Seria niefortunnych zaćmień

Seria niefortunnych zaćmień

I

Otworzyłem oczy i rozejrzałem się dookoła. Łazienkę wypełniała gorąca para. Wszędzie było jej pełno, a temperatura prawie dorównywała tej, jaką mają w piekle. Co prawda nigdy nie odwiedziłem tego miejsca (i mam nadzieję, że pan Ponury mnie nie zmusi), ale jak to mówią, chyba po meksykańsku – Hesus Marija, ledwo mogłem oddychać.

Przede mną wisiało lustro. Przetarłem dłonią zaparowaną szklaną powierzchnię i z naprzeciwka spojrzała na mnie znajoma twarz. Była tylko jakaś taka wymęczona, nieogolona… pogryziona?

I czemu, do diabła, jestem cały umazany na czerwono?, zapytałem sam siebie, próbując zetrzeć to cholerstwo.

– Atticus, kochanie, wracaj do łóżka. Chodź do mamusi.

Moja ręka zamarła w powietrzu, a oczy rozszerzyły się gwałtownie.

II

Łazienka – jak to łazienka – nie będę się wdawał w szczegóły. Jedyne, co Wam na ten temat powiem to to, że nie było tam okna, przez które mogłem dać drapaka. Po szybkim oszacowaniu szans na to, czy zdołam wygryźć dziurę w ścianie i wydostać się na wolność, ostrożnie podszedłem do drzwi i złapałem za wilgotną klamkę.

Jak ja się wpakowałem w takie bagno? Co się w ogóle wydarzyło?

Nie zadałem sobie żadnego z tych retorycznych pytań po to, żeby w ten sposób znaleźć usprawiedliwienie dla świadomej, acz kretyńskiej decyzji. Ja naprawdę straciłem kontakt z rzeczywistością. Ostatnie, co pamiętam, to pisanie maila do dwójki małolatów zajmujących się stroną internetową, na której publikuję. Chodziło o to, że niby zalegałem z terminami, czy coś. Nie wiem, nie czytałem zbyt dokładnie, bo drugim okiem przeglądałem bluzy z nadrukami zombie w jednym sklepie internetowym. W każdym razie to było ostatnie, co odgrzebałem z zakamarków pamięci.

Jak to się stało, że się tutaj znalazłem, i to nagi?

Tego nie byłem pewien, aczkolwiek zaczynałem mieć pewne podejrzenia.

Tymczasem ostrożnie uchyliłem drzwi i wystawiłem głowę na zewnątrz, chwytając łapczywie chłodne powietrze. Gdziekolwiek spojrzałem, po oczach raził róż. Jakieś futerka, legginsy przewieszone przez krzesła, regały i komody – wszystko wykonano w tym samym kolorze, który – nota bene – powinno się skazać na zagładę. Ile różu może wyprodukować jeden świat?!

Prześlizgnąłem wzrokiem po pomieszczeniu i tym, co właścicielka bez wątpienia nazywała wystrojem, aż wreszcie moim oczom ukazało się olbrzymie łóżko wraz z jakąś wielką na półtora metra górą szmat ułożonych pośrodku.

– No, nareszcie jesteś – przemówiła wielka na półtora metra góra szmat ułożonych pośrodku. – Mamusia jest gotowa na trzecią rundę!

III

A cóż to za raszpla jest?!, zapytałem sam siebie w duchu, czując, że szpony przerażenia zaciskają się na moim… niech będzie, że sercu. Że niby jaką trzecią rundę? Czego ona ode mnie oczekuje?!

Wielka na półtora metra góra szmat poruszyła się. Okazało się, że te wszystkie zagięcia i zniekształcenia to nie ubrania i koce rzucone jedno na drugie, tylko fałdy skóry falujące radośnie przy najmniejszym nawet ruchu. Spomiędzy krzaczastych brwi i obfitych, zaczerwienionych policzków wpatrywały się we mnie przepełnione pożądaniem małe oczka. Poczułem, że skóra cierpnie mi na plecach i przysiągłbym, że narząd, którego użycia ode mnie oczekiwano, pisnął cichutko i próbował schować się wewnątrz mego żylastego ciała.

Zrobiłem ostrożny krok w bok, zasłaniając dłońmi moje intymne miejsce. Musiałem go chronić! Po tym wszystkim, do czego najwidoczniej zmusiłem go dzisiejszej nocy, byłem mu to winien. Rozejrzałem się dyskretnie po różowej jaskini tego poronionego jednorożca w poszukiwaniu moich ubrań, lecz nigdzie nie mogłem ich dostrzec.

– Wiesz, już od dawna miałam cię na oku, Atticus – zaszczebiotała radośnie raszpla. – Chciałam nawet zagadać, ale zawsze widuję cię w towarzystwie tego dziwaka z wąsami. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wreszcie jesteśmy razem!

Skamieniałem i poczułem, że wszystko w moim wnętrzu zamarło. Odwróciłem powoli głowę w jej stronę, zmrużyłem oczy, lustrując ją niechętnym spojrzeniem i wtedy wszystkie systemy alarmowe zawyły naraz w moim umyśle. Ja znałem tę babę! To była nasza nawiedzona sąsiadka mieszkająca dwa domy dalej! Rude, piegowate babsko znęcające się nad połową ulicy Kasprowicza.

Dlaczego właśnie ja?, zapytałem sam siebie, lecz nie zamierzałem marnować ani sekundy na znalezienie odpowiedzi.

Pomyślałam sobie, że możemy się jeszcze trochę pobawić, a potem zrobimy miejsce na twoje rzeczy – zaczęła powoli zbliżać się w moją stronę. – W końcu kiedyś musisz się wprowa… Atticus, kochanie, dokąd ty idziesz?

Nie miałem zamiaru poświęcać już ani sekundy na zlokalizowanie mojej garderoby. Doskoczyłem do drzwi, rozwarłem je na pełną szerokość, zbiegłem po schodach na parter, a następnie wybiegłem nago na ulicę. Zasłaniając się dłońmi, pognałem na złamanie karku po jezdni w stronę mojego domu. Całe szczęście, że było wcześnie rano i niewiele osób mogło mnie zobaczyć. Wiedziałem jednak, że ci, którzy dostąpili tego zaszczytu, na pewno uraczą tą niezwykłą opowieścią pozostałych mieszkańców.

Ja – największy skryba magicznego świata – biegnący w poprzek ulicy tak szybko, jakby ścigało mnie sto diabłów, i świecący gołym tyłkiem przed rodzicami odwożącymi swoje pociechy do szkół. O tym na pewno będą pisać pieśni!

Wpadłem do domu, dysząc ciężko i zatrzaskując za sobą drzwi. Drżącymi palcami poprzekręcałem wszystkie zamki i oparłem się plecami o chłodne drewno.

– Na litość boską, panie Forge, czemu łazi pan po domu nago?!

Oczywiście, że pierwszą osobą, jaką musiałem spotkać, była żona mojego pracodawcy.

IV

– Specjalista do spraw sprzedaży proszony jest do punktu obsługi klienta.

Znudzony kobiecy głos wyrwał mnie z letargu. Potrząsnąłem głową i jednocześnie upuściłem sobie coś ciężkiego na stopy. Zakląłem głośno, a dziecko stojące w alejce ze słodyczami obok spojrzało na mnie wielkimi jak spodki oczami, po czym wzięło nogi za pas.

Gdzie ja jestem?, zadałem sobie kolejny raz to samo pytanie. Co ja robię w supermarkecie? Nienawidzę miejsc takich jak to!

Serio. Jeśli już czegoś potrzebuję, to na samą myśl o tym, że mam wyjść z domu i łazić po sklepach, pragnę tylko, żeby trzy trolle rozłupały mi czaszkę swoimi maczugami. Przeważnie zamawiam wszystko przez Internet i obciążam rachunek mojego pracodawcy. Kierowcy grzecznie zostawiają paczki w korytarzu, a ja nie dość, że mogę sobie zejść po to, kiedy tylko mam na to ochotę, to jeszcze nie muszę oglądać żadnej obcej gęby po drodze.

Zignorowałem upuszczony przeze mnie plastikowy koszyk i ruszyłem przed siebie, uważając, żeby nie rozdeptać produktów, które z niego wyleciały i potoczyły się po błyszczącej podłodze. Ostatnie, co pamiętałem, to moje widowiskowe wejście bez ubrania do domu i pani Ponura wściekająca się na mnie za to, że śmiem się pokazywać w takim stanie. Później chyba zacząłem wspinać się po schodach i… No i dalej mam już tylko wielką, białą plamę. Nie, zaraz! W mojej głowie rozbrzmiało jeszcze echo złośliwego śmiechu, który słyszałem już wcześniej.

Przygryzłem wargi i nieprzerwanie zmierzałem w kierunku wyjścia, przepychając się przez ludzi stających mi na drodze. Postanowiłem całkowicie zignorować ich oburzone okrzyki. Czułem, jakbym miał zaraz zemdleć. Głowa mnie bolała, pole widzenia irytująco się zawęziło, a przed oczami tańczyły mi ciemne plamki. Gdy doszedłem do drzwi, moje bębenki rozerwał nagle dźwięk wyjącego wniebogłosy alarmu. Zacisnąłem zęby i zatkałem sobie uszy dłońmi, zginając się przy tym wpół.

Co za debil próbuje ukraść coś w supermarkecie?, zastanowiłem się wściekły. Każdy półmózg wie, że przy drzwiach i kasach są czujniki.

W następnej chwili poczułem, jak czyjeś silne ręce łapią mnie za ramiona i popychają brutalnie w kierunku ściany.

– To znowu ten! – usłyszałem czyjś niechętny głos.

Jaki ten? Czen?

Zostałem równie delikatnie odwrócony, po czym zobaczyłem ochroniarza, który już na pierwszy rzut oka wyglądał na osiedlowego dresa-idiotę, oraz jakiegoś łysiejącego, bladego mężczyznę z bujnym wąsem i plakietką z napisem „Kierownik”.

– Co tym razem próbował pan ukraść?! – zapytał ostro kierownik sklepu. – Wczoraj wybronił się pan gadką, ale dzisiaj nic już pana nie uratuje!

Pomimo tego, że próby udawania groźnego wyszły mu dość blado, dały mi trochę do myślenia. Najwidoczniej gdy wczoraj ktoś przejął nade mną kontrolę, skorzystał z okazji i zaczął zwiedzać okolicę. Tylko…

Głębokie rozmyślania przerwało mi dość agresywne przeszukanie mej skromnej osoby. Dresik ochoczo zabrał się do roboty, dysząc mi w kark, i już po chwili wydał z siebie triumfalny okrzyk. Wyprostował się dumnie i uniósł wysoko w powietrze… ohydny komplet damskiej bielizny, na dodatek w rozmiarze chyba 7XL.

Wytrzeszczyłem oczy i skierowałem wzrok na otaczających mnie ludzi, którzy zebrali się, by obejrzeć przedstawienie. Większość starych dewot kręciła powoli głowami z wyraźnym obrzydzeniem. Problem polegał na tym, że ja w ogóle nie zakodowałem tego, że upchnąłem za paskiem spodni seksowną bieliznę dla słonicy. Domyśliłem się za to, komu miałem zamiar ją dać.

– Wczoraj się panu nie udało tego zwinąć, więc dzisiaj znowu postanowił pan próbować szczęścia, co? – Kierownik sklepu oskarżycielko wymierzył we mnie swój palec.

Poczułem, jak moje policzki płoną, a coś nienawistnego budzi się w moim wnętrzu, zalewając całe ciało falami nienawiści. To uczucie też już znałem i doskonale pamiętałem, jak to się skończyło poprzednim razem. Zamknąłem oczy, oddychając głęboko, ale wiedziałem, że to na nic. Ostatnie, co udało mi się zapamiętać, to wystraszona twarz żony mojego pracodawcy, patrząca na mnie z tłumu gapiów.

Później zapadła ciemność.

V

Łup!

Ała, moje plecy!

OBUDŹ SIĘ, FORGE, MAMY DUŻO DO ZROBIENIA! HI HI HI!

Dopiero za trzecim razem udało mi się unieść ciężkie i opuchnięte powieki. Ujrzałem nad sobą spękany betonowy sufit. Przy ścianie stało jednoosobowe łóżko (to z niego spadłem na ziemię) z wątpliwej czystości materacem. Gdy odgiąłem głowę nieco do tyłu, moim oczom ukazały się kraty. Usiadłem z głośnym stęknięciem, w efekcie czego świat wokół zawirował. Czułem się, jakbym był na gigantycznym kacu. Mlasnąłem pomimo suchości w ustach, a łupanie w skroniach się nasiliło.

Ktoś coś do mnie powiedział – byłem pewien. Nie wymyśliłem sobie tego głosu, chociaż w tamtym momencie nigdzie nie mogłem dostrzec jego właściciela. Byłem sam i…

– Panie Forge, dlaczego kradniesz pan damskie majtki z supermarketów?

Odwróciłem się odrobinę za szybko i nie dość, że zakręciło mi się we łbie i prawie się zrzygałem, to jeszcze strzeliło mi w karku tak mocno, że aż mi oczy z bólu wyszły.

Co jest, do cholery, grane?!

HI HI HI HI… TO DOPIERO POCZĄTEK, FORGE.

Poderwałem się na nogi i obszedłem celę dookoła, zaglądając w każdy kąt i pod łóżko (nie żeby w pustym pomieszczeniu było wiele miejsc, w których można się schować). Jak łatwo się domyślić, nikt mi nie towarzyszył. Za to mój pracodawca patrzył na mnie z wyraźnym niepokojem.

Stał po drugiej stronie krat ze swoim nieodłącznym skórzanym neseserem, ubrany w tradycyjny kraciasty garnitur. Szarpnął się kilkukrotnie za krzaczaste wąsy i poprawił okrągłe okulary na nosie, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Po kilku chwilach uklęknął na ziemi, otworzył walizkę i wygrzebał z niej woreczek z jakimś błękitnym proszkiem. Wysypał sobie odrobinę na wnętrze dłoni i wdmuchnął do środka celi.

– Nikogo tu nie ma, panie Forge – szepnął do mnie przez kraty. – Chodź pan stąd, musimy pogadać.

Pan Ponury otworzył drzwi bez pomocy żadnego klucza i gestem zaprosił mnie do wyjścia. Po drodze nikt nie zwrócił na nas uwagi, nikt nas nie zatrzymał, a ja domyśliłem się, o co chodziło. Mój pracodawca prawdopodobnie wyczyścił pamięć wszystkim, którzy mnie tego dnia widzieli, więc w papierach nie będzie po mnie żadnego śladu. To standardowa procedura, za którą akurat w tamtym momencie byłem mu dozgonnie wdzięczny. A co do tego, że nikt nas nawet nie zauważył? Uwagę ludzi, którzy nie posiadają w sobie magii, bardzo łatwo bez reszty zająć czymś innym.

W drodze do domu nie byłem szczególnie rozmowny, a to dlatego, że po prostu nie potrafiłem odpowiedzieć na żadne zadane mi przez pana Ponurego pytanie. Nie żebym nie chciał pomocy, której przecież bezsprzecznie potrzebowałem. Ja zwyczajnie niczego nie pamiętałem – absolutnie niczego.

– Musimy się tym zająć, panie Forge – oznajmił mój pracodawca, wpuszczając mnie do domu jako pierwszego. – Możliwe, że znalazłem coś niezwykle cennego i będę potrzebował przy tej robocie pana pomocy. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie robiliśmy, więc nie możesz mi pan odpłynąć w środku akcji.

Gdyby interesowało mnie to, co znalazł ten stary kanciarz, może i bym nawet zapytał. Zamiast tego udałem się do swojej sypialni, mijając po drodze panią Ponurą, która już otwierała usta, żeby coś do mnie powiedzieć, tylko że…

VI

Gdy ocknąłem się ponownie, była noc, a ja stałem pod czyimś balkonem z naręczem kwiatów. Bolało mnie gardło. Nie wiedząc, co tam robiłem i jak się tam znalazłem, zerknąłem na bukiet, który najwidoczniej wyrwałem z korzeniami z czyjegoś ogródka. Grudy ziemi zwisały jeszcze z cienkich jak żyłki korzonków, w efekcie czego zafajdały mi całą koszulę i spodnie. Przyjrzałem się im dokładniej i…

– Przestaniesz drzeć tę mordę w środku nocy?! – To sąsiad wystawał ze swojego okna, mierząc mnie wściekłym spojrzeniem. – Romeo zasrany się znalazł!

– Właśnie, Forge, zamknij ten ryj w końcu i idź do domu! – krzyknął ktoś po drugiej stronie ulicy. – Ludzie chcą spać, a ty masz głos jak kot wrzucony do niszczarki!

– Macie się wszyscy natychmiast zamknąć! Jesteście zazdrośni o to, że mój narzeczony mi tak pięknie śpiewa!

Upuściłem kwiaty na ziemię i skamieniałem. Nie potrzeba geniusza, żeby się domyślić, gdzie się znajdowałem i co miałem zamiar zrobić, zanim wróciła mi świadomość. Nakazałem sobie za wszelką cenę nie zadzierać głowy i po prostu odejść. Tak też zrobiłem. Mijałem po drodze sąsiadów, którzy jeszcze na pożegnanie obrzucali mnie wyzwiskami.

Co za wstyd! Do końca życia będą mi to wypominać.

Na ławeczce przed posiadłością Ponurych czekał na mnie mój pracodawca w kraciastym szlafroku i z kubkiem gorącej herbaty w ręku. Kąciki ust mu drżały i – pomimo późnej pory – najwyraźniej świetnie się bawił.

– Powinieneś pan płytę wydać – zakpił na powitanie, a potem spojrzał ponad moim ramieniem na dom naszej nienormalnej sąsiadki. – Panie Forge, ze wszystkich kobiet na ziemi musiałeś se pan wybrać akurat te najbardziej nawiedzoną, bez chociażby jednej klepki w mózgu? Przecież ona pewnie już zabukowała wam termin na ślub i wesele.

Zmierzyłem go niechętnym spojrzeniem i poczułem, jak w moim wnętrzu budzi się dobrze mi już znane, nienawistne stworzenie. Pole widzenia zaczęło mi się zwężać, zorientowałem się też, że mimowolnie zaciskam zęby i pięści. Zanim zdążyłem się zastanowić, użyłem magii przeciw mojemu pracodawcy. Strzeliłem najsilniejszym zaklęciem, jakie byłem w stanie opanować – czyli niezbyt silnym, aczkolwiek wystarczającym, żeby pozbawić kogoś życia. Nakazałem sobie przestać, lecz jedyne, co byłem w stanie zrobić, to obserwować wszystko własnymi oczami. Nie miałem żadnej kontroli nad swoim ciałem.

Pan Ponury zeskoczył błyskawicznie z ławki, która eksplodowała z głośnym hukiem i zamieniła się w drzazgi. Strzeliłem jeszcze raz, lecz chybiłem po raz drugi. Jak na mola książkowego i kogoś, kto wręcz brzydzi się wysiłkiem fizycznym, mój pracodawca był zaskakująco zwinnym człowiekiem.

Rys. Martyna Nejman

OBRAŻASZ MOJEGO PYSIA?!, usłyszałem głos w swojej głowie, MOJĄ KRUSZYNECZKĘ?!

Moje wewnętrzne „ja” parsknęło śmiechem. Dziki lokator zamieszkujący moje ciało najwidoczniej nigdy kruszynki nie widział. Nie miałem już wątpliwości, że byłem opętany. Miałem też pewność, że nastąpiło to w chwili, gdy rozcięliśmy zaszyte wcześniej przez Znachorki usta kobiety, którą uratowaliśmy jakiś czas temu. Pamiętałem czarny dym, który się z nich wydobył i wniknął w moje ciało. Przypomniałem sobie też to, co krzyczała jedna ze starych raszpli, zanim zniknęliśmy w portalu. Pytanie, jakie mi się wtedy nasunęło brzmiało: „Co staruchy chciały zamknąć w ciele tej biednej kobiety?”.

Nie zdążyłem się jednak głębiej nad tym zastanowić, ponieważ moje ciało rzuciło się z pięściami na pana Ponurego i trafiło go ze trzy razy w twarz. Już w następnej sekundzie tarzaliśmy się po trawniku, okładając się nawzajem czym tylko popadnie. A wszystko to ku wielkiej radości naszych sąsiadów. Nie sądziłem, że jestem tak silny. Serio – w całym swoim życiu nie ćwiczyłem ani razu, a mój biceps można było objąć jedną dłonią. Nawet hantle, które zamówiłem kiedyś w przypływie szaleństwa, musiał wnieść mi na górę kurier. Nadal stoją tam, gdzie je położył.

Aczkolwiek szło mi całkiem nieźle. Bez wątpienia wygrywałem ten pojedynek. Twarz mojego pracodawcy zmieniała się w powoli w zakrwawiony i opuchnięty kawał mięsa. Siedząc na nim okrakiem, obserwowałem, jak moje ręce biorą dużych rozmiarów kamień i unoszą go nad głowę. Wrzasnąłem w myślach, nakazując sobie przestać, lecz mogłem tylko obserwować, jak szybko opada.

ŁUP!

Pan Ponury miał jeszcze na tyle szybką reakcję, że zdołał się wykręcić i zamiast zmiażdżonej głowy, dostał ode mnie jedynie wybity bark. Wrzasnął z bólu, a ja z przerażeniem patrzyłem na to, jak moje ręce unoszą kamień ponownie. Nie zliczę, ile razy starałem się powstrzymać samego siebie. Spojrzeliśmy tylko sobie w oczy i…

ŁUP!

VII

Obudziłem się w łóżku, we własnym pokoju. Moje utraty świadomości zaczynały mnie już całkiem poważnie drażnić. Przynajmniej tym razem kontrolowałem własne ciało. Usiadłem powoli i skrzywiłem się z bólu. Pomacałem dłonią tył głowy i odkryłem tam całkiem pokaźnych rozmiarów guza.

Szklanka stojąca na mojej nocnej szafce okazała się pusta, a chyba w całym swoim życiu nie odczuwałem takiego pragnienia jak w tamtej chwili. Złapałem ją i ruszyłem w stronę wyjścia.

Nosiłem to samo ubranie chyba od dwóch dni i mój zmysł powonienia wręcz błagał o interwencję. Podszedłem do drzwi i pchnąłem je delikatnie.  Przekrzywiłem nieznacznie głowę, naparłem na klamkę jeszcze raz, ciągnąc przy tym z całej siły.

Zamknięto mnie od zewnątrz.

Nagle po drugiej stronie usłyszałem ruch, a chwilę później słaby głos mojego szefa:

– Nie możemy cię wypuścić, panie Forge.

Kopnąłem z całej siły w drzwi, ale jedyne, co tym osiągnąłem, to boleśnie obity duży palec.

Co, do cholery?! Mam być teraz więźniem we własnym domu?!

– Obawiam się, że masz w sobie demona, panie Forge – powiedział słabym głosem pan Ponury. – Podejrzewam, że opętał cię tego samego dnia, w którym wykradliśmy żonę mojego przyjaciela z sanktuarium Znachorek. Nie wiem jeszcze, co one zamknęły w tej kobiecie, ale nie możemy ryzykować. Zajmiemy się tą sprawą jutro, ale pewne jest, że koniecznie trzeba go z pana wyrzucić.

Osunąłem się na podłogę i zerknąłem zrezygnowany na trzymaną przeze mnie pustą szklankę. Nie dość, że chciało mi się pić, to jeszcze byłem opętany.

Dlaczego zawsze ja?

JEŚLI TEN DUREŃ SĄDZI, ŻE POZWOLĘ SIĘ WYPĘDZIĆ, TO JESZCZE MAŁO W ŻYCIU WIDZIAŁ. HI HI HI. TERAZ DOPIERO ZACZNIE SIĘ ZABAWA!

Nie mogłem się już teraz nawet kłócić z moim szefem.

– Panie Forge, jesteś pan tam? – usłyszałem jego głos na wysokości swojej głowy.

Uderzyłem łokciem w drewno na znak, że ciągle dycham.

– To dobrze, dobrze. Bo wie pan co… ja chyba znalazłem. Tak przynajmniej sądzę. Będę pana do tego potrzebował, bo sam nie dam rady, ale szczerze wierzę, że wreszcie odkryłem, gdzie Śmierć ukryła szczęście pierwszego z Ponurych.

Dopiero teraz wdepniemy w prawdziwe gówno, pomyślałem, przyglądając się ciemnym chmurom za oknem.

W oddali usłyszałem grzmot zwiastujący nadejście burzy.

 

Skryba: A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira