęboki sen, sen pozbawiony jakichkolwiek obrazów, a gdy się obudziłem, gdzieś koło południa, gdy usłyszałem hałasy dochodzące zza okna, gdy oczy, rozchyliwszy się, obserwowały najnormalniejszy na świecie sufit, poczułem ulgę.

Wszystko było zupełnie jakby po staremu.

Gdzieś zza drzwi dochodziły odgłosy przedobiedniej krzątaniny mamy.

W nozdrza uderzył zapach świeżo upieczonych naleśników.

Mój żołądek obudził się, nie prosząc nawet, lecz żądając jedzenia.

– To był tylko sen – powiedziałem do samego siebie. – Prawda? Tylko sen.

Wstrzymałem oddech, po czym spojrzałem w kierunku wnętrza prawej dłoni.

Nim zdążyłem skonfrontować się z rzeczywistością, nim zdążyłem powiązać fakty, oddzielić prawdę od snu, usłyszałem, jak coś nad wyraz ciężkiego siada na parapecie.

A potem jeszcze coś.

Pstryknięcie.

Głuchy dźwięk palca uderzającego o palec.

Zadrżałem.

Na oknie siedział wielki, czarny jak sama noc kruk, a po obu stronach jego wielkiego, czarnego dzioba, niby dwie latarnie, łypały na mnie okrągłe, złote oczy.