Opowieść o ptaku, który uciekł z domu

Opowieść o ptaku, który uciekł z domu

I

Jak podpowiada powyższy tytuł, będzie to krótka opowieść o pewnym magicznym stworzeniu, które strzeliło focha i postanowiło uciec z domu.

Mówiłem Wam kiedyś, że nie przepadam za Kłobukiem, prawda? No więc moja lekka antypatia… Aaaa chrzanić to, nienawidzę tego ptaszyska! Wiem, że powtarzam to przy każdej okazji, ale gdybyście musieli spędzić z nim chociaż jeden dzień, mielibyście podobne odczucia. Nie dość, że trzeba mu usługiwać, to jeszcze mały śmierdziel wymaga, żeby człowiek cieszył się z tego, że mieszka z nim pod jednym dachem.

Sytuacja skomplikowała się pewnego dnia, kiedy mały Aleksander wpadł do kuchni z twarzą białą jak papier i oczami wielkimi jak pięć złotych. Jedliśmy akurat późne śniadanie. Ja i pan Ponury wróciliśmy w środku nocy z akcji godnej najlepszych najemników magicznego świata i udało nam się przespać zaledwie parę godzin. Było grubo po dwunastej, ale nadal siedzieliśmy pogrążeni w letargu. Mój pracodawca miał na sobie kraciastą piżamę stylizowaną na swój codzienny strój służbowy. Włosy sterczały mu rozczochrane jeszcze bardziej niż zwykle, okulary krzywo wisiały na uszach, a ze zmęczenia nawet wąsy mu oklapły. Ja nie wyglądałem lepiej, a do tego czułem się jakoś dziwnie. Zupełnie jakbym miał zaraz zachorować. No ale wracając…

Ten mały, sympatyczny chłopiec na co dzień zajmujący się szpiegowaniem własnego ojca miał wyraz twarzy, który zapowiadał katastrofę. Nie zdążyłem nawet w duchu ponarzekać, gdy odezwał się pan Ponury:

– Coś się stało, synu?

Obserwacja godna Sherlocka Holmesa.

Mały Aleksander zaczął wyginać nerwowo palce i przestępować niepewnie z nogi na nogę, a ja tylko przelotnie zastanowiłem się nad tym, co tym razem zepsuł. Dzieciak miał moc destrukcji ukrytą w dłoniach. Ale lubiłem gargulca. Chłopiec z każdą sekundą wydawał się coraz bardziej zdenerwowany i zabierał się do tematu chyba od każdej możliwej strony, dopóki jego ojciec się nie zirytował.

– Kogut chyba nam uciekł – wyrzucił z siebie wreszcie na wydechu.

Ja i mój pracodawca spojrzeliśmy po sobie w napięciu. Senne odrętwienie otulające nas jeszcze przed sekundą, zniknęło bezpowrotnie. Oboje zerwaliśmy się z krzeseł, a mały potuptał za nami. Wbiegliśmy po rozklekotanych schodach, trzymając się jak najdalej od poręczy, która z dnia na dzień wyginała się pod coraz większym kątem. Pokój księciunia znajdował się na najwyższym piętrze. Nikt poza mną i Aleksandrem tam nie wchodził z jednego, prostego powodu – każdy się brzydził. Gdybym tylko mógł, zamurowałbym te drzwi i zwyczajnie zapomniałbym o tym, że kiedykolwiek znajdowało się tam jakieś pomieszczenie. Niestety Kłobuk był zbyt ważny. Jako potężne stworzenie magiczne odpowiadał za pomyślność finansową i materialną rodziny, która się nim opiekowała. Jeśli rzeczywiście zniknął, czekała nas katastrofa.

Wpadliśmy do pokoju i już na progu cała nasza trójka rozpoczęła walkę o utrzymanie równowagi. Kogut całe pomieszczenie uwalił tym czymś, co z niego ściekało – ni to smoła, ni smar, ni coś śliskiego i lepkiego. Diabli go tam wiedzą. Pokrył tym całe królewskich rozmiarów łoże, które dla niego kupiono, perski dywan, oryginalne obrazy sprowadzone specjalnie dla niego z Włoch oraz wszystkie książki, o które wiecznie się awanturował. Jedyną czystą rzeczą w pokoju był laptop. Otaczał go specjalny pokrowiec, który – dzięki lekkiej pomocy magii – wchłaniał w siebie brud, nie pozostawiając żadnych śladów.

Dzieciak pana Ponurego podszedł ostrożnym krokiem do biurka i wskazał nam palcem na świecący w półmroku monitor komputera. Trzymając się siebie nawzajem i prowadząc jak pijany nawalonego, podeszliśmy do Aleksandra. Okazało się, że chłopiec nie kłamał. Skąd to wiedzieliśmy? W laptopie włączony pozostał był edytor tekstu, a na samym środku strony kogut napisał wielkimi literami:

„UCIEKAM Z DOMU. JEŚLI KTOŚ CHCE WIEDZIEĆ, TO WYSKOCZYŁEM PRZEZ TO OTWARTE OKNO.”

Jak powiedział, tak zrobił. Okno rzeczywiście było otwarte na oścież.

II

Przez następną godzinę mój pracodawca odebrał cztery telefony ze skargami od swoich klientów: to się zepsuło, tu magia wyciekła, tam coś, co miało żyć, umarło. Wszyscy chcieli zwrotu pieniędzy, a że pan Ponury nie miał czasu ani ochoty się o nic wykłócać, to w ciągu tych sześćdziesięciu minut jego konto w banku uszczupliło się o prawie dwieście tysięcy. Posiadanie Kłobuka to fajna sprawa, ale gdy się go traci, wtedy jedna katastrofa goni następną. Kogut mieszkał z nami już ponad rok i dzięki niemu mój pracodawca stał się prawdziwym bogaczem. Polubił bardzo swoje pieniądze i zwracał je ludziom z naprawdę ciężkim sercem, co z kolei doprowadzało go do lekkiej frustracji.

No dobra, był wkurzony jak cholera.

Wędrowaliśmy po domu, przeszukując każdy jego skrawek tak dokładnie, jak tylko mogliśmy. Otworzyliśmy wszystkie tajemne przejścia oraz zbadaliśmy każdy centymetr ukrytych za nimi pomieszczeń i korytarzy. Nic. Ten wyliniały karzeł naprawdę musiał uciec.

Gdy badaliśmy piętro domu, do naszych nozdrzy dotarł dość nieprzyjemny zapach. Fetor zaprowadził nas pod drzwi gabinetu pana Ponurego.

– O nie – szepnął, szarpiąc się mocno za wąsy. – Tylko nie to.

Gabinet mojego pracodawcy był miejscem niemalże świętym. Nikt poza nim nie miał prawa tam wchodzić. Trzy trolle, o których Wam kiedyś opowiadałem, stały się wyjątkiem, który obaj wspominaliśmy raczej niechętnie. Osobiście zajrzałem do środka tylko kilka razy, a i tak zawsze kończyło się na tym, że stałem w progu. Teraz tkwiliśmy pod drzwiami, mój szef z ręką na klamce, ja lekko z tyłu ze skrzyżowanymi na plecach rękami i obojętną miną. Aleksander zaczaił się za mną, marszcząc z obrzydzeniem nos.

Pan Ponury nacisnął klamkę i pchnął drzwi, po czym zalała nas fala ciężkiego smrodu. Zaczęliśmy kaszleć, a po chwili, zatykając sobie nosy i usta, wkroczyliśmy do środka.

W rogu pokoju stał wielki, lekko zdezelowany i wgnieciony w kilku miejscach sejf chroniący najcenniejsze papiery posiadane przez mojego pracodawcę. Pod stosunkowo nowym oknem umieszczono wygodne skórzane krzesło oraz dębowe biurko najwyżej klasy. Stał na nim komputer, resztki obiadu z poprzedniego dnia oraz cała masa innych, przypadkowych rzeczy. Na całej długości ścian wstawiono drewniane regały, na których pan Ponury trzymał magiczne artefakty zdobyte podczas naszych podróży. Niektóre były mniej potężne, inne bardziej, lecz każdy z nich zawsze do czegoś się przydał. Większość miało jeszcze jedną wspólną cechę. Mianowicie udało się je zlokalizować i zdobyć dzięki pomocy Kłobuka. Teraz, gdy nawiał, wszystko to, do znalezienia czego się przyczynił, zaczęło się rozkładać i gnić. Bezkształtne bryły topiły się i kapały na puszysty, miękki dywan, z kilku unosił się zielony dym, a parę najwyraźniej w jakiś sposób eksplodowało, w wyniku czego obserwowaliśmy ich szczątki wbite w sufit.

Mój pracodawca ostrożnie podszedł do swojego biurka i dotknął ekranu laptopa, który pod tym delikatnym naciskiem pękł i złamał się wpół – pewnie został kupiony za pieniądze zarobione dzięki Kłobukowi. Pan Ponury odwrócił się w naszym kierunku taką miną, jakby miał się zaraz rozpłakać.

– Musimy go znaleźć, panie Forge, bo inaczej wszystko, co osiągnęliśmy, zamieni się w gów… Co ty tutaj robisz?!

Dopiero teraz spostrzegł swojego najmłodszego syna próbującego dotknąć jednej z bezkształtnych brył roztapiających się na dywan. Aleksander podskoczył jak oparzony i odwrócił się w stronę ojca z miną najbardziej niewinnego szczeniaka chodzącego po tym ziemskim padole łez.

– No… ja… hmmm… – zaczął się jąkać, szurając nogami po plamach błota na podłodze. – Co to jest, to wszystko?

Przez chwilę byłem ciekawy, w jaki sposób mój pracodawca wyjaśni dziecku to, czego właśnie byliśmy świadkami.

III

Rozczarował mnie. Spodziewałem się jakiegoś żałosnego przedstawienia i niskich lotów tłumaczeń, w które nawet przygłupi olbrzym by nie uwierzył. Poza tym potrzebowałem się z czegoś pośmiać, bo ostatnimi czasy doprawdy czułem się parszywie. Tymczasem pan Ponury po prostu wygonił dzieciaka, dając mu lekkiego klapsa i nakazując siedzieć w swoim pokoju. Uważałem, że młody Aleksander po całym trudzie, który włożył w szpiegowanie własnego ojca, zasługiwał co najmniej na jakieś przyzwoite kłamstwo z jego strony.

Mój pracodawca bezceremonialnie zatrzasnął drzwi zaraz za plecami syna i zrozpaczony rozejrzał się po swoim gabinecie. Wszystko, na co pracowaliśmy przez ostatni rok, zamieniało się w bezkształtną (za to bardzo wonną) masę. Kątem oka dostrzegłem maleńki mikroskop stojący na jednej z półek. Stał tam, nieskazitelny i błyszczący, pośród tego całego burdelu i gdyby przez to nie rzucał się tak w oczy, zapewne nawet bym nie zauważył, że sam z siebie przesuwa się powoli w kierunku krawędzi półki, na której stał od lat. Nieśpiesznie podszedłem do pana Ponurego i dźgnąłem go łokciem w bok, a gdy na mnie spojrzał, wskazałem niemal niedostrzegalnie głową na to, co się dzieje. Sekundę później mikroskop runął na podłogę i rozbił się na drobne kawałki.

Nie pozostawiło nam to jednak wątpliwości – coś poza nami rozgościło się w gabinecie mojego pracodawcy.

Wtem poczułem wszechogarniający i całkiem irracjonalny gniew. Nieznane mi wcześniej pokłady nienawiści wypełniły moje ciało i przyćmiły zmysły tak potężną falą, że aż mną zachwiało. Pan Ponury obrzucił mnie czujnym spojrzeniem, lecz nie wypowiedział ani słowa. Zamiast tego podszedł do swojego biurka, otworzył kilka szuflad i zaczął mieszać ze sobą zioła w marmurowej misie, której używał do odprawiania niektórych rytuałów. Pracował szybko i pewnie. Był może oszustem i zawsze szukał drogi na skróty, ale rzetelnego wykształcenia nikt nie mógł mu odmówić. Zmieszał ze sobą kilkanaście różnych proszków, nawrzucał do naczynia jakichś ususzonych gałęzi, a na koniec podpalił to wszystko zwyczajną zapalniczką, wypowiadając przy tym kilka szybkich słów.

Coś syknęło, naszym oczom ukazał się niewielki płomień, a w następnej chwili cały gabinet wypełnił gryzący, szkarłatny dym. Zacząłem kasłać i poczułem, że coś rwie mnie w piersi. Uderzyłem się w nią kilka razy, ale nie mogłem nad sobą zapanować, zgięty w pół.

Co to za nowe diabelstwo?!, zastanowiłem się, siadając na podłodze. Przecież zaraz płuca wypluję!

Nie widziałem niczego, co znajdowało się dookoła mnie, ale mój pracodawca Ponury musiał runąć na dywan gdzieś obok, ponieważ usłyszałem, że i on zanosi się kaszlem. Prychał i piszczał, jakby go ktoś za jaja ścisnął, lecz akurat to było całkowicie w jego stylu.

Już chciałem podczołgać się do okna, by je otworzyć i w ten sposób pozbyć się tego czegoś, co najwyraźniej postanowiło nas zabić, gdy poczułem na twarzy chłodny powiew świeżego powietrza. Po niespełna minucie mogliśmy normalnie oddychać. Przecierając oczy, odwróciłem się w prawo, mając zamiar nawrzeszczeć na pana Ponurego, i zamarłem z otwartymi ustami.

Ktoś rzeczywiście upadł na dywan obok mnie, lecz na pewno nie był to człowiek, dla którego pracowałem.

IV

– Kim jesteś?! – zapytał ostro mój szef, opierając się o biurko.

Jeśli teraz bawimy się w przetrzymywanie w domu cudzych dzieci, to ja odpadam, pomyślałem, przełykając ślinę. Jeszcze tego brakuje, żeby nas zgarnęli. Spójrzcie na mnie! Nie dałbym sobie rady w więzieniu! Te wszystkie rzeczy, które by mi zrobili… To wszystko, co ja musiałbym zrobić…

Aaaaa… No bo zapomniałem naświetlić sytuację. Obok mnie, na tym niegdyś pięknym i puszystym dywanie, siedziało grube dziecko. Ja niby nie mam nic do otyłych chłopców, ale ten mały koleś musiał poświęcić mnóstwo czasu, żeby spaść się do tego stopnia. Do tego był rudy i piegowaty – na bank nikt go nie lubił. Jeszcze ubrał się w za małe niebieskie krótkie spodenki i koszulkę w biało-czerwone paski.

Rys. Art of Martyna Nejman

– Hę? – odpowiedziało nad wyraz inteligentnie dziecko.

– Pytałem: kim jesteś? Co robisz w moim domu?!

– To wy mnie widzicie? – zdziwił się rudy grubas.

Do tego wszystkiego jest bystry jak paczka żelków. Chłopak zgarnął przy narodzinach pełen pakiet, nie ma co.

Pan Ponury wyjaśnił dzieciakowi działanie zaklęcia, które rzucił (ujawniało wszystko, co było ukryte, i niwelowało działanie czarów maskujących), po czym trzeci raz powtórzył swoje pytanie. Ja ciągle siedziałem w tym samym miejscu, a na razie moim jedynym osiągnięciem stało się zamknięcie japy i zmazanie z twarzy wrażenia szoku. Jak na mnie to i tak nieźle.

– Nazywam się Pech – odpowiedziało dziecko po dłużej chwili milczenia. – Radzę wam okazywać szacunek, bo to wszystko – tu wskazał okrężnym ruchem dłoni wnętrze gabinetu – to dopiero początek.

Mój pracodawca zamrugał szybko i poprawił okrągłe okulary na nosie. Minę miał niepewną, ale wcale mnie to nie dziwiło. W magicznym świecie istnieje równowaga, która prędzej czy później dotyka każdego. Korzystaliśmy z Kłobuka już długi czas i jeśli chodzi o gromadzenie skarbów, za każdym razem odnosiliśmy powodzenie. Wygrywaliśmy każdą aukcję, nawet jeśli płaciliśmy mniej, niż coś było warte, a to, co chcieliśmy ukraść, dziwnym trafem zawsze lądowało w naszej kieszeni. Jeśli pomimo wszystko czegoś nie zabraliśmy, to i tak w cudowny sposób pojawiało się to w naszym domu. Jednym słowem – mieliśmy nieograniczone szczęście związane z rzeczami cennymi i wartościowymi. Magiczny świat w końcu jednak znalazł sposób, żeby wyrównać ten rachunek i przy okazji ugryźć nas w tyłek.

– Mówiąc, że nazywasz się Pech, masz na myśli to, że… – zaczął ostrożnie pan Ponury.

– Mam na myśli to, że jestem prawdziwym pechem – odpowiedział wojowniczo gruby dzieciak. – Czasami człowiekowi dopisuje szczęście, a czasami ma pecha. To właśnie ja.

Powinieneś wykładać na uniwersytecie, pomyślałem z ironią. Wszystko potrafisz wyjaśnić w tak elokwentny sposób.

– Powiedz temu twojemu skrybie, że jeśli się nie zamknie, to ktoś w końcu przetrąci mu tę jego zapadniętą jadaczkę – warknął Pech, piorunując nas spojrzeniem.

Pięknie, a do tego potrafi czytać w myślach. Jakby nam było mało.

V

Kolejną godzinę spędziliśmy na próbach dojścia z Pechem do porozumienia. Negocjowaliśmy małe odroczenie, lekkie przymknięcie oczu na niektóre z naszych prób odnalezienia ptaka i okazjonalne odwrócenie głowy w drugą stronę podczas wysiłków, które wkładaliśmy w zrobienie czegokolwiek. Osiągnęliśmy tyle, że rudzielec łaził za nami krok w krok i przeszkadzał dosłownie we wszystkim. To nie przenośnia. NIC nam się nie udawało. Nawet przy schodzeniu po schodach o mało się nie zabiliśmy, a gdy jakimś cudem udało nam się wyplątać z własnych ubrań i leżeliśmy na podłodze dwa piętra niżej, zaatakował nas wściekły gołąb. Skąd gołąb w takim porządnym magicznym domostwie? Tego ni cholery nie wiem, ale jakoś się znalazł.

Już wcześniej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że zmokły kogut nie kłamał i naprawdę nie było go na terenie posiadłości. Gdy wyszliśmy na dwór, poniekąd mi ulżyło, bo miałem wrażenie, że jeszcze godzina spędzona w towarzystwie tych wszystkich ruchomych przedmiotów o ostrych krawędziach i nie byłoby już czego z nas zbierać.

Przechodziliśmy ostrożnie przez porośnięty chwastami podjazd w kierunku głównej bramy. Żona pana Ponurego i pozostałe dzieci były w tym momencie w szkole, więc przynajmniej nie musieliśmy się tłumaczyć tej ciekawskiej babie. Szef trzymał mnie za ramię, prowadząc przed sobą w obawie przed tym, że coś nas zaatakuje. Szliśmy bardzo powoli, roztropnie stawiając każdą stopę, ale i tak w jakiś sposób zaryliśmy o wystające z ziemi kamienie i rozwaliliśmy sobie buty. Gruby dzieciak szedł za nami, co rusz parskając śmiechem.

– Nigdy nie spotkałem żadnego z nieśmiertelnych – próbował zagadać pan Ponury. – Nie sądziłem, że… To znaczy myślałem, że…

– Mogę przybrać dowolną postać, handlarzu – wpadł mu w słowo rudy dzieciak. – Tak się złożyło, że to jedna z moich ulubionych. Poza tym zaskoczyłeś mnie swoim zaklęciem.

Jedna z moich ulubionych?, powtórzyłem w głowie, za wszelką cenę próbując skierować myśli w inną stronę.

– Na twoim miejscu uważałbym ze złośliwościami, Forge – przestrzegł mnie dzieciak lodowatym tonem. – Kto wie, co może ci się stać, zanim dotoczysz się do bramy? A czekaj, ja wiem.

Złośliwy bachor, wyrwało mi się.

– I kto to mówi? – odciął się Pech. – Do tego jesteś najbardziej zrzędliwym skrybą, jakiego miałem nieszczęście spotkać.

Zacisnąłem tylko pięści w bezsilnym geście i znów poczułem, że moje ciało wypełnia gniew. Przymknąłem oczy, łapiąc kilka głębokich oddechów, a kiedy je otworzyłem, wzdrygnąłem się mimowolnie, ponieważ w powietrzu przed moją twarzą unosił się ten parszywy rudzielec, wpatrując się we mnie czujnie tymi swoimi świńskimi oczkami.

– Co w tobie siedzi, Forge? – zapytał chłopak, lewitując przede mną. – Radziłbym ci się tego szybko pozbyć, bo niedługo może się zrobić nieprzyjemnie.

Stwierdziłem, że nie będę odpowiadał na prowokację. Czułem jednak na swoich plecach spojrzenie mojego pracodawcy.

VI

Okazało się, że ten brudny gnojek jest jeszcze mniej przebiegły, niż się spodziewałem. Mam tutaj na myśli Kłobuka. Spodziewałem się, że będziemy musieli go szukać po innych miastach albo że schowa się w jakimś śmierdzącym kanale, a tymczasem ta marna imitacja czegokolwiek łaziła po naszej ulicy i pukała od domu do domu, żebrząc o schronienie i coś do żarcia.

Nie było trudno znaleźć go po śladach, które zostawiał na asfalcie. Mistrzem kamuflażu też nie był, o subtelności nie wspomnę. Zdążyłem wywnioskować, że jedna z naszych sąsiadek zemdlała, gdy gadający kogut okazał się pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła po otwarciu drzwi.

Mogła przynajmniej dostać zawału, pomyślałem, badając jej puls. Przynajmniej nie musielibyśmy czyścić jej pamięci.

Zanim pokonaliśmy połowę dystansu dzielącego nas od ptaka, zdążyliśmy się już cali utytłać w smarze i obić sobie kilka kości. Nieważne, jak bardzo próbowaliśmy unikać tych śliskich plam, i tak w jakiś sposób materializowały się pod naszymi stopami. Pech machał tylko złośliwie tymi swoimi pulchnymi paluszkami, dyrygując otoczeniem według własnego widzimisię. Pan Ponury miał pęknięte okulary i zdartą na łokciach marynarkę – pamiątki po zderzeniu ze staczającym się z podjazdu samochodem. Ktoś musiał „przez pomyłkę” zapomnieć zaciągnąć ręczny hamulec. Dzielnie jednak brnęliśmy do przodu i po kilkunastu minutach dostrzegliśmy Kłobuka człapiącego ze spuszczoną głową po naszym osiedlowym chodniku. Skrzydła też wisiały mu tak jakoś żałośnie. Nie wyglądał na uszczęśliwionego, ale odwrócił się z nadzieją, gdy usłyszał za sobą kroki.

– Czego chcecie?! – warknął niechętnie, gdy zdał sobie sprawę, że to my. – Zostawcie mnie w spokoju!

Mały, niewdzięczny…

– Jeśli chcesz, żeby wrócił, to powinieneś być milszy – pouczył mnie Pech.

Zacisnąłem zęby, wściekły. Nienawidziłem czytania w myślach. Kłobuk tymczasem patrzył na nas wyczekująco przez chwilę, a gdy pan Ponury otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kogut odwrócił się, wypiął kuper (czy co to tam miał) i odszedł, ostentacyjnie nim kręcąc. Spojrzałem tylko na swojego pracodawcę z rezygnacją, po czym ruszyliśmy za nim. Nie muszę chyba powtarzać, że poślizgnęliśmy się na plamie, którą ten zafajdany niewdzięcznik zostawił za sobą.

Pech lewitował nad nami, co również nie ułatwiało utrzymania na naszej ulicy statusu normalnej rodziny. Pogodziłem się już z faktem, że będziemy musieli asekuracyjnie wyczyścić pamięć wszystkim sąsiadom.

– Może byś tak na nas zaczekał, co? – krzyknął w końcu pan Ponury, wracając po buta, którego chwilę wcześniej zgubił.

– Po co?! – wyrzucił z siebie Kłobuk, przystając w miejscu. – I tak mnie nikt nie lubi. Nikt mnie nie odwiedza… Nie wspomnę nawet o jakimś wspólnym Netfliksie, czy czymś takim.

Na litość boską, jęknąłem w duchu. Jeśli jeszcze będę musiał z nim oglądać jakąś „Plotkarę” czy inne badziewie, to tym razem ja ucieknę z domu.

Pech zachichotał złośliwie.

– Myślicie, że wystarczy dać mi komputer, rzucić raz dziennie jajecznicę i wszystko będzie w porządku?! – krzyknął Kłobuk, wybałuszając na nas swoje krwistoczerwone oczy. – Ja też mam uczucia! Zraniliście mnie na wskroś!

– Poprawimy się, obiecujemy! – obiecywał mój pracodawca. – Jeśli do nas wrócisz, będziemy cię lepiej traktować!

– Jasne, już to widzę – prychnęło ptaszysko. – Nic się nie zmieni. Jesteście tacy jak wszyscy!

Po tych słowach odwrócił się i popędził w kierunku najbliższego domu. Jęknąłem w duchu, bo wiedziałem, kto tam mieszka. Najbardziej wścibski z sąsiadów, których mieliśmy. Koleś nie uznawał czegoś takiego jak granice albo prywatność, więc co jakiś czas węszył koło naszego domu. Z racji tego, że subtelnością dorównujemy naszemu magicznemu uciekinierowi, pan Ponury musiał mu czyścić pamięć już ze cztery razy.

Zanim jednak udało nam się dogonić Kłobuka, ten zniknął już we wnętrzu domu, wskakując przez otwarte na parterze okno.

Zaklęliśmy wraz z moim pracodawcą siarczyście, a następnie pokuśtykaliśmy za nim.

VII

Czytacie już trochę te dzienniki, więc możecie się domyślić, z jaką płynnością i gracją udało nam się wejść przez to okno, prawda?

Zacząłem przedzierać się przez urządzony po kawalersku salon (zniszczona kanapa, najnowszej technologii telewizor i ze dwa wysiedziane fotele, kwiatów brak, za to pudełek po jedzeniu na wynos i pustych puszek po piwie pod dostatkiem), podczas gdy pan Ponury nawoływał naszego współlokatora. Odpowiedział mu głos, którego za wszelką cenę nie chcieliśmy usłyszeć:

– Kto tu jest, do jasnej cholery?! Kto włamał mi się do domu?!

W następnej chwili do pomieszczenia wpadł staruszek, lat około siedemdziesiąt, z kijem bejsbolowym w jednej ręce i zwiniętym świerszczykiem w drugiej. Nie sądziłem, że ktoś jeszcze kupuje takie rzeczy w wersji papierowej, ale cóż…

Nasz sąsiad był praktycznie łysy, a siwe włosy odstawały mu tylko po bokach i w niektórych miejscach z tyłu głowy. Nosił długie wełniane skarpety koloru szarego, pocerowane, kupione chyba trzydzieści lat temu bokserki, upiększone teraz jakimiś zaschniętymi plamami, oraz podartą w kilku miejscach koszulkę na ramiączkach. Ważył na oko ze trzydzieści kilo i miał chyba o dwa rozmiary za długie kończyny, lecz w oczach płonął mu ogień. Stanął jak wryty i wpatrywał się przede wszystkim w lewitującego dwa metry nad ziemią małego, grubego chłopca. Wybałuszył oczy, nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa. Pech tylko do niego pomachał, szczerząc zęby w złośliwym uśmiechu.

– Jeśli tylko pozwoli mi szanowny pan wyjaśnić – zaczął pan Ponury i zaciął się w połowie.

Przerwał, ponieważ za plecami staruszka zauważyliśmy skradającego się komicznie Kłobuka. Mały złodziej musiał grzebać w lodówce i kuchennych szafkach, ponieważ pomiędzy złożonymi skrzydłami dostrzegliśmy paczkę płatków kukurydzianych, chipsów oraz butelkę coli.

– Jeśli tylko pozwoli mi pan wyjaśnić – spróbował rozpaczliwie po raz kolejny mój pracodawca.

Niestety nasz sąsiad już obracał głowę, wabiony mlaszcząco-ssącym odgłosem wydawanym przez człapiącego po parkiecie zmokłego koguta. Nic nie dało się zrobić. Stary wrzasnął przeraźliwie, lecz zamiast uciekać, rzucił się na ptaka z kijem. Kłobuk nastroszył pióra, wydał z siebie przerażony pisk i zaczął machać skrzydłami, rozchlapując smar dookoła.

– Wiedziałem, że wszyscy z tej rodziny są pochrzanieni – krzyknął sąsiad, wyprowadzając pierwszy cios. – Nikt mi nie wierzył, kiedy mówiłem, żeście magiczne kreatury! Mówili, że zwariowałem!

Ptak biegał tymczasem po kuchni, zrzucając przy okazji wszystko, co stanęło mu na drodze. Tylko dzięki ślepemu szczęściu uniknął pierwszych dwóch uderzeń, trzecie jednak drasnęło mu łeb, w wyniku czego padł nieprzytomny na podłogę. Nasz sąsiad stanął nad nim, dysząc ciężko i unosząc kij w celu zadania śmiertelnego ciosu.

– Proszę pana, radzę się opamiętać! – krzyknął pan Ponury, biegnąć w ich stronę. – Ja potrzebuję tego ptaka!

Tego, co mówił dalej, już nie słyszałem, ponieważ w moich uszach rozległo się rytmiczne dudnienie, a wszystko dookoła jakby wyblakło. Poczułem straszliwy chłód, w głowie usłyszałem też znajomy chichot.

Zacisnąłem zęby tak mocno, że prawie mi popękały, po czym machnąłem krótko ręką. Rzuciłem moim pracodawcą o ścianę z siłą tak wielką, że aż jęknął. Pech pojawił się przede mną, ale nie zrobił nic, by mnie powstrzymać. Chyba po prostu chciał mieć na wszystko lepszy widok.

Chociaż raz nie będziesz przeszkadzał, pomyślałem, czując zalewające mnie fale nienawiści.

Wszedłem pewnym krokiem do ubogiej, zaniedbanej kuchni i skręciłem dłoń w nadgarstku. Stary człowiek poderwał się nad ziemię, wypuszczając z dłoni ściskany przez cały czas kij. Przyciągnąłem wyciągniętą rękę lekko do siebie i stanąłem z sąsiadem twarzą w twarz. Staruszek parskał i prychał, tracąc już całą wolę walki. Wystarczyło go jedynie puścić, a następnie wyczyścić mu pamięć.

– Panie Forge! – usłyszałem za swoimi plecami głos mojego pracodawcy. – Natychmiast zostaw pan tego człowieka w spokoju! Natychmiast!

Obróciłem głowę w jego stronę. Do tej pory nie wiem, co dostrzegł wtedy w moich oczach, lecz odsunął się z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Poczułem, że się uśmiecham, a potem tylko przekręciłem szybkim ruchem dłoń. Ciszę w kuchni przerwał głośny chrzęst i głuchy łoskot upadającego na parkiet ciała.

Stary leżał martwy w swoim domu, pan Ponury przyglądał mi się z niedowierzaniem, Pech był wyraźnie zaciekawiony, a Kłobuk spoczywał nieprzytomny na podłodze.

– Coś pan narobił? – wyszeptał mój pracodawca, nie zbliżając się nawet na krok.

VIII

Stałem w oknie swojej sypialni na poddaszu i obserwowałem znikający za zakrętem karawan. Odzyskałem władzę we własnym ciele tuż po dokonaniu morderstwa, ale nie uczestniczyłem w procesie zacierania śladów w mieszkaniu naszego sąsiada. Pan Ponury wysłał mnie do domu i nakazał nie opuszczać swojego pokoju. Nie żebym miał na to jakąkolwiek ochotę.

Pech wisiał nad moją głową, lecz przestał mi docinać i utrudniać życie od momentu, w którym Kłobuk ponownie przekroczył progi posiadłości. Przyglądał mi się tylko badawczo, a ja postanowiłem milczeć i całkowicie go ignorować.

Po godzinie w sypialni zjawił się mój pracodawca. Zamknął za sobą dokładnie drzwi, po czym położył na nich dłoń i wyszeptał kilka słów. Zapewne użył zaklęcia wygłuszającego.

– Panie Forge, chcesz mi pan powiedzieć, co to miało być?! – zapytał wściekłym tonem.

Wzruszyłem tylko ramionami, milcząc.

– To wszystko, co masz mi pan do powiedzenia?! Zabiłeś pan dzisiaj człowieka! Co się z tobą ostatnio dzieje?!

Po raz kolejny wzruszyłem ramionami, a Pech zachichotał.

IX

– I obiecujecie poświęcać mi więcej uwagi, tak? – upewnił się po raz kolejny Kłobuk.

Staliśmy całą czwórką w sypialni ptaka, dobijając targu.

– Tak – potwierdził pan Ponury zmęczonym tonem. – Zróżnicujemy ci również dietę i będziesz mógł wychodzić do ogrodu.

– A mój aerobik? – cisnął dalej ptak. – Chcę, żeby twoja żona ćwiczyła ze mną. Kupiłem już płyty DVD!

– Dobrze, będzie ćwiczyć – ustąpił pan Ponury, a ja i rudy dzieciak parsknęliśmy śmiechem.

Kłobuk milczał przez chwilę, przetwarzając warunki mające polepszyć standard jego bolesnej egzystencji, aż w końcu łaskawie odparł:

– Dobrze, mogę zostać. Nie będę już uciekał.

Ja i pan Ponury odetchnęliśmy z ulgą, lecz – jak się okazało – to jeszcze nie był koniec.

– A co z twoim Netfliksem? – wtrącił Pech, lewitując w kółko pod sufitem.

– Właśnie! – rozzłościł się ptak. – Myśleliście, że o tym zapomniałem, tak?!

– Wiem z pewnych źródeł, że Forge bardzo chce z kimś obejrzeć wszystkie sezony Plotkary. Jestem pewny, że z chęcią dotrzyma ci towarzystwa.

Zawsze na mnie trafi, pomyślałem, zwieszając smętnie głowę.

 

Skryba: A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira