#26 O nawiązaniu współpracy z Arnoldem Cytrowskim

#26 O nawiązaniu współpracy z Arnoldem Cytrowskim

Dokładnie w przeddzień rocznicy działalności naszego bloga (słowo „przeddzień” zostało użyte w znaczeniu odrobinę metaforycznym, co by nadać odpowiedniego dramatyzmu i zbudować właściwe napięcie) przyszło mi podzielić się z Wami tekstem na temat współpracy, jaką podjęliśmy z naszym pierwszym „obcym” autorem. „Obcym” to znaczy całkowicie nam nieznanym i nie pozostającym z nami wcześniej w żadnych kontaktach towarzyskich. Ale to akurat mamy zamiar szybko zmienić. Mówiłam Wam, że nie jesteśmy zwykłym wydawnictwem. Budujemy więzi i stawiamy na relacje długoterminowe – bez względu na to, czy dotyczy to naszych podwykonawców, czy naszych autorów.

Kiedy uruchomiliśmy na naszym blogu zakładkę „Dla autorów”, szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się – przynajmniej na początkowym etapie – że ktokolwiek będzie do nas pisał. Jak już jednak wspominałam w naszym pierwszym facebookowym live’ie (FEJM, FEJM!), kilkoro twórców obdarzyło nas ogromnym zaufaniem i postanowiło przesłać do nas swoje teksty. Arnold był właśnie jedną z pierwszych takich osób.

Dlaczego zdecydowaliśmy się w ogóle otworzyć plik od naszego młodego wilka? Ano dlatego, że zaintrygowała nas sama treść maila. Arnold przedstawił siebie w wielkim skrócie, zrobił to jednak w taki sposób, że coś niewiadomego pchnęło mnie do tego, żeby zerknąć na jego teksty – w szczególności zaś na jeden z nich.

Jeżeli jesteś młodym autorem, tworzysz niezłe – według Ciebie – opowieści i zastanawiasz się nad wysłaniem ich do jakiegokolwiek wydawnictwa, musisz pamiętać o jednej bardzo ważnej rzeczy. To, co na samym początku liczy się najbardziej i bez czego nie powinieneś nawet próbować podejmowania kontaktu z wydawcą, to dobry blurb. To właśnie takie magiczne, pełne tajemniczej zachęty krótkie streszczenie stało się podstawą tego, że pewnego późnego wieczoru, tak po prostu, postanowiłam przeczytać „Przez czas i przestrzeń”.

Pamiętaj o tym, drogi autorze, że pisząc ofertę do wydawnictwa, masz się w pewien sposób „sprzedać”. Powinieneś więc przedstawić siebie oraz swój tekst tak dobrze, jak to tylko możliwe. To od tego zaczyna się cała zabawa. Gdyby Arnold stwierdził, że w sumie to mu się nie chce, bo przecież już zrobił swoje i napisał tę książkę, to kto wie? Może do tej pory nie otrzymałby od nas odpowiedzi?

Na szczęście dla niego (a zresztą dla nas chyba też), przeczytaliśmy tę jego bajkę. Wspomnianego wieczoru wydrukowałam sobie te 60 stron, schowałam do torby i wzięłam następnego dnia do pracy. Uznałam, że pomiędzy robieniem kaw może będę miała chwilę, żeby na to zerknąć.

Miałam tę chwilę. A potem, kiedy już miało przyjść do przygotowywania kawiarni do zamknięcia, a ja byłam na jakiejś 40 stronie maszynopisu… nie mogłam przestać. Stwierdziłam, że ekspres nie zając – ani nie ucieknie, ani nie zrobi żadnej innej szalonej rzeczy – i siedziałam już przy na wpół pogaszonych światłach, łapczywie chwytając każde słowo i czekając na rozwiązanie historii. Chyba się już domyśliliście, że zostałam oczarowana, prawda?

Po powrocie z pracy (godzinę późniejszym niż zwykle, no bo przecież ten ekspres naprawdę się sam nie umył), powiedziałam Pawłowi tylko trzy słowa: „musisz to przeczytać”. Już wtedy wiedział, że chciałabym to wydać. No ale to, co chcę ja, nie zawsze pokrywa się z tym, czego chce Paweł. Jego irytujące wręcz wymagania w odniesieniu do pomysłów charakteryzujących dobrą książkę były jedyną rzeczą, o jaką się martwiłam. Obawiałam się, że znajdzie w bajce jakiś element, który okaże się dla niego zbyt oczywisty i tym samym przekreśli spojrzenie na „Przez czas i przestrzeń” jak na naprawdę dobry tekst.

Po dwóch dniach usłyszałam zdanie, które dało początek wszystkiemu, o czym traktuje ten artykuł: „Przyznaję, dobrze by było mieć coś takiego w swoim portfolio”.

No i tak właśnie zdecydowaliśmy się, OBOJE, na to, że „Przez czas i przestrzeń” będzie pierwszym tekstem zupełnie nieznanego nam autora, jakiego wydaniem się zajmiemy.

Później nastąpiły miesiące intensywnych przygotowań „Cmentarzyska” do druku, dlatego w mailu informującym Arnolda o naszej decyzji, uprzedziliśmy, że jego z bajką będziemy mogli ruszyć dopiero wczesną jesienią.

Gdy więc nastało późne lato, postanowiliśmy się z naszym potencjalnym autorem spotkać, porozmawiać o warunkach, jakie jesteśmy w stanie mu zaproponować, ale także posłuchać tego, jakie są jego oczekiwania względem nas. No i wychodzi na to, że chyba wzajemnie przypadliśmy sobie do gustu, skoro tworzenie umowy wydawniczej jest już na finiszu, prawda? 😉

 

Martyna

Kłobookowe prace nad umową.