10. O tym, jak nie pisać fantastyki

Aga Miela

Minęło ponad sześć miesięcy od momentu podpisania przeze mnie umowy wydawniczej i pięć, odkąd po raz pierwszy wrzuciłam coś na mojego autorskiego bloga. Nie wiem, czy też to tak odbieracie, ale wydaje mi się, że z każdym tygodniem i każdą chwilą, którą poświęcacie na przeczytanie którejś z moich publikacji, coraz lepiej się poznajemy. Zwykle jest to dość jednostronne, bo nie da się ukryć, że w tej relacji to głównie ja gadam albo zanudzam Was swoimi wpisami, ale coraz częściej to Wy podejmujecie ze mną dyskusję. To chyba jedna z pozytywnych stron mediów społecznościowych: dzięki temu, że oddziela nas bezpieczna granica dwóch ekranów znacznie łatwiej jest nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Szybciej decydujemy się zagaić do obcej osoby i zapytać ją o to, jak udało jej się spełnić swoje marzenie, o czym jest jej książka, czy też po prostu: jak to jest z tym pisaniem fantastyki? 

To właśnie po części dzięki pytaniom kierowanym przez Was powstał ten wpis. Dzięki ciekawości kilkorga śmiałków dowiecie się dziś jak, NIE PISAĆ fantastyki!

Zacznijmy od początku. Tekst ten powstał dzięki Wam i ludziom z Instagrama. Za pośrednictwem tej platformy pytałam jakiś czas temu o to, za co najbardziej lubicie fantastykę i których z popełnianych przez pisarzy grzechów tak łatwo nie wybaczacie.

Uściślijmy sobie jednak pewne sprawy. Po pierwsze: wiem, że przedstawiane przez moich rozmówców wizje fantastyki nie opisują całości tego gatunku, ale – jak być może już to zauważyliście – jestem złośliwą bestią. Głównie w stosunku do siebie czy moich bohaterów, lecz nie zmienia to faktu, że czasem lubię się nieco podroczyć. Stąd też wziął się drugi pomysł na podejście do tych odpowiedzi, czyli bezpośrednie przełożenie ich na moje książki i  przybliżenie Wam nieco tamtejszych realiów.

No to startujemy!

„Lubię fantastykę za to, jak wymyka się rzeczywistości. Jak zwykłe przejście przez drzwi może nabrać miliona znaczeń i światów. Za to, że buduje historię, utyka sny, z których nie chcę się budzić. Za to, że przywraca do życia ludzi, istoty, czy czasy, których już nie ma lub które być może będą.”

Rzeczywiście, zdolne umysły pisarzy stworzyły wiele fantastycznych światów, do których można wracać latami; miejsc, w których chciałoby się zamieszkać, zanurzyć w nich i w pełni poczuć ich wspaniałość. Jeśli przyszłoby mi oceniać „Dzieci Starych Bogów” w kategorii „Mój wymarzony świat”, to sama nie dopuściłabym go nawet do klasyfikacji. Sidav – a już w szczególności Kerhalora, w której toczy się akcja moich książek, nie jest miejscem, w którym można liczyć na spokojne życie. Wszelkie przejawy inności traktowane są jako przewinienie, wystąpienie przeciw bogu. Zamieszkujące je istoty też nie zachęcają do postawienia tam domu, o założeniu rodziny już nie wspominając. Nie, to zdecydowanie nie jest kraina z pięknego snu. Bliżej jej do koszmaru, zwłaszcza jeśli wyznajesz starą wiarę.

Komu poleciłabym ucieczkę w takie niespokojne realia? Tylko wariatom. Nawet moi bohaterowie siedzą w nich zamknięci za karę.

”Za magię!”

Kurde bele, wiedziałam, że zrobiłam coś źle! Jak mogłam o tym zapomnieć? Nie ma smoków, nie ma elfów, nie ma magii – mój świat jest skończony…!

No dobra, zgoda: nie każdy klasyczny świat fantasy potrzebuje latających jaszczurek i długouchych czarusiów, jednak brak magów może sprawić, że niektórzy zakręcą z niezadowoleniem nosem. W całym Sidavie magia pojawia się wyłącznie w legendach, ale istnieje tam też coś nieco do niej podobnego. Może wyjaśnię więcej przed samą premierą pierwszej książki, bo póki co nie jest to chyba zbyt istotne. W każdym razie możecie pożegnać myśl o przecinających niebo fireballach, bo u mnie ich nie znajdziecie.

”Czytam fantastykę, bo nie jest według mnie tak ograniczona jak inne gatunki i jakoś tak ją… czuję. A oczekuję od niej zawsze tego samego – żeby nie był to romans z magią w tle, by zachowana została logika i by bohaterowie nie byli irytujący (Mary Sójki i jej męscy odpowiednicy, jeśli ktoś wie, o co chodzi). No i tyle.”

Ta odpowiedź podniosła mnie na duchu, ale już po chwili okazało się, że zrobiła to wyłącznie po to, by skuteczniej rzucić mną o ziemię. 

„Śmiech diabła” nie był pisany jako ciekawe tło dla romansu. Sporo różnych uczuć przewija się przez karty książki, co jest chyba zrozumiałe – ludzie odczuwają, kochają i nienawidzą, a oddzieranie ich z tego stworzyłoby nam armię wydmuszek. Jednak romans? Na Starych Bogów, nigdy!

Co do irytujących bohaterów, to ciężko mi to ocenić, bo znam się z tą bandą naprawdę szmat czasu. Jasne, że mnie denerwują: czasem ich zachowanie czy odzywki doprowadzają mnie do szewskiej pasji, ale to moja drużyna. Być może więc z tego powodu nie dostrzegam wad, które ujrzą w nich czytelnicy, choć zapewniam, że nie próbowałam robić z nich ideałów. To, czy udało mi się oddać ludzką, niedoskonałą część ich natury, pozostawię więc Waszej ocenie.

”Lubię fantastykę za to, że przygody bohaterów często podnoszą mnie na duchu.”

Ja również. Czasem. Ale nie jest tak w przypadku „Dzieci Starych Bogów”.

Wydaje mi się, że moja książka może zostać odebrana jako pozycja ciekawa, może nawet emocjonująca, jednak byłabym daleka od wysnuwania wniosków, że przygody Aine, Bertrama i reszty mojej hałastry mogą nieść komuś pokrzepienie. Wiecie, jako autor trochę namieszałam w ich życiach. Trochę bardzo. Gdyby byli choć odrobinę realniejsi, to szybko skończyłabym w worku, na dnie jakiegoś przyjemnego jeziorka i zawierałabym znajomości z samym synem Ternela. Obserwowanie poczynań moich bohaterów może natomiast przynosić niekłamaną radość ludziom o sadystycznych zapędach czy typowym Januszom, których cieszy pech innych. Grunt, że nie sięga on nas samych. Kurła!

”Za niesamowite opisy, dziwne języki i niezwykłe bestie, i przeciwników.”

 Na temat moich zabójczych opisów najwięcej do powiedzenia może mieć Martyna, bo – z racji prac redakcyjnych – to ona poświęca stworzonym przeze mnie tekstom najwięcej uwagi. Wbrew fantastycznej dedykacji od Arnolda, który nawiązał w niej do „Tolkiena bez penisa”, daleko mi do kunsztu mistrza, więc fani konkretnej charakterystyki topografii terenu mogą być zawiedzeni. Nie lepiej potraktowałam tych, którzy spodziewają się Prastarej Mowy, czy innych elfickich naleciałości, bo z rzuconych przeze mnie pojedynczych obcych zwrotów raczej nie sklecą słownika. Jakieś stwory się znajdą, niezwykli przeciwnicy potowarzyszą chętnym przez wszystkie trzy tomy cyklu, ale czy spełniają standardy dobrego fantasy? Nie wiem. Wbrew pozorom trudno jest znaleźć tu złoty środek.

To tylko kilka spośród około dwudziestu odpowiedzi, które otrzymałam. Wiele z nich sprowadzało się mniej więcej do tego samego, dlatego zdecydowałam się je pominąć. Teraz zrobi się jednak ciekawiej, znacznie ciekawiej… Wszystko przez to, że moje drugie pytanie dotyczyło grzechów popełnianych przez autorów, przez które podpadają sporej rzeszy czytelników. Oto kilka z nich.

Grzech numer 1: Bohaterów można rozróżnić tylko po imieniu

Przez karty „Dzieci Starych Bogów” przewija się naprawdę sporo postaci. Już pierwszy tom jest w nie dość bogaty, dlatego postawiłam sobie za cel stworzenie postaci, które da się zapamiętać. Pierwsi czytelnicy przyswoili sobie imiona dość wielu spośród tej kolorowej zbieraniny, więc zakładam, że nie jest ze mną – jako ich twórcą – aż tak źle. Liczę się jednak z tym, że pojawią się osoby krzyczące, że są za mało urozmaicone lub zbyt przerysowane. Wszystkim się nie dogodzi, lecz wierzcie mi: dokładałam starań, by moi bohaterowie rzeczywiście żyli. Osobiście uznaję, że ten proces nie wypadł jakoś tragicznie, bo są wystarczająco prawdziwi, by nękać mnie we dnie i w nocy, obsiadywać jak banda sępów i szarpać, byleby tylko doczekać się swoich pięciu minut w książce.

Grzech numer 2: Otwarte zakończenia książek/serii

No i dorwali mnie, skurczybyki. Oto mój grzech główny. Na usprawiedliwienie dodam jedynie, że „Dzieci Starych Bogów” są cyklem i część odpowiedzi czytelnicy będą musieli zdobywać po drodze, wraz z bohaterami moich książek, stąd jakiś rodzaj otwartości może się pojawić – ale spokojnie, dotyczy to tylko pojedynczych książek! Trylogia zakończy się, jak należy, brama historii zatrzaśnie się za nią z hukiem, a wszystko po to, bym mogła rozpocząć kolejną wędrówkę, do innych miejsc, a może i światów. Mam tylko nadzieję, że w tą pierwszą, w towarzystwie moich „Dzieci…”, wyruszymy wspólnie.

Grzech numer 3: Autor nie zna się na tym, o czym pisze

Bądźmy ze sobą szczerzy: nawet fantastyczne światy rządzą się jakimiś konkretnymi prawami. Autorzy powinni zdawać sobie sprawę z tego, że mięso nie rośnie na krzakach, ludzie nie są w stanie walczyć przez długie godziny dwuręcznym mieczem, a wbicie ostrza prosto w bebechy nie kończy się normalnie jedynie krótkim dniem niedyspozycyjności – chyba, że zaraz potem delikwent odwali kitę, ale wiecie, że nie o to mi chodzi. Jeśli więc ktoś bierze się za przelewanie opowieści na papier i chce nadać jej realizmu, to powinien przygotować się na długie godziny researchu i sprawdzania najdrobniejszych pierdół, które pewnie i tak nie będą dostrzeżone przez czytelników. Ze swojej strony mogę zapewnić, że robiłam co w mojej mocy, by wszystko wychodziło naturalnie. Nawet dawałam się bić mieczem, żeby sprawdzić, czy dany cios jest wykonalny i, kurcze, mam wrażenie, że to wyszło. 

Grzech numer 4: Kobiety nie potrafią tworzyć ciężkich scen

Z racji tego, że sama jestem kobietą, to traktuję to już jako dość konkretny zarzut i wzywam na świadków Martynę, Pawła oraz tych nielicznych, którzy mieli okazję zapoznać się z moim tekstem. Czy „Dzieci Starych Bogów: Śmiech diabła” są cukierkową opowiastką na dobranoc? Na pewno nie. Czy znajdą się w nim dobrze napisane ciężkie sceny? Odpowiedź brzmi: może.

Tak, dobrze widzicie: „może”. Każdy bowiem postrzega inaczej ową ciężkość klimatu i każdego przeraża czy ekscytuje coś innego. Dorastałam w miłości do horrorów, co w pobrzmiewa w moich tekstach, ale staram się nad sobą panować i utrzymywać całą historię w odpowiednim, nie tak bardzo popapranym klimacie… Przynajmniej na razie. Wiecie, jeszcze nie wiem, na co mogę sobie z wami, czytelnikami, pozwolić, jednak zapewniam, że ciężar opowieści rośnie z każdym tomem. Liczę na to, że w którymś momencie przytłoczy każdego z Was.

Lista grzechów – tak samo jak lista wspaniałości fantastyki – była dość spora, przez co musiałam ją brutalnie skrócić, by nie rozwlec się na kilka kolejnych stron. Przyznaję też, że tytuł tego tekstu może być dość mylący. Nie znaleźliście tu na pewno odpowiedzi na postawione w nim pytanie, ale jak wspominałam wcześniej jest to moje prywatne rozliczenie z tworzoną od dłuższego czasu historią. Chciałam sprawdzić, na ile wpasuję się z nią w gusta potencjalnych czytelników, no i oto mam odpowiedź. Jak ona brzmi?

Są szanse, że nie zmarnuję tej szansy.

Tak naprawdę w fantastyce, tak jak i w każdym innym gatunku, nie ma sprawdzonych patentów; nie istnieje uniwersalne rozwiązanie odwiecznego problemu „jak pisać, by być czytanym”. Można tworzyć niesamowite opowieści, ale nie trafić z publikacją w czas, gdy byłby na nie popyt. Można napisać wspaniałą historię, ale błędnie określić odpowiednią dla niej grupę docelową. Można stworzyć fantastyczny, dopracowany świat, ale nieświadomie przeładować go na tyle, że stanie się zbyt trudny w odbiorze. Można być zbyt nowatorskim. Zbyt skupionym na klasyce. Można po prostu nie mieć szczęścia.

Mam nadzieję, że moje dzisiejsze marudzenie nie było dla Was zbyt męczące, bo sama w jakiś dziwny sposób dobrze się przy tym bawiłam. Póki co „Dzieci Starych Bogów”, choć są moją historią, stanowią dla mnie taką samą zagadkę, jak dla Was. Ich los jest dla nas wszystkich nieznany. Czas pokaże, co będzie dalej, a że największym specjalistą od spraw czasu i przestrzeni jest tu póki co Arnold, to może udam się do niego z prośbą o jakąś przepowiednię.

Zanim jednak odejdę, pozostawię Was z jedną z odpowiedzi, które otrzymałam, a która to niezwykle przypadła mi do gustu:

„Uwielbiam fantastykę za to, że pozwala przenieść się w inny świat, oderwać trochę od otaczającej nas rzeczywistości. Podoba mi się, że jedyne co nas w niej ogranicza to nasza wyobraźnia. Autor ma szansę popisać się swoją kreatywnością, stworzyć postacie, przeróżne stwory, przepiękne światy. Lubię ją za to, że coś co wydaje nam się absurdalne, w fantastyce jest zupełnie oczywiste i normalne. Za to, że zaskakuje nas na każdym kroku, że nie ma w niej rzeczy niemożliwych.”

Coś w tym chyba jest, zgodzicie się?

Moje „niemożliwe” nadejdzie za jakieś pół roku. 

Kto z Was będzie wtedy ze mną?

Trzymajcie się ciepło,

Wasz Literoklikacz

Aga Miela

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności