6. Rozmowa z Muzą

Aga Miela

Przychodzi czasem taki dzień, kiedy cały świat zdaje się istnieć wyłącznie dla ciebie: słonko świeci, ptaszki śpiewają, wczorajsza pizza uśmiecha się zalotnie ze swego kartonowego królestwa, psie bąki rozbrzmiewają w powietrzu jakby rzadziej, a budzik śpi spokojnie na biurku, korzystając z danej mu swobody. Innymi słowy, dzień wolny. Narodowe Święto Lenia. Idealny czas na odkurzenie dawno nieczytanych książek, czy kilkugodzinny romans z Netfliksem, z dala od pociemniałych spojrzeń klientów i wysłuchiwania narzekań na to, że w ogóle istniejesz. W takie dni człowiek czuje, że żyje, a łóżko staje się wygodniejsze niż kiedykolwiek przedtem. I nic, powiadam Wam, nic nie jest w stanie wyrwać go z jego puchatych objęć.

– Toś się rozwaliła! – pogardliwy głos Muzy wdziera się do moich uszu, a zaciskane z całych sił powieki nie są w stanie jej zmylić i przekonać, że powinna się wycofać. – Wstawaj, robota czeka!

– Nie dzisiaj… – mruczę do poduszki, ale to tylko bardziej ją rozsierdza.

– Wczoraj mówiłaś to samo! – wrzeszczy, szarpiąc za kołdrę. – I przedwczoraj! I dzień wcześniej! Ruszaj zad i bierz się wreszcie za pisanie!

– Daj mi chociaż godzinę – zwracam się do niej błagalnie, chociaż z góry wiem, że się na to nie zgodzi. Dłuższe pertraktacje z Muzą mogą grozić jedynie wystąpieniem u niej zdającego się trwać wieczność focha i natychmiastowym odebraniem zaległego, zeszłorocznego urlopu, z którego nie wiadomo kiedy zdecyduje się potem powrócić.

– Ani słowa więcej – warczy na mnie, a śpiący w moich nogach pies podrywa się nagle z przestrachem. Czyli, że żarty się skończyły. To tyle, jeśli chodzi o moje długo upragnione wolne.

Niechętnie macam dłonią po stole w poszukiwaniu okularów.

– Wstajesz? – ponagla mnie Muza, bębniąc palcami o parapet. W ciągu ostatnich lat do perfekcji opanowała sztukę bycia irytującą.

– A nie widać?

– Coś wolno. Nie spieszy ci się. Zupełnie, jakby ci już nie zależało.

Oho, uwielbiam te jej nieczyste zagrywki. Nikt inny tak jak ona nie lubuje się w graniu na moich emocjach.

– Wstaję, wstaję. Daj mi tylko jeszcze zjeść śniadanie i zaraz wezmę się do pracy – zwracam się do niej, stawiając stopy na zimnej podłodze. – Posegregowałam sobie nawet wczoraj notatki, teraz muszę je tylko przepisać i …

– Wyrzuć je. Przejrzałam je, jak spałaś, i muszę przyznać, że są do kitu. Nic z tego nie będzie. Zaczniemy sobie na spokojnie, od podstaw, a no i trzeba jeszcze raz przejrzeć pierwszy rozdział. Coś mi w nim zgrzyta, tylko nie wiem co. Dla pewności można usunąć kilka stron i napisać je od nowa. Ewentualnie spróbujemy napisać alternatywną wersję tego rozdziału i zobaczymy, jak będzie grała z resztą. To sporo roboty. Widzisz jak to dobrze, że masz dzisiaj wolne? 

Starzy Bogowie, jak ja jej czasem nienawidzę! Moje życie było takie piękne ,zanim się pojawiła. Jak to mówią, kiedyś to były czasy – dzisiaj nie ma czasów. Kurła.

Podobno spora część pisarzy przyznaje się do tego, że dopuszcza do głosu stworzonych przez siebie bohaterów i że czasem prowadzi z nimi nawet wewnętrzne rozmowy. Sama też tak mam – często podczas pisania toczę sobie w głowie dyskusje z Aine, Bertramem czy Gairem, zastanawiając się nad tym, czy obraliśmy słuszną ścieżkę, czy może należało zejść z niej nieco wcześniej. Jak wspomniałam, nie ma w tym nic dziwnego, ot, to kwestia przywiązania i tyle. Z Muzą sprawy mają się jednak zupełnie inaczej. Muza w nosie ma współpracę i wystąpienie uszczerbków na zdrowiu psychicznym waszego uniżonego Literoklikacza. Zazwyczaj wpada jak burza, rozrzucając dookoła konfetti z połyskujących wściekle pomysłów albo wyrzuca z siebie niczym karabin maszynowy kolejne wymagające NATYCHMIASTOWEGO spisania zdania, jakby od tego miało zależeć jej życie. Ciul tam z dalszymi losami ludzkiej marionetki, liczy się tylko to, co Ona, Pani Chaosu, ma wszystkim do przekazania, a wierzcie mi, ma do powiedzenia bardzo dużo.

Zanim skierujecie mnie na przymusowe badania psychiatryczne, spieszę z wyjaśnieniami, że mam się całkiem dobrze. Nie widzę martwych ludzi (już nie, ale to temat na zupełnie inny wpis), nie prześladują mnie obce głosy i nie robię dziwnych sztuczek z głową na widok krzyża, a zamiast towarzystwa czarnego kota wolę absorbującą obecność białego psa. Muza jest po prostu tą paskudną częścią mojej podświadomości, którą zdarza mi się czasami nazywać pieszczotliwie Wielkim Poganiaczem. Uaktywniła się kilka lat temu, kiedy postanowiłam spiąć tyłek i dać z siebie wszystko podczas kolejnych prób wydania książki. Wiecie, pełni rolę takiego wewnętrznego, personalnego coacha, chociaż chyba uczyła się tej funkcji ze sławnej serii żółtych książeczek „Dla idiotów”. Poznać to można po tym, że zazwyczaj podrzuca mi pomysły w najmniej odpowiednich momentach i pół biedy, jeśli robi to w Świątyni Dumania, z dala od długopisu (bo na brak papieru narzekać nie można) – zdarzyło się jej jednak nie raz zsyłać na mnie natchnienie w takich sytuacjach, o których nie powinno się wspominać bez wstydliwego rumieńca. I wiecie co? Po tych wszystkich latach i kierowanych w jej kierunku bluzgach nadal niczego się nie nauczyła.

– Długo mam jeszcze czekać? – z jakiegoś powodu głos Muzy niepokojąco upodobnił się do Hanki Bielickiej i przechodzą mnie dreszcze na myśl o tym, że zaraz zacznie mi śpiewać „Balladę o Mańce”.

Leniwie naciągam na kark zagrabioną Svenowi koszulkę i wciskam stopy w kapcie ocieplone dodatkowo grubą warstwą zrzuconej przez noc psiej sierści. Dzisiejszy strój galowy uzupełnię tylko jeszcze o dwa stylowe warkocze i będę mogła z czystym sumieniem spojrzeć w lustro, pewna tego, że nie pęknie mi nagle doznając niespodziewanego zachwytu na mój widok.

– Śniadanie – przypominam mojemu wewnętrznemu oprawcy, człapiąc powoli w stronę kuchni. – Zrobię ze trzy kanapki i włączam komputer.

– Już go dla ciebie odpalam! – odkrzykuje mi, a pies zwany Bastardem patrzy na mnie boleśnie, słysząc jej skrzeczenie. – I żadnych kanapek! Bierz jogurt i wracaj. I tak straciłyśmy przez ciebie za dużo czasu.

O nie, moja droga, wcale nie. Dzięki temu Aine i reszta zyskali kilka dodatkowych minut na to, by nacieszyć się swoim niezmienionym jeszcze światem. W momencie, gdy usiądę do komputera, ich dotychczasowy żywot ulegnie całkowitej zmianie, wiedziałam o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Pełne zadowolenia pogwizdywanie Muzy nie wróżyło im nic dobrego. Wszyscy oni byli skazani: skazani na Cięcia.

Kiedy wracam do pokoju, Muza wlepia we mnie swoje wielkie, błękitne oczy, a jej długa, jasna dłoń, zachęcająco poklepuje krawędź łóżka. Szeroki uśmiech szaleńca na moment odbiera mi dech, zaś butelka z jogurtem nieznośnie ciąży mej drżącej ze strachu ręce.

– Chodź, chodź – zaprasza mnie moja rozmówczyni, choć równie dobrze mogłaby teraz spoglądać na mnie przez dziurę w drzwiach gdzieś w hotelu „Panorama”. – Pora zaczynać zabawę.

Zawsze jest tak samo. „Pora zaczynać zabawę”. Nie ufajcie nikomu, kto tak do was mówi: to sztandarowy tekst sporej grupy filmowych i literackich psychopatów. Jeśli ktoś obiecuje Wam zabawę, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi przekonują was, że nie czeka was nic poza litrami przelanej krwi, łez i potu, a Wy mimo to postanawiacie go posłuchać, to musicie być masochistami. Albo mną. Albo innym stworzeniem z krainy Artystycznych Uniesień, które zupełnie nieświadomie wyhodowało sobie własnego dręczyciela.

Ostatni, uspokajający oddech. Muza jest jak drapieżnik – nie mogę dać jej poczuć, że się boję, bo będę stracona. Gotowa wtedy jeszcze wykorzystać tę chwilowo zyskaną przewagę i zgodnie z obietnicą, wymusić na mnie konieczność przepisania całego rozdziału. Jeśli rozegramy to na spokojnie, to może uda się ograniczyć zniszczenia do ledwie kilku scen. Modlę się o to za każdym razem i za każdym razem Starzy Bogowie machają mi przed nosem majestatycznie wyprostowanym środkowym palcem. Tak samo jak Muza nie lubią półśrodków. Los ludzkiego autora jest im zwyczajnie obojętny.

Powoli podchodzę do łóżka. Jeszcze kilka drobnych, wyważonych jak u gejszy kroków i siadam na jego skraju. Ogniste włosy Muzy zdają się powoli oplatać moje ręce, choć wiem, że to tylko moja wyobraźnia. Bądź co bądź paskuda nie ma nade mną fizycznej władzy. Do tej pory starała się tylko zakrzyczeć mnie na śmierć, nie dawała się wysypiać, ale nie mogła ot tak, po prostu wziąć mnie za fraki i siłą zaprząc do roboty, prawda? Prawda?…

– Jogurt na stół. Palce na klawiaturę – zarządza tym swoim nieznośnym głosem i wiem, że już przegrałam. Posłusznie wypełniam jej polecenia, bo oto ona, Zrodzona z Chaosu Mych Myśli, przejmuje właśnie dowodzenie. – Zacznijmy od tytułu rozdziału… No nie, co to ma być? Tak chcesz zacząć kolejną książkę? Wrócić do ludzi po tylu miesiącach i pierwszym, co mają zobaczyć, ma być według ciebie TO?

– To tylko tytuł rozdziału… Zawsze można go później zmienić – staram się ją przekonać, ale jej spojrzenie jest zimne jak serce mojego psa, gdy żąda wyjścia na spacer w środku nocy.

– O nie, nie zgadzam się! – krzyczy na mnie Muza, a ja niemal czuję, że tonę w jej płomiennych lokach, a obłęd jest bliżej niż dotąd sądziłam. – Wywalamy, edytujemy, piszemy na nowo.

– No ale co?

– Ano już ci mówię – jasne oczy błyszczą, uśmiech szaleńca rozciąga się niemal od ucha do ucha. – Nazwiemy go „Popioły”.

– Tak po prostu?

– Nie „po prostu”. To więcej niż mogłoby ci się zdawać. A teraz pisz, pisz! Nie mamy wiele czasu. Teraz dopiero wszystko się zaczyna.

Nie mam wyjścia, muszę brać się do pracy. Napisać jeden rozdział. I kolejny. I jeszcze jeden. Wierzcie mi, nie ma sensu zaczynać walki z Muzą. Znacznie lepiej jest mieć ją po swojej stronie, nawet jeśli grozi to załamaniem nerwowym. W końcu lepiej zostać pogrzebanym przez nadmiar pomysłów, niż cierpieć przez resztę życia z powodu ich braku.

Palce powoli zaczynają swój taniec po klawiaturze. Wtulona w moje ramię Muza w napięciu śledzi ich kroki. Tylko się nie pomylić, nie popełnić błędu, bo znów nie da mi spokoju…

Ech, a ludzie dalej będą mówić, że pisanie nie jest niczym trudnym.

Aine i Bertram.
Aga Miela

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności