Rewers

Arnold Cytrowski

Rewers, nazywany także drugą stroną medalu – oblicze mniej ważne, jakże często w dyskusjach pomijane.

Bo liczy się przecież awers, to jest zaleta – coś, co samo sobą niesie wartość, pozostaje reprezentatywne, dumne i wzniosłe.

A rewers?

Phi!

Równie dobrze mogłoby go nie być.

Ale czy naprawdę go nie ma?

Nie, to byłoby zbyt proste, prawda?

Wszędzie widać tylko nagrodę, efekt poniesionego trudu, sowicie wyklaskiwany triumf, ale co za nim stoi?

No właśnie.

Nic przecież na tym świecie nie ma za darmo.

Za każdą, nawet najwspaniałomyślniejszą sprawą znajduje się cień, morze łez, ocean cierpienia i rzeka brudu.

Mroczne oblicze, którego wolelibyśmy nie uświadczyć.

Ale ono tam jest przez cały czas, uwierzcie mi.

Przecież nawet niebiosa nie mogłoby istnieć samoczynnie, gdyby nie ich przeciwwaga.

Zawsze, gdzieś tam, istnieje ta druga twarz.

Piekło.

I to całkiem dosłownie, czasami.

* * *

Może mnie pamiętacie?

Czy muszę się przypominać?

Czy jest tu ktoś nowy, halo?

Tyle pytań, prawda, a jeszcze nie zaczęliśmy przecież na dobre.

No cóż, wypada mi się przedstawić, nie po raz pierwszy, a tym bardziej nie po raz ostatni, mam nadzieję.

Bo zawsze zostaje nadzieja, prawda?

Mam na imię Adrian.

Mam dwanaście lat.

Jakiś czas temu musiałem powstrzymać swoją mamę przed demolowaniem miasta.

Powiecie mi, że to nic takiego, że to bułka z masłem, a ja tylko prychnę pogardliwie na te Wasze słowa, dziecinne i głupie, chociaż to w sumie nie Wasza wina, że nie wiecie, o czym mówicie, że nie macie o tym bladego pojęcia.

Moja mama miała pięćdziesiąt metrów, ale to nie tak od zawsze, oj nie.

Ktoś rzucił na nią urok, co oznaczało, że przyszło mi mierzyć się z siłą nieczystą.

A jak mawia pewien znany mi demon: „siłę nieczystą można zwalczyć tylko siłą nieczystą”.

Cóż więc mogłem zrobić?

Podpisałem się pod cyrografem – piekielną umową, dzięki której otrzymałem równie piekielne moce, a w zamian za to Pazuzu, to jest siła nieczysta, z którą to przyszło mi się ułożyć, zażądał tylko jednego – drobnostki, można by powiedzieć; tego, czego pragną wszelkie piekielne byty.

Mojej nieśmiertelnej duszy.

Oczywiście, że musiałem na to przystać.

Czasem trzeba uratować swoją mamę.

I tysiące ludzi, tak przy okazji.

A ty co zrobiłeś dla świata, człowieku?

Posprzątałeś pokój, pewnie?

Pozmywałeś naczynia, tak jakby?

Wyprowadziłeś psa na spacer, jak mniemam?

Czym to jest wobec poświęcenia, które ja musiałem ponieść?

Oczywiście, gdy już uratowałem świat przed zagładą, piekielne moce pozostały, a ja uznałem, że szkoda byłoby je marnować.

Posłużyłem się nimi ponownie, w sprawie całkiem prywatnej.

Nie powiem: przez cały jeden poranek i przez całe jedno popołudnie byłem najszczęśliwszym dwunastolatkiem na świecie.

Przeżyłem swój triumf – chwilę, która, moim zdaniem, należy się każdemu z osobna, naprawdę.

Zostałem szkolnym bożyszczem, matematycznym orłem, językowym geniuszem i zbawieniem narodowego sportu.

Poznałem dziewczynę, którą chciałem poznać od zawsze, to znaczy od roku, dwóch może, tak w zasadzie.

A potem, gdy już odprowadzałem ją do domu, dostrzegłem – a właściwie zrozumiałem – że skoro sam stałem się siłą nieczystą, zyskałem również zainteresowanie innych nieczystych sił.

Co gorsza, moje moce okazały się papierowe, ulotne i słabe; przestawały działać, gdy tylko zaczynałem się bać, a strach jest stanem normalnym, tak dla mnie, przynajmniej.

To po co mi takie moce, skoro tak?!

Na te, jak i podobne rozważania było już za późno.

Coś złego wydarzyło się w parku.

Coś bardzo, bardzo złego.

To, że skończyło się tylko skręconą nogą Ani – tej dziewczyny, o której wspomniałem wcześniej – to cud.

To jednak tylko mój punkt widzenia – punkt, którego nikt inny nie powiela.

Wszyscy zrzucają winę na Adriana, lekkomyślnego nastolatka, a ja boję się, że mają absolutną rację.

Piekielne moce wyniosły mnie na piedestał, by chwilę później pociągnąć mnie, jak balast, na dno.

* * *

Padał deszcz.

Ciężkie krople uderzały o szybę głucho zamkniętego pokoju, a moje udręczone, dwunastoletnie oczy wypatrywały za oknem jakiejkolwiek nadziei.

Tej oczywiście nigdzie nie było.

Wiatr szarpał szponiastymi gałęziami starych drzew, jak gdyby za punkt honoru obierając sobie wyrwanie ich z ziemi razem z korzeniami.

Za cienką ścianą słychać było stłumioną rozmowę ludzi dorosłych, poważnych i mądrych, i gdybyście ciągle się tego nie domyślili, chodzi o moich rodziców, rzecz jasna.

Chyba nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mamy, która, jak gdyby nigdy nic, otwierając godzinę wcześniej frontowe drzwi, doznała szoku, gdy w progu stanął jej syn, to znaczy ja, Adrian, w towarzystwie dwóch policjantów.

Chwilę później odprowadzono mnie do mojej sypialni – celi, w której to miałem oczekiwać wyroku.

Szepty w końcu ustały; domyśliłem się, że lada moment, bez pukania (bo rodzice nigdy nie pukają) otworzą się drzwi.

Nie myliłem się.

Mama wydawała się bardziej smutna niż wściekła.

– Adrian – usłyszałem jej głos. – Możesz mi to wszystko wytłumaczyć? – zapytała.

Mogłem?

No właśnie.

Spodziewałem się przecież tego, że nikt mi nie uwierzy; że jestem tylko dzieckiem, a moich słów nikt tak naprawdę nie traktuje poważnie.

Zdawałem sobie z tego sprawę doskonale.

Mogłem?

Cóż, była moją matką, jedną z dwójki najbliższych mi osób.

Nie wiem, czy mogłem, w istocie, ale oczywiście musiałem spróbować.

– To nie tak, jak myślisz, mamo – odpowiedziałem klasycznymi słowami kogoś przyłapanego na gorącym uczynku.

– Ja myślę, chłopcze – odparła. – Zamieniam się w słuch. – Oparła się o futrynę, zakładając na siebie ramiona, mierząc mnie tym swoim matczynym wzrokiem; chwilę później obok niej stanął w ojciec, w stanie nienaturalnym – to jest w garniturze, którego nie zdążył ściągnąć jeszcze po pracy.

Westchnąłem, policzyłem w myślach do trzech, po czym odwróciłem do nich swoją bezbrzeżnie szczerą twarz o oczach, w których gościła tylko prawda.

– Goniła nas wiedźma, Sybilla, siła nieczysta. Widziałem ją! Ania też ją widziała! Uciekliśmy w stronę rzeki, a potem… – mówiłem gorączkowo, chcąc wyrzucić z siebie wszystko naraz, a może nawet i więcej.

Rodzice spojrzeli po sobie, a zaraz potem pokręcili głowami z niedowierzaniem, jakby bardzo, ale to bardzo, zawiedzeni.

Mama westchnęła.

– Jesteś już dużym chłopcem, Adrian. Rozumiem, że ci się nudzi…

– Ale to PRAWDA! – usiłowałem jej przerwać.

– …ale nie możesz straszyć innych ludzi. Biedna dziewczyna, będzie teraz przez miesiąc chodzić o kulach!

– Jak nie dłużej! – dorzucił jowialnie ojciec, cały błyszczący od potu; pewnie tylko marzył o tym, by wskoczyć w swoje ojcowskie ciuchy.

– Masz szczęście, że nie stało się nic więcej, a jej rodzice nie mają pretensji. Normalni ludzie – mruknęła mama. – Przecież mogliby zrobić z tego niezłe piekło.

Niezłe piekło?

Czy wy, drodzy rodzice, w ogóle wiecie, co to jest piekło?

Czułem rosnące oburzenie, ale cóż mogłem zrobić?

Wiedziałem, że chociaż dano mi szansę na obronę, to zostałem usłyszany, ale nie wysłuchany.

Ot, kolejny dzień z życia dwunastolatka.

Spuściłem tylko głowę, nie chciałem mówić już nic więcej, bo przecież każde kolejne słowo działało tylko na moją niekorzyść.

Prawda nie ma zupełnie nic do rzeczy, gdy ktoś już z góry ustalił, co jest słuszne, a co słuszne nie jest.

Mogłem tylko czekać, czekać i czekać, a potem pomodlić się, i to pomodlić żarliwie, żeby ten koszmar wreszcie się skończył.

Ale czy ktoś słucha modlitw ze strony sił nieczystych?

Szczerze wątpię.

Nad moją głową przetoczyła się jeszcze setka cierpliwie wypowiedzianych reprymend i uwag – zdań, których już nawet nie słyszałem, po czym drzwi trzasnęły, a ja zostałem sam.

Zadarłem głowę, po czym znowu spojrzałem przez okno, za którym szalała taka zamieć, jakby to sama Matka Natura chciała pokazać mi środkowy palec.

* * *

Podróż do szkoły następnego dnia przypominała kroczenie zieloną milą, ostatnią ścieżką w życiu skazańca.

Drzwi frontowe szkolnego budynku wydawały się ostateczną barierą, za którą to czekał na mnie wyrok śmierci.

Miałem wrażenie, że spogląda na mnie każda para mijanych oczu, a każdy wyrwany ze szkolnego gwaru szept dotyczył mnie, i tylko mnie.

Stanąłem w końcu pod klasą, czekając razem z resztą rówieśników na lekcję języka polskiego.

Nikt się ze mną nie przywitał.

Nikt nie podał ręki.

Przynajmniej tak to widzę.

* * *

Próbowałem usiąść w ostatniej ławce – na miejscu, które dzień wcześniej odstąpił mi Artur, ten wysoki siatkarz, sportowiec, olimpijski bóg szkolnego podwórka.

Ledwie umieściłem na krześle swoje cztery litery, poczułem na sobie jego palące spojrzenie.

– Mogę…? – zapytałem tak cicho, jak to tylko możliwe.

– Nie. Wykluczone. – Pokręcił głową. – Nie jesteś taki super, jak myślałem, Adrian. Słyszałem, że najpierw solidnie nastraszyłeś Anię, a potem skręciłeś jej kostkę. Jak ci nie wstyd?

Miałem wrażenie, że wszyscy nas słuchają.

Co miałem mu odpowiedzieć?

Prawdę?

A czym jest prawda, jeśli wyrok już dawno został wydany?

– Tak nie było – odpowiedziałem tylko.

– A jak? – zapytał Artur. – Wynocha do oślej ławki, Adrian. Aha, jeszcze jedno! – krzyknął za mną, jakby weselej.

– Tak?

– Zapnij rozporek, bo dzisiaj nie wtorek!

Zaczerwieniłem się, po czym skulony pobiegłem do pierwszej ławki, robiąc po drodze to, o co mnie upomniał.

Cała klasa wybuchnęła śmiechem.

Chichoty pewnie nie miałyby końca, gdyby do sali nie weszła pani nauczyciel.

Jeśli myślicie, że moja sytuacja się przez to poprawiła, mylicie się, i to bardzo.

* * *

Kobieta usiadła ciężko na wysłużonym nauczycielskim krześle, nałożyła na krogulczy nos okulary, po czym otworzyła dziennik, a jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie, w niemym zdziwieniu, tak jakby.

– Adrian?! – zawołała. – Jak to możliwe, że masz tyle piątek?!

Spojrzała na mnie, co nie było trudne – znowu siedziałem tuż przed nią, jak ofiara krwiożerczego pająka.

– No… pani je wstawiła – wyjaśniłem.

Klasa zachichotała.

Zauważyliście, jak łatwo znajduje się kozły ofiarne?

Wszystko jest fajne dopóty, dopóki tym kozłem nie jesteś ty sam.

– Tak? No może, może – mruknęła kobieta. – Niech będzie. Miałam jakiś słabszy dzień. Słyszałam, co zrobiłeś, Adrian. To bardzo nieodpowiedzialne zachowanie.

– Przepraszam – bąknąłem.

– Mnie nie przepraszaj. Przeproś Anię! – Wycelowała we mnie palec.

– Tak jest! – zawtórował jej Artur.

– Ma pani rację! – zawiwatował ktoś.

– Adrian jest najgorszy!

– Chuderlak jakich mało! – krzyczały głosy.

– Chuderlak?! Powiedziałabym, że grubas! – dodawano, chociaż nie miało to zupełnie nic wspólnego z poruszanym chwilę wcześniej tematem.

– On te wszystkie piątki dostał, bo ściągał!

– Właśnie!

– A w siatkówkę nawet gdyby grał tyle co Artur, to i tak byłby sto razy gorszy!

– Tak jest!

– I przyszedł do szkoły z rozpiętym rozporkiem!

– Hurra!

– Nie hurra! Najgorzej właśnie!

– Najgorzej, i dlatego hurra!

– Hurra!

– Dobrze! Cisza, dzieci! Cisza! – zawołała w końcu polonistka, przerywając ten groteskowy koncert życzeń; sala umilkła, a kobieta ponownie skierowała na mnie te swoje pajęcze oczy. – Drogi Adrianie, skoro dostałeś tyle piątek, to pewnie jesteś też przygotowany na dzisiaj?

– Tak – skłamałem, choć nie do końca.

Wstyd się przyznać, zwłaszcza przed rówieśnikami, ale czasem uczyłem się języka polskiego. Uczyłem się też innych rzeczy, ale nikomu nie mówcie, proszę. Wolałbym, żeby pozostało to tylko między nami.

– Kim był Juliusz Słowacki?

Odczułem ulgę – łyżeczkę miodu w beczce dziegciu.

Oczywiście, że wiedziałem, kim był.

– Polskim poetą, wybitnym twórcą doby romantyzmu… – zacząłem.

– CO?! – przerwała mi nauczycielka; aż się podniosła z oburzenia, bidulka. – WYBITNYM?! Jakim WYBITNYM?! Wybitny to był Mickiewicz, proszę pana! Jedynka! I ciesz się, że nie wysyłam cię do dyrektora! WYBITNYM! PHI! – ryknęła, po czym wpisała do dziennika czerwonym długopisem to, co obiecała, a jak nie dodała do tej oceny wykrzyknika, to jestem święty.

Cała klasa zawyła z dziką radością.

Opuściłem głowę.

Rozumiem, że dzieci mogły mnie prześladować – boli mnie to, ale rozumiem, sam w końcu jestem dzieckiem, dzieci już chyba takie są – ale dorośli?

Czy oni nie powinni zachowywać się, tak jakby, jakoś inaczej?

Nie powinni stanowić, bo ja wiem, jakiegoś wzoru zachowań?

Westchnąłem tylko, tak cicho, żeby nikt mnie nie usłyszał, a potem cierpliwie odczekałem do końca lekcji, starając się nie wychylać.

Zrozumiałem, że dorośli nie różnią się od dzieci niczym, prócz tego może, że sami mają własne dzieci.

* * *

Jakimś cudem przetrwałem ten dzień, bogatszy o worek rozdawanych za plecami chichotów, garść niesprawiedliwie przyznanych jedynek, za to z całkowicie zapiętym rozporkiem.

Szukałem pozytywów w obecnej sytuacji, naprawdę.

Cieszyłem się, że ten dzień się wreszcie skończył, że zaraz nacisnę klamkę szkolnych frontowych drzwi, a potem będę w domu, zaszyję się w pokoju, nie będę z nikim rozmawiał i może po prostu, chociaż przez moment, będzie zupełnie, no wiecie, w porządku.

– Wyprostuj się, Adrian! – zawołał za mną wuefista. – Nie chodź jak kaczka! – zdążył powiedzieć, tak na odchodne.

Westchnąłem, a następnie wyszedłem na zewnątrz.

Mżyło.

Mżawka to w ogóle gorsza jest od deszczu.

Jest najgorsza na świecie, gdybyście pytali o to mnie, eksperta metereologicznego.

Dlatego dziwię się tym bardziej, że jakaś zupełnie obca mi banda dzieciaków znalazła w sobie tyle uporu, by czekać na mnie przed budynkiem.

Oczywiście nie mieli dobrych zamiarów, nie chcieli uścisnąć mojej drogocennej dłoni ani nic w ten deseń – wspominam o tym tylko dla tych wyjątkowo mało domyślnych.

* * *

– Hej, to ty jesteś Adrian?

Ten Adrian?

– Chłopak, który straszy dziewczynki?

– Skręca im kostki?

– Karki? Słyszeliśmy o karkach!

– Jak ty krzywo chodzisz, Adrian. Jak kaczka.

Siedzisz w pierwszej ławce jak kujon?

– Jak to możliwe, że wydajesz się jednocześnie takim chuderlakiem, a przy tym jesteś tak gruby?

– Halo, mówimy coś do ciebie!

Te i inne slogany szły za mną krok w krok, nawet pomimo tego, że na głowę nasunąłem kaptur, nawet pomimo tego, że nie starałem się im odgryzać, nawet pomimo tego, że cały czas przyspieszałem w obawie przed tym, że mógłbym się rozpłakać, a byłem bardzo blisko płaczu, możecie mi wierzyć, ale jakkolwiek bardzo chciałem, tak nie mogłem.

Każda przelana łza byłaby dla ich prześladowań tym, czym paliwo rakietowe dla równie rakietowego silnika rakiety.

Starałem się nie odpowiadać na ich zachowanie, czując się tylko gorzej i gorzej, i chociaż pragnąłem, by ich słowa mnie nie dotykały, było zupełnie inaczej.

Z każdym kolejnym krokiem stawałem się tylko słabszy, aż w końcu stałem się tak słaby i tak mało pewny siebie, że przelało to swojego rodzaju czarę goryczy.

Z dna piekła, na którym się znalazłem, wypełzła ze mnie wściekłość.

W pewnym momencie po prostu się zatrzymałem, zacisnąłem z całych sił pięści, a potem zacząłem dygotać.

Obróciłem się w stronę prześladowców, nienawidząc ich z całych sił, mając wszystkiego dość tak bardzo, jak niczego innego w swoim życiu.

Nie zwracałem uwagi na to, że przestałem kontrolować oczy, że ciekły po nich łzy, a te – zgodnie z oczekiwaniem – tylko ich podjudzały; cieszyli się, że wszystko to, co mówili, sprawiało mi ból.

Ich rechot rozwścieczał mnie jeszcze bardziej, odbierał zdrowy rozsądek, aż w końcu w mojej udręczonej dwunastoletniej głowie zabrakło jakiejkolwiek sensownej myśli.

Był tam tylko gniew.

Ryknąłem coś w stylu:

– AAAAAAAAARGH!

Zanim zdołali roześmiać się jeszcze głośniej, po niebie przetoczył się grom, sklepienie pociemniało, zgasło, wydawało mi się, jakby ziemia pode mną zadrżała, po czym – gdy napięcie wciąż rosło – usłyszałem drgania nasilające się z każdą upływającą chwilą, aż w końcu na niebie zalśniła błyskawica, przecinając je oślepiającą wstęgą; szyby znajdujących się w pobliżu domów – każda, co do jednej – wybuchły, rozpryskując się w miriady srebrzystych szklanych drzazg.

Prześladująca mnie grupa zamarła, a następnie rozbiegła się z głośnym, opętańczym piskiem.

Niebo odzyskało swoje popołudniowe barwy, wiatr jakby się uspokoił, a wszystko – prócz wybitych szyb i wycia uszkodzonych aut – wróciło do normy, jako takiej, przynajmniej.

Oddychałem głęboko i chrapliwie, oszołomiony zupełnie tym, co się wydarzyło. Z niedowierzaniem spoglądałem na własne ręce, nie mogąc pogodzić się z faktem, że wszystko to stało się przeze mnie.

Przepływająca przeze mnie nienawiść była tak silna, że tchórzliwy z natury Adrian zapomniał zupełnie o paraliżującym go strachu.

Opadłem na ziemię – dosłownie wróciłem na grunt.

Bo wiecie, w całym tym szale uniosło mnie dobre pół metra ponad bruk i zawiesiło w powietrzu.

Rozejrzałem się wkoło, martwiąc się tylko o jedno:

Czy ktoś mnie widział?

Czy znowu wrócę do domu w towarzystwie policji?

Wydawało się, że nie, jeśli tylko się pospieszę, wyniosę się stamtąd w diabły.

Jedynymi świadkami zdarzeń były prześladujące mnie dzieci, uciekające teraz gdzie pieprz rośnie, przy czym nie mam na myśli żadnego Wietnamu czy Cejlonu, tylko metaforę.

Poprawiłem ramiączko osuniętego z pleców tornistra, po czym wróciłem do domu.

Odprowadzała mnie zawodząca melodia samochodowych alarmów.

* * *

W domu na szczęście nie było nikogo.

Ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi, a raczej trzasnąłem nimi z całych sił, dalej rozpalony dziwaczną, niezrozumiałą gorączką.

Dla pewności przekręciłem blokujący je zamek, nasunąłem zasuwkę, której nikt przecież nie zasuwał od dawna, po czym oparłem się o nie całym ciężarem ciała.

Szarpały mną dreszcze, a dłonie aż świerzbiły od bezczynności, przeskakujących po nich iskier, jakby te tęskniły za czymś, czego zaznałem tam, na dworze, w chwili największego gniewu.

Tak.

Chociaż tego nie rozumiałem – bo trudno zrozumieć rzeczy niestworzone, spoza tego świata – moc, zwłaszcza ta piekielna, uzależniała. Moje śmiertelne ciało pragnęło jeszcze raz poczuć w sobie bezbrzeżną wściekłość, rozbudzić ją, rozpalić do białości, przechwycić jej energię, a potem tylko nią cisnąć, uderzyć jeszcze raz, tylko tym razem dalej, silniej i mocniej.

Jak na zawołanie poczułem rozpalającą ciało biel, a potem moje stopy ponownie oderwały się od ziemi. Ściany zaczęły delikatnie dygotać – wszystko do perkusyjnego zawodzenia drżących na suszarce porcelanowych naczyń, do rytmicznego bicia deszczu o szybę, a potem, chwilę potem, dosłownie – dziesiątki śnieżnobiałych talerzy wybuchły ulewą porcelanowych odłamków.

Opadłem na ziemię.

Zanim się pozbierałem, poczułem na sobie wzrok dziesiątki wielopalczastych cieni – urojonych twarzy, przerażonych i bezbrzeżnie uśmiechniętych, wychylających się z każdego zakamarka ścian; stawały się z każdą chwilą coraz wyraźniejsze i coraz bardziej realne, i choć wcześniej wydawały mi się tylko elementem krajobrazu, złudzeniem, bałem się ich, i to tak naprawdę.

Zerwałem się biegiem do łazienki, przez cały czas zaciskając powieki. Rozchyliłem je dopiero wtedy, gdy dopadłem do lustra.

Z płaskiej powierzchni łypała na mnie podobizna chłopca, którego urodę można by uznać za wybitnie przeciętną, gdyby nie jego oczy.

Te wyglądały jak złociste latarnie – świecące własnym światłem ponure dyski.

Nawet nie pamiętam tego, jak zemdlałem.

Rys. Martyna Nejman

* * *

Nie wiem, kiedy dokładnie się ocknąłem, w każdym razie dość szybko – nie słyszałem jeszcze gwaru towarzyszącego zwykle krzątającym się po mieszkaniu rodzicom.

Leżałem wśród odłamków lustra, które musiało pęknąć wcześniej, chociaż wcale tego nie pamiętam.

Przekręciłem głowę, obserwując jeden z pokruszonych kryształów, wciąż odbijający padające na niego promienie.

Łazienkowa żarówka zamrugała, jakby za moment miała się przepalić, mrużyła się jeszcze przez chwilę, a ja z niedowierzaniem obserwowałem, jak na przeciwległej ścianie, z nicości materializuje się postać zgarbionej kobiety o przemoczonych, płowych włosach ukrytych za chustą.

Twarz zjawy była nieproporcjonalnie duża, dziwna i niepokojąca. Znad nosa wypatrywały się we mnie złociste, świecące własnym blaskiem oczy, a spod niego szczerzył się nienaturalnie drapieżny uśmiech.

Czułem jej zapach.

Pachniała zgnilizną, zepsutym mięsem, butwiejącymi w bagnie glonami…

Sybilla spojrzała na mnie, przekrzywiła głowę niczym upiorna sowa, a następnie uniosła prawą rękę, machając do mnie makabryczną, podwójną dłonią o niezliczonej ilości topielczych palców.

Pisnąłem z przerażenia – nie jak dwunastoletni chłopiec, ale jak sześcioletnia dziewczynka, co najwyżej.

Pragnąłem uciec, ale nie miałem dokąd, nie miałem w sobie tyle sił, by wstać i się bronić, tymczasem przeklęta kobieta zbliżała się do mnie, sunąc bez żadnego kroku po podłodze, zostawiwszy po sobie brudny, szlamowaty ślad.

W końcu nawet i pisk uwiązł mi w gardle – nie wydawałem z siebie już żadnego dźwięku, i przysiągłbym, że zrobiłoby się zupełnie cicho, gdyby nie śmiech Sybil, bulgocący z jej jakby zalanego wodą gardła.

Gdy znalazła się dostatecznie blisko, pochyliła się bez wysiłku, a jej mackowate palce osunęły się, leniwie i okrutnie, oplatając się wokół mojej kostki.

Czułem ich wilgoć, ich zepsucie, ich chłód.

Były…

Martwe.

Z przerażenia nie byłem w stanie zamknąć oczu, palce zaciskały się tylko mocniej i mocniej, aż w końcu chwyciły mnie i pociągnęły za sobą.

Dokąd ona chce mnie zabrać? No dokąd?

Chciałem wykrzyknąć: „Pazuzu!”, ale nie mogłem, nie potrafiłem, zostałem sam, zupełnie sam…

Coś zgrzytnęło w zamku, usłyszałem szczęk przekręcanych kluczy, głosy obojga moich rodziców, a także radosne ujadanie psa.

Wiedźma zatrzymała się.

Zamek otworzył się gładko, ktoś nacisnął klamkę, ale drzwi nie chciały ustąpić; nawet zasuwa była na miejscu – zabezpieczenie, którego nikt przecież ot tak dawna nie używał.

– Adrian! – krzyknęła matka. – Adrian, otwórz natychmiast!

– ADRIAN! – dołączył się ojciec, kołatając w drzwi.

Azor zaczął wyć jak opętany.

Wiedźma roześmiała się znowu, a ja po raz pierwszy zobaczyłem, jak rozwiera usta.

Zza jej drapieżnych zębów wysunął się język. Był czarny, niesamowicie długi i zwiędły – jakby za chwilę miał odpaść, po to tylko, by następnie wić się po podłodze…

Mrugnąłem.

Sybilla zniknęła.

Zostałem sam, leżący w pustym mieszkaniu pełnym szklano-porcelanowych odłamków.

Rodzice łomotali do drzwi.

Podniosłem się z parkietu, a powrotowi na nogi towarzyszył koszmarny ból głowy.

Podszedłem do drzwi frontowych, westchnąłem i odblokowałem je.

Wzrok rodziców mówił wszystko, a nawet jeśli nie wszystko, to na pewno coś w stylu: „Musimy poważnie porozmawiać, chłopcze!”.

Tylko Azor spoglądał na mnie z bezbrzeżną miłością, cały czas wachlując tym swoim krótkim ogonem.

Chociaż on nie wieszał na mnie psów.

* * *

Moi rodzice bywają dziwnie wspaniałomyślni, na ten swój pokręcony, specyficzny sposób.

Kiedy wydaje mi się, że przeskrobałem już tak mocno, że nic mnie nigdy nie uratuje i zostanę zaraz zamurowany, jak jakaś księżniczka w wieży na krańcu świata, oni tylko spoglądają po sobie, po czym wzdychają, bezradnie rozkładając ręce.

Tak było i tym razem, wśród porcelanowych odłamków zastawy stołowej, jakby pogodzeni z tym, że ich niewdzięczny syn wkroczył w jeszcze bardziej niewdzięczny okres swojego życia.

Myślicie, że przynosi mi to ulgę?

Nie.

Nie przynosi.

To jest chyba jeszcze gorsze.

Nie ma nic bardziej uwłaczającego niż litość.

– Adrian… – powiedziała mama. – Idź synku, proszę, do własnego pokoju. Zrobię ci herbaty.

– Ale ja NIE CHCĘ herbaty – podkreśliłem. – Nie chcę iść do pokoju.

– Pójdziesz, pójdziesz. – Kiwała głową raz za razem. – Jesteś bardzo zmęczony, miałeś ciężki dzień.

Do mojej głowy wdarł się niesamowicie upiorny obraz małego, ciasnego pokoiku, do którego przez okno wnika cień kobiety-topielca – straszydła o czterech dłoniach i uśmiechu szalonego nieboszczyka.

– NIE CHCĘ! Boję się! Nie chcę siedzieć sam w pokoju! WY NIE ROZUMIECIE, ALE JA SIĘ BOJĘ!

– A co, mamusia ma z tobą spać?! – wykrzyczał tata, poszukując wysłużonych kapci, insygniów władzy głowy rodziny. – Taki duży chłopak, a chce spać z mamą?

– NIE CHCĘ! – Wizja ta była jeszcze straszliwsza niż strach sam w sobie; wolałbym już umrzeć, niż żyć przez resztę swoich dni z etykietką maminsynka przyklejoną do czoła.

– No widzisz – mówił dalej, wciąż próbując zlokalizować coś – wydawałoby się – śmiertelnie ważnego. – To idziesz spać.

– NIE CHCĘ IŚĆ SPAĆ!

– Pójdziesz – powiedziała z naciskiem mama. – Bez gadania. A jak się tak bardzo boisz, to weź do siebie Azora. A teraz wynocha. Ciesz się, że nie musisz tego wszystkiego sprzątać.

Byłem wściekły.

Nikt, ale to zupełnie nikt, mnie nie słuchał.

Moje ramiona zadrżały, dłonie same zacisnęły się w pięści, i być może wściekałbym się dłużej jeszcze, gdyby nie to, że z półki spadł nagle cały stos książek, a wszystko to dzięki moim piekielnym mocom.

Teraz muszą to zrozumieć.

Oddychałem ciężko, rzucając im wyzywające spojrzenie.

Mama podrapała się za głową.

– Widzisz, mężu? – powiedziała. – Mówiłam ci, że ta szafka krzywo stoi.

– To nie SZAFKA! – ryknąłem. – To siły nieczyste!

– Ach, tak? – fuknęła kobieta, która mimo tego, że sama kilka miesięcy temu demolowała miasto, nie chciała uwierzyć w nic nadprzyrodzonego. – MARSZ DO POKOJU – wycedziła.

Spuściłem głowę, po czym skierowałem się w stronę sypialni.

– Adrian? – zawołał ojciec zupełnie niespodziewanie.

Obróciłem się w jego stronę, z cichą nadzieją, że chociaż on, wbrew logice, będzie w stanie mi uwierzyć, zrozumieć i wesprzeć.

Obserwował mnie zza swoich okularów w rogowej oprawie, przyglądał się naprawdę bacznie i naprawdę długo.

– Tak? – zapytałem, ciesząc się, że ktoś wyciąga do mnie pomocną dłoń, że spyta o to, co mnie dręczy, że chociaż spróbuje ulżyć moim cierpieniom.

Wstrzymałem oddech.

– Pilot. Nie widziałeś pilota? – zapytał śmiertelnie poważnie. – Zaraz wieczorne wiadomości.

No tak.

Przecież świat się zawali, jak ojciec na czas nie włączy gadających głów.

– Nie – odpowiedziałem opryskliwie, wrednie i niegrzecznie. – Nie widziałem.

Wpuściłem przed siebie Azora i trzasnąłem drzwiami.

* * *

Leżałem w łóżku w bezruchu, wpatrując się w sufit, przeżywając raz za razem zaznany chwilę wcześniej koszmar.

Przez moją głowę przebiegało mrowie galopujących myśli, a wszystkie orbitowały wokół jednego – sił nieczystych oraz tego, jak tu się z nich uwolnić.

Zza drzwi przez dłuższy czas dochodził jazgot rozpalonego telewizora, chrzęst sprzątanej porcelany i pojedyncze dialogi rodziców traktujące o czasach, kiedy to „dzieci były grzeczniejsze jakby i w ogóle wszystko było lepsze”.

A potem przyszła noc – pora, której tak bardzo się obawiałem.

Za oknem dalej padało, tyle że mocniej, deszcz uderzał o szybę wścieklej i wścieklej, zmieniając się   w ulewę.

Znajdująca się tuż za moim oknem lampa rzucała na pokój mdłe światło, otulając wszystko księżycowym blaskiem; w pewnym momencie, jakby wyczuwając potrzebę grozy, zgasła, i zrobiłoby się zupełnie ciemno, gdyby przy moim biurku nie zmaterializował się demon – przystrojony w dziewiętnastowieczny, zupełnie czarny strój dżentelmen, a zaraz obok niego kolejny, przystrojony w kruczoczarne pióra, z lekka przygłupi ptak.

Usłyszałem pstryknięcie, po czym znaleźliśmy się bardzo daleko od mojego domu, pośród zamglonej alejki, gdzie jedynym źródłem światła była oparta o ceglasty mur naftowa latarnia.

Azor, choć spał, zaczął w tym śnie warczeć, jakby przeczuwając, że zbliża się coś niedobrego.

– Witaj, Adrian – powiedział Pazuzu. – Długo już o mnie myślisz?

– Długo – wyznałem, zrywając się do pionu. Przełknąłem ślinę. – Moje życie to koszmar.

– Koszmar, powiadasz – mruknął demon. – A może twoje życie jest po prostu życiem?

Wyskoczyłem z łóżka, w którym ciągle leżałem, zrzucając na brudną brukowaną ulicę pikowaną kołdrę.

– Nie! Było życiemJest koszmarem!

Kra!

Pazuzu patrzył na mnie i wyglądał naprawdę… drapieżnie.

Czy kiedykolwiek wcześniej wydawał mi się tak groźny?

Nie, nie sądzę.

Czy coś się zmieniło?

Czy powinienem się go bać?

Demon wyciągnął z kieszeni marynarki monetę równie złocistą, co jego oczy, i począł prowadzić ją między swoimi rozbieganymi palcami.

– Dawno temu żył sobie chłopiec – począł opowiadać. – Był całkiem zwyczajny. Do bólu zwyczajny, powiedziałbym. Chciał przez swoje życie przejść delikatnie i dobrze. Nie wiedział jeszcze, że tak się nie da. Że czasem trzeba coś… – podrzucił pieniążek wysoko w górę, tak, że ten zniknął gdzieś ponad wszędobylską mgłą – poświęcić. – Zbliżył się do mnie na krok, patrząc na mnie spode łba, a wystające z jego wąskich ust kły wydawały się tylko większe i większe. – Myślisz, że czegokolwiek na tym świecie, dobrego czy złego, można dokonać bez poświęcenia?

Znad jego ramienia, niczym posąg, wyrastał kruk – ptak mierzący mnie równie złocistymi oczyma, a to, co odróżniało go od innych pobratymców jego gatunku, to fakt, że w jego dziobie znajdowały się…

Zęby.

Były ich setki, a każdy miniaturowy i diamentowo ostry.

Bardzo żałowałem, że zrzuciłem z siebie kołdrę, że miałem na sobie tylko dziecinną piżamę w biało-czerwone kosmiczne rakiety.

Azor spał w najlepsze, cały czas warcząc na swoje psie marzenia.

– Nie chcę już tych mocy! – krzyknąłem. – Nie chcę być siłą nieczystą! Chciałem tylko uratować mamę! Nic więcej!

– Dawno temu żył sobie CHŁOPIEC! – syczał demon, zbliżając się do mnie, poruszał się nierówno, wspierając się na lasce, jakby na jego prawej nodze wciąż ziała jakaś dawna, niedoleczona rana. – I CHŁOPIEC TEN RÓWNIEŻ CHCIAŁ KOGOŚ URATOWAĆ – ryczał. – CZY KTOŚ SIĘ PRZEJĄŁ LOSEM CHŁOPCA? – wyciągnął w moją ręką okryty rękawiczką palec – CZY KTOŚ SIĘ W OGÓLE PRZEJMOWAŁ, ŻE ROBIŁ TYLKO TO, CO MUSIAŁ? – pytał dalej, nie dając mi dojść do słowa. – Nie. Chłopiec musiał dojrzeć. Aż sam stał się siłą nieczystą. – wyrokował. – Umowa z siłami piekła jest nienaruszalna, Adrianie. Nikt ani nic nie może jej przerwać. Twoja dusza należy do mnie. Na zawsze i na wieczność.

Znamię na moim przedramieniu zapulsowało ostrym bólem, jak gdyby ktoś przypalał je żywym ogniem.

– Pazuzu! – ryknąłem. – Nie chcę! Proszę! Jestem tylko dzieckiem! Tylko dzieckiem! Boję się!

– Bo powinieneś się bać. – Szczerzył swoje kły. – Powinieneś się bać od samego początku.

– Myślałem, że jesteś moim przyjacielem. Że mnie rozumiesz.

Demon zawył z radości.

– Tynie masz przyjaciół, Adrian. I nigdy już nie będziesz mieć. Zostałeś potępiony na zawsze.

Czy to jasne?

Wpatrywałem się w jego diabelską sylwetkę, a on nie przypominał już w ogóle eleganckiego, błyskotliwego mężczyzny, jakim był, gdy spotkałem go po raz pierwszy; nie mówił już ani „w porządku”, ani „jasne”, nie w tym zadziornym kontekście przynajmniej; nie był już tą jedyną wyrozumiałą istotą, która chociaż próbowała mi pomóc.

Jego piekielna twarz wydawała się niesamowicie udręczona, jak gdyby jej właściciel od bardzo dawna, być może od zawsze, nie zaznał odrobiny spokoju.

Poczułem…

Żal?

Mrugnąłem oczami, wrażenie minęło; pozostał obraz wściekłego, wcielonego Zła, ducha, który chce pożreć mnie żywcem.

– Rozumiesz? – powtórzył wściekle.

Coś zadzwoniło.

Podrzucona wcześniej złocista moneta upadła na posadzkę z metalicznym pogłosem, zadzwoniła, po czym obróciła się wokół własnej osi, zatańczyła, a ja już wiedziałem, co muszę zrobić – pojąłem to w zupełności.

Niczego w życiu nie można ugrać litością.

Prośby i błagania to najsłabsza karta przetargowa świadcząca tylko i wyłącznie o słabości.

Ale co pozostało dwunastolatkowi, który był sam, jeden, jedyny przeciw całemu światu?

Przeciw piekłu i piekielnym siłom?

Co mógł zrobić Adrian, który nie posiadał w sobie żadnej mocy?

Czy istniał w tej sytuacji ratunek?

Na końcu mrocznego tunelu dostrzegłem światło.

Nic pewnego, ale dawało nadzieję.

Wiedziałem już, co mogę zrobić.

Pazuzu miał rację.

Siłę nieczystą można pokonać tylko siłą nieczystą.

– Tak – potwierdziłem. – Jasne. Rozumiem.

Musiałem przechytrzyć demona.

Moneta skończyła wirować, zatrzymała się, jednakże nie upadła ani na swój awers, ani tym bardziej na rewers, bo tak naprawdę nie upadła w ogóle.

Zamarła w bezruchu, stercząc pionowo, stykając się z ziemią tylko swoim kantem.