Rodzina Ponurych

Ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego ludzie mówią o nas Rodzina Ponurych. Co prawda mamy tak na nazwisko, ale w naszym przypadku ten zwrot stał się znakiem rozpoznawczym, metką albo osobną kategorią społeczną, do której wrzuca się wszystkich członków mojej rodziny i trzyma na odległość wyciągniętej ręki. Tak powiedział kiedyś tata do mamy, późno w nocy, kiedy myśleli, że każde z nas śpi w swoim łóżku snem głębokim, którego żaden dźwięk ze świata zewnętrznego zmącić nie może. Lecz ja nie spałem – tylko siedziałem na schodach w korytarzu i podsłuchiwałem. Po dziś dzień często podsłuchuję i nie jestem z tego dumny, ale co mam robić w nocy, skoro nie mogę spać?

**

Moi rodzice też rzadko sypiali. W całym moim trzynastoletnim życiu widziałem, jak idą w piżamach do swojej sypialni może ze trzy razy. Popytałem w szkole, czy to normalne i kiedy w końcu ktoś mnie uświadomił (a przeważnie wszyscy wybuchali śmiechem i odchodzili, patrząc na mnie z politowaniem), że ludzie śpią każdej nocy, ponieważ ich organizmy tego potrzebują, zacząłem się zastanawiać. Ja też kładłem się do łóżka może ze cztery razy do roku… albo inaczej! Wchodziłem się kołdrę każdej nocy, ale nie mogłem spać, bo ktoś, kto mieszkał pod moim łóżkiem, drapał pazurami w materac. Nie przeszkadzało mi to, bo – jak powiedziałem – potrzebowałem niewiele snu, lecz czasami chciałem pomyśleć, a wtedy ten odgłos doprowadzał mnie do szału. Był też powodem mojego ciągłego szwendania się w środku nocy po domu i okolicy, oraz podglądania i podsłuchiwania sąsiadów. Zapytałem kiedyś tatę, kim jest ten ktoś, kto mieszka ze mną w pokoju, ale zbył mnie tylko machnięciem ręki. Mama powiedziała mi, że gdy kupili ten dom, on już tutaj był i razem z tatą postanowili, że nie wyrzucą go na ulicę. To byłoby po prostu niegrzeczne. Zresztą – nie zajmował dużo miejsca, nie jadł niczego z lodówki, nie używał też wody ani elektryczności, więc wydawał się dość tani w utrzymaniu.

Mam jeszcze dwie siostry – Magdę i Jagnę oraz brata – Rafała. Brat jest sześć lat ode mnie starszy i w tamtym czasie miał obsesję na punkcie muzyki. Z tego, co wiedziałem, chciał zostać didżejem, ale pewnego dnia powiedziałem mu, że jeśli nadal będzie miksował muzykę poważną, która bardziej usypia, niż rwie do tańca, to nie wróżę mu wielkich sukcesów. Kiedyś wrzucił do Internetu swoją składankę, ale reakcja, z jaką się spotkał, pogłębiła jego, i tak już ponury, nastrój. Pamiętam, że przez tydzień łaził za mną krok w krok, domagając się pocieszania. Moje siostry są bliźniaczkami, więc wyglądają identycznie. Miały wtedy po szesnaście lat i fascynowały się malowaniem… nie tylko własnych twarzy. Co najmniej cztery razy w tygodniu przyjeżdżał do nas kurier, przywożąc im nowe kosmetyki, mazidła, kremy, czy czegokolwiek tam jeszcze używały, żeby być ładniejsze. Najgorzej było wtedy, kiedy chciały próbować nowych rzeczy i szukały królika doświadczalnego. Przeważnie udawało mi się schować, ale raz – gdy brakło mi pomysłu na kryjówkę – zanurkowałem pod łóżko, zapominając o tym, że tam już ktoś mieszka. Leżałem w ciszy, gdy nagle poczułem na plecach czyjąś dłoń, usłyszałem ostrzegawcze warknięcie, po czym zostałem wypchnięty (dość brutalnie) na sam środek pokoju – wprost pod nogi Magdy i Jagny, szczerzących zęby w upiornych uśmiechach.

Mama pracowała w tamtych dniach jako nauczycielka plastyki w prywatnej szkole. To pulchna kobieta o dobrej, okrągłej twarzy, wielkich, niebieskich, smutnych oczach i kasztanowych włosach, zawsze poskręcanych we wszystkie strony. Najczęściej widywaliśmy ją w za dużych dżinsach i luźnych swetrach, których rękawy poplamiła farbą. Tata był tymczasem chudym jak patyk, wysokim mężczyzną, chodzącym w za krótkich spodniach (zawsze podciągał wysoko wełniane skarpety, chcąc to ukryć). Miał największe stopy, jakie widziałem w życiu. Krótkie włosy zawsze stały mu we wszystkie strony, a krzaczaste wąsy i duże okulary nadawały mu lekko zbzikowany wygląd. Przez całe swoje życie zajmował się prowadzeniem antykwariatu internetowego, lecz tak naprawdę oboje wraz z mamą trudnili się magią. Nie mieli świadomości tego, że o tym wiedziałem. Podsłuchałem kiedyś, że nie powiedzieli nam, jaka jest nasza rodzina tylko dlatego, że chcieli, byśmy mieli w miarę normalne dzieciństwo (o zgrozo, jakby nie wiedzieli, jak ludzie nas traktują!). Postanowili, że wyjaśnią nam wszystko, gdy najmłodsze z ich dzieci – czyli ja – skończy osiemnaście lat. Po tamtej rozmowie stałem się bardzo ciekawski i pragnienie odkrycia rodzinnej tajemnicy pobudziło mnie tak bardzo, że na rok przed poznaniem prawdy położyłem się spać tylko dwa razy. Przez większość nocy węszyłem i próbowałem się czegoś dowiedzieć, jednak rodzice skrzętnie zacierali za sobą ślady. W końcu jednak i tak dowiedziałem się tego, co mnie interesowało. A nawet więcej niż kiedykolwiek chciałem!

**

Pewnego dnia, po ponad dwunastu miesiącach czyhania na rodzinne sekrety, dostrzegłem, że rodzice są bardziej zdenerwowani niż zwykle. Człowiek staje się wrażliwy na takie rzeczy, kiedy bawi się w detektywa przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Przy śniadaniu oczywiście starali się trzymać fason, ale ja widziałem te rzucane ukradkiem ponad naszymi głowami spojrzenia. Moje kompletnie nieświadome rodzeństwo zeżarło swoje śniadanie i pognało do szkoły, ale ja ociągałem się, dopóki siłą nie wyrzucono mnie na zewnątrz. Pobiegłem wtedy do ogrodu i próbowałem zajrzeć przez okno – wszystkie zasłony zostały zaciągnięte, a jedyne co usłyszałem, przykładając ucho do szyby, to dziwny szum. Wściekły udałem się do szkoły, kopiąc po drodze każdy napotkany kamień.

Nie mogłem usiedzieć na lekcjach, dlatego postanowiłem darować sobie ostatnią i wrócić wcześniej do domu. Przyznaję – chciałem się też zorientować w sytuacji i zobaczyć, czy uda mi się wywęszyć coś więcej – jakiś konkret, który rzuci więcej światła na ten dziwny poranek.

No i udało się!

Zakradłem się do domu tylnym wejściem. Buty zdjąłem już na dworze, żeby nikt mnie nie usłyszał. Stanąłem przy ścianie w małym drewnianym korytarzyku (właściwie przybudówce), w którym wszędzie walały się buty i wisiały płaszcze, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków. Zlokalizowałem dwa głosy dobiegające z kuchni, więc ruszyłem ostrożnie w tamtym kierunku.

Wszedłem już do właściwej części domu i otuliło mnie przyjemne ciepło (na dworze szalał zimny wiatr i od kilku dni zapowiadało się na deszcz). Wspominałem już, jak bardzo lubiłem nasz dom? Był wspaniały! Stary jak diabli i cały zrobiony z drewna. Do skrzypiących schodów poprzybijano dywany, z okien zwisały długie do samej ziemi, ciężkie zasłony, a wszędzie na ścianach widniały zdjęcia z rodzinnych wyjazdów. Szkoda tylko, że nikt się na nich nigdy nie uśmiechał. Poręcze były w niektórych miejscach wadliwe, ale – zamiast je naprawić – po prostu nikt się o nie nie opierał i wszystko było w porządku! Światło z żyrandoli przyćmiewały otulające żarówki pajęczyny, a spacerujące po nich pająki rzucały na ściany rozedrgane cienie. Rodzice kupili dom w takim stanie i stwierdzili, że nawet najmniejszy remont zniszczy całą magię tego miejsca. Zostawili więc wszystko tak, jak zastali na samym początku. Dosłownie. Ale wracając…

Dziesięć minut zajęło mi dostanie się pod drzwi kuchni. Dobrze, że wiedziałem, które stopnie i deski skrzypią. Pozwoliło mi to po mistrzowsku dotrzeć do mety, podczas gdy dom nie wydał z siebie ani jednego dźwięku. Kucając przy drzwiach, zacząłem nasłuchiwać.

– Skąd wiesz, że dzisiaj się u nas zjawi? – Usłyszałem zaniepokojony głos mamy.

– Dostałem wiadomość, że szuka nas od dłuższego czasu – odpowiedział cicho mój tata. – Rozpytywał o nas po jednej i po drugiej stronie, w końcu ktoś puścił parę z gęby. Zresztą nic dziwnego – tacy jak on znają sposoby, by skłonić człowieka do mówienia. Żaden żywy nie może walczyć z bólem z nieskończoność.

– Myślisz, że powinniśmy odesłać dzieci?

– Sądzę, że… dzieci są najbezpieczniejsze z nami – odparł ojciec po chwili wahania.

– Nie chcę, żeby były w domu, kiedy coś takiego zostanie zaproszone do środka! – Moja mama podniosła głos. – Boo… musimy go zaprosić, prawda?

– Jeśli chcemy zachować dom w całości – zaśmiał się ponuro tata.

– Na pewno przyjdzie dzisiaj w nocy?

– Jest już w okolicy. Zameldował się w pobliskim hotelu, żeby przeczekać dzień.

– Musimy dać dzieciom do kolacji napar nasenny! One nie mogą go zobaczyć! – powiedziała mama pełnym napięcia głosem.

Gdy usłyszałem szuranie krzeseł, postanowiłem zwiać na zewnątrz. Wyszedłem tą samą drogą, którą dostałem się do środka, i udałem, że najzwyczajniej w świecie wróciłem ze szkoły. W głowie miałem tylko myśl, by w czasie najbliższej kolacji niczego, ale to niczego, nie pić!

**

Nasza kuchnia była bardzo przytulna. W przeciwieństwie do reszty domu zrobiona została z czerwonej cegły. Na środku stał długi, prostokątny drewniany stół i krzesło dla każdego członka rodziny. Naprzeciwko drzwi znajdował się kominek, na którym mój ojciec często piekł mięso. Na ścianie po drugiej stronie wisiały sitka, patelnie i garnki, a pod nimi stały szafki i półki. Wszędzie wszystkiego było za dużo i to właśnie sprawiało, że pomieszczenie wyglądało tak przytulnie.

Rodzice starali się, jak tylko mogli, by ich zachowanie nie budziło podejrzeń, ale pod koniec posiłku nawet moje wyjątkowo senne siostry zastanawiały się na głos, czy wszystko jest w porządku. Ja – tak, jak sobie obiecałem – nie wypiłem ani kropli tego, co dali nam rodzice. Zjadłem połowę pizzy, a część zawartości szklanki odlałem mojemu bratu didżejowi, kiedy reszta była zajęta oglądaniem śmiesznej reklamy w telewizji. Na koniec udałem, że jestem tak samo śpiący jak reszta i udałem się na górę, ciężko stawiając stopy na schodach.

Czekałem jeszcze dwie godziny, dopóki nie zapadła całkowita ciemność, i ruszyłem ostrożnie na dół. Nie chciałem przegapić przybycia gościa, ale nie mogłem się ruszyć z pokoju,wcześniej ponieważ rodzice dwukrotnie do niego zaglądali, żeby się upewnić, że na pewno śpię. Nie wiem, o co im chodziło, ale nie było mowy, żebym dał się wyrolować i pozwolić uśpić jak reszta! Pierwszą kondygnację schodów musiałem pokonać, zjeżdżając na poręczy, ponieważ każdy stopień wydawał z siebie donośne dźwięki. Gdy znalazłem się na półpiętrze, ktoś zapukał głośno do drzwi. Usłyszałem szuranie krzeseł w kuchni i wiedziałem, że tata zaraz pojawi się w korytarzu, żeby je otworzyć. Nie miałem wyboru – musiałem usiąść na parapecie i schować się za zasłoną. Zostawiłem sobie tylko cienką szparę, wystarczającą do obserwowania przedpokoju.

W momencie, w którym kotara przestała się ruszać, na korytarz wyszedł mój ojciec. Zbliżył się do drzwi i zawahał się na moment, zastanawiając się, czy na pewno je otworzyć. Dziwne, pomyślałem, moi rodzice zawsze chętnie przyjmowali gości. Często zapraszali nawet listonosza i ludzi roznoszących ulotki na herbatę. Pukanie nasiliło się, więc ojciec nie miał wyboru – otworzył drzwi, a ja wciągnąłem głęboko powietrze.

Na progu stał wysoki, chudy człowiek w tak samo krótkich spodniach, jakie nosił tata. Miał na sobie długi, czarny płaszcz z postawionym kołnierzem. Szalik zaciągnął pod sam nos, a prostą czapkę nasunął na oczy. Nie dało się jednak nie zauważyć, że jego oczy były trzykrotnie większe od tych, które miałem ja. Całe czarne jak węgiel i… koleś w ogóle nie miał powiek! Na chude dłonie o nieprawdopodobnie długich palcach naciągnął rękawiczki z czarnej skóry. Stał tak w progu, nie mówiąc ani słowa. Nawet z takiej odległości widziałem, jak ciało mojego ojca zesztywniało i lekko zadrżało.

Tajemniczy gość, na którego w napięciu czekali rodzice, był złym człowiekiem.

– Nie zaprosisz mnie do środka, handlarzu? – Usłyszałem zimny głos dobiegający spod szalika.

Ojciec zawahał się, tym razem tylko na moment, po czym odsunął się i powiedział:

– Proszę, wejdź. Jesteś oficjalnie zaproszony do naszego domu.

Tajemniczy gość przekroczył próg i wszedł do korytarza. Rozejrzał się dookoła, lustrując wnętrze, a gdy jego wzrok przejeżdżał po schodach, zatrzymał się podejrzanie długo w miejscu, w którym się ukrywałem. Nie spuszczając ze mnie wzroku, przybysz ściągnął czapkę i odsłonił wielkie, szpiczaste uszy. Twarz miał szczupłą, a na dolną wargę zachodziły cienkie kły. Dodając do tego trupio bladą twarz, można uzyskałem obraz kogoś, kogo oglądałem tylko w filmach i na kartkach komiksów.

Dlaczego, do jasnej ciasnej, moi rodzice zaprosili go do środka?!

Przybysz wreszcie oderwał wzrok od mojej kryjówki i wszedł do kuchni. Ojciec bezzwłocznie ruszył za nim. Ponownie usłyszałem szuranie krzeseł i wypadłem szybko zza zasłony. Zszedłem po schodach i uklęknąłem przy uchylonych drzwiach. Pojawił się tylko jeden problem – żeby cokolwiek zobaczyć, musiałem znaleźć się po ich przeciwnej stronie. Wstrzymałem oddech i przeskoczyłem na drugi koniec drzwi. Teraz widziałem rodziców siedzących obok siebie po jednej stronie stołu. Oboje byli biali jak kartka papieru, a mama trzymała tatę za rękę tak mocno, że nawet z tak daleka widziałem jej pobielałe koniuszki palców. Po drugiej stronie siedział nieznajomy. Wydawał się całkowicie odprężony, położył czapkę, szalik i rękawiczki na blacie stołu, a długie palce złączył pod brodą. Twarz miał ponurą, lecz nie mogłem sobie wyobrazić, by kiedykolwiek wyrażała cokolwiek innego.

– Możecie być spokojni – odezwał się mężczyzna. – Nie przyszedłem tutaj, żeby was skrzywdzić. Chcę tylko informacji.

– Nie mamy żadnych informacji – odpowiedział za szybko mój tata.

Nawet ja wiedziałem, że kłamie.

– Rozpytałem po całym świecie i większość istot, z którymi rozmawiałem, mówi, że jeśli ktoś będzie mógł mi pomóc, to właśnie ty, handlarzu. Wiesz, czego szukam?

W kuchni zapadła cisza. Napięcie było niemal namacalne. Widziałem ojca, przygryzającego wargi i zerkającego na mamę.

– Chyba każdy już wie, czego szukasz – odparł ostrożnie, poprawiając okulary na błyszczącym od potu nosie. – Przykro mi z powodu twojego chłopca, naprawdę, ale to, czego ode mnie chcesz, jest zakazane. To jedna z rzeczy, których nie można zmieniać! We wszystkich światach musi panować równowaga i zaburzenie jej…

– Nie obchodzą mnie konsekwencje! – przerwał nieznajomy.

– Ja nie posiadam tego, czego chcesz. – Pokręcił głową ojciec.

– Wiem, że tego nie masz. Wiesz wszakże, gdzie jest i powiesz mi to, ponieważ mam coś, czego cała twoja rodzina pragnie od pokoleń.

Widziałem, jak ojciec zaciska szczęki, a mamie rozszerzają się, i tak już wielkie, oczy. Zacisnęła palce na przedramieniu swojego męża i spoglądała to na niego, to na naszego gościa.

– Nie wiem, o czym mówisz. – Tata nie dawał za wygraną, choć jego twarz zdradzała już wszystko.

Przybysz położył dłonie na blacie stołu i zaczął weń skrobać głośno długimi paznokciami. Widziałem, jak ucho nieznacznie mu drga, a na łysej głowie pojawiają się żyły.

– Jeśli powiesz mi, gdzie mogę znaleźć lekarstwo na chorobę mojego syna, oddam rodzinie Ponurych to, czego szukacie od stuleci – ponowił propozycję. – Daj mi informacje, a oddam wam szczęście. Macie czas do jutrzejszej nocy. Przyjdę tu jeszcze tylko raz i wtedy dokonamy wymiany.

Po tych słowach wstał i skierował się do wyjścia. Tego nie przewidziałem. Teraz – żeby uniknąć wykrycia – musiałem uciec z powrotem na górę, a żeby to zrobić, konieczne było, bym przebiegł na drugą stronę drzwi. Tylko że teraz wszyscy wychodzili z kuchni i nie było mowy, żebym nie został złapany.

Drzwi otworzyły się z impetem, a ja wtuliłem się w ścianę, wiedząc już, że jest po mnie. Wtedy stało się coś dziwnego. Nieznajomy minął mnie bez słowa (choć niewątpliwie mnie zauważył), a gdy rodzice opuszczali kuchnię, tata akurat przytulał szlochającą cicho mamę, zwrócony do mnie plecami. Wypatrzyłem po raz kolejny swoją szansę. Znalazłem się w połowie schodów, gdy usłyszałem odgłos zamykanych drzwi, a chwilę później…

– A ty dokąd się wybierasz?!

**

Jeszcze nigdy nikt tak bardzo na mnie nie krzyczał. Gdy ojciec skończył (a mama zaczęła), był tak purpurowy na twarzy, że myślałem, iż wybuchnie, przy okazji rozsadzając całą kuchnię. Najgorsze jednak okazało się to, że musiałem przyznać się do wszystkiego: do ponad rocznego szpiegowania po nocach, wałęsania się po okolicznych posesjach, kiedy wszyscy spali, i transportu zwierząt z jednego podwórka na drugie…

Stop! To chyba powinienem Wam wyjaśnić.

Chodzi o to, że czasami usypiam zwierzęta sąsiadów naparem, który dzisiaj podali nam rodzice, i przenoszę je z ich podwórka na podwórko sąsiadów. Gdy rano psy się budzą, przez chwilę myślą, że są u siebie i ktoś obcy wychodzi z ich domu, więc ich naturalną reakcją jest ugryzienie tego kogoś w tyłek. No co? Po prostu jestem znudzony od czasu do czasu.

Gdy skończyłem się spowiadać ze wszystkiego, co zrobiłem, moi rodzice nie wiedzieli nawet, co mają powiedzieć. Zresztą wcale im się nie dziwię. Też bym nie wiedział, w jaki sposób wychwalić wszystko, czego dokonałem.

– Po prostu idź już na górę – powiedziała mama, opadając bez sił na krzesło.

– Zaraz, zaraz! – zaprotestowałem, czując, jak szansa poznania prawdy wymyka mi się z rąk. – Ja chcę wiedzieć, co się dzieje!

– Jesteś za młody. – Ojciec machnął na mnie ręką, wyganiając mnie z kuchni. – Powiemy wam wszystko, kiedy nadejdzie czas.

Usłyszałem na górze hałas świadczący o tym, że moje rodzeństwo zaczęło wracać do życia. Coś wpadło mi do głowy. Było to ryzykowne i najprawdopodobniej czekała mnie milion razy gorsza kara, ale nie mogłem pozwolić na to, żeby prawda o naszej rodzinie przeleciała mi koło nosa.

– Jeśli mi nie powiecie, wszystkim się wygadam – rzuciłem na jednym wydechu.

Jeszcze minutę temu sądziłem, że rodzice nie mogą mnie obdarzyć gorszymi spojrzeniami, ale te, które posłali mi teraz, wyprowadziły mnie z błędu. Ojcu drgnęła nawet ręka i przez moment myślałem, że mnie uderzy. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja siedziałem na wysokim krześle przy stole i machałem od niechcenia nogami. Wiedziałem, że trafiłem w czuły punkt i mam ich w garści, ale starałem się za bardzo nie okazywać zadowolenia.

– Z czego się tak cieszysz, mały gnojku? – odezwał się do mnie tata.

Zrobiłem wielkie oczy i zerknąłem szybko na mamę, ale ta w żaden sposób nie napomniała męża. Nie powiedziała mu, że nie wolno w ten sposób odzywać się do dziecka. Do głowy wpadła mi myśl, że nie zrobiłaby też niczego, żeby powstrzymać go, gdyby chciał mnie uderzyć. Patrzyła tylko na mnie zmrużonymi oczami. Była wściekła.

Na górze znów rozległy się hałasy, dało się też słyszeć kroki na schodach. Mama i tata wymienili szybkie spojrzenia, a ja siedziałem cicho, bojąc się, że nawet jedno moje słowo osłabi groźbę, która zawisła w pomieszczeniu.

– Niech ci będzie, mała zarazo – syknął ojciec, pochylając się nad blatem stołu. – Jutro w nocy, zanim przyjdzie nasz gość. Ale jeśli szepniesz komuś chociaż słówko, możesz być pewny, że do końca życia popamiętasz lanie, które od nas dostaniesz!

**

Cały następny dzień ciągnął się w nieskończoność. Przez większość czasu siedziałem w swoim pokoju, próbując siłą woli sprawić, by wskazówki na zegarze poruszały się szybciej. Nie wolno mi było schodzić na dół… To znaczy nikt mi tego otwarcie nie powiedział, ale spojrzenia, jakie mi rzucano, gdy pojawiałem się w pobliżu, wystarczyły, żebym się domyślił, o co chodzi. Nikt też nie postawił dla mnie talerza przy śniadaniu.

Słyszałem, jak mama rozmawia przez telefon z dyrektorem szkoły. Powiedziała, że nie może przyjść do pracy z powodu „kobiecych dni”, cokolwiek to znaczyło. Muszę kiedyś wypróbować ten trik, pomyślałem, powiem, że nie mogę iść do szkoły z powodu chłopięcych dni. Zobaczymy, czy to coś da.

Moje rodzeństwo zostało w nagrodę wysłane na weekend do ciotki. Gdy zapytali, czemu ja z nimi nie jadę, powiedziano im, że dostałem szlaban. Przyjęli to wyjaśnienie z mściwą satysfakcją w oczach i nie zadawali już więcej pytań.

Pozostaliśmy w naszym wielkim domu tylko we trójkę (nie licząc lokatora pod łóżkiem oraz skryby w swoim pokoju). Czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Nie wiedziałem dlaczego, ale zaczynałem się bać.

**

– Zapytałeś nas kiedyś, czemu nazywają nas rodziną Ponurych – odezwał się do mnie tata.

Siedzieliśmy w kuchni. Do zachodu słońca nie pozostało wiele czasu. Mama zrobiła dla każdego po kubku gorącej herbaty, ale jakoś nikomu nie chciało się pić. Siedziałem wyprostowany jak struna na krześle naprzeciw rodziców i chłonąłem uważnie każde słowo.

– Od czasów pierwszego z Ponurych jesteśmy handlarzami magicznych przedmiotów – zaczął ojciec, biorąc do ręki kubek z herbatą. – Mieliśmy do tego talent i szybko wyeliminowaliśmy konkurencję. Już po kilku latach stworzenia z całego świata kierowały swoje prośby do nas, a my zawsze, ale to zawsze, znajdowaliśmy im to, czego potrzebowały. Nawet Chirurdzy przychodzili do nas i prosili o pomoc. Niestety to, że byliśmy najlepsi, sprowadziło na nas zgubę.

– Kochanie, musisz się pośpieszyć – wtrąciła się mama. – Słońce prawie zaszło.

Tata zerknął szybko w okno i poprawił okulary na nosie.

– Musisz wiedzieć, że na świecie istnieją duchy i demony – podjął szybko. – Niektórzy – a my w szczególności – potrafią komunikować się z drugą stroną, a nawet przechodzić z jednego wymiaru do drugiego. Twój lokator spod łóżka jest jednym z upiorów, ale kiedyś warknął do mnie, że jest na emeryturze i jedyne, czego chce, to spokój, więc po prostu pozwalamy mu tutaj mieszkać.

– W każdym razie… – mama pogoniła swojego męża.

– Eee… No tak, w każdym razie pierwszy z Ponurych przeszedł na drugą stronę, by wyzwać na pojedynek Kostuchę.

– Kostuchę? – spytałem zdezorientowany.

– Samą Śmierć – wyjaśniła szybko mama, rozglądając się niespokojnie.

– Romuald Ponury dostał zlecenie zdobycia czegoś, czego jeszcze nikt nigdy nie widział. To było wyzwanie, ponieważ nasza dewiza głosiła, że potrafimy znaleźć i zdobyć wszystko.

– Co miał zdobyć? – zapytałem, czując, że historia zaczyna mnie wciągać.

– Nie co, ale kogo – poprawił mnie tata, wpychając swoje okulary na sam początek nosa, co było zupełnie bez sensu, bo i tak zaraz zjechały z powrotem. – Klient Romualda chciał wejść w posiadanie Ptaka Który Układa Zagadki.

W kuchni zapadła cisza, a ja instynktownie wyczułem, że powinno to na mnie zrobić wrażenie. Nie miałem jednak pojęcia, czym jest ten ptak, jak wygląda i co robi… poza układaniem zagadek oczywiście. To też powiedziałem rodzicom.

– W naszym świecie jest mnóstwo magicznych przedmiotów, które są ukryte i zabezpieczone przeróżnymi zaklęciami, łamigłówkami i zagadkami. Ptak Który Układa Zagadki jest cenny, ponieważ ułożył każdą zagadkę strzegącą magicznych artefaktów, wie, gdzie one są, potrafi złamać każdy szyfr i zdefiniować każde zaklęcie.

– Dlatego ten, kto posiada ptaka, będzie mógł mieć wszystko, czego tylko zapragnie – wpadłem mu w słowo.

– Dokładnie tak! – zgodził się ze mną ojciec i pokiwał głową z aprobatą. – Romuald Ponury wiedział, że nie jest w stanie wygrać z Kostuchą, dlatego zaaranżował podstęp. Udał się na Cmentarzysko (tam mieszka Kostucha) i zorganizował wielkie wydarzenie, na które przyszli wszyscy mieszkańcy. Śmierć jest stara, więc to ona miała wybrać grę. Jak łatwo się domyślić – były to oczywiście szachy. Pojedynek trwał, trup ścielił się gęsto (bo nie były to zwyczajne szachy), a tymczasem kilku członków rodziny Ponurych włamało się do krypty Kostuchy i zabrało ptaka.

– Nawet ja wiem, że to strasznie głupie, tato – odezwałem się z powątpiewaniem.

– Myślę, że oni też to wiedzieli, ale nasza reputacja była zagrożona, a my byliśmy tak butni, że myśleliśmy, iż ujdzie nam to płazem.

– Ale jak zdołali wynieść ptaka tak, żeby nikt tego nie zauważył? Wiem, że wszyscy zebrali się w innym miejscu, ale przecież ptak musiał jakoś podnieść alarm, krzyknąć, cokolwiek.

– Ptak miał jeden słaby punkt – wtrąciła mama, chcąc zakończyć dyskusję. – Wystarczyło zaśpiewać mu byle jaką piosenkę, a zasypiał i był potulny jak… no, jak baranek. Można było z nim zrobić wszystko.

– Więc uśpili ptaka, wynieśli go i myśleli, że staną się jeszcze sławniejsi i nikt nie będzie chciał się zemścić – dokończyłem.

– Tak się jednak nie stało, kochanie – powiedziała się mama. – Kostucha szybko znalazła rodzinę Ponurych, odebrała swojego zwierzaka i rzuciła na nas klątwę. Wyrywając z piersi pierwszego Ponurego uczucie szczęścia, przeklęła naszą rodzinę. Od tamtego czasu nie jesteśmy w stanie się śmiać, czuć radości, a nasze umysły z dnia na dzień pogrążają się w coraz większym mroku. Bez szczęścia nie potrafimy docenić tego, co posiadamy, i ludzi, z którymi spędzamy życie. Nie umiemy się o nic ani o nikogo starać, ponieważ pielęgnacja związków i rzeczy powinna przynosić radość i poczucie spełnienia, a my nie jesteśmy w stanie czuć żadnej z tych emocji. Kilka lat temu twój tato dowiedział się, że nasze szczęście nie przepadło, lecz nie mógł go znaleźć – mimo że próbował wszystkiego. Skarbie, jeśli jest jakaś rzecz, której pragniemy, to jest to właśnie fiolka ze szczęściem Romualda Ponurego. To właśnie ofiaruje nam nasz gość.

– A czego chce w zamian? – spytałem.

– Informacji. – Rozległ się głos spod drzwi kuchni.

Rodzice podskoczyli na swoich miejscach, a ja spadłem z hukiem z krzesła. W progu kuchni stał mężczyzna. Nie miał na sobie czapki ani płaszcza. Nosił czarny, klasyczny garnitur i dla mnie wyglądał trochę jak właściciel zakładu pogrzebowego. Patrzył na nas swoimi wielkimi, czarnymi oczami, a po moich plecach przebiegł dreszcz i odechciało mi się podnosić z podłogi. Przybysz rozciągnął białe wargi w uśmiechu, odsłaniając jeden z długich, cienkich kłów.

Rodzice zerwali się z miejsca, mama schowała się za tatą, ale chyba wszyscy wiedzieliśmy, że jeśli przyszłoby co do czego, to nikt nie miałby z nim szans. Gość tymczasem podszedł do stołu, usiadł na krześle i wyjął z kieszeni marynarki kryształową fiolkę, w której pływało coś złotego. Ojciec łapczywie wyciągnął rękę, ale ampułka z momencie zniknęła, a nieznajomy groźnie pokazał zęby.


Rys. Martyna Nejman

– Jeszcze nie! – rozkazał, pokazując nam miejsca przy stole. – Siadajcie wszyscy i dobijmy targu. Handlarzu – zwrócił się bezpośrednio do mojego ojca – chcę informacji, a ty chcesz szczęścia Rodziny Ponurych.

– Skąd… skąd mam wiedzieć, że jest… jest prawdziwe? – wyjąkał tata.

– Tacy jak ja nie kłamią – odparł gość, kończąc tym samym temat.

Ojciec usiadł obok przybysza i zaczął nerwowo wyginać palce. Znów zauważyłem krople potu na jego nosie, ale teraz już nie przejmował się okularami, które zjechały na sam jego czubek. Mama delikatnie zasiadła koło męża, a ja odważyłem się wystawić ponad stół tylko czubek głowy. No co? Koleś do dzisiaj mnie przeraża.

– Nie mam czasu na gierki – podjął nieznajomy. – Muszę wracać do syna, więc dawaj, co masz!

– Ja… No, więc… Nie mam dla ciebie lekarstwa – wyjąkał ojciec.

Nasz gość zaczął podnosić się z krzesła, ale tata w panice zaczął szybko wyjaśniać:

– Nikt nie ma tego, czego szukasz, ale mam informacje, jak możesz do tego dotrzeć. – Wyjął z kieszeni białą kopertę i potrząsnął nią. – Tutaj jest adres do schowka, w którym jest pozytywka. To wyrocznia, która w środku ma oko jednego z Pradawnych. Problem polega na tym, że jest zabezpieczona zaklęciem-zagadką, której nie umiem rozwiązać.

– Co mi po tym, handlarzu? – warknął. – Nie taka była umowa.

– Właśnie, że taka! – burknął tata, a ja usłyszałem w jego głosie urazę. – Miałem dać ci informacje, które pozwolą ci zdobyć lekarstwo dla twojego syna. Jeśli złamiesz zabezpieczenie pozytywki, będziesz mógł zadać jedno pytanie, DOWOLNE pytanie, a ona udzieli ci odpowiedzi… Właściwie zobaczysz odpowiedź. Nie mam pojęcia, jak to dalej wygląda, bo nikt jej nigdy nie otworzył. Wiem, że to nie do końca to, czego oczekiwałeś, ale to stamtąd już krótka droga do celu.

Gość spojrzał najpierw na kopertę, a później w oczy mojego ojca. Milczenie trwało blisko dwie minuty, po czym nieznajomy błyskawicznie wyszarpnął kopertę z wyciągniętej dłoni mojego taty, rzucił na stół fiolkę ze złotym płynem i wstał od stołu.

– Jeśli kłamiesz… – rzucił na odchodne.

**

Niestety – ojciec skłamał. Nie miał tego, czego chciał nasz gość, ale możliwość odzyskania szczęścia była nie od odrzucenia.

Jeszcze tej samej nocy opuściliśmy nasz dom i przez wiele lat żyliśmy w ukryciu. Stale się przemieszczaliśmy, bo co kilka miesięcy on wpadał na nasz trop i musieliśmy uciekać. Nigdy nie poznawaliśmy sąsiadów, którzy mieszkali obok. Nie chodziliśmy do publicznych szkół. Mój brat nigdy nie został didżejem, a siostry makijażystkami. Nigdy nie słyszałem już w środku nocy drapania dobiegającego spod łóżka. Za to poznaliśmy prawdę o naszej rodzinie i świecie, w jakim żyjemy. No i na naszym kominku często pojawiają się zdjęcia, na których się uśmiechamy. Dopiero po kilkunastu latach tata zdołał złagodzić gniew wampira.

Ja natomiast stale uczę się fachu od ojca i już dzisiaj umiem zdobyć wszystko, czego pragniesz. Gwarantuję! Odziedziczyłem też arogancję – tak charakterystyczną dla mojej rodziny – oraz zbyt wysokie mniemanie o sobie. Tak jak pierwszy z Ponurych, tak jak mój tata, tak również i ja pewnego dnia myślałem, że będę sprytniejszy od nieumarłego. Spotkała mnie dokładnie taka sama kara.

Siedzę teraz w pokoju z odziedziczonym przez mnie skrybą. Sprawdziłem już wiadomości od informatorów, wysłałem zamówione przedmioty, znalazłem też to, czego ode mnie oczekiwano. Przez resztę nocy czuwam, a pan Forge spisuje historię, którą Wam opowiedziałem – wraz ze wszystkim, co przydarzyło się nam od momentu, gdy i ja pomyślałem, że mogę oszukać wampira.

 

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z “Cmentarzyska”