10. Przed premierą

Arnold Cytrowski

PONIŻSZY WPIS ZNAJDUJE SIĘ TAKŻE W FORMIE VIDEO

Przed premierą.

Tak.

Czas zleciał jak strzał z bicza, znaczy się, że szybko, a mi zebrało się na sentymenty.

Lada moment książka pojawi się w formie fizycznej, co oznacza, że – przynajmniej na obecny etap opowieści zwanej życiem – wszystko skończy się dobrze.

Ale powoli, od początku.

Napisałem „Przez czas i przestrzeń” w jeden dzień, bo musiałem, poniekąd.

2015 rok.

Nigdy nie myślałem o tworzeniu bajek dla dzieci, ale w internecie pojawił się konkurs organizowany przez jedną z wielkich sieci supermarketów, czekałem na przypływ weny, a gdy okazało się, że termin zgłoszenia prac zbliża się nieubłaganie, w mojej głowie nagle, znikąd – jak zwykle – pojawił się pomysł. 

A ja czułem, że jest zbyt wartościowy, by nie spróbować.

Miałem na to wszystko dwadzieścia cztery godziny, podjąłem rękawice.

Pisałem cały, calutki czas, z przerwami na kawę, jedzenie, czy zimny prysznic, wybijałem kolejne litery na klawiaturze jak jakiś spóźniony pianista, opowieść rozwijała się na moich oczach.

Poniekąd zawsze piszę od końca, to znaczy: wszystko zaczyna się u mnie od zakończenia i to ono prowadzi mnie jak wystrzelona kula rewolwerowa aż do samego końca.

Historia wydłużała się i skręcała. Z początku obawiałem się, że będzie za krótka, że starczy tego wszystkiego na parę stron ledwie, ale im więcej czasu spędzałem przed monitorem, tym bardziej okazywało się, ze cały ten projekt osiąga całkiem spore rozmiary.

Najpierw nieprzespana noc, potem nerwowy poranek, potem dziewiąta dwadzieścia dwa.

Udało się, skończyłem. Miałem czas do dziesiątej, bo po tej godzinie zamykał się system, zostało jakieś pół godziny na pospieszne przejrzenie zawartości.

Zdawałem sobie sprawę, że to wszystko może być dziurawe jak szwajcarski ser, ale nie miałem wyjścia. Zresztą, na tyle, na ile niewyspany mózg mógł stwierdzić coś obiektywnie, efekt moich prac okazywał się… całkiem niezły. Nie wydawało mi się, żeby opowiadanie zawierało jakieś rażące błędy, fabuła wydawała się naprawdę spójna, poczułem zadowolenie.

60 stron a4.

Przeciągnąłem się w fotelu, ziewnąłem.

Dopisałem wymarzone słowa: KONIEC.

Piękne uczucie, najlepsza część aktu tworzenia. Dalej ją uwielbiam.

A potem włączyłem formularz on-line, załączyłem plik…

I dramat.

Okazało się, że warto czytać regulaminy.

Moja świeżo powstała opowieść była za długa, i to zdecydowanieza długa, co najmniej trzykrotnie.

Nie dało się tego nijak poskracać, i nie chodzi tu tylko o brak czasu, ale i o to, że cała bajka straciłaby sens.

Cała moja walka poszła na marne, można by powiedzieć, ale i tak byłem zadowolony.

Stworzyłem dobrą rzecz, z której mogłem być dumny. Tak naprawdę, była to pierwsza długa historia, którą napisałem od samego początku do samego końca. Nie miałem sobie nic do zarzucenia, chociaż próbowałem. Pogodzony z losem wyłączyłem laptop i pognałem na uczelnie.

To był dobry dzień.

Minęło trochę czasu. 

Wskutek życiowych przemyśleń wziąłem urlop dziekański, by pisać książki na poważnie, żeby zacząć traktować swoje marzenie jako coś więcej niż tylko mrzonki.

Zacząłem pisać bardzo dużo, rozwijać się jako autor, poznawałem samego siebie coraz lepiej i lepiej, a „Przez czas i przestrzeń” leżakowało sobie na półce jak wino, które potrzebuje kilku lat, by nabrać szlachetności.

Tak było aż do 2018 roku, gdy dowiedziałem się o Projekcie Kłobook (tak się wtedy nazywali).

Nie wiem co, do cholery jasnej, mnie podkusiło, ale stwierdziłem, że wyślę im swoją bajkę, że to właśnie jest ten czas – bo co właściwie ryzykuję?

Wydawali się młodzi, ambitni, pełni pasji do tego, żeby zmienić ten skostniały świat wydawców literatury. Napisałem krótki blurb oparty stricte na książkowej treści, dodałem krótką notkę o sobie (bo ile można pisać o kimś, kogo życie jest skrajnie nudne) i wysłałem maila.

Kilka dni ciszy, zresztą nie spodziewałem się wiele. Wydawnictwa – jeśli nie wiecie – z reguły po prostu nie odpisują, nie miałem żadnych oczekiwań. Zresztą, na głowie egzaminy, nauka, stres. Nie było czasu o tym myśleć, bo to był czas na poważne sprawy i na poważną walkę o przetrwanie, a nie na marzenia.

A potem przyszedł feralny dzień 21 czerwca, przesilenie letnie, początek egzaminów.

Obudziłem się w nocy przez hałasy dobiegające z łazienki. Byłem strasznie zły, myślałem, że znowu współlokatorzy wrócili pijani, że albo się myją o trzeciej w nocy, albo nie wyłączyli wody. Z niezadowoleniem wstałem, wyszedłem z pokoju, ruszyłem przez korytarz, a tu dramat, znowu.

Pękła jedna z rur pod ciśnieniem. Okazało się, że naszemu mieszkaniu grozi powódź, a woda właśnie sięgała kostek, musiała się lać tak przez dobrą godzinę.

Taka prywatna Wenecja, cholera jasna.

Ten dzień nie zapowiadał się dobrze.

Przed jednym z egzaminów wybrałem się do sklepu hydraulicznego po nowe węże, byłem zły i zmęczony, no ale co zrobić, that’s the way it is, takie życie, taki pech – albo taka karma.

Po zakupach wychodzę na zewnątrz, odpinam rower, dostaję powiadomienie mailowe, otwieram od niechcenia, a tam…

Wiadomość.

Od wydawnictwa.

I to jaka.

Z bijącym sercem przystąpiłem do lektury. Bałem się, że będzie to przeciągnięte w czasie „nie”, ale los, ten sam wyrodny los, który obudził mnie brodzącego po kostki w wodzie, tym razem mi sprzyjał. 

Wiadomość była skrajnie miła, pokrzepiająca, przekazywała tyle miłych słów, ile nie usłyszałem przez całe swoje życie, i to słów dotyczących czegoś, co stworzyłem.

Wyrazili swoje zainteresowanie.

Zupełnie rozkojarzony poszedłem na egzaminy.

Nie wiem jakim cudem je zdałem.

A potem sprawy przyspieszyły. 

To już było inne życie, powiem Wam.

Pstryknięcie palców i już umawialiśmy się na spotkanie w jednym z wrocławskich lokali.

Poszedłem tam odrobinę przerażony, zupełnie nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać.

Rzeczywiście byli młodzi, pełni energii, chyba równie zdenerwowani, co ja.

Martyna od razu wydała mi się dobrym duchem, Paweł zaś był raczej milczący, opanowany, przypominał bardziej jednego z tych perfekcjonistycznych wrogów Jamesa Bonda niż współzałożyciela wydawnictwa. I gdy już myślałem, że ten wyjawi mi, w jaki to sposób ma zamiar unicestwić świat, okazało się, że wcale nie.

A wręcz przeciwnie.

Dogadaliśmy się jakoś i niedługo później spotkaliśmy się ponownie, by podpisać umowę wydawniczą.

Ciągle zostało jakieś pół roku do teoretycznej premiery, całkiem dużo czasu, ale teraz naprawdę jestem przekonany, że trwało to równie długo co kwadrans.

Mamy koniec marca, początek wiosny.

Lada dzień premiera.

Nadal to do mnie nie dociera.

Mówi się, że życiem człowieka rządzą przypadki, ale sam w to do końca nie wierzę, bo jestem ckliwy, tani i tandetny.

Wydaje mi się, że istnieje swojego rodzaju przeznaczenie, i ono zawszewybiera człowieka, i tylko jego sprawą jest to, czy zdecyduje się on – ten człowiek, znaczy się, a w tym przypadku: ja – podążyć tą mglistą, niepewną ścieżką.

I mam nadzieję, że jest to historia właśnie z tych, co to dopiero się rozwija.

Że jest to początek czegoś naprawdę dobrego, a nie koniec.

A jeśli nawet byłby to koniec, jeśli „Przez czas i przestrzeń”, jej premiera i wszystko z tym związane to naprawdę koniec tej marzycielskiej przygody, to cóż…

Było warto.

Nie mam czego żałować.

To by było na tyle, trochę sentymentu, bo zawsze człowiekowi zbiera się na sentyment w takich chwilach.

Niedługo książka opuści drukarnię, niedługo będę miał w rękach po raz pierwszy coś, co stworzyłem, niedługo ruszę rowerem przez Wrocław, by podziękować wszystkim tym życzliwym ludziom, którzy zdecydowali się mi zaufać.

PS Nie byłbym sobą, gdybym umilkł w tym momencie. 

Chciałbym i Was prosić o szansę, o wsparcie. Jestem przekonany, że historia przedstawiona w „Przez czas i przestrzeń” się obroni, że jest to coś wartościowego, coś, z czym warto się zapoznać, bo gdyby było inaczej, naprawdę darowałbym sobie ten cały advertising.

I ta okładka… Wiecie, jak wspaniale prezentowałaby się na półce?

No, to już wszystko. Znikam, opuszczam hotel, lecę na skoki narciarskie.

Pozdrowienia ze Słowenii.

Miłej lektury.

Autor